×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Tak się zdobywa 3 medale na Mistrzostwach Świata

Data wpisu:

07.08.2011

| Dodaj komentarz

Relacja Roberta Celińskiego ze startów podczas rozgrywanych

19 Mistrzostw Świata Masters w Lekkiej Atletyce, Sacramento 2011.

Sama nie napisałabym lepiej, czyta się doskonale. Serdecznie polecam fanom sportu i biegania ! : )  

Robert… co za niespodzianka… absolutnie, z całego serca wielkie gratulacje ode

mnie i całej mojej rodziny : )))) biegaj chłopie, biegaj, bo jesteś

coraz szybszy i mocniejszy !!!! Wspaniała realizacja założeń!

 Robert jesteś Wielki !

Decyzję o wzięciu udziału w Mistrzostwach Świata Masters podjąłem jesienią ubiegłego roku. Miałem wtedy dużo czasu by do tych zawodów się właściwie się przygotować, zwłaszcza że w perspektywie wiosną tego roku startem docelowym miały być mistrzostwa Polski w Maratonie. Na mistrzostwach w maratonie, jak się później okazało miałem duże szanse zdobyć medal.

Życie napisało trochę inny scenariusz, znacznie utrudniając mi przygotowania do nowego sezonu.

W połowie stycznia podczas biegu ulicznego na dystansie 15 km, doznałem urazu ścięgna Achillesa. Kontuzja wyłączyła mnie na dobre trzy miesiące z treningu, niwecząc nadchodzący start w maratonie.

Brak solidnych przygotowań treningowych w okresie zimowym też kładł się cieniem na moje dalsze plany i start w Sacramento. Miałem bardzo mało czasu. Jedynie co mogłem robić w trakcie tych trzech miesięcy to treningi uzupełniające: jazda na rowerze stacjonarnym, pływanie na basenie, wiosłowanie na ergometrze, siłownia i ćwiczenia wzmacniające. Podjąłem jednak ryzyko, chciałem wystartować, to mnie dopingowało i mobilizowało do ciężkiej pracy i wyrzeczeń.

Pierwszy trening odbyłem już w połowie kwietnia, lekko nadal odczuwając kontuzję. Jedenaście tygodni jakie pozostały na przygotowania i pierwszego startu nie napawały mnie optymizmem.

Treningi realizowałem bardzo mozolnie, ciężko, brakowało mi luzu w bieganiu, było to bardzo frustrujące. Myślałem sobie” z czym do ludzi”, ale nie zbaczałem z objętego kursu. Mimo że sezon biegowy już na dobre się rozpoczął , ja tylko trenowałem. Na początku czerwca postanowiłem wyjechać do Szklarskiej Poręby na zgrupowanie sportowe, gdzie liczyłem na trochę szybsze dojście do względnej formy. Cisza, spokój , dwie sesje treningowe w ciągu dnia i odpoczynek , sprzyjają odbudowie formy. Mimo sprzyjających warunków do biegania nadal treningi szły z wielkim oporem nie czułem radości podczas biegania ale wiara się tliła. Dopiero ostatnie dwa dni pobytu w Szklarskiej Porębie dały oznaki „lekkiego luzu w nogach” i przyjemności z biegania, tu wiedziałem ze może być już dobrze.

Tydzień po zjeździe z gór wystartowałem w Mistrzostwach Polski Masters w Zielonej Górze. Obroniłem na tych mistrzostwach tytuł Mistrza na dystansie 5000 m i zdobyłem złoto na dystansie 10000 m, dwa biegi, dzień po dniu.

Zostało już tylko dwa tygodnie do pierwszego startu w Sacramento, złapałem już luz biegania i radość z tego że treningi biega mi się wyśmienicie. Sprawy związane z wyjazdem dopiąłem już na ostatni guzik, pomogli mi w tym moi dobrzy przyjaciele i sponsorzy. Polish Energy Partners, Orto-Fan, Asap 24 oraz Red Bull i Rudy Project.

Pierwszy start, 7 lipca, godz.9:00, cross na dystansie 8km, miejsce Granit Part- Sacramento.

Rozgrzewkę rozpocząłem na 50 min przed startem, temperatura już wynosiła 32 stopnie, biegałem w cieniu wysokich drzew okalających olbrzymie boisko trawiaste na którym był start i finisz crosu. Mimo wysokiej  temperatury czułem się wyśmienicie. Towarzyszył mi lekki stres i emocje, jak rozegram ten bieg i w jakiej dyspozycji są rywale, wszak ich wcześniej nie znałem i nie miałem okazji wcześniejszej się z nimi skonfrontować na zawodach. Znałem tylko wyniki jakie podali podczas zgłaszania się do mistrzostw. Na linii startu szerokiej na sto metrów stanęło osiemdziesięciu zawodników z 46 krajów w tym i ja jako jedyny z Polski.

Jeszcze kilka luźnych podskoków , klaśnięć po mięśniach nóg, komenda na miejsca, przyjąłem pozycję startową i strzał. Ruszyliśmy do przodu, przed nami długa prosta po trawie i ostry skręt w lewo, jestem w czubie, czuję emocje jakie we mnie siedzą, lekko nawet się trzęsę, orany biegniemy, jak będzie dalej?… Będzie dobrze, kontroluj wszystko, mówię w myślach sam do siebie, nie daj się podpuścić emocjom i nie wyrywaj zbyt mocno do przodu to dopiero początek wyścigu. Kolejny zakręt i jeszcze kolejny. Tak przebiegliśmy półtorej pętli po czworoboku na trawiastym boisku, dalej wybiegliśmy już po za boisko na zupełnie inny teren. Czekał nas długi łagodny podbieg, wypłaszczenie i łagodny zbieg, prowadzę stawkę biegu wspólnie z Marokańczykiem, czuję się swobodnie. Biegniemy dalej, na trasie towarzyszą nam kibice i znajomi biegaczy, okrzykami zachęcając do walki, ja też mam kibiców i okrzyki ,biegnij, trzymaj, dodaje mi to ochoty i mobilizuje mnie. Trasa staje się już wymagająca, drugi długi podbieg z trzema zakrętami jeden po drugim. Po bokach suche chaszcze wysokie do bioder, to one wyznaczają wyraźnie szerokość trasy i jej koryto, jak rzeka, wije się. Pod stopami nóg sucha jałowa pylista ziemia i linia biała, kreśląca kierunek biegu jak nić Ariadny. Biegniemy, czuję się dobrze, wszyscy prawie biegniemy w grupie, miną już trzeci kilometr, mamy już za sobą jeden stromy zbieg częściowo przebiegający po starym wylanym wieki temu asfalcie i po ruchomych kamieniach takich jak na torach kolejowych. Wbiegamy na ścieżkę gdzie jest już więcej po bokach drzew i pierwszy punkt kontrolny, na którym nasze czipy przyczepione do ”kolcy” monitorują w systemie kto przebiegł ten punkt i żeby wyeliminować wszelkie pomyłki, wszak pętli jest jeszcze cztery. Dwie duże i dwie małe i w jednym miejscu się one ścierają. Słychać pip, pip , całe morze takich sygnałów, świadczy to że jest nas jeszcze wielu w czubie biegu. Czwarty kilometr i podbieg , który już raz pokonywaliśmy, Argentyńczyk zrywa tempo biegu chcąc się urwać i uciec , nie pozwalam mu na to i biegnę na równi z nim, biegniemy jeszcze kilka chwil tak, dobiega do nas kolejny Argentyńczyk i Marokańczyk, odskoczyliśmy już od kolejnych zawodników na dobre dwadzieścia metrów, widzę to kątem oka gdy lekko skręcamy na trasie, jesteśmy liderami biegu, biegniemy ramie w ramię ocierając się momentami spoconymi  łokciami i ramionami. Widzę że w tym gronie jestem jako jedyny z grupy M-35, wiem to po numerkach na plecach moich konkurentów, jest bardzo dobrze, myślę sobie. To im powinno zależeć teraz jak rozkręcać dalej bieg. Tempo biegu wyraźnie jeszcze wzrosło, trzymam się , nie odpuszczam, zbieg i jeszcze mocniejsze szarpnięcie Marokańczyka, trzymamy się nadal razem, za nami już jakieś sześć i pół kilometra, przebiegamy ostatni raz przez matę na punkcie kontrolnym, pip, pip, pip i pip, jeden po drugim. Zakręt i ostre przyśpieszenie jednego z Argentyńczyków, biegniemy za nim. Jeszcze sto metrów po płaskiej , twardej wysuszonej, pylistej trasie. Kurzy się jak w stadzie pędzących bawołów na sawannie, ostatni łagodny długi podbieg i taki sam zbieg. W dali widać już metę, czuję już pewną ulgę ale walka na dobre rozpoczęła się dopiero miedzy dwoma Argentyńczykami i Marokańczykiem. Ja już sobie luzuję i mówię w duch bijcie się teraz między sobą, ja mam już złoto i oszczędzam siły na kolejny bieg, który czeka mnie za dwa dni na 5000 m. Jestem szczęśliwy i radosny, jeszcze bardziej radośni są koledzy i koleżanki z reprezentacji i Polonia, która mi dopingowała. Huraaa!

Godzinę później czekała nas ceremonia dekoracji, super uczucie stać na najwyższym stopniu podium, słyszeć Mazurka Dąbrowskiego i czuć radość w sercu, widzieć radość i wzruszenie Polaków, chwile takie są nie zapomniane.

Drugi start, 9 lipca, godz.20:44, dystans 5000 m, miejsce – Sacramento City College Hughes Stadium

 

Godzina 19:50 potwierdzam start. Jeszcze kilka zdjęć z przybyłymi Polonusami i czas na rozgrzewkę. Biegamy po trawiastym boisku przylegającym do stadionu, oddzielonym tylko ogrodzeniem z siatki. Zapada już zmrok, jupitery oświetlające stadion włączone. Na rozgrzewce widzę moich rywali, z którymi będzie mi dane rywalizować tego wieczoru. Biegając kółeczka wymieniamy się spojrzeniami i lekkimi uśmiechami, ja ciebie czy ty mnie dziś pokonasz, takie myśli zapewne mi jak i reszcie zawodnikom towarzyszą. Mijam kolejny raz Francuza, Czecha, Mongolczyka, Hiszpana i zawodników z jeszcze kilku krajów.

Dziś w rozgrywkę włączył się silny wiatr, rano miałem nadzieję że ustanie on pod wieczór, ale tak się nie stało. Zrobiłem już przebieżki dogrzewające. Z wiatrem biegam je po 17,16 sekund na sto metrów a pod wiatr już 19-18 sekund, trzeba będzie się mocno spinać pod wiatr.

Na sygnał sędziego podchodzimy do ostatniej kontroli sprawdzającej długość wkrętów w ‘kolcach” i koszulki reprezentacyjne czy są bez żadnych napisów sponsorskich itp. Przyklejamy jeszcze numerki boczne na biodra i lewą pierś, ja mam numerek 10, co to może oznaczać? myślę sobie. Pierwsza jedynka, to może pierwszy a 0? Hmm, może nie dobiegnę? albo będę drugi. Dopadł mnie już stres i trzęsę się troszkę. Wyprowadzają nas już na start, „Robert jesteśmy z Tobą” ,słyszę takie okrzyki otuchy. Orany , myślę sobie, ale będzie męczarnia, oby nie dać plamy. Pada komenda, proszę podejść do linii startu, jeszcze kilka krótkich chwil wydających się ciągnąc w nieskończoność, pochylam się, nogi mi zaczynają drżeć.

Następuje wystrzał i biegniemy, przechodzę do czoła biegu by nie wdawać się w ewentualne przepychanki, jestem na zewnętrznym pierwszym torze, obok mnie Francuz ale nie kwapi się do wyjścia na prowadzenie, biegniemy razem jeszcze chwilkę. Nie chcę nadrabiać dystansu na wirażu wychodzę na prowadzenie i lekko przyśpieszam. Zegar ustawiony przy mecie wskazuje 36” , jest tak jak chciałbym biec każde dwieście metrów. Wchodzimy w drugi wiraż i tu wiatr stawia mi wyraźny opór a druga prosta to mocowanie się z nim. Pod ten wiatr jeszcze staram się lekko przyśpieszyć by biec równo każde okrążenie. Pierwsze koło 1’12’’, zerkam kątem oka  na zegar, jest okej, aby tak dalej, czuję luz i swobodę, biegniemy, staram się utrzymać to tempo cały czas, przyśpieszając na odcinku bez wiatru i „spinając się pod wiatr”, kilometr pierwszy w 3’01’’, jest okej i niech tak będzie dalej. Biegnąc widzę na tartanie cienie zawodników biegnących za mną , biegniemy rządkiem jeden za drugim, postanawiam zbiec na zewnętrzny tor by dać do zrozumienia drugiemu , może mnie zmienisz i poprowadzisz troszkę, brak odpowiedzi. Muszę prowadzić dalej sam, powtarzam to jeszcze kilka razy na kolejnych odcinkach, ustępuję miejsca i nic. Widzę i czuję jak biegnący Francuz chowa się za moimi plecami i osłania się przed wiatrem. Cwaniak , myślę, przyśpieszam on za mną jak przyklejony biegnie i chowa się za mną. W głowie układam już taktykę, ruszę z ostatnich dwóch kilometrów wyraźnie by go zmęczyć. Drugi kilometr 6’04’’, trzeci 9’,06 sekund. Biegniemy dalej ale widzę już tylko cienie trzech zawodników biegnących za mną, troszkę się denerwuję. Czas przyśpieszyć, zrywam tępo już wyraźnie tak jak postanowiłem, biegnę ,Francuz za mną też, ściana silnego wiatru wieje mi prosto w twarz aż popłynęły mi łzy, o ranyyyyy. Próbuję to utrzymać ale wiatr bardzo nie pozwala, mocuje się i zrywam tempo jeszcze raz a Francuz się jeszcze trzyma. Czwarty kilometr mamy 12’12’’ a więc zwolniłem troszkę, ruszę z ośmiuset metrów jest nas tylko dwóch , wiatr stawia, są jeszcze tylko  ostatnie dwa okrążenia ale nie przyśpieszam, mam kryzys ruszę na pół kilosa do końca, Robert goł, biegnij, ruszaj, nie daj się, słyszę jeszcze doping w kilku innych językach co oni krzyczą?

Jest już ostatnie pięćset metrów, mam ruszać tak jak zaplanowałem ale postanawiam się wycofać, ruszę jeszcze z ostatnich czterystu metrów, Francuz za mną, „ jak przyklejony”, jest już ostatnie koło, przyśpieszaj, „krzyczy we mnie wszystko”,  nie, ruszę z trzystu, wiatr stawia, jest trzysta, ruszaj, jeszcze nie, „coś mi mówi” z dwustu ruszę mocno, Francuz nadal schowany, jest dwieście, przyśpieszam ale jak z procy wyskakuje mi Francuz jak szybo jak pędzi , ucieka mi, ja mobilizuje się całych sił i też już pędzę ale mi ucieka mam stratę z dwadzieścia metrów, pędzę jeszcze włączam mocno pracę ramion, zostało jaszcze 120 metrów przewaga nie zmalała, pędzę jeszcze mocniej zaciskam zęby i wszystko co mam w sobie, pędzę, zbliżam się już , widzę że Francuz już nie może przyśpieszyć, zbliżam się , niweluje przewagę, jeszcze dwadzieścia metrów, jestem bliżej o kilka centymetrów , żyłuję do końca jestem coraz bliżej. Wpadam jednak na metę jako drugi, Francuz podnosi ręce do góry w triumfie, przegrałem.

Jestem zły na sienie , przeklinam, o ranyyy, jak tak mogłem. Gratulujemy sobie , obaj robimy dobre miny ale wiemy że tak nie jest.  Orany jaki jestem zły , Polacy krzyczą, „Robert jesteś dla nas the Best” ale co z tego myślę sobie, przegrałem a powinienem wygrać. Coś jeszcze mamroczę sobie pod nosem. „Robert gratulujemy , wielkie gratulacje, masz kolejny medal, uśmiechnij się”, tak wiem, odpowiadam.

„Polska ma kolejny medal wywalczony przez Ciebie, jest super, uśmiechnij się”. Tak uśmiecham się, zaczynam się też cieszyć z tego że innym sprawia to wielką radość. Dawanie radości innym też jest wielkim wyzwaniem nawet gdy jest medal srebrny, należy się z tego też cieszyć.

Dekorację wręczania medali mamy następnego dnia o godzinie 10:40. Otrzymuję jeszcze gratulacje, uściski od Polonii licznie przybyłej na tę chwilę, robimy wspólne zdjęcia, wszyscy się cieszą, ja też, ale mam lekki niedosyt. Stoję na drugim stopniu podium, trzymam w dłoniach flagę Polski uniesioną nad głową, słyszymy Marsyliankę. Jeszcze raz sobie gratulujemy, robimy wspólne zdjęcia .

Polonusi bardzo się ciszą i mówią „jacy jesteśmy dumni”

Tak, to jest to, trzeba umieć się cieszyć. ‘’Dziękuję Bogu za ten srebrny i złoty medal, wielkie dzięki”.

Trzeci  start, 15 lipca, godz.20:20, dystans 10000m, miejsce – Sacramento City College Hughes Stadium.

Pierwsza weryfikacja i potwierdzenie startu jest o godzinie 19:10, jestem jako pierwszy, potem podchodzi Czech Jrzi i Kanadyjczyk. Witamy się „ahoj” i „hi”, wymieniamy uśmiechy. Starszy pan obsługujący biuro weryfikacyjne zauważa na moim nadgarstku bransoletkę, którą otrzymałem po zdobyciu pierwszego medalu w crossie, taką bransoletkę otrzymują wszyscy medaliści mistrzostw, ściska moją dłoń , uśmiech się i życzy powodzenia, jest mi miło.

Piątkowy wieczór też jest wietrzny, wieje silny wiatr, będziemy się zmagać z nim nie przez dwanaście i pół okrążenia ale tym razem przez dwadzieścia pięć, „masakra” myślę sobie.

Tym razem moje grono kibiców powiększyło się o kilkoro Amerykanów ubranych w koszulki koloru czerwonego z olbrzymim orłem i z napisem Polska. Ci przefarbowani Amerykanie to sąsiedzi Państwa Rodkiewiczów, (u których mieszkałem) którzy bardzo zainteresowali się moją osobą. Fajnie że przyjechali i dopingować będą mnie a nie swoich rodaków.

Za chwilę ruszy już ostatni bieg starszej kategorii i zarazem najmocniejszej serii, będę mógł śledzić na żywo ich rywalizację podczas swojej rozgrzewki, mam jeszcze pięćdziesiąt  min do startu. Czas zacząć truchtać, biegam kółeczka po trawie jedno po drugim, od czasu do czasu patrząc na zegarek ile mi jeszcze zostało tego truchtania, biegam na rozgrzewce zazwyczaj dwadzieścia minut. Zaczynam gimnastykę i stretching, chwilami napada mnie zwątpienie czy dam radę pobiec na tyle dobrze by ten ostatni start był udany. Odpędzam te stany, „dam radę, chcę pobiec dobrze, chcę ustanowić wartościowy wynik, będę walczył, nie poddam się.” Czas na przebieżki, trzy biegam po trawie, liczę kroki, dwadzieścia osiem i pół kroków biegowych na jedną nogę to u mnie jest sto metrów. Biega mi się luźno i swobodnie. Chwila na wypicie napoju izotonicznego, poprawiam swoją fryzurę, bo wiatr potargał mi ją troszkę. Zakładam teraz jeszcze skarpetki kompresyjne może dziś mi one pomogą i kolce, sznurówki ściągam dość mocno i zawiązuję na dwa supły. Zrobię jeszcze dwie przebieżki jedną z wiatrem, mam ją w 17 sekund i pod wiatr tę mam taż w 17 sekund. Pobiegną dobrze , bo tak chcę, chcę biec dobrze, powtarzam w duchu setny raz tego dnia. Słyszę sygnał sędziego, „zapraszam do weryfikacji końcowej”, otrzymujemy podobnie jak przed „piątką” numery boczne na biodra i na pierś, tym razem nam numer trzy. Jak będę trzeci będzie okej, myślę sobie. Jesteśmy gotowi, jeszcze słyszę powodzenia, trzymaj się.

Sędzia ustawia nas na linii startu, tłumaczy kiedy podbiegamy do linii  na jego sygnał i na wystrzał ruszamy. Przyjąłem pozycję startową, lewa noga lekko zgięta w kolanie, trzęsie mi się jak galareta, czuję wiatr wiewający me plecy. Huk wystrzału z pistoletu i ruszamy. Wyszedłem od razu do przodu, wiatr wieje w twarz, ktoś z tyłu zaczepia mnie butem  mój but, na szczęście nie ściągną mi go, lekko przyśpieszyłem. Prowadzę stawkę, za mną biegną pozostali zawodnicy, widzę ich smukłe cienie i swój też. Robert goł Robert goł, słyszę z trybun, to ci Amerykanie, z szalikami i flagą Polski, goł, goł. Pierwszy kilometr 3’08, jest okej, czuję luz i zszedł ze mnie stres że prowadzę, już tym się nie przejmuję, „chcę biec luźno i swobodnie” to sobie powtarzam. Przyśpieszam pod wiatr żeby nie zwolnić, luźno luźno, biegnę.

Słyszę okrzyki dopingu od rodaków i dla moich konkurentów w wielu językach. Prowadzę i zmagam się co dwieście metrów z wiatrem. Co kilometr słyszę z głośników rozmieszczonych na stadionie gęsto i prawie wszędzie, „bieg prowadzi Robert Celinsky from  Polen”. Mijamy trzeci kilometr, widzę trzy cienie podążające jeden za drugim w synchronicznym ruchu, noga w nogę , ramię w ramię. Biegniemy dalej, staram się lekko przyśpieszać, może szarpnąć, myślę sobie i tak robię. Zrywam i biegnę luźnym rytmem  tak całe sto metrów. Opłaciło się trzeci zawodnik odpada od naszej stawki, jest to Czech. Zostałem już tylko ja i zawodnik z Kostaryki, trzyma się, czy dam radę, tak myśl przebiega mi przez głowę, mamy jeszcze połowę dystansu, dam radę, biegnie mi się luźno, będzie dobrze, czuje się wyśmienicie, choć zmęczenie daje już pierwsze oznaki. Wiatr i zmaganie się z nim to już tylko to czuję i na tym się koncentruję, okrzyki już są gdzieś obok, walczę z wiatrem żeby tempo nie spadło.  Dubluję już Hiszpana i Amerykanina i kilku innych zawodników, dubluję Kanadyjczyka, przyśpieszam jak ich dubluję, to dodaje mi pałera i mocy. Wiatr i znów zmaganie się z nim, tak mijają kolejne kilometry, jest już ósmy kilometr i widzę zawodnika z Kostaryki, który trzymał się mnie najdłużej, kiedy od odpadł, nawet tego nie zauważyłem, przyśpieszam, chcę go dojść. Mam do niego jeszcze sto metrów, widzę jak się ogląda, dubluję kolejny raz Amerykanina i chyba Hiszpana. Wiatr i walka z nim, już mi nie przeszkadza nie obchodzi, biegnę, chcę” drapnąć” zawodnika z Kostaryki, meta jest już blisko, mam jeszcze 1200 m. Na łuku chcę wyminąć Kostarykańczyka, on widząc to przyśpiesza, biegnę za nim jeszcze chwilkę i mijam przed wyjściem na prostą, mam jeszcze tylko tysiąc sto metrów. Na tablicy widzę aktualny wynik biegu, i widzę szansę że mogę rozmienić trzydzieści dwie minuty, to byłoby super wynik na te warunki. Ostatni kilometr przyspieszam, biegnę przy głównej trybunie, słyszę wielką wrzawę i okrzyki „dajesz” to mi pomaga. Zmęczenie jednak też przypomina o sobie ale zostało mi jeszcze tylko dwa okrążenia, przyśpieszam, już nie wiele mi pozostało, mijam jeszcze kolejnego zawodnika. Jeszcze pięćset metrów, jeszcze czterysta, zrywam jeszcze, pracuje mocniej ramionami, nogi przebierają też jakby szybciej, jeszcze przedostatnia prosta pod wiatr i dwieście metrów. Na zegarze widzę że muszę przebiec ostatnie dwieście metrów w trzydzieści sześć sekund, to szybko, orany, ale przyśpieszam jeszcze, daję czadu, włączam jeszcze mocniej pracę ramion, biegnę , mam grymas zmęczenia na twarzy, jeszcze pięćdziesiąt ,dwadzieścia metrów i już upragniona meta. Jaki jestem szczęśliwy i w pełni usatysfakcjonowany, jest super. Ręce unoszę do góry i coś krzyczę , nawet nie wiem co. Padam na kolana i całuję tartan jak nasz Papież Jan Paweł II, Polacy i Amerykanie krzyczą huraaaa, „jesteś The best”. Przyjmuję gratulacje od sędziego głównego, podchodzę do trybuny i witam się jeszcze raz z tymi, którzy tak mi dopingowali, tysiące uścisków i pocałunków, nie ważne że jestem mokry i lepki.

Pozostali zawodnicy jeszcze biegną ale czekam na nich by im pogratulować bo wszystkim nam było dziś ciężko. Robimy jeszcze sesję fotograficzną, mnóstwo fleszy co chwila ulatuje w przestrzeń, wszyscy jesteśmy szczęśliwi.

Dziś zdobyłem drugi złoty medal na tych mistrzostwach- 10000 m, czas około 31’57”, nie oficjalny taki sobie złapałem, rozmieniłem 32” z czego się cieszę bo podobnie jak na 5000 m dziś potwornie wiało prawie na całym odcinku 200 m. musiałem się trochę nawet kulić w kłębek aby pokonać opór wiatru.

Cały dystans prowadziłem od startu, ogólnie mimo wietrznej pogody bylem dziś predysponowany do biegania na poziomie. Początek zacząłem dość mocno bo w granicach 3’06-08 na kilometr ale tak było do 4 km potem wiatr troszkę był mocniejszy ale tempo spadło minimalnie wolniej, ostatnie kilometry nawet lekko przyspieszyłem, motywowało mnie dublowanie zawodników, każdemu zawodnikowi założyłem dubla a tym z dalszych miejsc nawet dwa. Jestem zadowolony gdyż w samotnym biegu jeszcze nie udało mi się złamać bariery 32′, mimo jeszcze wiejącego wiatru.

Na początku myślałem że będę miał troszkę kłopotów z tym by pobiec szybciej nisz zawodnicy z wcześniejszej serii gdzie było dwóch dobrych zawodników z Argentyny i z Maroka oni pobiega w granicach 32′ i dwudziestu paru sekund.

P.S niestety tym razem nie będzie mi dane wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego, rano o 8:15 wylatuję do kraju, a dekoracje mam o godzinie 9:00, szkoda, załączam jedno zdjęcie z wycieczki ze starego miasteczka w Sacramento.

Serdeczne pozdrowienia dla was każdy wie kim jest z tych „WAS”, dziękuje trenerowi Januszowi Wasowskiemu za przygotowanie mnie do tych mistrzostw dziękuje sponsorom Panu Michałowi Dyblowi właścicielowi firmy Orto-Fan, Zbigniewowi Prokopowiczowi – prezesowi Polissh Energy Partners , Marcinowi Stachurze z Asap 24, wielkie dzięki i mam nadzieje ze nasza współpraca będzie się nadal pomyślnie się układała, wielkie dzięki ze trzymaliście za mnie kciuki i byliście ze mną tu w Stanach myślami.

Wielkie podziękowania dla Polonii Amerykańskiej za gościnne i wszelką pomoc tu na miejscu, w szczególności Magdzie i Tomkowi Radkiewiczom.

pozdrawiam Robert Celiński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *