×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Błogosławieństwo Mnicha

Data wpisu:

18.11.2010

| Dodaj komentarz

Zupełnie ufam we własną Legendę. Nie stoję w miejscu. Podejmuję każde wyzwanie z uniesioną głową. Staram się. Nie boję się, bo Ty jesteś ze mną…

Upadam, a Ty mnie podnosisz. Płaczę, a Ty mnie pocieszasz.

Otaczasz ludźmi, którzy pomagają! O nic nigdy bardziej nie prosiłam. Za ludzi najbardziej dziękuję. Taka Edyta, czy Ania! Poznane na końcu świata, niespodziewanie. Ciekawe doświadczania, nowe inspiracje, indywidualne fascynujące historie, bezinteresowne wsparcie. „ Może Ci trzeba jakieś zakupy zrobić jak Ty jeszcze chora jesteś? Nie stresuj się niczym, trzym się!” „My jesteśmy dzielne dziewczyny. WYTRWAŁOŚCI, a będzie super”. Zupa i surówka współlokatorki, Ukrainki Olgi, jak miałam najwyższą gorączkę. Pożyczka Williama poznanego na plaży, jak musiałam dołożyć do sprzedaży auta, żeby oddać firmie dług i móc odejść. Przyjaciele są chyba Bożym sposobem troszczenia się o nas. A ja ich mam i spotykam, gdy są potrzebni i niezastąpieni. Dziękuję za Was! Ewa, za Twoją konkretną ofertę dachu nad głową, gdybym jednak musiała pomieszkać znów w Polsce. Za idee biznesowe, za kopa w tyłek z pozytywnym myśleniem. Andrzej, dziękuję, że uwierzyłeś już dawno temu w moją wartość i chcesz działać z takim człowieczkiem jak ja, że pytasz, konsultujesz i niestrudzenie namawiasz do powrotu… że my Wszyscy myślimy w gruncie podobnie! No i, że Ci co wiedzą, to wierzą w oślą upartość mojego serca i siłę mojej miłości Aga, Ewcie, Robert !!! : )))) I choć chciałam napisać dziś o sile przyjaźni, to chyba nie potrafię. Bo są też takie, które nie przetrwały… odeszły. Czasem cicho z upływem czasu, czasem z krzykiem z przemianą charakterów. Z mojej winy i bez mojej winy… Wśród nich były te ważne i długie, fundamentalne z lat dzieciństwa. Z Londynu ciągnie się jeszcze niteczka, tli płomyczek, za który też dziękuję ilekroć przyjdzie sms, czy telefoniczna rozmowa. A niektóre wbrew wszystkiemu trwają, wbrew innym światopoglądom, horoskopom i osiągnięciom. Wbrew nieporozumieniom. Scementowane Chrztem pierwszego dziecka, czy ważną rozmową w kawiarni w Dubai Mallu. Bo przyjaźni też trzeba się uczyć. W Dubaju szczególnie, bo daleko, bo trudno znaleźć bratnią duszę w takiej różnorodności poglądów i oczekiwań, bo nie wszyscy mają czas na obcego, a tam gdzie dużo kasy i więcej interesów do załatwienia, ludzie mniej sobie ufają. Mi zaczęło się szczęścić wśród ludzi i to tylko dlatego, że zastąpiłam swoje czarne myśli pozytywnymi scenariuszami. Z pewnością każdy, kogo spotykamy gdzieś po drodze jest nam potrzebny, nawet jak go nie potrzebujemy i spotkamy tylko na chwilę, bo każde spotkanie ma jakiś sens.

Jest jedno, o którym nie chcę zapomnieć.

W 2008 roku wybrałam się w pierwszą, samotną podróż by oczyścić umysł i fotografować. Jej celem była niedaleka Sir Lanka. Pora bardzo duszna, wilgotna, deszczowa nie miała znaczenia. Znaczenie miał jedynie strach, jaki poczułam na lotnisku, gdy uświadomiłam sobie, że jadę do obcego kraju ogarniętego wojną, zupełnie sama, bez żadnego planu, jedynie z przewodnikiem w ręku i w najbliższe 6 dni będę tylko i wyłącznie we własnym towarzystwie. Jeśli nikt samotnie nie podróżował to nie wie, że to uczucie może być na początku przerażające i należy stoczyć z nim prawdziwą bitwę jeszcze przed wejściem na pokład samolotu. Postanowiłam się wtedy pomodlić, bo co innego z biletem w ręku, bez żadnych przyjaciół czy znajomych w Sri Lance mogłam uczynić? Krótko i dość dziecinnie poprosiłam Boga, żeby zatroszczył się o mnie i dobrych ludzi, których mi przedstawi w tej podróży. Tak oto zaczęła się najbardziej niebywała podróż w moim życiu i już na pokładzie samolotu poznałam Chamara Amarathunga, chłopaka, który pomógł mi z odprawą wizową i zatroszczył się o mój bezpieczny transport do hotelu w stolicy, nadkładając w drodze do swojego domu jakieś 100km. W Kolombo podchodziło do mnie wielu naganiaczy oferujących usługi turystyczne, ale ja czekałam na znak, aby zaufać dobremu człowiekowi. Mój przewodnik, gdy go zobaczyłam siedział na krawężniku w grubych dziurawych skarpetach i trzepał buty. Zaufałam właściwemu człowiekowi, z którym w dwa dni dotarłam aż do Kandy, starej stolicy tej wyspy, otoczona jego szczerym uśmiechem, pogodą ducha i troską.

I tak było w każdym kolejnym mieście… Zapuszczając się w głąb kraju, poza szlaki turystyczne złotego wybrzeża, w tej porze roku nie spotykałam innych białych. Widocznie końcowe zamieszki wojenne skutecznie wypłoszyły wszystkie wycieczki. Przed opuszczeniem Kandy, jadąc na stację tuk tukiem, czyli rowerową taksówką, zdecydowałam się zatrzymać przy jednym z widoków na jezioro, żeby zrobić kilka fotek. Zupełnie niespodziewanie podszedł do mnie spacerujący wzdłuż jeziora Mnich i zaprosił do swojego Klasztoru na wizytę u najstarszego w Świątyni wyznawcy Buddy. Wchodząc do małej, ubogiej izdebki poznałam 98 letniego starca, który całe swoje życie oddał na służbę i wielbienie Boga. Pobłogosławił mnie na dalszą drogę, wiążąc na szyi sznureczek opieki. To on powiedział, że najsilniejszym dążeniem mojego serca jest miłość i już niebawem ją spotkam, wskaże mi ją sam Budda, a wtedy mam mu obiecać, że z tym mężczyzną wrócimy razem do jego Klasztoru.

Udałam się do Dambulla, wspięłam na skałę Sigiriya do Pałaców Króla Kashebe, a w ruinach prastarego miasta Polonnaruwa po raz pierwszy przez obiektyw swojego aparatu zobaczyłam Nanette. Przepięknego, wysokiego Hiszpana na misji Czerwonego Krzyża, po ponad rocznej pracy przed powrotem do Europy, zwiedzającego Sri Lankę.

Po wspólnym sfotografowaniu ruin zmieniliśmy swoje plany podróżnicze zostając razem jeszcze jeden dzień w tej przepięknej okolicy. Razem też postanowiliśmy wrócić pociągiem do Kolombo, a w jego mieszkaniu oglądając na laptopie zrobione zdjęcia, Nanette zauważył, że to pierwsze z pierwszych, na którym jeszcze wtedy zupełnie nieświadomie złapałam go w kadr w tłumie turystów, na pierwszym planie przedstawia odzianego w pomarańczowe szaty Mnicha…

Obecność Nanete w tej podróży była magiczna i zupełnie wyjątkowa, bo takiego człowieka trudno spotkać w Hiszpanii, a co dopiero na Sri Lance w miejscu, gdzie oprócz nas nie było żadnych innych Europejczyków… Jego szerokie, silne ramiona nie przytuliły mnie wprawdzie na całe życie, ale wtedy w tej podróży przywróciły sercu utraconą nadzieję…