×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Odcięta Rybka

Data wpisu:

11.11.2010

| Dodaj komentarz

Jak jest odpływ to na plaży robią się kałuże, a w kałużach na małej powierzchni dzieci łapią bez problemu za ogony zdezorientowane rybki, którym nie przyszło do głowy odpłynąć w stronę morza zanim piasek odetnie drogę powrotu i uwięzi je na długie godziny bezradności. Moja bezradność trwa już trzeci tydzień. Zakończyłam historię z Al Tayer, bo wszyscy doszliśmy do wniosku, że dłużej nie nadaję się do takiej pracy. I na poważnie rozważam napisanie książki pod tytułem „Życie zaczyna się po… Al Tayer”, bo jak się przekonałam dla zbyt dużej liczby osób właściwym jest przekonanie, że po Al Tayer to już nic lepszego nie może się w karierze w Dubaju przytrafić! Bzdura! Bzdura! Bzdura! Miałam takiego samego cykora jak inni przez dwa lata, że to najlepsza firma i reszta to tubylcy, że nie ma szans na inną pracę bez zgody Al Tayer, której to Al Tayer nikomu przed upływem 3 lat nie daje. To drugie to akurat prawda, ale nawet w Dubaju pewne rzeczy da się ominąć. Nie sądziłam tylko, że tyle to potrwa! A więc z zablokowanym przez bank kontem (bo takie są zasady jak ktoś traci pracę, ma kredyt i czeka na nową wizę), czekam na zielone światło, uwięziona w bezczynności jak rybka w kałuży na plaży, żeby móc wypłynąć znów na pełne morze starych ambicji i oczekiwań, nowych ufności i wyzwań, z paskudną grypą klimatyzacyjną w gardle. I z żalem myślę o ludziach z wypranymi mózgami pozostawionych w firmie. Zaprogramowanych na minimum samodzielności i maksimum kontroli. Bo Al Tayer to wielki układ wyuczonych, aprobowanych, schematycznych, standardowych zachowań, a ja nie umiałam się zachować…

Nadprogramowe siedzenie w domu nie daje mi jednak możliwości odpoczynku w warunkach braku gotówki z ostatniej pensji (na którą łapę położył w całości mój bank), niepewnej sytuacji z nową wizą i zbliżającego się niebawem wyjazdu na Święta do Polski.

W listopadzie zmienia się pogoda i warunki klimatyczne sprzyjające rozwojowi bakterii i wirusów. Prawie każdy zaczyna kaszleć, chlipać nosem albo na raz i jedno i drugie… I pomyśleć, że tu trochę bardziej tylko powiało, a temperatura spadła jedynie do 29 stopni. Nie to, co jesień w Polsce. Mimo tego tu też mamy chyba okres sprzyjający przeziębieniom.

Więc nic, tylko zaszyć się pod kołdrę, z Augmentinem już drugi raz tej jesieni i przeczekać, do nowego przypływu, w kałuży… zasmarkanych chusteczek i mleka z czosnkiem po polsku.

I paru łez, bo się boję. Po prostu, tak po ludzku, zwyczajnie.

Bo nie ma nikogo, kto by przytulił. Może i dobrze, bo wyglądam teraz jak wielkie nieszczęście. I tego, co nowe, nieznane, bardziej wymagające. Świąt w domu z rodzeństwem, dla którego mogłabym nigdy do domu nie wracać. Swoich napadów szału w tym domu, gdy inteligentnie i umiejętnie z największym wyrafinowaniem ktoś zawsze pociąga za napięte struny moich nerwów. Czy dam radę? Czy będę umiała zapanować nad każdym demonem przeszłości, które jedynie tam, w tym domu mają dostęp do mojej głowy? Boję się, że im więcej mija czasu od ostatniego smsa, tym mniej miejsca zostaje dla mnie w Szymona świecie, że ten świat oddala się jak planeta z obcą cywilizacją, innym językiem, innym przyciąganiem…

Halo! Tu Ziemia. Czy mnie słyszysz?

…drugą stroną ciszy jest głos, który usłyszysz

To, że milczysz teraz pewność mi odbiera

Ale nie mogę wdzierać się w ciszę

Bo kiedy szepniesz ja nie usłyszę…

…ale dziś taplam się w kałuży, w której horyzont nie jest na tyle szeroki by dostrzec Twoją gwiazdę i nie wiem czy wystarczy mi wody, żeby przeczekać do przypływu nowych nadziei.

Nie wiem dokładnie, co oznacza „ Patrzących 1050” Czy to znaczy, że 1050 osób czytało cokolwiek, czy to ja podbijam tę liczbę sama czytając, co napisałam, bo czasem jak czytam coś starego, to brzmi tak fajnie, że nie brzmi jak ja i czuję jakbym czytała bloga kogoś, kogo nie znam, kto uwikłał siebie w jakąś beznadziejną, platoniczną historię melodramatyczną. Czy to już wczesna faza schizofrenii? Boże, mam nadzieję, że nie ma Ciebie w gronie tego 1000! Wyobrażam sobie, jaki byłbyś wściekły. Ale byłoby super. Taka odmiana po roku letniawki uczuciowej. Wrzątek złości, rozlany gdzieś w ukryciu. At least something! : )

Nie! Mam nadzieję, ze ten blog pisany jest wystarczającą liczbą niedomówień, w formie totalnej anonimowości i że kamuflaż autorki, dla niewtajemniczonych, nie zostanie nigdy zidentyfikowany. Nie otrzymuję żadnych maili, pytań, detektywistycznych komentarzy, więc z pewnością liczba 1000 należy do 10 zapaleńców. Moich najwierniejszych przyjaciół-fanów. : ) Wybaczcie, że piszę tak monotematycznie i melancholijnie, że zawracam Wam głowę jedną, jedyną melodią, a z pewnością wokół mnie, w tak egzotycznym miejscu jest o wiele więcej ciekawej muzyki. Jest. Uwierzcie. Tylko, że ja chciałabym, żeby On zrozumiał każde słowo… każde słowo jest dla Was, każde słowo jest do Niego…

…Cierpliwie czekam, liczę dni

Chciałabym tylko powiedzieć Ci

Że bez znaczenia jest to milczenie…

Bo może kiedyś pozwolisz mi dopisać Cd…

Ostatnio wspomnieliśmy o domach. Więc dom, o którym wspomniałam w kinie już do mnie nie należy. Nie wiem do kogo należy teraz, ale do teraz śni mi się czasami jak poddaję go renowacji. Każdy kamień, każdą podłogę i ścianę. Każdą belkę na strychu. W szczególności gdy zaczyna w Polsce padać śnieg, wyobrażam sobie świerkowy wieniec adwentowy na drzwiach tej przepięknej wejściowej werandy. Zobacz, jaki ten dom ma podjazd dla bryczek. Wyobrażasz sobie jak 100 lat temu dziedzic wracał do domu z folwarku? Lub goście przyjeżdżali powozami na nalewki i karty, kolacje i tańce? Czujesz radość i niepokoje mieszkańców? Słyszysz jego 200 letnią opowieść pisaną ręką wietrznej historii? Jak byłam tam to czułam obecność pokoleń, historię polskiej szlachetnej rodziny. Dworek Basi i Bogumiła wymiękł jak zobaczyłam ten dom, odremontowany w mojej wyobraźni. Byłam na tyle szalona by go kupić i omalże nie zacząć remontu. Zabrakło tylko odwagi… a może zabrakło Ciebie! Nigdy tam nie byłeś, ale ja po prostu wiem, że z pewnością byłbyś zachwycony tym domem… To jest szalone już zupełnie.

Dworek zmienił właścicieli zapewne po raz enty. Ale jestem pewna, że można by go jeszcze raz odkupić, odremontować i zasiedlić dziećmi. Dużą gromadką dzieci, przyjaciół i dobrej, prawdziwej rodziny…