×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Strona 5

Data wpisu:

06.08.2010

| Dodaj komentarz

Rakieta zwana pożądaniem

Data wpisu: 06.08.2010 | Dodaj komentarz

Gdybym umiała cofnąć czas

Czy powinnam być cichsza, mniej uśmiechnięta, bardziej zdystansowana, tajemnicza, uwodzicielska? Mieć więcej rezerwy, chłodu jakiegoś, wyzwania w sobie, odwagi…

Czy powinnam mówić aż tyle, czy tyle nie mówić, a może powinnam mówić więcej…

I nie słuchać tak jak słuchałam…

Może nie powinnam zabierać dziewczynek i może powinnam założyć tę zieloną sukienkę podkreślającą moje piersi, zamiast kremowego golfu po szyję, i zakładać nogę na nogę z większą gracją? I nie iść tak szybko, dygocząc z zimna w wiosennych baletkach. I może nie powinnam zgodzić się na tę przejażdżkę, tylko udawać, że wcale dobrze przy Tobie mi nie jest. Może powinnam! Ale zapomniałam o tym, o tych wszystkich poradach i kobiecych sztuczkach, jak tylko podałam Ci rękę, bo po raz pierwszy w czyichś oczach zobaczyłam najszczersze przyzwolenie na bycie sobą po prostu i zaskoczyło mnie to tak bardzo, że zapomniałam wtedy w ułamku sekundy, kim ja w ogóle tak naprawdę jestem…

Od 11 miesięcy i 18 dni od czasu do czasu zadaję sobie wciąż te same pytania. To domena Raków rozkładać na czynniki pierwsze wszelkie przegrane… tylko dlatego, że nam życie nie pisze, powiedzmy, normalnych historii… Zazwyczaj nadawałyby się one na scenariusze dobrych produkcji. Dlatego, jak z kolejnej wielkiej akcji losu, wychodzi wielkie nic, to Rak – życiowy reżyser, rozłoży każdą scenę, aktora, scenografię, pogodę i kostiumy na czynniki pierwsze, by zrozumieć… co poszło nie tak… Wszystko po to by jakoś może rozumem pokonać żal serca do samej siebie za zmarnowany łut szczęścia…

Szymona pierwszy raz w życiu zobaczyłam jakieś 5 lat temu, gdy do jednej z nadmorskich knajp wpadł z grupką wesołych znajomych. Ja ówcześnie zakochana w pierwszym i jedynym jak do tej pory narzeczonym, wychowana w najwyższym szacunku do małżeństwa, nie ośmieliłabym się drgnąć na widok innego mężczyzny… i nie drgnęłam… zastygłam pod ciężarem jego wzroku na dwie milisekundy. O jedną za długo, bo kolega siedzący obok stuknął mnie znacząco w ramię i zapytał czy ja znam tego kolesia co na mnie taaaaaaaaak spojrzał… „Jeśli tak, to nic z tego, a jeśli nie, to też nic z tego” – skwitował. : )))

Mój kolega uznał za właściwe objaśnić mi swoje zagadkowe spostrzeżenie. Wywnioskował widocznie, że obie strony spojrzały na siebie o ten jedyny moment za długo i mojej stronie cała ewentualna reszta nie wyszłaby na dobre… Brutalnie została mi uświadomiona nowa porcja wiedzy z polskiej telewizji, bo od dwóch lat pozostawałam w Londynie poza jej odbiorem ze świadomego wyboru. Tamten pan to mianowicie jakiś początkujący aktor i właśnie szybuje na rakiecie zwanej „odpowiedni romans poza ekranem” w stronę „Hollywood”, no i aktualnie z tego aktualnego romansu kolega zasłynął w środowisku aktorskim i nie tylko, o czym Wojtek doskonale jest poinformowany, bo tak się składa, ze osobiście uwielbia tą już dawno rangi Hollywood aktorkę, no a ja przecież przeniosłam swój ośrodek rodzinny do Królowej Elżbiety…

Bardzo niezachęcająca do wykonania jakiegokolwiek ruchu w kierunku nowej znajomości historia… Mój ośrodek rodzinny wrócił z wc, czy gdzie tam akurat był, dopiliśmy swoje grzane wina i pewnie zapomniałabym o całej sprawie, bo nie obce mi były podobne spojrzenia „gwiazd” Pana Delonga, Pawełka Wilczaka (który jako gwiazdor zapomniał już, że znamy się doskonale z Warszawskiej Klubokawiarni), Bruna z „Na dobre i na złe”, a ściślej z restauracji „Między nami”, potem z Powązek i jeszcze raz kiedyś ze Starego Miasta, czy choćby Managera Patrycji Markowskiej. To wszystko za sprawą moich warszawskich, studenckich wojaży.

W moim sercu, po jednym jedynym, tak nieistotnym momencie, zapaliła się jednak jakaś mocna iskra. Taka, która powinna iskrzyć tylko dla mężczyzny, którego pierścionek zaręczynowy nosiłam już na palcu.

W konsekwencji tego musiałam udawać kontuzję kręgosłupa od nart wodnych, przez resztę pobytu chodząc w pół zgięta, pod ciężarem spojrzenia tamtego wysokiego, chudego chłopaka, ale cóż innego robić mnie, szarej gęsi, jak tylko spakować plecaczek w drogę powrotną do Londynu, porozsyłać zaproszenia na wesele, odwołać ślub 4 miesiące przed wyznaczoną datą, zakochać się bez pamięci na osłodę w Adamie, zakończyć karierę sportową, porzucić ukochane renowacje i dekoracje wnętrz, na które była w końcu szansa, wyjechać do – Bóg jeden wie po co – Dubaju i na drugie wakacje z nowego, doskonałego życia w Emiratach wybrać się do Krakowa… by przeżyć ciąg dalszy podarowanej przez los 5 lat temu historii… bez konieczności wpadania jak niszczycielska rakieta odpalona jedną iskrą… w czyjś świeży, istotny, aktorski romans… bo tamten romans, jak miało się okazać niebawem, nie przetrwał próby… wielu prób właściwie nie przetrwał…

Cdn…

... po 5 latach...

Data wpisu: 11.08.2010 | Dodaj komentarz

…Na wakacje wybrałam się do Krakowa odwiedzić dobrego znajomego i to piękne miasto, które pamiętałam już nie za dobrze z klasowej wycieczki w liceum… Był piękny sierpień 2009 roku i piękne plenery na zdjęcia i długie rozmowy. Pamiętam jak Łukasz po 3 dniach powiedział, że powinnam wracać do Polski, bo kraj mnie potrzebuje i kilka jego artystycznych projektów również. Musiałam wyznać prawdę, że nie zamierzam wracać do Polski z powodu żadnej potencjalnej pracy, gdyż z tej, po niedobrych doświadczeniach w kraju, jestem na razie zadowolona w Dubaju. „Jedyne, co mogłoby mnie sprowadzić z powrotem, to uczucie” – dodałam pół żartem, pół serio… ale musiałby być to ktoś naprawdę wyjątkowy. Łukasz zapytał czy ja mówię serio? Przytaknęłam, bo niczego na świecie nie pragnę bardziej, jak miłości w wydaniu Społem tzn. Made in Poland, z niedzielnym rosołem, jajkami z kurnika, żywą choinką, dymem zimą z komina… Mój ulubiony, krakowski Artysta powiedział, że da się zrobić…

Następnego dnia, na stacji kolejowej, gdy czekaliśmy na mój pociąg relacji Kraków – Poznań, Łukasz wyciągnął komórkę i powiedział żebym zapisała sobie numer do kogoś na prawdę wyjątkowego. Faceta, któremu podoba się Dubaj, mamy to samo hobby i aktualnie wygląda na to, że wylizał rany po długim związku. Zapytałam, po co mam zapisać numer tego faceta? Powiedział, że kiedyś może będę mieć natchnienie napisać czy zadzwonić, bo przecież postawiłam warunek, że wrócę do Polski nie do pracy, a jedynie do kogoś, no to on to potraktował serio i uznał, że nie ma dla mnie lepszej partii niż ten kolega.

Na drugie pytanie, dlaczego nie mogłam go poznać w Krakowie, Łukasz oznajmił mi, że kolega właśnie jest w Dubaju…

Zapisałam z uśmiechem numer jako „kolega Łukasza”, uściskałam mojego przyjaciela serdecznie, wsiadłam w pociąg, za 6 dni w samolot i wróciłam na pustynię…

Dopiero po 2 tygodniach temperatura spadła na tyle, że normalni ludzie, pomijając turystów z Polski ha ha, są w stanie spacerować w Dubaju na zewnątrz. Wyruszyłam na pierwszy „posezonowy” spacer brzegiem Mariny, a otaczająca architektura przeglądająca się w wodzie kanału oczarowała moje serce magicznym stanem uniesienia… Zazwyczaj, gdy przeżywam olśnienia duszy chciałabym bardzo się tym z kimś podzielić. Pamiętam, że usiadłam na ławce. Nie było obok mnie nikogo… tylko te wysokie, zapierające dech w piersiach budynki, gwiazdy, światła migoczące w wodzie, za tysiącami szklanych okien życie rodzin, kolacje kochanków, odgłosy telewizji, zabaw, rozmów. Wszystko tak bliskie, a tak dalekie… to był moment, w którym poprosiłam Boga o dom…

Nie umiałam napisać o tym nikomu, kogo znałam. Przypomniałam sobie, ten numer od Łukasza i zaryzykowałam… milczenie, brak odpowiedzi, jakiejkolwiek reakcji, która mogła tylko jeszcze mocniej przybić moje serce…

Pierwszy sms, był bardzo poetycki, bardzo ciepły i chyba przebijający te wszystkie kilometry strasznym poczuciem osamotnienia, bo odpowiedź przyszła prawie natychmiast. A cały wieczór przemienił się w pierwszą, bliską, smsową rozmowę… jedyną po polsku na tej przystani. Zorientowałam się, że nie znam nawet jego imienia, więc po jakimś czasie o nie zapytałam…

W ułamku sekundy, kończąc czytać jego odpowiedź, znów byłam w tym barze nad morzem i patrzyłam na chłopaka, który 5 lat temu, w jednej milisekundzie przygniótł moje ciało pod ciężarem swojego spojrzenia…

Jedyne co mogłam zrobić to zadzwonić natychmiast do Łukasza i zapytać czy to są jakieś żarty???

c.d… nastąpił…