×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Strona 1

Data wpisu:

15.07.2010

| Dodaj komentarz

Urodziny

Data wpisu: 15.07.2010 | Dodaj komentarz

To były najfajniejsze urodziny w moim życiu. 🙂 LINK
Ani siostra, ani brat nie złożyli mi życzeń, a Rodzice wysłali smsa, bo z pewnością zapłaciliby fortunę za 2 minuty osobistych życzeń na komórkę z Dubajem… Jestem tu już jeden rok i 7 miesięcy, a oni nie zadzwonili jeszcze ani razu. Kiedyś wytłumaczeniem był Skype, ale teraz Skype’a dla nich nie ma z różnych powodów… i nie mam żadnego już wytłumaczenia…

Napisałam do Szymona 3 smsy po pijaku i po angielsku, bo po polsku nie rozumiał ni w ząb, a w ostatnim, że kończę ten monolog na dobre… Podarłam jego zdjęcie z czasopisma i skasowałam bezużyteczny numer… pewnie każda inna wiedziałaby jak użyć taki bezcenny numer… ja już nie… wiedziałam…Potem skasowałam jeszcze 4 inne, które zapomniały albo nie wiedziały, że powinny zadzwonić tego dnia, aaaaa wiedzieć powinny 🙂 w końcu wszystkie 4 były dubajskie, a więc 50 flisów za minutę… i swojego czasu dzwoniły każdej nocy…

Powinnam skasować jeszcze smsa „good night” o 3 nad ranem od naszego dawnego znajomego olimpijczyka Makana, który serio nie potrafi wypowiedzieć się szerzej od roku…, ale nie skasowałam… 🙂 Przed tym urodzinowym czyszczeniem telefonu zjadłam, w formie randki, przepyszną urodzinową kolacje w moim ulubionym bufecie polinezyjskim Bamboo Lagoon i poprosiłam kolegę, zęby sobie poszedł sam jak tak mu się spieszy iść spać… Bo jak można poganiać kogoś w urodziny…zapłacił więc rachunek, choć o to nie prosiłam i sobie poszedł…, a ja przegadałam resztę nocy nad szklaneczką podwójnej whisky z brodatym Amerykaninem z South Carolina w tranzycie do Afganistanu. Najpierw zniszczyli, teraz budują i biznes się kreci. 😉 Od jakiegoś roku zafascynowały mnie męskie brody…ale to nie pod wpływem Szymona, bo jego broda jest taka raczej kozio-mizę.

Mustafa, ten TV prezenter, z urodzin w zeszłym roku, najlepszy kumpel mojego zeszłorocznego ex, a obecnie mój najlepszy kumpel, znając moją niechęć do biegów krótkich zwanych sprintami zgarnął mnie do domu, śmiejąc się z naszego wspólnego kolegi, któremu tak się spieszyło. No i około 2.00 nad ranem przeżywszy po raz 28 swoje urodziny wylądowałam sama w swoim genialnie wygodnym łóżku z kawałkiem tortu w lodowce na śniadanie konsumowane w aucie w drodze do pracy… 6 godzin później…

Ale to jeszcze nie koniec, bo idziemy potańczyć w piątek do Jambase. Tam, gdzie kiedyś przywitałam pierwszy Nowy Rok w Dubaju. Przetrwała prawie ta sama ekipa. W większości z facetami, którzy albo nie chcą, albo nie potrafią znaleźć swoich drugich polówek w tym dubajskim zoo pełnym goryli, kolorowych papug, pawi, piranii i kameleonów. Ten ostatni kolega kameleon z urodzinowej randki jakoś w szczególności nie przypadł mi do gustu podając się za Leo…, a taki to był Leo jak ze mnie smukło noga antylopa… Dlatego postanowiłam nie marnować czasu i odesłać go na drzewo, czy, gdzie tam kameleony żyją czy rosną, i zostać sama z premedytacją. 🙂 Taka bojówka jednak do końca nie byłam, bo 10 minut przed wytrzeszczem kamieńskich oczu, wstających od stolika, zobaczyłam kątem swoich … nie noc zdecydowanie nie Szymona, bo już wiecie, że to jego numer wyczyściłam pierwszy, a prawdopodobieństwo zobaczenia go w polinezyjskim bufecie Bamboo Laggon, w dniu moich urodzin, trzeci raz w Dubaju bez towarzystwa sarny równało się szansą jakie ma mój Tato w grze w totka…1: 1.000.000 = nie ma szans po prostu… kątem oka więc zobaczyłam… tego Amerykanina sadowiącego się wygodnie przy barowym wodopoju. Powiedziałam mu, że mam dziś urodziny, magistra socjologii, kontrakt w ministerstwie sportu, 187 cm wzrostu (bo mówiłam to w pozycji siedzącej) i właśnie kopnęłam kameleona w oczy, a pije szklaneczkę podwójnej whisky… Nie uwierzył i pewnie pomyślał, że to 28 szklaneczka tej whisky, a nie rok moich urodzin, albo tylko pewnie taki lokalny pretekst do zażądania dużego napiwku nad ranem. Na szczęście szybko pojawił się Mustafa i jeszcze szybciej wyprowadził Amerykanina z błędu, że naprawdę pracuje w ministerstwie, a nie w tym barze. Po tym kolega się ożywił, wręczył mi maila i zwiał ze wstydu z Bamboo Lagoon… zostawiając za sobą niedopity kufel piwa z mojego ex-narzeczonego wioski w Niemczech. I tak oto, po trzech latach od zerwanych zaręczyn, po urodzinowej konsultacji z barmanem, dowiedziałam się, że w Munchen produkują całkiem niezłe piwo…

Acha, moja urodzinowa samotność wcale mnie nie zaatakowała nad ranem, ani nie rozczuliła tym razem, ani nie obezwładniła… Po prostu dala mi się porządnie wyspać po tych Bóg wie ilu podwójnych szklaneczkach whisky, za co zaczęłam ja prawdziwie szanować. Nadal mam jeszcze jedne urodziny przed 30 ; ) a w tegorocznym prezencie świetny pomysł. na bloga…

Happy Birthday and Happy 28 years !!!

Urodziny nr 2

Data wpisu: 18.07.2010 | Dodaj komentarz

Stała się rzecz niebywała… Pani poznała Pana…

Tzn. znała go już od jakiegoś czasu, chyba od kwietnia, ale zawsze wydawał jej się nieodpowiedni do bliższej znajomości… taki starszy, łysy, wojsiłkowaty, zawsze z cygarem przy ustach. Zupełnie po prostu nie w jej typie. Dygresja o typach – żaden dotychczasowy nie okazał się ani ideałem, ani dobrym trafem… więc… przyszła może wreszcie pora zmienić typowania… ha, ha, ha!

On jeden zapamiętał z pierwszej rozmowy wszystkie informacje i szczegóły… on jeden zaczął regularnie odwiedzać Dubai Mall i pojawiać się przed moim sklepem na 5 sekund, żeby z uśmiechem powiedzieć „Hello”. Kiedyś nawet dal mi numer, ale gdzieś go zapodziałam… niby… potem, kolejnym razem zignorowałam po prostu bezczelnie pierwszego smsa zupełnie nie czując tej osławionej chemii, która jak nie zwalała mnie z nóg w ciągu pierwszych 30 sekund to była przyczyna braku kontynuacji znajomości… I w tym oto przypadku facet trochę za głośny nawet jak dla mnie ;), za łysy zdecydowanie, ale za to za bardzo owłosiony na klacie zaczął się o mnie starać dość regularnie i dość bezcelowo… do wczoraj…

Wczoraj, natomiast rozpamiętując zawód urodzinowy i rozczarowanie tegoroczna zerowa liczba prezentów z tej samej okazji ( nie, żebym sobie specjalnie zasłużyła) zobaczyłam znajome kontury cielska ponownie w witrynie swojego sklepu, ze szczerym uśmiechem, trochę już jednak bardziej nieśmiało, wypowiadające w biegu, pełne nadziei „Hello”. W ułamku sekundy, gdy ten łysy osiłek znikał mi z pola widzenia, totalnie rozczulona jego podchodami, zawodami i stałością uczuć, złapałam za telefon i odgrywając cud nad Wisłą z odnalezionym nagle numerem, powiedziałam trochę niedbale, ale bardzo wesoło… „Hello”.

Hannibal wyraźnie się uradował i nie było już opcji nie zgodzenia się na kawę, a z kawy zrobiło się risotto z owocami morza, stoicki karmel pudding i trzy lemoniady u zaprzyjaźnionego Charliego w “Joe caffé” dwa unity od mojego sklepu. U tego samego, u którego z Ewcią obejrzałyśmy na plastikowych krzesełkach z braku miejsc, delektując się osławionym stoicki puddingiem, otwarcie najwyższego budynku Burj Kaliffa, a z Ewcią z Holandii wciągnęłyśmy, przy 30 stopniowym upale, anielsko-przepyszne ravioli ze szpinakiem i leśnymi grzybami. Polecam, palce lizać : )))

Ta pierwsza lunchów-randka okazała się nie przewidywalnie sympatyczna, a Hannibal nieoczekiwanie interesujący. Potem okazało się, że on wcale nie był aż tak bardzo głodny, ale jak dostał już w końcu, po tylu bezowocnych wizytach w Mallu zielone światło, to zamawiając ciągle coś nowego do jedzenia, postanowił tym oto sposobem wydłużyć chwile ze mną tyle ile się tylko da… ha, ha, ha… Miły komplement… podobny do tego jaki sprawił mi Szymon wożąc mnie po Warszawie między obiadem, a kinem późno w nocy… ale to zupełnie inna opowieść…

Jakoś tak się rozgadaliśmy, że wieczorem miałam ochotę jeszcze go zobaczyć i była to zapowiedz totalnego szoku, jaki przeżyłam godzinne po zjechaniu winda wystrojona (Aga na skypie widziała) na randkę numer 2.

Po paru appel martini, jego 3 szklaneczkach scotcha i jednym dłuuuuuuuuugim, pachnącym cygarze oczywiście Hannibal zgłodniał, a już wiem ze zjeść to on potrafi. Zaproponował szybkie sushi w Budda Bar, na co zgodziłam się z podwójna przyjemnością. Po pierwsze sushi, po drugie Budda Bar :)))

Pisałam już, że kolega umie słuchać i naprawdę wszystko słyszeć, bo czasem słuchanie nie równa się zrozumieniu i zakodowaniu… Tym razem musiał też wyraźnie usłyszeć w „Joe Caffé” całą moją historię z kopnięciem kameleona w oczy przy okazji mało udanej celebracji urodzinowej, wielkim problemie finalizacji wyjazdu do Afryki, którym chwali lam się w kwietniu, kiedy jeszcze nie byłam świadoma makabrycznie horrendalnych cen biletów lotniczych, no i generalnie nie najlepszym kilkudniowym startem w swój 28 rok życia, bo…

… w Budda Bar czekał przygotowany stolik, szampan… I biała, zwykła koperta po moim talerzem. Najpierw zjedliśmy, potem kelnerzy przynieśli czekoladowy torcik z napisem „NEW Happy Birthday Nell” i odśpiewali sto lat z aplauzem Hannibala na stojąco ha, ha. A potem zabrali talerze, no i już nie mogłam udawać, że nie widzę tej koperty…, ale, zanim wzięłam ja do ręki, Haider, bo tak ma naprawdę na imię ten mój urodzinowy wybawiciel, dal mi do ręki nowiutka, bialutka, słodziutka Nokie z zapisanym jego numerem na 5 różnych sposobów, z karteczka, że ma nadzieje, iż tym oto sposobem zacznę regularną z nim komunikację ha, ha, ha, z dopiskiem, że mam absolutnie nie czuć się zobowiązana tym wieczorem do zachowania jego numeru.

A w kopercie były darmowe mile lotnicze Emirates Airlines… dokładnie tyle by dolecieć i wrócić z Kapsztadów dowolnym terminie, przepisane na moje imię i nazwisko… bezzwrotne… ha ha ha… jak zaznaczył Haider, sącząc szampana o 2 nad ranem.

Zastanawiam się, czy moje życie nie nadaje się przypadkiem na scenariusz dobrej, brazylijskiej telenoweli ha, ha, ha. I nie wiem czy to ten szampan, mile, czy jednak coś zupełnie innego zawiesiło pomiędzy mną i cygarowym Hannibalem, tego wieczoru, nić interesującego porozumienia, któremu muszę chyba uważniej się przyjrzeć w najbliższym czasie, nie symulując już utraty telefonu i wszystkich jego 5 numerów… 🙂

Happy Birthday nr 2….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

fifteen − 11 =