×
MENU
corner

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Czytających: 2385

Urodziny

Data wpisu: 15.07.2010 | Dodaj komentarz

To były najfajniejsze urodziny w moim życiu. 🙂 LINK
Ani siostra, ani brat nie złożyli mi życzeń, a Rodzice wysłali smsa, bo z pewnością zapłaciliby fortunę za 2 minuty osobistych życzeń na komórkę z Dubajem… Jestem tu już jeden rok i 7 miesięcy, a oni nie zadzwonili jeszcze ani razu. Kiedyś wytłumaczeniem był Skype, ale teraz Skype’a dla nich nie ma z różnych powodów… i nie mam żadnego już wytłumaczenia…

Napisałam do Szymona 3 smsy po pijaku i po angielsku, bo po polsku nie rozumiał ni w ząb, a w ostatnim, że kończę ten monolog na dobre… Podarłam jego zdjęcie z czasopisma i skasowałam bezużyteczny numer… pewnie każda inna wiedziałaby jak użyć taki bezcenny numer… ja już nie… wiedziałam…Potem skasowałam jeszcze 4 inne, które zapomniały albo nie wiedziały, że powinny zadzwonić tego dnia, aaaaa wiedzieć powinny 🙂 w końcu wszystkie 4 były dubajskie, a więc 50 flisów za minutę… i swojego czasu dzwoniły każdej nocy…

Powinnam skasować jeszcze smsa „good night” o 3 nad ranem od naszego dawnego znajomego olimpijczyka Makana, który serio nie potrafi wypowiedzieć się szerzej od roku…, ale nie skasowałam… 🙂 Przed tym urodzinowym czyszczeniem telefonu zjadłam, w formie randki, przepyszną urodzinową kolacje w moim ulubionym bufecie polinezyjskim Bamboo Lagoon i poprosiłam kolegę, zęby sobie poszedł sam jak tak mu się spieszy iść spać… Bo jak można poganiać kogoś w urodziny…zapłacił więc rachunek, choć o to nie prosiłam i sobie poszedł…, a ja przegadałam resztę nocy nad szklaneczką podwójnej whisky z brodatym Amerykaninem z South Carolina w tranzycie do Afganistanu. Najpierw zniszczyli, teraz budują i biznes się kreci. 😉 Od jakiegoś roku zafascynowały mnie męskie brody…ale to nie pod wpływem Szymona, bo jego broda jest taka raczej kozio-mizę.

Mustafa, ten TV prezenter, z urodzin w zeszłym roku, najlepszy kumpel mojego zeszłorocznego ex, a obecnie mój najlepszy kumpel, znając moją niechęć do biegów krótkich zwanych sprintami zgarnął mnie do domu, śmiejąc się z naszego wspólnego kolegi, któremu tak się spieszyło. No i około 2.00 nad ranem przeżywszy po raz 28 swoje urodziny wylądowałam sama w swoim genialnie wygodnym łóżku z kawałkiem tortu w lodowce na śniadanie konsumowane w aucie w drodze do pracy… 6 godzin później…

Ale to jeszcze nie koniec, bo idziemy potańczyć w piątek do Jambase. Tam, gdzie kiedyś przywitałam pierwszy Nowy Rok w Dubaju. Przetrwała prawie ta sama ekipa. W większości z facetami, którzy albo nie chcą, albo nie potrafią znaleźć swoich drugich polówek w tym dubajskim zoo pełnym goryli, kolorowych papug, pawi, piranii i kameleonów. Ten ostatni kolega kameleon z urodzinowej randki jakoś w szczególności nie przypadł mi do gustu podając się za Leo…, a taki to był Leo jak ze mnie smukło noga antylopa… Dlatego postanowiłam nie marnować czasu i odesłać go na drzewo, czy, gdzie tam kameleony żyją czy rosną, i zostać sama z premedytacją. 🙂 Taka bojówka jednak do końca nie byłam, bo 10 minut przed wytrzeszczem kamieńskich oczu, wstających od stolika, zobaczyłam kątem swoich … nie noc zdecydowanie nie Szymona, bo już wiecie, że to jego numer wyczyściłam pierwszy, a prawdopodobieństwo zobaczenia go w polinezyjskim bufecie Bamboo Laggon, w dniu moich urodzin, trzeci raz w Dubaju bez towarzystwa sarny równało się szansą jakie ma mój Tato w grze w totka…1: 1.000.000 = nie ma szans po prostu… kątem oka więc zobaczyłam… tego Amerykanina sadowiącego się wygodnie przy barowym wodopoju. Powiedziałam mu, że mam dziś urodziny, magistra socjologii, kontrakt w ministerstwie sportu, 187 cm wzrostu (bo mówiłam to w pozycji siedzącej) i właśnie kopnęłam kameleona w oczy, a pije szklaneczkę podwójnej whisky… Nie uwierzył i pewnie pomyślał, że to 28 szklaneczka tej whisky, a nie rok moich urodzin, albo tylko pewnie taki lokalny pretekst do zażądania dużego napiwku nad ranem. Na szczęście szybko pojawił się Mustafa i jeszcze szybciej wyprowadził Amerykanina z błędu, że naprawdę pracuje w ministerstwie, a nie w tym barze. Po tym kolega się ożywił, wręczył mi maila i zwiał ze wstydu z Bamboo Lagoon… zostawiając za sobą niedopity kufel piwa z mojego ex-narzeczonego wioski w Niemczech. I tak oto, po trzech latach od zerwanych zaręczyn, po urodzinowej konsultacji z barmanem, dowiedziałam się, że w Munchen produkują całkiem niezłe piwo…

Acha, moja urodzinowa samotność wcale mnie nie zaatakowała nad ranem, ani nie rozczuliła tym razem, ani nie obezwładniła… Po prostu dala mi się porządnie wyspać po tych Bóg wie ilu podwójnych szklaneczkach whisky, za co zaczęłam ja prawdziwie szanować. Nadal mam jeszcze jedne urodziny przed 30 ; ) a w tegorocznym prezencie świetny pomysł. na bloga…

Happy Birthday and Happy 28 years !!!

Urodziny nr 2

Data wpisu: 18.07.2010 | Dodaj komentarz

Stała się rzecz niebywała… Pani poznała Pana…

Tzn. znała go już od jakiegoś czasu, chyba od kwietnia, ale zawsze wydawał jej się nieodpowiedni do bliższej znajomości… taki starszy, łysy, wojsiłkowaty, zawsze z cygarem przy ustach. Zupełnie po prostu nie w jej typie. Dygresja o typach – żaden dotychczasowy nie okazał się ani ideałem, ani dobrym trafem… więc… przyszła może wreszcie pora zmienić typowania… ha, ha, ha!

On jeden zapamiętał z pierwszej rozmowy wszystkie informacje i szczegóły… on jeden zaczął regularnie odwiedzać Dubai Mall i pojawiać się przed moim sklepem na 5 sekund, żeby z uśmiechem powiedzieć „Hello”. Kiedyś nawet dal mi numer, ale gdzieś go zapodziałam… niby… potem, kolejnym razem zignorowałam po prostu bezczelnie pierwszego smsa zupełnie nie czując tej osławionej chemii, która jak nie zwalała mnie z nóg w ciągu pierwszych 30 sekund to była przyczyna braku kontynuacji znajomości… I w tym oto przypadku facet trochę za głośny nawet jak dla mnie ;), za łysy zdecydowanie, ale za to za bardzo owłosiony na klacie zaczął się o mnie starać dość regularnie i dość bezcelowo… do wczoraj…

Wczoraj, natomiast rozpamiętując zawód urodzinowy i rozczarowanie tegoroczna zerowa liczba prezentów z tej samej okazji ( nie, żebym sobie specjalnie zasłużyła) zobaczyłam znajome kontury cielska ponownie w witrynie swojego sklepu, ze szczerym uśmiechem, trochę już jednak bardziej nieśmiało, wypowiadające w biegu, pełne nadziei „Hello”. W ułamku sekundy, gdy ten łysy osiłek znikał mi z pola widzenia, totalnie rozczulona jego podchodami, zawodami i stałością uczuć, złapałam za telefon i odgrywając cud nad Wisłą z odnalezionym nagle numerem, powiedziałam trochę niedbale, ale bardzo wesoło… „Hello”.

Hannibal wyraźnie się uradował i nie było już opcji nie zgodzenia się na kawę, a z kawy zrobiło się risotto z owocami morza, stoicki karmel pudding i trzy lemoniady u zaprzyjaźnionego Charliego w „Joe caffé” dwa unity od mojego sklepu. U tego samego, u którego z Ewcią obejrzałyśmy na plastikowych krzesełkach z braku miejsc, delektując się osławionym stoicki puddingiem, otwarcie najwyższego budynku Burj Kaliffa, a z Ewcią z Holandii wciągnęłyśmy, przy 30 stopniowym upale, anielsko-przepyszne ravioli ze szpinakiem i leśnymi grzybami. Polecam, palce lizać : )))

Ta pierwsza lunchów-randka okazała się nie przewidywalnie sympatyczna, a Hannibal nieoczekiwanie interesujący. Potem okazało się, że on wcale nie był aż tak bardzo głodny, ale jak dostał już w końcu, po tylu bezowocnych wizytach w Mallu zielone światło, to zamawiając ciągle coś nowego do jedzenia, postanowił tym oto sposobem wydłużyć chwile ze mną tyle ile się tylko da… ha, ha, ha… Miły komplement… podobny do tego jaki sprawił mi Szymon wożąc mnie po Warszawie między obiadem, a kinem późno w nocy… ale to zupełnie inna opowieść…

Jakoś tak się rozgadaliśmy, że wieczorem miałam ochotę jeszcze go zobaczyć i była to zapowiedz totalnego szoku, jaki przeżyłam godzinne po zjechaniu winda wystrojona (Aga na skypie widziała) na randkę numer 2.

Po paru appel martini, jego 3 szklaneczkach scotcha i jednym dłuuuuuuuuugim, pachnącym cygarze oczywiście Hannibal zgłodniał, a już wiem ze zjeść to on potrafi. Zaproponował szybkie sushi w Budda Bar, na co zgodziłam się z podwójna przyjemnością. Po pierwsze sushi, po drugie Budda Bar :)))

Pisałam już, że kolega umie słuchać i naprawdę wszystko słyszeć, bo czasem słuchanie nie równa się zrozumieniu i zakodowaniu… Tym razem musiał też wyraźnie usłyszeć w „Joe Caffé” całą moją historię z kopnięciem kameleona w oczy przy okazji mało udanej celebracji urodzinowej, wielkim problemie finalizacji wyjazdu do Afryki, którym chwali lam się w kwietniu, kiedy jeszcze nie byłam świadoma makabrycznie horrendalnych cen biletów lotniczych, no i generalnie nie najlepszym kilkudniowym startem w swój 28 rok życia, bo…

… w Budda Bar czekał przygotowany stolik, szampan… I biała, zwykła koperta po moim talerzem. Najpierw zjedliśmy, potem kelnerzy przynieśli czekoladowy torcik z napisem „NEW Happy Birthday Nell” i odśpiewali sto lat z aplauzem Hannibala na stojąco ha, ha. A potem zabrali talerze, no i już nie mogłam udawać, że nie widzę tej koperty…, ale, zanim wzięłam ja do ręki, Haider, bo tak ma naprawdę na imię ten mój urodzinowy wybawiciel, dal mi do ręki nowiutka, bialutka, słodziutka Nokie z zapisanym jego numerem na 5 różnych sposobów, z karteczka, że ma nadzieje, iż tym oto sposobem zacznę regularną z nim komunikację ha, ha, ha, z dopiskiem, że mam absolutnie nie czuć się zobowiązana tym wieczorem do zachowania jego numeru.

A w kopercie były darmowe mile lotnicze Emirates Airlines… dokładnie tyle by dolecieć i wrócić z Kapsztadów dowolnym terminie, przepisane na moje imię i nazwisko… bezzwrotne… ha ha ha… jak zaznaczył Haider, sącząc szampana o 2 nad ranem.

Zastanawiam się, czy moje życie nie nadaje się przypadkiem na scenariusz dobrej, brazylijskiej telenoweli ha, ha, ha. I nie wiem czy to ten szampan, mile, czy jednak coś zupełnie innego zawiesiło pomiędzy mną i cygarowym Hannibalem, tego wieczoru, nić interesującego porozumienia, któremu muszę chyba uważniej się przyjrzeć w najbliższym czasie, nie symulując już utraty telefonu i wszystkich jego 5 numerów… 🙂

Happy Birthday nr 2….

Złota Rybka

Data wpisu: 19.07.2010 | Dodaj komentarz

Jaboo jest najprawdopodobniej najlepszą wokalistką w Dubaju. Czarna jak heban i – jak na Afrykankę przystało – bardzo rozsądnych rozmiarów, z hipnotyzującymi, orzechowymi oczami i głosem z pięcioma oktawami. Potrafi zaśpiewać „Conga” Glorii Estefan nie gorzej niż Gloria i „Fernando” Lady Gagi lepiej niż brzmi wersja Lady. Cudownie było bawić się całą noc i wybierać utwory z doskonałych aranżacji Jaboo i jej pięcioosobowego bandu… i przy Haiderze…

Urodziny nr 3 były bardzo taneczne i sympatyczne. W niewielkim gronie znajomych i jednego przyjaciela Kaisa, ale przecież nie ilość, a jakość się liczy. Nie zależało mi na wielkim party, jak rok temu, gdzie z 25 gości, 16 rozpłynęło się w Dubaju w przeciągu 4 tygodni. Czułam, że tak będzie, ale ktoś się uparł, że wyprawi mi bal… Tym razem nikt się nie upierał, płaciłam sama i zrobiłam sama jak chciałam. I naprawdę mogę uznać tegoroczne urodziny za bardzo udane, umieszczając je w pierwszej piątce tych najlepszych. Jeśli chodzi o prezenty, to najlepszym tegorocznym darem od losu okazał się Haider. Choć wciąż pozostaje dla mnie zagadką, jak to się stało, że początkowa, tak długa moja blokada na niego przemieniła się w coś zupełnie innego?

Nigdy nic takiego nie wydarzyło mi się w moim życiu. Haider okazał się takim trochę odgrzanym kotletem, który zaskakująco dobrze smakuje, a przecież nie powinien, bo przecież nasze oczy nie miały na ten kotlet ochoty jak podali do stołu za pierwszym razem…

A teraz kotlet na śniadanie, obiad, kolację… i czemu nie… z wielką przyjemnością nawet, bo moje, minione 28 lat życia możnaby porównać do polskiego wesela, z dużą ilością jedzenia, muzyki, gości. Do niepewnej, trochę miotającej się pomiędzy wolnością, a nowym rozdziałem, muszącej wyglądać zachwycająco panny młodej. Ta noc tańców w amoku, zabawy, ale i pewnego typu zachowania pod gości, pod rodziców, pod obyczaj trwała 28 lat i wiem już, że właśnie się kończy. Dziś obudziłam się i poczułam, że teraz zaczyna się czas poprawin. Gdzie nie ma już tylu nieuczesanych emocji, za to jest relaks, zostali tylko ci goście, którzy naprawdę chcieli, orkiestra gra spokojniej, Panna Młoda widzi, że świat jest nadal taki sam mimo, że dała się życiu usidlić i, zgłodniała po tak wyczerpującym weselu, czeka na potrawy, których nie zdążyła skosztować poprzedniej nocy. Niektóre z nich, tak jak nasz kotlet, przegryzły się i odgrzane smakują nawet lepiej… tak jak Haider po trzech miesiącach mojej totalnej ignorancji.

Myślę sobie teraz, że może sam Bóg maczał w tym palce… i zaślepił mi oczy na tak długo, żeby nie było kolejnej porażki, tak jak zawsze, kiedy w 30 sekund wyczuwałam chemię, w 30 kolejnych zakochiwałam się bez pamięci, a dzień po sama kroiłam się bez znieczulenia na drobne kawałeczki, przyprawiałam do jak najlepszego smaku wyszukanymi przyprawami i kładłam na talerzu, przygotowana oto w taki sposób do może i przyjemniej, ale szybkiej niestety konsumpcji. Czasem sama się jeszcze nie oblizałam jak było już po posiłku, chemii, uczuciach, randkach i związku…

Tym razem totalna awaria wszystkich sensorów. Znieczulenie chemiczne spowodowane zaburzeniami wzroku. Kobiecy instynkt, podobno bezbłędnie wyczuwający materiały na tatusiów, w środku gorącego, dubajskiego lata uśpiony snem zimowym. No i główny organ mojego organizmu… nie, niestety nie mózg…, a serce… na widok nowego absztyfikanta, tym razem bijące z prędkością roweru, a nie, jak zawsze… Formuły 1 spowodowały, że Mr. Haider dostawał uprzejme, lecz oschłe i bardzo stanowcze komendy ”spadaj”, za każdym razem, gdy używając całych zapasów swego uroku zarzucał na mnie wędkę. Zmieniał przynęty, zachęty, miejsca i techniki łowieckie, a ja z Bożą pomocą umykałam, w pełnej nieświadomości Bożej protekcji, jak zwinna, złota rybka, im bardziej nieosiągalna, tym bardziej chciana…

No i jak Bóg uznał, że dość już tych polowań, to ponownie przyprowadził Haidera pod sklep dotknął moje serce jakimś dziwnym uczuciem bliskości z tym człowiekiem, a potem poczuciem humoru jakim obdarzył Haidera, jego bezpośredniością i urokiem, którego nie dałam nawet sobie szans wcześniej zobaczyć, zrobiły resztę…

A o najpyszniejszy przepis na złotą rybkę zapytajcie Braci Grimm czy Ch. Andersena. Dziś było bardzo kulinarnie.

Smacznego : )

P.S z godziny 23.50

N: I’m home

H: Ok, Love, I will call u when coming. I’m in a bar for one drink now. Really i miss u xxxxx

N: why didn’t you tell me you are going for a drink? i would not go home so early

H: i don’t know he’s coming with one of our friends and they want one drink I’m so sorry baby. Xxxx

N: No problem : ) it was a long day… i need a drink as well. Lets meet tomorrow than

H: good night xxx

Nell on blog only

: (((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

no reason to worry, no reason to worry, no reason to worry….

Bloomi

Data wpisu: 22.07.2010 | Dodaj komentarz

Dziś jest mój ostatni dzień w sklepie Catherine Malandrino, w największym na świecie Mallu. Po-urodzinowych zawirowań ciąg dalszy 🙂 w prezencie urodzinowym dostałam nie tylko miłość, ale i nową pracę…

Otwierałam ten sklep rok i 7 miesięcy temu. Był on dla mnie przepustką do tej bajkowej, dubajskiej krainy. Przeszłam i przetrwałam w nim prawdziwe tornada związane głównie z arabską mentalnością i lenistwem… doprowadziłam do zwolnienia szefa w 2 miesiące od otwarcia, ale najważniejsze, że przetrwałam, odrobiłam lekcje, wyciągnęłam wnioski. I gdy na horyzoncie widniała praca dla ministerstwa sportu, a w moim biurku rezygnacja z obecnego stanowiska… zaczęło się upalne lato, ministrowie-sheikhowie powyjeżdżali na wakacje, zamieniając pustynny Dubaj na Europejskie Oazy, mój nowy kontrakt utknął gdzieś bez podpisu pomiędzy ich sekretarzami, a moje, wypracowane ciężką, ponieważ bardzo nudną pracą, sukcesy upomniały się w firmie o nagrodę…

Zamiast ja wręczyć szefowej swoje wypowiedzenie, ona wręczyła mi nominację na pozycję Deputy Floor Manager w Bloomingdales. Ostatnim Department Store nie obejmującym jeszcze mojego luxury retail portfolio, po zaliczonych w CV Harrods i Harvey Nichols w Londynie. W czasie oczekiwania na ochłodzenie, powrót Ministra i mój kontrakt w ministerstwie sportu, co stanowi dla mnie priorytet nr 1 dla dalszej kariery w Dubaju, pomyślałam, że to nie głupi pomysł zamknąć doświadczenie w sprzedaży luksusu, na tym amerykańskim sklepie gigancie – instytucji w świecie mojego zawodu. Zawodu sprzedawcy sukienek za min 1500 $…

A dlaczego w planach ministerstwo sportu? Bo przez 12 lat byłam zawodową lekkoatletką… pracowałam w sklepach tylko dla pensji i flexible hours, pozwalających mi uprawiać sport, a że byle gdzie pracować nie będę, to były to zawsze sklepy tzw. luksusowe ; ) Obecnie jednak, po zakończonym zawodowstwie, znów bardzo tęsknię za sportem, którym chce zająć się profesjonalnie. Jest kryzys finansowy na świecie, dzieci umierają z głodu w Afryce i po 8 latach na sklepowych parkietach już nie cierpię sprzedawać tych obłędnie drogich sukienek, tym obłędnie głupim fashion victims…

Dlatego wybiłam z głowy Haiderowi bawełnianą sukienkę Gucci w kolorze czekolady za 800 dolców, pomimo że wyglądałam w niej obłędnie… ;))))))))))))))))))))

Już słyszę glosy krytyki swoich dubajskich koleżanek, że to karygodny błąd sercowy, bo im więcej facet w ciebie zainwestuje, tym mocniejszą, długoterminową będziesz lokatą…. Ha, ha, ha. I serio z reguły to się sprawdza, bo taki jest Dubaj, takie po prostu są jego prawa, ale… po co mi potem stres związany z plamami, praniami, rozciągnięciami takiego cacka jak mi przybędzie nie daj Boziu masy… Zarę, Mango, czy H&M z czystym sumieniem po zużyciu materiału, spokojnie, bez drżenia rąk mogę wywalić i z misją ratowania świata udać się ponownie na shopping, z filozofią ustalonych przedziałów cenowych, które może nie zawołają o pomstę do nieba…

Dziś jest mój ostatni dzień na tym PC :), potem dwa dni wolnego i nowy rozdział…nowy team, nowa bitchy szefowa, bo już wcześniej miałyśmy przyjemność… ha, ha, ha…ale co tam… dam radę…, bo ja zawsze jak kot spadam…w końcu na miękka, zieloną trawę ;))))

Czego i Wam w życiu życzę…

Adieu

Ptasie mleczko

Data wpisu: 26.07.2010 | Dodaj komentarz

Jeśli czytasz tego bloga, to zabraniam ci go czytać!!! Rozumiesz? Tobie jedynemu zabraniam. To, że wystukałeś moje imię na Facebooku nie uprawnia cię do czytania tego bloga! Nie po tym jak szukasz Kobiet…Dating…Relationship…Z dating i relationship nie ma problemu, bo każdy może szukać, ale jak już decyduje się po roku wysłać do mnie wiadomość, to zamiast kobiet… powinien szukać KOBIETY… tej jedynej… najważniejszej…a nie cholernej liczby mnogiej…

To co, że Haider jest mało troszczącym się facetem, to co, że jak ja płaczę przez grzyb z AC na suficie, który czuje jak mnie dusi, to on najzwyczajniej w świecie wychodzi, bo stracił good mood, to co, że tylko ja mówię, tylko ja w ogóle mam coś do powiedzenia jemu, to co, że boję się tak bardzo kolejnego rozczarowania, że robię ze wszystkiego mega problem… i sama się negatywnie nakręcam. To nie daje ci prawa czytać tego bloga, a mi słuchać tej francuskiej cholernej piosenki…

Nie potrafię, nie umiem wrzucić na luz z facetami… za dużo ich było, za dużo niewypałów wybuchających mi w sercu… Dziś koleżanka na basenie skwitowała, że z takim tyłkiem to w ogóle by się nie przejmowała czy jakiś tam figo fago zadzwoni łaskawie czy nie, bo jak nie to jego niepowetowana strata… kazała spojrzeć mi najpierw w lustro, potem w metrykę i na końcu w CV i nie zadowalać się byle czym, bo nie warto… Łatwo jej powiedzieć…

Niedawno napisałam komuś, że rozczarowania trzeba palić, a nie balsamować, a tu okazuje się, że zabalsamowałam jedno jak mumię Tutenchamona…

A za chwilę od nowa zacznę namaszczanie zwłok tamtej miłości…, bo dziś mi jest źle, smutno, głodno, i brakuje jak nigdy kotletów schabowych, ziemniaczków puree i ptasiego mleczka…

Żebyś wiedział, że w końcu wyjdę szczęśliwie za mąż, żeby zrobić Tobie i Szymonowi na złość, choć Szymon nie będzie nawet o tym wiedział…, a wtedy już na pewno uwolnię i siebie i ciebie od tych wszystkich wspomnień, które podświadomie wyczyściliśmy z problemów, rozczarowań, kłótni i kłamstw… i wracamy do nich jak do idealnej konstrukcji wieży Eiffla, którą przecież nie byliśmy… nie byliśmy?

Nie jesteśmy… A skoro nie jesteśmy… to dlaczego ciągle do tego wracamy… ???

18.08.2009

Cześć, kwiatuszku

Mój instynkt Szerloka Holmesa tak właśnie zareagował. Jeśli jednak się myliłem to bardzo Cię przepraszam. Bardzo mi na Tobie zależy i chciałbym znać każdą prawdę nawet tą co najbardziej boli. 🙁

Dzisiaj doszedłem do siebie, troszeczkę mnie pozytywnie wykończyłaś. 🙂

Z lotniska jechałem około 1.5h na Turnpike line.

Gdy czekałem jeszcze 5 min na Ciebie, tak bardzo mi się zrobiło smutno, tak bardzo zaczęło mi już Ciebie brakować.

KOCHAM CIĘ! Wiesz?

Masz moje skrzydełko na noc. 🙂

Czeka mnie wiele pracy.

Ale poradzę sobie. 🙂

02.07.2008

Pani Krystyno

Proszę wybaczyć mi ten list. Nie mam do kogo napisać, a serce mi pęka.

Miałyśmy kiedyś możliwość rozmawiać. Z tamtej rozmowy pamiętam tylko jedno Pani zdanie:

„Znam dobrze swojego syna i jeśli on zrobił coś takiego, to on musi panią naprawdę kochać”.

Zawsze będę wierzyć w te słowa.

Od czasu tamtej rozmowy tak bardzo… się zagubiłam. Odchodziłam i wracałam, zapominałam i nie mogłam zapomnieć… od 16 miesięcy wiem, że byłam dla Adama więcej niż żoną…, bo dla mnie żona to już nie pierścionek, papierek z urzędu i wspólne konto. To głaskanie po głowie po ciężkim dniu, wspólne rozwiązywanie problemów, fizyczna obecność jak jest dobrze i źle, całowanie i płakanie, zbijanie gorączki w nocy i ciepło domu…, który Adaś tu miał.

Wielokrotnie odchodziłam w poczuciu winy, z nadzieją, że on wróci do żony dla dobra dzieci. Tłumaczyłam mu, że dzieci nigdy nie pogodzą się z jego odejściem i nie będziemy w stanie niczym wynagrodzić im braku kochanego, potrzebnego Ojca. On mnie przekonywał, że lepiej szczęśliwy ojciec na odległość, niż sfrustrowany i zły w jednym domu. I w końcu zaczęłam w to wierzyć i ufać, że jakoś wszystko się ułoży. Nie chciałam go do niczego zmuszać i naciskać. Chciałam być absolutnie pewna, że on tego chce. I pokochałam Go takiego, jakim jest. Z dziećmi, papierosami, chrapaniem….

Ale miłość jest miłością, a życie jest życiem i nie potrafię już walczyć o nie ciągle z przegranej pozycji. Sylwia od początku traktowała dzieci jako polisę ubezpieczeniową na Adamie i dostatnie życie. A ja nie umiem już żyć w okropnym poczuciu winy. Wszystko przez to, że zostałam wychowana w przekonaniu o nierozerwalności małżeństwa i wielkiej krzywdzie, jaka spotyka rozwiedzioną rodzinę. I szczęściu drugiego człowieka ważniejszym niż własne. W tym chyba, z opowieści Adasia, jesteśmy podobne.

A teraz nie wiem już w co wierzyć, skoro Bogu i ludziom zależy bardziej na papierku niż szczęściu człowieka… i jakie to dobro dla dzieci kiedy tata ciągle kłóci się z mamą, a żona codziennie w nocy oszukuje męża lub mąż żonę myśląc w głębi serca o kimś innym?

Z pewnością Pani jest mądrzejsza ode mnie, więc proszę mi powiedzieć jak Adam, po tym wszystkim co do siebie czujemy i razem przeżyliśmy, będzie mógł się z nią ponownie kochać nie myśląc o mnie? A skoro już zawsze po powrocie do domu będzie myślami przy mnie, to co jest większym grzechem? Oszukiwanie jej sercem czy prawda?

Nie potrafię się z tym wszystkim pogodzić i nie umiem tego zrozumieć.

Wiem jak bardzo bolesna musiała być jego ostatnia rozmowa z Krzysiem. Ja wiedziałam to od początku, że prędzej czy później ona się odbędzie. Że Krzyś z dziecka zamieni się w chłopca i będą pytania, rozpacz a może i złość… dlatego wtedy przed Wielkanocą odeszłam pisząc okropny list i oddając pierścionek z przeznaczeniem dla żony, która jedyna, myślałam, ma prawo go nosić…. nie chciałam narażać Adama na to cierpienie i rozdarcie serca, bo wiedziałam, że przy dzieciach zawsze będę na straconej pozycji i prędzej czy później to on odejdzie, nie potrafiąc czy nie chcąc pogodzić Miłości do nich i do mnie…

Ale nie potrafiłam zapomnieć wyrazu jego twarzy, gdy oddałam mu to wszystko. Tylko myśl, że teraz już będzie z dziećmi tak jak obiecał pozwalała mi jakoś codziennie się budzić…

Znów się nie ułożyło między nimi. Znów zaczęło układać się między nami…

ale to już nieważne…, bo Adam zrozumiał, że Krzysiu nie jest już dzieckiem i zadaje coraz trudniejsze pytania i coraz bardziej Go potrzebuje. Może nawet życie z Sylwią wydało mu się już nie takie straszne jak jeszcze kilka dni temu…

…a ja po raz kolejny w życiu jestem już niepotrzebna…

i proszę mi powiedzieć co to jest miłość?

Bo dla mnie to wszystko to tyko okropnie bolesny egoizm.

Jeśli ma odejść chcę tylko, żeby przytulił mnie w nocy nad morzem. Potem niech jedzie do domu. Po tym wszystkim mogę Was wszystkich o to prosić. I proszę mi to wybaczyć…..

P.S 26.07.10 adnotacja do bloga

Adam nigdy nie przyjechał na moje zaplanowane nad morzem wakacje…

A ja wiedziałam, ze tylko wyjazd z Londynu pozwoli mi poskładać rozłamane między jego rodzinę a moją miłość serce…

23.12.2010 wysiadłam z samolotu w Dubaju wiedząc, że Adamowi nigdy nie przyjdzie do głowy szukać mnie na pustyni…

Pomimo tego, że Bóg sam zatroszczył się, bym wyjechała wystarczająco daleko, podczas moich pierwszych wakacji w Londynie spotkaliśmy się ponownie… niestety znów po to tylko, aby przekonać się jak niedoskonałą, szczęśliwą tworzyliśmy konstrukcję…

Jedno jabłko dwa smaki

Data wpisu: 30.07.2010 | Dodaj komentarz

Nie wiem który dziś dzień, wiem że zaczął się kolejny rok.

Piszę do ciebie tysiące listów… w myślach… żadnego nie wysyłam, żadnego nie zapisuję nawet na papierze, żeby nie było dowodów… mojej… słabości. Regularnie sprawdzam ślady Twojej wierności… chcę wrócić po nich w Twoje ramiona. Żadna odległość nie ucina uczuć. Może to zrobić tylko czas, a i on słabo się stara. Myślisz teraz, że nie masz przyjaciół?

A ja tu jestem…. zawsze byłam, nawet jak nie mogłam być, istnieć nawet we wspomnieniach, to żyłam. Wstawałam z łóżka, ubierałam uśmiech, przełykałam, bo ostatnio kiedy jadłam z apetytem to były schabowe… sprzedawałam sukienki, potem siebie za kilka komplementów i znów sukienki i znów siebie tym razem za złudę uczucia bycia ważną dla kogoś, wracałam do pustego łóżka, żeby znów rozpamiętywać w snach od nowa każdą chwilę… wstawałam z łóżka…

Wiesz, teraz już jestem nieszkodliwa zupełnie, zupełnie nieistotna, bo nawet gdybyś kiedyś już jako starszy, zupełnie siwy Pan zdecydował się mnie szukać, to nie przyjdzie ci do głowy, żeby szukać mnie na pustyni…

30.07.2010

Niepotrzebne były te wcześniejsze emocje…

Okazały się tylko dalekim wspomnieniem ciał, które doskonale do siebie pasowały. Dzięki Bogu w porę zorientowałam się, że moje ma jeszcze i rozum i duszę i zupełnie inny poziom ambicji. A wydawało mi się, że jak Bóg tworzy dwa ciała jak połówki jabłka, to i dwa spojrzenia na życie, dwa oczekiwania i dwie aspiracje zagrają tę samą melodię…

Nikt nie mówił, że może się zdarzyć tak, iż dwie połówki jednego owocu będą miały różny smak… tak różny, i w dążeniu do zupełnie innych standardów i celów oddalą się od siebie o lata świetlne doświadczeń, niemożliwych już do pokonania. Zrozumiałam to w końcu, i z uśmiechem na twarzy cieszę się, że przeżyłam tę historię i z uśmiechem na twarzy opowiem może kiedyś wnukom jak to jest z tymi jabłkami…

A w następnym odcinku pora opowiedzieć o właściwych poszukiwaniach męża i przygodzie z Sekretem…

Z ostatniej chwili

Data wpisu: 30.07.2010 | Dodaj komentarz

Jestem sama, chcę być sama

Wrzaskun

Data wpisu: 03.08.2010 | Dodaj komentarz

Wygląda na to, że w Dubaju nie ma żadnych uczuć na stałe. Czasowość nie jest wpisana tylko w nasze paszporty, ale i w 99% wszystkich randek. Moje z Haiderem skończyły się z bardzo błahego powodu. Pewnego dnia, a był to akurat dzień wolny od mojej nowej pracy, w której latałam jak stonka nad polem ubrań, przez 6 dni po 10h, żeby podciągnąć miesięczny target departamentu i załapać się na pierwszy od 10 miesięcy bonus, a więc pewnego dnia, gdy na wagę złota był dla mnie niezbędny relaks i luz, poczułam się jak zabawka, która z nowej jeszcze na świeżej gwarancji zamieniła się w starą i mało atrakcyjną… zabawa trwała krótko…

Utwierdziło mnie to w odkryciu pewnego syndromu. Polega on na tym, że facet bombarduje ciebie dobrymi uczynkami i planami na przyszłość w pierwszym miesiącu znajomości. Gdy zaczynasz orientować się, że to mrzonki, a limit miłych niespodzianek przypadających na Ciebie ma balans 0, bez możliwości debetowych, gdy dosięgasz zenitu swego rozczarowania zmianą biegunów nowej planety Wenus, na którą dałaś się nieść na rękach, pojawia się tekst, że on ciebie tylko sprawdza jak reagujesz w sytuacjach mniej przyjemnych… Potem na twardym, śliskim i dziecinnie zabawnym jabłuszku z górki na pazurki, z Wenus na Ziemię, z japońskiej restauracji do chińczyka z budki, z agencji mieszkaniowej, gdzie wybieraliście już niemal wspólne mieszkanie, do agencji pośrednictwa pracy, bo omal nie złożyłaś wypowiedzenia z pracy na rzecz wspólnie planowanej ciąży.

Jak rozkwasisz tyłek i wykrzyczysz pretensje, to na taką ewentualność też dostaniesz tekstem, że jesteś za młoda i sama nie wiesz czego chcesz, a ktoś chce czegoś zupełnie innego…

Z obawy przed takim właśnie scenariuszem, gdy tylko rozpoznałam syndrom zabawki, poprosiłam o zatrzymanie pojazdu (w tym wypadku jeszcze nie plastikowego jabłuszka, a białego Lexusa) na najbliższej stacji benzynowej, bez potrzeby transportu pod dom, po zmarnowanym, beznadziejnym, stresującym i jedynym dniu wolnym jaki mam w pracy od piątku do piątku.

Rafał, który w 15 sekund, zjawił się na tej stacji benzynowej po mnie, uderzył sensownie w sedno… koleś dostał to co chciał, więcej nie chciał, a jak ma gdzieś już teraz to czy jesteś obok uśmiechnięta czy obojętna, to lepiej dla Ciebie że nie zmarnował Ci roku z tych twoich jeszcze przed trzydziestką.

A może jestem nieobliczalnym wrzaskunem, paranoiczką jakąś rozbestwioną, rozpuszczoną starą panną wymagającą więcej uwagi i zaangażowania niż niemowlę, i powinnam być wdzięczna, że w ogóle jechałam z nim tym Lewusem? upsssssssssssss chciałam napisać oczywiście Lexusem…

a jeszcze bardziej terenowym Nissanem…

Kolega osobiście pojechał do Chin w interesach…  nie sądzę, żeby wrócił przeprosić, czy coś naprawiać… więc ci, co myśleli, że tym razem wyjdę za mąż, będą musieli jeszcze poczekać, bo zorientowałam się, że mi do małżeństwa wcale się tak bardzo jednak jeszcze z nikim nie śpieszy : ))) Widzisz Szymon, robię wszystko, żeby z kimś innym się związać i ułożyć sobie życie, bez „pomocy” Sekretu… ale coś mi ciągle nie wychodzi…

Ojciec Góra, kiedyś powiedział, że tylko Góral sobie ze mną da radę… oby nie miał racji… bo jak ja tu tego albo innego Górala sprowadzę?

Rakieta zwana pożądaniem

Data wpisu: 06.08.2010 | Dodaj komentarz

Gdybym umiała cofnąć czas

Czy powinnam być cichsza, mniej uśmiechnięta, bardziej zdystansowana, tajemnicza, uwodzicielska? Mieć więcej rezerwy, chłodu jakiegoś, wyzwania w sobie, odwagi…

Czy powinnam mówić aż tyle, czy tyle nie mówić, a może powinnam mówić więcej…

I nie słuchać tak jak słuchałam…

Może nie powinnam zabierać dziewczynek i może powinnam założyć tę zieloną sukienkę podkreślającą moje piersi, zamiast kremowego golfu po szyję, i zakładać nogę na nogę z większą gracją? I nie iść tak szybko, dygocząc z zimna w wiosennych baletkach. I może nie powinnam zgodzić się na tę przejażdżkę, tylko udawać, że wcale dobrze przy Tobie mi nie jest. Może powinnam! Ale zapomniałam o tym, o tych wszystkich poradach i kobiecych sztuczkach, jak tylko podałam Ci rękę, bo po raz pierwszy w czyichś oczach zobaczyłam najszczersze przyzwolenie na bycie sobą po prostu i zaskoczyło mnie to tak bardzo, że zapomniałam wtedy w ułamku sekundy, kim ja w ogóle tak naprawdę jestem…

Od 11 miesięcy i 18 dni od czasu do czasu zadaję sobie wciąż te same pytania. To domena Raków rozkładać na czynniki pierwsze wszelkie przegrane… tylko dlatego, że nam życie nie pisze, powiedzmy, normalnych historii… Zazwyczaj nadawałyby się one na scenariusze dobrych produkcji. Dlatego, jak z kolejnej wielkiej akcji losu, wychodzi wielkie nic, to Rak – życiowy reżyser, rozłoży każdą scenę, aktora, scenografię, pogodę i kostiumy na czynniki pierwsze, by zrozumieć… co poszło nie tak… Wszystko po to by jakoś może rozumem pokonać żal serca do samej siebie za zmarnowany łut szczęścia…

Szymona pierwszy raz w życiu zobaczyłam jakieś 5 lat temu, gdy do jednej z nadmorskich knajp wpadł z grupką wesołych znajomych. Ja ówcześnie zakochana w pierwszym i jedynym jak do tej pory narzeczonym, wychowana w najwyższym szacunku do małżeństwa, nie ośmieliłabym się drgnąć na widok innego mężczyzny… i nie drgnęłam… zastygłam pod ciężarem jego wzroku na dwie milisekundy. O jedną za długo, bo kolega siedzący obok stuknął mnie znacząco w ramię i zapytał czy ja znam tego kolesia co na mnie taaaaaaaaak spojrzał… „Jeśli tak, to nic z tego, a jeśli nie, to też nic z tego” – skwitował. : )))

Mój kolega uznał za właściwe objaśnić mi swoje zagadkowe spostrzeżenie. Wywnioskował widocznie, że obie strony spojrzały na siebie o ten jedyny moment za długo i mojej stronie cała ewentualna reszta nie wyszłaby na dobre… Brutalnie została mi uświadomiona nowa porcja wiedzy z polskiej telewizji, bo od dwóch lat pozostawałam w Londynie poza jej odbiorem ze świadomego wyboru. Tamten pan to mianowicie jakiś początkujący aktor i właśnie szybuje na rakiecie zwanej „odpowiedni romans poza ekranem” w stronę „Hollywood”, no i aktualnie z tego aktualnego romansu kolega zasłynął w środowisku aktorskim i nie tylko, o czym Wojtek doskonale jest poinformowany, bo tak się składa, ze osobiście uwielbia tą już dawno rangi Hollywood aktorkę, no a ja przecież przeniosłam swój ośrodek rodzinny do Królowej Elżbiety…

Bardzo niezachęcająca do wykonania jakiegokolwiek ruchu w kierunku nowej znajomości historia… Mój ośrodek rodzinny wrócił z wc, czy gdzie tam akurat był, dopiliśmy swoje grzane wina i pewnie zapomniałabym o całej sprawie, bo nie obce mi były podobne spojrzenia „gwiazd” Pana Delonga, Pawełka Wilczaka (który jako gwiazdor zapomniał już, że znamy się doskonale z Warszawskiej Klubokawiarni), Bruna z „Na dobre i na złe”, a ściślej z restauracji „Między nami”, potem z Powązek i jeszcze raz kiedyś ze Starego Miasta, czy choćby Managera Patrycji Markowskiej. To wszystko za sprawą moich warszawskich, studenckich wojaży.

W moim sercu, po jednym jedynym, tak nieistotnym momencie, zapaliła się jednak jakaś mocna iskra. Taka, która powinna iskrzyć tylko dla mężczyzny, którego pierścionek zaręczynowy nosiłam już na palcu.

W konsekwencji tego musiałam udawać kontuzję kręgosłupa od nart wodnych, przez resztę pobytu chodząc w pół zgięta, pod ciężarem spojrzenia tamtego wysokiego, chudego chłopaka, ale cóż innego robić mnie, szarej gęsi, jak tylko spakować plecaczek w drogę powrotną do Londynu, porozsyłać zaproszenia na wesele, odwołać ślub 4 miesiące przed wyznaczoną datą, zakochać się bez pamięci na osłodę w Adamie, zakończyć karierę sportową, porzucić ukochane renowacje i dekoracje wnętrz, na które była w końcu szansa, wyjechać do – Bóg jeden wie po co – Dubaju i na drugie wakacje z nowego, doskonałego życia w Emiratach wybrać się do Krakowa… by przeżyć ciąg dalszy podarowanej przez los 5 lat temu historii… bez konieczności wpadania jak niszczycielska rakieta odpalona jedną iskrą… w czyjś świeży, istotny, aktorski romans… bo tamten romans, jak miało się okazać niebawem, nie przetrwał próby… wielu prób właściwie nie przetrwał…

Cdn…

... po 5 latach...

Data wpisu: 11.08.2010 | Dodaj komentarz

…Na wakacje wybrałam się do Krakowa odwiedzić dobrego znajomego i to piękne miasto, które pamiętałam już nie za dobrze z klasowej wycieczki w liceum… Był piękny sierpień 2009 roku i piękne plenery na zdjęcia i długie rozmowy. Pamiętam jak Łukasz po 3 dniach powiedział, że powinnam wracać do Polski, bo kraj mnie potrzebuje i kilka jego artystycznych projektów również. Musiałam wyznać prawdę, że nie zamierzam wracać do Polski z powodu żadnej potencjalnej pracy, gdyż z tej, po niedobrych doświadczeniach w kraju, jestem na razie zadowolona w Dubaju. „Jedyne, co mogłoby mnie sprowadzić z powrotem, to uczucie” – dodałam pół żartem, pół serio… ale musiałby być to ktoś naprawdę wyjątkowy. Łukasz zapytał czy ja mówię serio? Przytaknęłam, bo niczego na świecie nie pragnę bardziej, jak miłości w wydaniu Społem tzn. Made in Poland, z niedzielnym rosołem, jajkami z kurnika, żywą choinką, dymem zimą z komina… Mój ulubiony, krakowski Artysta powiedział, że da się zrobić…

Następnego dnia, na stacji kolejowej, gdy czekaliśmy na mój pociąg relacji Kraków – Poznań, Łukasz wyciągnął komórkę i powiedział żebym zapisała sobie numer do kogoś na prawdę wyjątkowego. Faceta, któremu podoba się Dubaj, mamy to samo hobby i aktualnie wygląda na to, że wylizał rany po długim związku. Zapytałam, po co mam zapisać numer tego faceta? Powiedział, że kiedyś może będę mieć natchnienie napisać czy zadzwonić, bo przecież postawiłam warunek, że wrócę do Polski nie do pracy, a jedynie do kogoś, no to on to potraktował serio i uznał, że nie ma dla mnie lepszej partii niż ten kolega.

Na drugie pytanie, dlaczego nie mogłam go poznać w Krakowie, Łukasz oznajmił mi, że kolega właśnie jest w Dubaju…

Zapisałam z uśmiechem numer jako „kolega Łukasza”, uściskałam mojego przyjaciela serdecznie, wsiadłam w pociąg, za 6 dni w samolot i wróciłam na pustynię…

Dopiero po 2 tygodniach temperatura spadła na tyle, że normalni ludzie, pomijając turystów z Polski ha ha, są w stanie spacerować w Dubaju na zewnątrz. Wyruszyłam na pierwszy „posezonowy” spacer brzegiem Mariny, a otaczająca architektura przeglądająca się w wodzie kanału oczarowała moje serce magicznym stanem uniesienia… Zazwyczaj, gdy przeżywam olśnienia duszy chciałabym bardzo się tym z kimś podzielić. Pamiętam, że usiadłam na ławce. Nie było obok mnie nikogo… tylko te wysokie, zapierające dech w piersiach budynki, gwiazdy, światła migoczące w wodzie, za tysiącami szklanych okien życie rodzin, kolacje kochanków, odgłosy telewizji, zabaw, rozmów. Wszystko tak bliskie, a tak dalekie… to był moment, w którym poprosiłam Boga o dom…

Nie umiałam napisać o tym nikomu, kogo znałam. Przypomniałam sobie, ten numer od Łukasza i zaryzykowałam… milczenie, brak odpowiedzi, jakiejkolwiek reakcji, która mogła tylko jeszcze mocniej przybić moje serce…

Pierwszy sms, był bardzo poetycki, bardzo ciepły i chyba przebijający te wszystkie kilometry strasznym poczuciem osamotnienia, bo odpowiedź przyszła prawie natychmiast. A cały wieczór przemienił się w pierwszą, bliską, smsową rozmowę… jedyną po polsku na tej przystani. Zorientowałam się, że nie znam nawet jego imienia, więc po jakimś czasie o nie zapytałam…

W ułamku sekundy, kończąc czytać jego odpowiedź, znów byłam w tym barze nad morzem i patrzyłam na chłopaka, który 5 lat temu, w jednej milisekundzie przygniótł moje ciało pod ciężarem swojego spojrzenia…

Jedyne co mogłam zrobić to zadzwonić natychmiast do Łukasza i zapytać czy to są jakieś żarty???

c.d… nastąpił…

Sens... dzieci znają

Data wpisu: 04.09.2010 | Dodaj komentarz

Dostałam pierwszą skargę, że nie pisałam za długo, a że obiecałam sobie szanować przyjaciół – czytelników, to bez względu na swoje samopoczucie dziś jednak coś napiszę.

Aga…

myślałam o Tobie na dniach… nie wiem, czy pisać, czy płakać…

Po awansie trafiłam na wielkie problemy z szefową i zanosi się, że będzie to przyczyna wielkich zmian (znów) w moim życiu, których mam dość. Czasami nie wiem jaki jest sens w tym co robię, czy w tym gdzie jestem… Dużo rzeczy mam teraz zaprogramowanych na kierunek „bez sensu”… Lubię pisać w ciszy, w spokoju… a teraz burza w moim umyśle i sztorm w życiu… Nie umiem ocenić, jakie zniszczenia i straty przyniesie… i to mnie blokuje…

Jeśli pytam o sens to ciągle go nie odnalazłam… a czas biegnie… Przeraża mnie najbardziej, że nigdzie nie widzę dla siebie miejsca i spełnienia… żyć bez celu… ciężko bardzo…

Sens: „Śmiać się często i mocno kochać; Zdobyć szacunek ludzi inteligentnych i przywiązanie dzieci; Zasłużyć na uznanie uczciwych krytyków i znieść zdradę fałszywych przyjaciół; Cieszyć się pięknem; Znajdować w innych to, co najlepsze; Dawać siebie, nie oczekując nawet przez chwilę zapłaty; Uczynić świat trochę lepszym, zostawiając po sobie zdrowe dziecko, uratowaną duszę, kawałek wyplewionego ogrodu czy poprawę warunków społecznych; Bawić się oraz śmiać z entuzjazmem i śpiewać z zachwytu przez całe życie; Wiedzieć, że choć jeden człowiek mógł zaczerpnąć głębszego oddechu, bo żyliśmy. To znaczy odnieść sukces.” Ralph Waldo Emmerson

A więc… daleko mi do jakiegokolwiek sensu. Wiem, że nie mi jedynej…, ale ja naprawdę nie chcę zmarnować życia i miotam się jak żagiel czekający na wiatr, żeby wiatr wskazał kierunek, w którym dalej płynąć. I po co ja w ogóle płynę? Dzięki Bogu, że przynajmniej zadałam te pytania. Połowa sukcesu jest już na samym początku poszukiwań, bo tylu ludziom nigdy nie przyjdzie nawet do głowy, żeby wyruszyć w drogę… Poprzez obecne pogorszenie warunków pogodowych na mojej drodze, doznałam choroby morskiej moich motywów. Przyjechałam do Dubaju, żeby awansować, awansować a potem jeszcze raz awansować i wpisać to wszystko do coraz dłuższego CV, a teraz nagle dwa lata mogą obrócić się w… porażkę! Zaczęłam zastanawiać się nad innymi powodami mojego przyjazdu do Dubaju i z pewnością było to słońce, plaża, luksus czystości, administracja dla ludzi, a nie ludzie dla administracji, architektura, estetyka, wszechobecne bogactwo i młodość. Takie wakacje od żebraków, cyganek z dziećmi w chustach, dziurawej Marszałkowskiej, śmierdzących dywanów w angielskich łazienkach, brzydoty zgiełku na Picadilly. No, ale co dalej jak angielska bitch.. postawi na swoim i mnie wykopie z tych wakacji? Nie przeżyje powrotu do Polski, w realia wiecznie obrażonych ekspedientek, kilometrowych kolejek w urzędach po 1 mln kwitków i zaświadczeń, niekompetencji, polskiej „życzliwości” i „braterstwa” ujawniających się jedynie po jakiś kompletnie bezsensownych katastrofach. Nie mam planu. Kurczę, ja nie mam żadnego planu… I może dobrze, że zanosi się na burzę, bo zasiedziałabym się na tych wakacjach za długo, bez sensu… a tego bym sobie nigdy po śmierci nie wybaczyła : ) No, ale co dalej? Misja humanitarna, medytacje na Bali, winnica w Kapsztadzie? Czy Big Apple, albo Amsterdam?

Dubaj pojawił się sam na horyzoncie i tak było wygodnie. Nigdy nie zaplanowałam przygody z Bliskim Wschodem, bo los bez pytania o moje preferencje przygotował ofertę i zatroszczył się o to, by życie nie przedstawiło mi w tamtym czasie żadnej innej propozycji. Życie, dziękuję Ci za to, że ułatwiłaś mi decyzję tak bardzo. Koniec „kariery sportowej”, koniec złudzeń z Adamem, koniec wytrzymałości nerwowej na wiecznie zachmurzone niebo, koniec pokolenia 1920… szczelnie zamknięty pierwszy twój etap, Życie!

Dubaj jest początkiem nowego, innego i Ewa ma rację, że jeszcze 3-4 lata będę poczwarką… Już nie glistą, ale jeszcze nie motylem. I Szymek, jak mi się chajtniesz przez ten czas, to nie zobaczysz, jakim motylem będę… nie sądzę też, żebyś miał ładniejsze tam nad morzem! No chyba, że sobie z zagranicznej podróży zawodowej przywieziesz! Przypominam, że poznaliśmy się w stadium poczwarki! A oto, co powiedziała Szafirek lat 13, w windzie, jak obie Panny po obiedzie odstawiałam do domu: „Dobrze, że zapytałaś nas o to kino, bo On bardzo chciał, żebyś jeszcze nie szła, ale bardzo wstydził się coś zaproponować i jakbyś nie powiedziała o tym filmie, że chciałabyś go obejrzeć to byśmy tam siedziały z Nim do pierwszej w nocy”. Zatkało mnie, naprawdę mnie zatkało… dzieciaki wiedzą najlepiej… Oj Szafirku mój kochany i moje Słoneczko (spieszczenia wymyślone wspólnie na stacji Warszawa-Śródmieście) bardzo za Wami tęsknię i tak bardzo chciałabym znów jechać tą windą do góry…

Aga, jak to jest, że jak tylko pomyślę sobie o kimś, kogo znam, to w mniej niż 48 godzin dostaję wiadomość albo spotykam tę osobę? Bez wyjątku, tak jest z każdym… oprócz Niego.

W tym wypadku cisza, jednostajna, jednostronna cisza…

Z tą litanią do Św. Józefa to nienajgorszy pomysł, bo modlitwa do Św. Antoniego Padewskiego zawsze mi działa, ale nie chcę, żeby On kiedyś przeczytał, że Go sobie wymodliłam. On to raczej święty nie jest i jeszcze Św. Józef pomyśli, że zasługuję na kogoś lepszego, a po co zawracać głowę świętym dwojgiem ludzi, co spać nie mogą, domu szukają, rodziny potrzebują, prawdziwego życia i prostej miłości odnaleźć nie potrafią… tym się moja Św. Pamięci Babcia Marylka zajmie, bo jeszcze tu na Ziemi mi takiego męża obiecała, a teraz u Pana Boga to ma kanał odbioru bezpośredni i posłuch w pierwszym rzędzie za życie z rocznika 1920…

Cały wpis Aga był dla Ciebie : ) I dziękuję tym, którym czytanie go sprawiło przyjemność.

Szybki update

Data wpisu: 29.09.2010 | Dodaj komentarz

Szybki update

Ciągle jeszcze pracuję w Bloomingdales. Poszłam do szefowej i okazałam ludzką słabość po prostu, a ona okazała swoje łaskawe serce, ale nie wiem czy powinnam komukolwiek w tych warunkach i po tym, co mi zafundowała w pierwsze 3 miesiące ufać.

Porozsyłałam CV i mam dwie opcje. Na razie jeszcze żadna z firm nie przedstawiła finałowej oferty, więc trwają rozmowy… I ja rozmawiam sama ze sobą jak to wszystko się potoczy?

Do tego nie wiem nawet czy będę mogła podjąć jakąkolwiek nową pracę ze względu na implikacje z 3 letnim kontraktem na wyłączność u obecnego pracodawcy, co może okazać się poprzeczką nie do pokonania ze względu na zdobycie nowej wizy przed upływem tych 3 lat. Obie nowe firmy jednak szukają intensywnie sposobu…

Więc szanse są..

Tylko ja, jak to ja, nie cierpię zmian i najlepiej to bym chciała zostać i awansować w swoim obecnym sklepie, ale na to już raczej nie mam szans… i, jak twierdzi mój przyjaciel Kaij, ja nie mam charakteru do wielkich organizacji, ze sztywnymi regułami i setką szefów… On twierdzi, że mała, rozwijająca się dopiero firma, dająca mi wolność działania i kreacji to właśnie coś dla mnie…

Dziś wieczorem zaczynam grać w siatkę plażową z grupą ludzi, których jeszcze nie znam. Cieszę się teraz bardzo na każdą możliwość poznania nowych znajomych, bo przez dwa lata żyłam jak social pustelnik. Zawsze uważałam, że znajomi nie są mi do niczego potrzebni, jak mam na skypie kilkoro sprawdzonych, wspaniałych przyjaciół, ale to największa bzdura, jaką sobie kiedykolwiek wmówiłam, z nieufności, w ochronie przed nieumiejętnością obcowania z innymi niż ja ludźmi…

Social networking ma power, do którego zamierzam się podłączyć : ))) by ćwiczyć i w końcu oswoić moje egoistyczne, nietolerancyjne, odludkowe zapędy.

A Newsem Dnia jest dla mnie sześciomiesięczny rachunek za prąd i wodę w wysokości 250 zł!!! Welcome to Dubai Baby !!! Kolejny argument za życiem tutaj, a nie w Polsce, albo egzamin z polskiej lekcji oszczędności zdany na 5+  : )))

Dziś mam wolne i idę na plażę : ))) Ktoś chce dołączyć?

P.S Nie będę już zanudzać o Szymku : )

Ubrana w welur

Data wpisu: 10.10.2010 | Dodaj komentarz

Przyszła pora podjęcia decyzji. Jestem gotowa na zmianę pracy. Nie wiem czy podołam nowemu stanowisku w małej firmie z dużymi ambicjami i mało konkurencyjnym produktem, ale chcę zaryzykować. Nie boję się wyzwań, a nad stabilną posadkę i lekką pracę przekładam możliwość dalszej nauki w zawodzie i zdobywanie nowych doświadczeń. Zdecydowanym plusem będzie z pewnością, po dwóch latach, unormowany tydzień pracy od niedzieli do piątku od 9 do 6, z wolnymi weekendami jupiiii : ) i samodzielne, bardzo kreatywne stanowisko. Kais ma rację tłumacząc mi, że mój charakter i indywidualizm nie nadają się do wielkich korporacji, w których najlepiej sprawdzają się pracujące bez zgrzytu małe trybiki…

Ostatnie zawirowania w mojej obecnej pracy pozwoliły mi zmienić nastawienie do problemów zawodowych. Każdą sytuację można przyjąć pozytywnie : ) Charlie z „ Joe Cafe” stwierdził, że jako młoda, doświadczona, myśląca, pracowita i ładna kobietka powinnam dziękować losowi, że tymi zawirowaniami motywuje mnie do dalszego rozwoju, działania i podróży przez życie, a nie tkwienia w tym samym punkcie latami. Co zawsze wydawało mi się zawodowo największą możliwą porażką. Od konfliktu z nową szefową wiele się zmieniło. Postanowiłam zmienić troszkę moją dubajską egzystencję. Proces był bardzo prosty. Wiedziałam, że aby mieć siłę do podjęcia nowych wyzwań, muszę odświeżyć swoją duchową i domową egzystencję. Los nie pozwolił mi spotkać w Dubaju wielkiej, prawdziwej Miłości, więc definitywnie skończyłam z wszelkimi komediami, dramatami i telenowelami w mojej komórce. Wyczyszczona z niepotrzebnych, nieprawdziwych, niesatysfakcjonujących znajomości zaczęła zapełniać się numerami fajnych ludzi. Edyty, która z córeczką wynajęła moje studio. Teamu siatkówki plażowej, z którym gram, co środy w amatorskiej lidze. Serbskiej joginki Sani, z którą godzinami rozmawiamy o energii kosmosu wygrzewając się na plaży. Clarensa, wioślarza, Mistrza Dragon Boats reprezentacji USA. Agnieszki z Zielonej Góry, stratega rozwoju Philipsa mieszkającej dwa budynki dalej…  Do tej pory zamartwiałam się, że od dwóch lat nie mam blisko żadnych przyjaciół i nie potrafię nawiązywać przyjaźni. Wystarczyło tylko, że zmieniłam zupełnie wewnętrzne nastawienie na gotowość i potrzebę nawiązania nowych znajomości, a Univers natychmiast zabrał się do realizacji, we wspaniały sposób, mojego zamówienia : )))

Niewiarygodnie jak jedna najprostsza decyzja, np. zmiana mieszkania może odmienić samopoczucie. W nowym miejscu czuję się doskonale z widokiem na morze od podłogi do sufitu, znów w dużej przestrzeni z ludźmi, których obecność jednak mi nie przeszkadza. Studio dawało mi komfort prywatności i samodzielności, ale wzmagało poczucie osamotnienia. Po przeprowadzce okazało się, że przez czas w Dubaju zrobiłam wielkie postępy w obcowaniu z ludźmi : ))) Potrafię się dostosować, porozumieć i czerpać prawdziwą przyjemność z bycia w grupie. Ciągle pracuję nad większą życzliwością i empatią, ale chyba nauka nie idzie w las : ) i bardzo się z tego cieszę, bo to jest moja pięta Achillesa…

Dostałam też miłą nagrodę od losu i po dwóch latach pracy w sklepie Catherine Malandrino, przed opuszczeniem firmy, miałam możliwość asystowania przez 3 dni podczas jej odwiedzin w Dubaju. Jej wdzięczność wypowiedziana w 3 zdaniach zastąpiła wszystkie rzadko artykułowane pochwały moich szefów. Wyrazy uznania z jej ust wynagrodziły mi wszystkie dni i tygodnie trującej nudy i bezczynności oraz miesiące starań i pracy by sprzedać jej designerską filozofię.

Catherine przyjechała poznać swoje arabskie klientki. Pokazać najnowszą kolekcję na autorskim pokazie mody zorganizowanym dla niej w Bloomingdales. Spotkać się z dziennikarzami i wyprawić huczne cocktail party dla największych fanek. Zdecydowanie jestem jedną z nich. Wspaniała, inspirująca, piękna, prawdziwa, spełniona, szczęśliwa kobieta. Tylko tak można, bo nie sposób w całości opisać Catherine. Miała pasję do mody, której nie bała się realizować. Została wierna sobie we wszystkim, kim jest i co robi. Osiągnęła szczęście takie, jakie sama sobie zaprojektowała, wypracowała i uszyła. Jeszcze jeden przykład na to, że życie jest w naszych rękach, dla wszystkich jest wystarczająco szczęścia, a Univers pomaga w podążaniu za własną legendą, jeśli tylko odważymy się wyruszyć w drogę… i świadomie będziemy podążać za jego znakami i nauką.

Cocktail party udało się znakomicie. Wszystkie moje klientki wystąpiły w sukienkach Catherine. Catherine była zachwycona i sama wyglądała zachwycająco w złotej długiej sukni. Modelki prezentowały 6 kreacji wieczoru, na scenie stały manekiny ubrane w najnowszą kolekcję, grała didżejka z Nowego Yorku. Barmani serwowali pyszne, kolorowe drinki. Cathernie pozowała do zdjęć i rozmawiała z każdym gościem. Cały czas chciała mieć mnie przy sobie. Piękne zwieńczenie dwóch lat pracy. I gdybym potrafiła zakochać się w New York pewnie mogłabym już pakować walizki, ale nawet nigdy nie będąc w tym mieście wiem, że nie jest ono dla mnie. Miejscem, w którym mogę mieszkać są miasta z klimatem małych uliczek, historią lub słońcem : ) a na ulicach NY słońca nie ma, bo drapacze chmur zablokowały mu dostęp do ludzi… nie to co sześciopasmówka Sheikh Zayed Road u nas w Dubaju ha ha ha.

Dziś pisząc na blogu i myśląc nad całym światem mody czuję się jak welur… miły w dotyku, przyjemny dla ciała, mocny i miękki, zakrywający, rozciągliwy, błyszczący, seksowny materiał…

 

Dobry materiał na własną legendę…

Szczęście jest dane każdemu...

Data wpisu: 29.10.2010 | Dodaj komentarz

Szczęście jest dane każdemu, ale trzeba mieć odwagę po nie sięgnąć…

Widok za oknem jest obłędny… Mogłoby być większe i widok obszerniejszy, ale nie można być zachłannym. Ten widok to moje spełnione marzenie, bo leżąc na łóżku, z głową w poduszce codziennie mogę oglądać wschody i zachody słońca nad otwartym morzem. Choć z zachodami jest mi o wiele łatwiej, bo nie potrafię wstawać o świcie. Lepiej mogłoby być tylko na werandzie nadmorskiego domku, w skandynawskim stylu, z drewnianym płotkiem niedbale pozbijanym z patyków powyrzucanych przez fale, z zejściem ze skarpy prosto na plażę…

Ale wtedy to i pies musiałby zbiegać z tej skarpy i jakiś mężczyzna w stolarni przy domu heblować łódkę. Na dzieci przyjdzie pora. Albo nie przyjdzie. Nie wiem jeszcze. Na razie lubię sama decydować o własnym czasie i obowiązkach i nie wyobrażam sobie być zmuszona do rezygnacji z tej swobody życia przez nikogo. Nawet, jeśli miałby to być najśliczniejszy i najgrzeczniejszy bobas na świecie. Wciąż bardziej niż wózek pociąga mnie własna niezależność. Zdecydowanie natomiast moim kolejnym marzeniem, leżąc w łóżku z głową w tej poduszce, jest dzielić niezależność z czyjąś inną niezależnością i tę poduszkę… choćby jedną… nazwać niebawem wspólną.

Graj dla mnie jeszcze… Za taką muzyką tęskniłam lata… Każdy twój dźwięk słodkie w mym sercu wywołuje dreszcze – graj dla mnie jeszcze… graj dla mnie jeszcze… Ludzie nas nie słyszą, dźwięki twe dziwnie poją i kołyszą, jak kwiatem, każdym dźwiękiem twym się pieszczę graj dla mnie jeszcze…

Zrobiłam kilka dni przerwy. Wracam do pisania z nową melodią…

Usiadłam na plaży, krótko po zachodzie słońca. Rozmawiałam z Szymonem.

Powiedziałabym mu, żeby się nie bał listopadowych urodzin, i żeby po prostu zadzwonił z życzeniami, jeśli nadal tak czuje, żeby się nie obwiniał i przestał gdybać, co by było gdyby, bo już niedługo zaprzyjaźnią się oboje z nowym przeznaczeniem…

Że bardzo zmężniał i nabrał nowej pewności siebie, dojrzalszej, spokojniejszej, przywykłej już do kamer i nużących kalejdoskopów pytań przedstawiających wciąż te same o nim obrazy…

Że zobaczyłam jak spłoszony jeleń, który wyskoczył z lasu na drogę przemienił się w medialnego lwa z dżungli tabloidów.

Gdyby był obok…

Nie umiem grać ani na pianinie, ani na skrzypcach ani nawet na grzebieniu, ale umiem stukać w klawiaturę komputera w rytm wewnętrznej melodii.

To tak jak terapia na tłumione emocje, niewypowiedziane nigdy głośno słowa, ze wstydu przed ośmieszeniem. Szepty krzyczące do Ciebie w duszy…

Gdy umieszczam je na ekranie, nie zatrzymuję ich w sobie. Pozwalam im się unieść, opuścić mój umysł i dosięgnąć Chińskiego Muru…

Już jestem z powrotem. Edyta z małą Jade wyjechały z Dubaju bez wiz na dalszy pobyt w Emiratach. Mieszkanie wynajęłam komuś innemu. Jade zostawiła swojego Reksia, letnie sukienki i buciki, bo tam gdzie pojechała od nowa budować życie z Mamą jest teraz chłodno, a ona wyrośnie na wiosnę i z bucików i z sukienek i ze wspomnień o konefce na plaży, cioci Meli, wujku Baśtamie i Słoniu… Piękna, charakterna dziewczynka z mądrą, odważną Mamą. Mimo, że pojawiły się w moim dubajskim życiu tylko na chwilę, mam nadzieję, że zostaną na zawsze. Wraz z nimi pojawił się ułamek stęsknionej polskości…

Śpieszmy się kochać ludzi!

Data wpisu: 01.11.2010 | Dodaj komentarz

Trudno jest być poza Polską w dzisiejszy dzień… Zamiast spaceru na cmentarz, gdzie przybyło pomników pamięci o najbliższych, czasem najważniejszych… świeczki na plaży…

Przykro mi najbardziej, że nie mogę podać Mamie ramienia, żeby mogła się dziś na nim wesprzeć. Taty poklepać po plecach, żeby się nie martwił…  Ja zawsze byłam tą najtwardszą w Rodzinie. Już dawno temu oswoiłam śmierć po swojemu tak, że już nie przeraża, nie straszy, a cieszy, choć może to zabrzmi strasznie. Ale mój Chrystus zwyciężył śmierć, a tym samym otworzył na oścież drzwi do życia wiecznego, o niebo lepszego niż życie doczesne, nawet w najlepszym wydaniu, więc czego się bać, za czym płakać? Jak najlepsze dopiero przed nami!…

Moi Rodzice dziś płaczą nad grobami swoich Rodziców. Płaczą nad wspomnieniami… I ja płaczę z nimi, bo jestem za daleko, żeby podać chusteczkę, zaparzyć herbatę, wspomnieć radosną historię. Nie ma mnie przy nich… i dziś wszystko staje pod znakiem zapytania, cały Dubaj, cała ta emigracja… bo ja nie wyemigrowałam tylko z Polski. Ja wyemigrowałam z domu, z kuchni na Łąkowej, w której ten dom miał smak, zapach i tradycje, z przyjaźni nad kubkiem kakao i pajdą smażonego chleba, z Rodziny, bo Rodzina potrzebuje obecności i zaangażowania w jej sprawy, a ja nic już nie wnoszę pojawiając się w domu tak rzadko.

Przypomniałam sobie dziś po wycieczce do firmy, żeby mi oddali paszport, po zakupach i kinie i powrocie do domu, zupełnie w sumie przypadkiem, że Dziadka już nie ma tyle lat, a Babci tak od niedawna… że Pan Zając przestał już trenować żagańskich atletów otwierając im drogę do innego życia, że już prawie zapomniałam o lekcjach wychowawczych z Panią Danusią Popiel i zakazanych herbatach na jej zapleczu pracowni chemicznej. Przypomniałam sobie dopiero wieczorem o katastrofie w Smoleńsku i tylu polskich rodzinach, które straciły w tej samej chwili najbliższych. I o Wyjątkowym Papieżu Polaku, który był taki prawdziwy, i że są jednak ludzie niezastąpieni..

Żal mi pokolenia, które przemija, bo wraz z tym pokoleniem przemijają bezcenne wartości, historia, tradycja. Pokolenie wojny, Braterstwa, Patriotyzmu, Boga umiera. I czasem ktoś jeszcze. Ktoś, kto umrzeć nie powinien, jeszcze nie musiał, a jednak i go już nie ma w zasięgu fizycznym… dlatego

„…śpieszmy się kochać ludzi…”

Naprawdę się śpieszmy! Bez względu na to, co mówią nam inni, że wypada czy nie wypada, że przecież tyle zła ktoś nam wyrządził, że my raniliśmy do bólu, że nie warto i łatwo o śmieszność i zawód. Nie szkodzi! Każdego dnia, gdy wstaje dla nas słońce jest szansa kogoś pokochać..

Bo trudno będzie nam odejść z niezałatwionymi na + uczuciami…

Pamięci Jana Pawła Wielkiego

Ukochanej Babci Marii

Trenera Ludwika Zająca

Babci Mieci

Dziadka Franciszka

Wychowawczyni Danusi Popiel

Poległych w obronie Polski we wszystkich powstaniach i wojnach

I tych wszystkich, którzy zasłużyli na naszą pamięć…

Wieczny odpoczynek racz Im dać Panie,

A Światłość Wiekuista niechaj Im świeci.

Dupaj

Data wpisu: 06.11.2010 | Dodaj komentarz

Na podstawie pewnej rozmowy…

Posłużę za eksperyment badawczy pt. „ Przyczyny zaniku odczuwania przyjemności wynikającej ze stosunku płciowego, na podstawie stylu życia Olgi xyz”, a ty opisz naszą rozmowę ku przestrodze innych!

Dubaj wyrządził wielką szkodę mojemu ciału, albo ja sama sobie wyrządziłam krzywdę. Dubaj „wyzwolił” mnie obyczajowo. Pozornie tylko wyzwolił, bo wolałabym wrócić do dawnych schematów uczuciowo-zachowawczych, czyli najpierw uczucia, a potem zachowania. W Dubaju natomiast poddałam się zupełnie atawistycznym zachowaniom kopulacyjnym dla samej przyjemności pozornej bliskości obcowania z drugim człowiekiem. Przyjemność zgasła jakby ktoś wyłączył mi tę funkcję w mózgu, a ciało zaczęło funkcjonować na zasadzie mechanizmu. Poziom odczuwanego podniecenia jest nadal wystarczający, żeby dać się skusić, od nowa i od nowa i jeszcze raz, ale niewystarczający by przeżyć orgazm, lub nawet radość z odpukanego aktu.

Ta pustka i zawód nie atakują od razu. Przychodzą rano, gdy kolejny znajomy wychodzi bez śniadania i „dzień dobry, kochanie”. To tak jakby organizm nie wchodził na wyższe obroty przyzwyczajony jak rowerek stacjonarny do szybkiego, częstego pedałowania. A przyjemność zaczyna się, jak prawdziwy trening, na systematycznym, stabilnym pokonywaniu długiej trasy.

I jeśli długo nie siedziało się na rowerku, można sobie pozwolić na szybką wycieczkę raz w roku. Ale jeśli to staje się rutyną, uprawianą systematycznie na krótkich trasach, na różnych rowerach, organizm nigdy nie dojedzie do żadnego celu…

I tak jest właśnie w moim przypadku. Z braku partnera do długich wojaży, odbyłam zbyt wiele szybkich, rutynowych treningów po ciele, które zaowocowały uszkodzeniem mózgowego ośrodka odczuwania spełnienia na trasie…

Wniosek? Rowerek stacjonarny idzie do piwnicy, rozmontowany na części. Już po raz trzeci. Tym razem musi zostać tam na dłużej niż te cholerne 20 dni! Ze 200 albo 360! Może tak wyleczę swój ośrodek spełnienia. W sumie autorka „Jedz, módl się i kochaj” osiągnęła wspaniałe efekty po roku ascezy i celibatu. Proszę dołożyć do kuracji medytację i odstawić wszelkie środki samo-zadowalające i antykoncepcyjne, które działają na moją wstrzemięźliwość jak dzwonek na psy Pawłowa. Już nie chcę być psem Pawłowa śliniącym się na każdy dzwonek… ładnego, wyścigowego rowerka. Nawet gdyby miały uschnąć mi kolana z braku miłości! Może to jedyna droga powrotu na prawdziwą trasę!

W tym Dupaju, jak skwitowała kiedyś jedna polska turystka…

Odcięta Rybka

Data wpisu: 11.11.2010 | Dodaj komentarz

Jak jest odpływ to na plaży robią się kałuże, a w kałużach na małej powierzchni dzieci łapią bez problemu za ogony zdezorientowane rybki, którym nie przyszło do głowy odpłynąć w stronę morza zanim piasek odetnie drogę powrotu i uwięzi je na długie godziny bezradności. Moja bezradność trwa już trzeci tydzień. Zakończyłam historię z Al Tayer, bo wszyscy doszliśmy do wniosku, że dłużej nie nadaję się do takiej pracy. I na poważnie rozważam napisanie książki pod tytułem „Życie zaczyna się po… Al Tayer”, bo jak się przekonałam dla zbyt dużej liczby osób właściwym jest przekonanie, że po Al Tayer to już nic lepszego nie może się w karierze w Dubaju przytrafić! Bzdura! Bzdura! Bzdura! Miałam takiego samego cykora jak inni przez dwa lata, że to najlepsza firma i reszta to tubylcy, że nie ma szans na inną pracę bez zgody Al Tayer, której to Al Tayer nikomu przed upływem 3 lat nie daje. To drugie to akurat prawda, ale nawet w Dubaju pewne rzeczy da się ominąć. Nie sądziłam tylko, że tyle to potrwa! A więc z zablokowanym przez bank kontem (bo takie są zasady jak ktoś traci pracę, ma kredyt i czeka na nową wizę), czekam na zielone światło, uwięziona w bezczynności jak rybka w kałuży na plaży, żeby móc wypłynąć znów na pełne morze starych ambicji i oczekiwań, nowych ufności i wyzwań, z paskudną grypą klimatyzacyjną w gardle. I z żalem myślę o ludziach z wypranymi mózgami pozostawionych w firmie. Zaprogramowanych na minimum samodzielności i maksimum kontroli. Bo Al Tayer to wielki układ wyuczonych, aprobowanych, schematycznych, standardowych zachowań, a ja nie umiałam się zachować…

Nadprogramowe siedzenie w domu nie daje mi jednak możliwości odpoczynku w warunkach braku gotówki z ostatniej pensji (na którą łapę położył w całości mój bank), niepewnej sytuacji z nową wizą i zbliżającego się niebawem wyjazdu na Święta do Polski.

W listopadzie zmienia się pogoda i warunki klimatyczne sprzyjające rozwojowi bakterii i wirusów. Prawie każdy zaczyna kaszleć, chlipać nosem albo na raz i jedno i drugie… I pomyśleć, że tu trochę bardziej tylko powiało, a temperatura spadła jedynie do 29 stopni. Nie to, co jesień w Polsce. Mimo tego tu też mamy chyba okres sprzyjający przeziębieniom.

Więc nic, tylko zaszyć się pod kołdrę, z Augmentinem już drugi raz tej jesieni i przeczekać, do nowego przypływu, w kałuży… zasmarkanych chusteczek i mleka z czosnkiem po polsku.

I paru łez, bo się boję. Po prostu, tak po ludzku, zwyczajnie.

Bo nie ma nikogo, kto by przytulił. Może i dobrze, bo wyglądam teraz jak wielkie nieszczęście. I tego, co nowe, nieznane, bardziej wymagające. Świąt w domu z rodzeństwem, dla którego mogłabym nigdy do domu nie wracać. Swoich napadów szału w tym domu, gdy inteligentnie i umiejętnie z największym wyrafinowaniem ktoś zawsze pociąga za napięte struny moich nerwów. Czy dam radę? Czy będę umiała zapanować nad każdym demonem przeszłości, które jedynie tam, w tym domu mają dostęp do mojej głowy? Boję się, że im więcej mija czasu od ostatniego smsa, tym mniej miejsca zostaje dla mnie w Szymona świecie, że ten świat oddala się jak planeta z obcą cywilizacją, innym językiem, innym przyciąganiem…

Halo! Tu Ziemia. Czy mnie słyszysz?

 

…drugą stroną ciszy jest głos, który usłyszysz

To, że milczysz teraz pewność mi odbiera

Ale nie mogę wdzierać się w ciszę

Bo kiedy szepniesz ja nie usłyszę…

 

…ale dziś taplam się w kałuży, w której horyzont nie jest na tyle szeroki by dostrzec Twoją gwiazdę i nie wiem czy wystarczy mi wody, żeby przeczekać do przypływu nowych nadziei.

Nie wiem dokładnie, co oznacza „ Patrzących 1050” Czy to znaczy, że 1050 osób czytało cokolwiek, czy to ja podbijam tę liczbę sama czytając, co napisałam, bo czasem jak czytam coś starego, to brzmi tak fajnie, że nie brzmi jak ja i czuję jakbym czytała bloga kogoś, kogo nie znam, kto uwikłał siebie w jakąś beznadziejną, platoniczną historię melodramatyczną. Czy to już wczesna faza schizofrenii? Boże, mam nadzieję, że nie ma Ciebie w gronie tego 1000! Wyobrażam sobie, jaki byłbyś wściekły. Ale byłoby super. Taka odmiana po roku letniawki uczuciowej. Wrzątek złości, rozlany gdzieś w ukryciu. At least something! : )

Nie! Mam nadzieję, ze ten blog pisany jest wystarczającą liczbą niedomówień, w formie totalnej anonimowości i że kamuflaż autorki, dla niewtajemniczonych, nie zostanie nigdy zidentyfikowany. Nie otrzymuję żadnych maili, pytań, detektywistycznych komentarzy, więc z pewnością liczba 1000 należy do 10 zapaleńców. Moich najwierniejszych przyjaciół-fanów. : ) Wybaczcie, że piszę tak monotematycznie i melancholijnie, że zawracam Wam głowę jedną, jedyną melodią, a z pewnością wokół mnie, w tak egzotycznym miejscu jest o wiele więcej ciekawej muzyki. Jest. Uwierzcie. Tylko, że ja chciałabym, żeby On zrozumiał każde słowo… każde słowo jest dla Was, każde słowo jest do Niego…

 

…Cierpliwie czekam, liczę dni

Chciałabym tylko powiedzieć Ci

Że bez znaczenia jest to milczenie…

 

Bo może kiedyś pozwolisz mi dopisać Cd…

 

Ostatnio wspomnieliśmy o domach. Więc dom, o którym wspomniałam w kinie już do mnie nie należy. Nie wiem do kogo należy teraz, ale do teraz śni mi się czasami jak poddaję go renowacji. Każdy kamień, każdą podłogę i ścianę. Każdą belkę na strychu. W szczególności gdy zaczyna w Polsce padać śnieg, wyobrażam sobie świerkowy wieniec adwentowy na drzwiach tej przepięknej wejściowej werandy. Zobacz, jaki ten dom ma podjazd dla bryczek. Wyobrażasz sobie jak 100 lat temu dziedzic wracał do domu z folwarku? Lub goście przyjeżdżali powozami na nalewki i karty, kolacje i tańce? Czujesz radość i niepokoje mieszkańców? Słyszysz jego 200 letnią opowieść pisaną ręką wietrznej historii? Jak byłam tam to czułam obecność pokoleń, historię polskiej szlachetnej rodziny. Dworek Basi i Bogumiła wymiękł jak zobaczyłam ten dom, odremontowany w mojej wyobraźni. Byłam na tyle szalona by go kupić i omalże nie zacząć remontu. Zabrakło tylko odwagi… a może zabrakło Ciebie! Nigdy tam nie byłeś, ale ja po prostu wiem, że z pewnością byłbyś zachwycony tym domem… To jest szalone już zupełnie.

Dworek zmienił właścicieli zapewne po raz enty. Ale jestem pewna, że można by go jeszcze raz odkupić, odremontować i zasiedlić dziećmi. Dużą gromadką dzieci, przyjaciół i dobrej, prawdziwej rodziny…

Katastrofa w Smoleńsku

Data wpisu: 12.11.2010 | Dodaj komentarz

„To straszne co dziś rano się wydarzyło! Samolot lecący z przedstawicielami polskiej Elity miał katastrofę pod Smoleńskiem w rocznicę obchodów… wszyscy zginęli, w tym Para Prezydencka, Ryszard Kaczorowski, cała Plejada Polski. Szok, w głowie się nie mieści! Nie mogę tego pojąć… Paraliż myślowy… i wielka wdzięczność za dzisiejszy dzień i poprzedni i każdy następny przeżyty, bo życie jest kruche… i nieprzewidywalne. Trzeba dobrze zastanowić się nad swoim. Czy byłoby czego żałować, za czym tęsknić, za co przeprosić? Sprawy niezałatwione, sprawy źle zakończone, serca zranione, słowa niewypowiedziane, bo to nie czas, chwila nie ta… a potem już nic się nie liczy… Niczego co ziemskie nie zabieramy ze sobą… Brudne pranie, niedokończone interesy, odkładane na za rok podróże, marzenia, plany… przestają istnieć razem z nami… ” Z pamiętnika w dniu katastrofy.

Dziś oprócz wysokiej gorączki powalił mnie wykład znaleziony na youtube.

Dotyczy on współczesnych rządów w Europie opartych na kontraktach i paktach zawartych przed drugą wojną światową.

Zaczęłam drążyć ten temat po katastrofie Smoleńskiej, która dla obserwatorki spoza Polski, przebywającej za granicą 7 lat wyryła w głowie znak zapytania DLACZEGO ?

Dlaczego w XXI wieku, w środku Europy, w demokratycznym, nowoczesnym Państwie, w rządowym samolocie ginie Prezydent eurosceptyk z elitą kraju? I DLACZEGO rząd tak nieporadnie prowadzi wyjaśnienia?

7 lat emigracji i odrobione zadnia domowe z historii pozwoliły mi nabrać dystansu i uzmysłowić sobie, że Polska to pionek w grze o światową dominację największych potęg.

Odpowiedzi na powyższe pytanie zaczęłam, więc szukać na arenie światowej polityki, a nie jak większość polskich, internetowych komentatorów w ringu PIS, PO i Radia Maryja.

Po 7 miesiącach od tragedii przeczytałam wiele materiałów dotyczących większości światowych, politycznych rozruchów i posunięć. Nie wydawało mi się bym dotarła jednak do sedna sprawy, aż do dzisiaj, gdy wpadł mi w wyszukiwarkę wykład Dr. Rath’a.

Dziś również genialnym zbiegiem okoliczności wp.pl zamieściła artykuł o tym, że Prezydent Komorowski planuje zmiany w Konstytucji dotyczące „lepszego” dostosowania jej do WYMOGÓW UNII EUROPEJSKIEJ..

Do tego, i piszę to zupełnie poważnie, wielu niezależnych, światowej sławy, jasnowidzów przewiduje wojnę światową w bardzo niedalekiej przyszłości, spowodowaną kryzysem gospodarczym, którego rzekoma poprawa rozdmuchana jest tylko na chwilę. Oczywiście mam nadzieję, że oni się mylą i dane nam będzie żyć i umierać w pokoju i niepodległym, demokratycznym kraju, gdziekolwiek rzuci nas los. Niestety, po głębszej analizie struktur ustawodawczych w Unii Europejskiej, dla mnie, Unia ta demokratyczna nie jest i strach pomyśleć, do czego to może doprowadzić.

Bardzo Was proszę o 10 minut uwagi i obejrzenie wszystkich 4 części wykładu, do którego link zamieszczam poniżej. Jeśli uznacie wyjaśnienia Dr. Rath’a za warte uwagi, proszę roześlijcie ten link do wszystkich waszych kontaktów na wszelkich portalach.

Nie dajmy się manipulować !!!

 

http://www.youtube.com/watch?v=9xtpVC9HW-8

http://www.profit-over-life.org/international/polski/infos/auschwitz_survivor/index.html

 

Na koniec poruszające wystąpienie 11 letniej dziewczynki do przywódców świata, które nie potrzebuje komentarza, a puenta jest bardzo prosta.

Nie tylko oni mogą naprawiać świat, każdy z nas może zacząć od siebie!

O co Was wszystkich z głębi serca serdecznie proszę !!!

 

http://www.youtube.com/watch?v=6oUI7yaoZnE&feature=related

 

P.S Dla siebie opracowałam poniższą listę:

– ugościć na najbliższe Święta kogoś z naszej miejskiej jadłodajni dla bezdomnych i ubogich,

– zamienić płyn do mycia naczyń na ekologiczny z roślin,

– zawsze wyłączać światło i urządzenia energetyczne,

– oszczędzać wodę,

– zgniatać plastikowe butelki i segregować śmieci,

– nie marnować jedzenia i czytać co jem,

– wybrać konkretne dziecko z domu dziecka i co miesiąc przekazywać drobny fundusz na konkretny cel: wsparcie jego nauki lub rozwój hobby,

– na urodzinowe wakacje wybrać się w biedny region świata ze zbiórką funduszy wśród przyjaciół i przekazać je jednej biednej, lokalnej, spotkanej na drodze rodzinie.

 

Może to niewiele, ale gdyby każdy z tego 1000 na moim blogu zaczął od siebie… byłoby to 1000 dobrych uczynków dla świata, który pozostawimy po sobie swoim dzieciom i wnukom…

Nie oglądajmy się na innych, bo tracimy bezcenną szansę bycia lepszymi…

I jeśli moja 80 letnia Babcia Maria, z 1500zł emerytury mogła pomagać wszystkim w rodzinie, Parafii i kotom na ulicy, to ja ze swojej dubajskiej pensji nie robiąc tego zamykam sobie sama drogę do bogactwa. ( filozofia Sekretu ) Po Jej śmierci, gdy porządkowałam Jej rzeczy, książki i dokumenty odkryłam, że Babcia miała czarnego, afrykańskiego syna. Od 10 lat, przez jedną z fundacji, wspierała jego edukację drobnymi kwotami, co roku otrzymując list od chłopca.

Ostatni list z aktualnym zdjęciem i podziękowaniami był wysłany do niej w 2007 roku z Uniwersytetu…

Słońce + seks, alkohol i szybkie samochody

Data wpisu: 15.11.2010 | Dodaj komentarz

Jest 15.11.2010

10 dni do deportacji. Data 26.11.2010 roku została mi wbita w paszport przez Labour Office jako oficjalna data na opuszczenie Dubaju, jeśli nie znajdzie się żaden nowy pracodawca chętny zasponsorować mi nową wizę. Myślałam, że takiego znalazłam i spokojnie zrezygnowałam z Al Tayer. Minęły już ponad 3 tygodnie, z 4 które rząd daje na pozałatwianie formalności i dziś, dzień przed pięciodniowymi lokalnymi wakacjami, podczas których wszystkie urzędy są pozamykane i nic absolutnie nie da się załatwić, pośrednik nowego pracodawcy nie odpowiedział na żaden z moich odbijających się echem telefonów…

Pora napisać podsumowanie dwuletnich wakacji w Dubaju?

Nie mogę tego robić, bo tu jest mój dom! I nigdzie się nie wybieram!!!

Czyżby Św. Józef wysłuchał moich Litanii i uznał, że na odległość to on i tak nic nie załatwi, i że jak chcę tego, o kogo Go proszę, to pora wracać do Warszawy? Mam strach nie na żarty… bo jak to nie Św. Józef za tym stoi, to ja nie wracam!

I zamiast podsumowań, na które jeszcze nie pora napiszę, dlaczego?

Bo w Dubaju jest teraz najlepsza pogoda w roku, przyjemnie ciepło, a 3 miesiące letnich upałów da się wytrzymać. Naprawdę nie jest tak źle, choć raczej nie przebywa się wcale poza autem lub pomieszczeniami z AC. Co to jest za wyrzeczenie w porównaniu z pogodą od listopada do kwietnia w Polsce?

Słońce to główny czynnik szczęścia w Dubaju, bo to nie jest przereklamowany slogan, że dzięki słońcu ludzie są weselsi, spokojniejsi i się uśmiechają tak po prostu, bo świeci słońce. Jak dla mnie plaża za oknem mojego pokoju i słońce każdego dnia to największy + ! Poza tym ten sławny luksus… a raczej nowość… wszystko nowe… i luksusowe 🙂 i czyste, ale nie tak neutralnie czyste jak w Szwajcarii. Tak jakoś bardziej naturalnie tu jest po prostu czysto. Zawsze zadziwia mnie widok ludzików czyszczących poręcze, czy fugi w podłogach. W Dubai Mallu, panie Filipinki w każdym WC w uniformie, ze ściereczką po każdym użytkowniku przecierające wszystko łącznie z klamką do drzwi całymi dniami, od nowa i od nowa. Wyłączając – niestety – z czystości plażę, o którą nikt nie dba tak jak powinien, co mnie wprost wprawia w szok. To chyba jedyna niedopracowana przestrzeń w Dubaju. Pomijając oczywiście niedokończone przez zbankrutowanych inwestorów, pozostawione na środku szklanych osiedli puste, straszące za dnia i burzące estetykę krajobrazu, szkielety budynków. Większych horrorów brak. Nowiutkie samochody, nowiutkie sukienki, torebki, rodzaje drinków, nazwy hoteli, zabiegów spa, a jak mieszkałam w Londynie to i tak do muzeów nie chodziłam, bo nigdy nie było czasu w tej chaotycznej metropolii. Tu chaosu nie ma. Za to jest najlepszy – jak dla mnie – system administracyjny na świecie. Zarejestrowanie samochodu w nowym roku, z nowym ubezpieczeniem, przeglądem technicznym, zapłaceniem mandatów, zakupem brakującego w wyposażeniu trójkąta drogowego zajęło mi 30 min i to w kolejce dla kobiet, bo miałam takie życzenie (sama, bez przymusu) właśnie w takiej usiąść. Tak! Usiąść, a nie stać wśród 30 innych pań różnych narodowości i wyznań. Całe siedzenie zajęło mniej niż 2 minuty, bo w placówce jest zamiast dwóch, 20 okienek i uśmiechniętych administratorek. Nie będę opisywać innych administracyjnych doświadczeń, bo to zwaliłoby z nóg każdego uczestnika polskiego, postkomunistycznego systemu. Wracając do mandatów. Pierwszego roku jakoś mniej się śpieszyłam, bo może był to w ogóle mój pierwszy rok jazdy samochodem i to do tego nowiutkim, więc mandatów było zero. 2010 rok jakoś przyśpieszył, a ja wraz z nim i za trzy mandaty przekroczenia prędkości o 10 km złapane na radarze wzdłuż 6 pasmowej głównej ulicy miasta Sheik Zayed Road zapłaciłam bagatela 2500 zł. Wystarczająco uwierzcie, żeby zdjąć nogę z gazu, bo tu wszystko jest takie jakieś sprytniejsze i mądrzejsze. I nie odnowisz rejestracji, ubezpieczenia czy czegokolwiek innego jak mandatów nie zapłacisz. Koniec kropka. Więc wszyscy przez rok zbierają, a potem płacą i rady żadnej nie ma, bo jak cię złapie policja bez ubezpieczenia czy aktualnej rejestracji to do więzienia albo publiczne baty, a potem natychmiast na lotnisko i deportacja. Proszę się nie śmiać na instytucję więzienia. Prawidłowo spełnia swoją funkcję i dlatego może każdy zastanowi się dwa razy bardziej zanim tu coś przeskrobie… bo nikt tu się z przestępczością nie patyczkuje. Oczywiście lokalnym Arabom można więcej, czasem o wieeelle więcej, ale jest ich raptem 12% i nikt nam – obcokrajowcom tu siedzieć nie każe prawda? A jak nie zadajesz się z nieznajomym Sheikhiem lub jego gwardią w klubie nocnym to prawdopodobieństwo, że zaginiesz zgwałcona/zgwałcony na pustyni równa się 0,01% szans bycia zastrzeloną w biały dzień na Tootingu u Królowej. Nie wiem jakie są aktualne statystyki przemocy w tej dzielnicy, bo nie śledzę ich już od wyjazdu dwa lata temu, gdy obiecałam sobie, że moja noga więcej w tej dzielnicy nie postanie nigdy, ale nie sądzę, żeby się zmniejszyły od tego czasu…

A więc nigdzie na świecie nie czułam się bezpieczniej niż tutaj.

Choć miesiąc temu dachował przed moimi kołami jeden z pędzących Porsche… Szkoda Porsche. Arab w białej sukience wyszedł przez boczną szybę, a duży czarny z drugiego auta zepchniętego na pobocze w kolizji, podbiegł i ścisnął tamtego tak mocno, że już na bank mu żebra połamał! Pikawa mi na jakieś 3 chyba sekundy stanęła, a refleks, o który świeża za kółkiem nigdy wcześniej się nie podejrzewałam, uratował mnie przed stuknięciem. Wracałam do domu w zupełnej ciszy umysłowej, nie rozumiejąc jak czyjś wypadek może wywołać w innych tyle agresji, bo trąbienie zatrzymanych, wściekłych kierowców ciągnęło się za mną długą drogę.

A więc było już o biurokracji i administracji i więzieniach na + i jeszcze trzeba napisać o religii. Nie będę tu studiować Koranu, a napiszę jedynie o zakazach, które na jego podstawie obowiązują w tym Emiracie. Zakaz jakichkolwiek elementów pornografii, seksu i wyuzdania ma wielki +, bo, szczerze, wcale nie przeszkadza mi brak obmacujących się na przystanku nastolatków, a za rękę turystom można chodzić, co czynią z resztą namiętnie panowie z Indii ; ) 14 letnich dziewczynek w pełnym makijażu, manikiurze, piercingu i ciąży, świerszczyków w kioskach na bocznej szybie sąsiadującej z przystankiem, prezerwatyw na gałązkach krzaczków itd. Zakaz sprzedaży i spożywania alkoholu oraz bycia w stanie nietrzeźwym poza miejscami sprzedającymi alkohol ma taki sam +, bo nie tęsknię za odorem budek z piwem, widokiem pijaczków na dworcach, w parkach, na ulicach, porozbijanymi butelkami na przystankach.. a że ostatnio korzystam z autobusów, bo sprzedałam Princeskę, to doceniam to jeszcze bardziej. Piszczcie co chcecie o wolności obywatelskiej, demokracji i wolnym rynku, ale taki świat naprawdę chroni przed chorobą alkoholową. Wiem, bo sama czasem chciałam się w domu po nocy sama napić i… nie było czego niestety, albo stety właśnie ; ) a do tych barów, żeby chodzić i się upijać to trzeba mieć kasy jak lodu, co i jedno i drugie w kryzysie ekonomicznym i klimatycznym jak na lekarstwo…

Choć Polak to podobno i z pustej butelki naleje, co niestety jest prawdą. Jeden jedzie do Adżmanu i przywozi bagażnik, a potem na Marinie tankowanie od czwartku do soboty, tydzień w tydzień, bo to takie polskie cool urżnąć się, porzygać i urwać film po drodze z imprezki prawda chłopcy zawodowcy? A więc pić też można, ale nie tak ogólnodostępnie jak w Polsce, więc +. Uśmiałam się w weekend bardzo, bo jak powiedziałam chłopakom, że to już fajne nie jest oglądać ich zalanych co piątek, to w czwartek dostałam bardzo uroczysty sms z zaproszeniem na wieczór w stylu francuskim z serami i… winem ha ha ha. A teraz wybaczcie, bo zgłodniałam i zachciało mi się czekolady, jeszcze nie zakazanej i ogólnie dostępniej : ) Niestety nie w naszej kuchni, więc idę do sklepu, bo wszyscy poszli na party w miasto, a ja jeszcze dziś bez energii po chorobie, więc jedynie czekoladą ten wieczór sobie umilę.

 

Szczerze… to… nie chce mi się ruszyć… chyba jeszcze wirus we mnie siedzi. Wirus lenia! W takich chwilach bardzo tęsknię za narzeczonym, bo on zawsze gnał jak szalony po wszystko jak mi się chciało : ))) po ptasie mleczko…choć to już nie narzeczony gnał tylko następca… gubiłam te kilogramy miłości przez dwa lata potem… tę miłość też tyle gubiłam. Tu ani ptasiego ani narzeczonego, ani miłości, ale dziś miało być o +

CDN.. jak mnie 26.11 nie deportują…

Błogosławieństwo Mnicha

Data wpisu: 18.11.2010 | Dodaj komentarz

Zupełnie ufam we własną Legendę. Nie stoję w miejscu. Podejmuję każde wyzwanie z uniesioną głową. Staram się. Nie boję się, bo Ty jesteś ze mną…

Upadam, a Ty mnie podnosisz. Płaczę, a Ty mnie pocieszasz.

Otaczasz ludźmi, którzy pomagają! O nic nigdy bardziej nie prosiłam. Za ludzi najbardziej dziękuję. Taka Edyta, czy Ania! Poznane na końcu świata, niespodziewanie. Ciekawe doświadczania, nowe inspiracje, indywidualne fascynujące historie, bezinteresowne wsparcie. „ Może Ci trzeba jakieś zakupy zrobić jak Ty jeszcze chora jesteś? Nie stresuj się niczym, trzym się!” „My jesteśmy dzielne dziewczyny. WYTRWAŁOŚCI, a będzie super”. Zupa i surówka współlokatorki, Ukrainki Olgi, jak miałam najwyższą gorączkę. Pożyczka Williama poznanego na plaży, jak musiałam dołożyć do sprzedaży auta, żeby oddać firmie dług i móc odejść. Przyjaciele są chyba Bożym sposobem troszczenia się o nas. A ja ich mam i spotykam, gdy są potrzebni i niezastąpieni. Dziękuję za Was! Ewa, za Twoją konkretną ofertę dachu nad głową, gdybym jednak musiała pomieszkać znów w Polsce. Za idee biznesowe, za kopa w tyłek z pozytywnym myśleniem. Andrzej, dziękuję, że uwierzyłeś już dawno temu w moją wartość i chcesz działać z takim człowieczkiem jak ja, że pytasz, konsultujesz i niestrudzenie namawiasz do powrotu… że my Wszyscy myślimy w gruncie podobnie! No i, że Ci co wiedzą, to wierzą w oślą upartość mojego serca i siłę mojej miłości Aga, Ewcie, Robert !!! : )))) I choć chciałam napisać dziś o sile przyjaźni, to chyba nie potrafię. Bo są też takie, które nie przetrwały… odeszły. Czasem cicho z upływem czasu, czasem z krzykiem z przemianą charakterów. Z mojej winy i bez mojej winy… Wśród nich były te ważne i długie, fundamentalne z lat dzieciństwa. Z Londynu ciągnie się jeszcze niteczka, tli płomyczek, za który też dziękuję ilekroć przyjdzie sms, czy telefoniczna rozmowa. A niektóre wbrew wszystkiemu trwają, wbrew innym światopoglądom, horoskopom i osiągnięciom. Wbrew nieporozumieniom. Scementowane Chrztem pierwszego dziecka, czy ważną rozmową w kawiarni w Dubai Mallu. Bo przyjaźni też trzeba się uczyć. W Dubaju szczególnie, bo daleko, bo trudno znaleźć bratnią duszę w takiej różnorodności poglądów i oczekiwań, bo nie wszyscy mają czas na obcego, a tam gdzie dużo kasy i więcej interesów do załatwienia, ludzie mniej sobie ufają. Mi zaczęło się szczęścić wśród ludzi i to tylko dlatego, że zastąpiłam swoje czarne myśli pozytywnymi scenariuszami. Z pewnością każdy, kogo spotykamy gdzieś po drodze jest nam potrzebny, nawet jak go nie potrzebujemy i spotkamy tylko na chwilę, bo każde spotkanie ma jakiś sens.

Jest jedno, o którym nie chcę zapomnieć.

W 2008 roku wybrałam się w pierwszą, samotną podróż by oczyścić umysł i fotografować. Jej celem była niedaleka Sir Lanka. Pora bardzo duszna, wilgotna, deszczowa nie miała znaczenia. Znaczenie miał jedynie strach, jaki poczułam na lotnisku, gdy uświadomiłam sobie, że jadę do obcego kraju ogarniętego wojną, zupełnie sama, bez żadnego planu, jedynie z przewodnikiem w ręku i w najbliższe 6 dni będę tylko i wyłącznie we własnym towarzystwie. Jeśli nikt samotnie nie podróżował to nie wie, że to uczucie może być na początku przerażające i należy stoczyć z nim prawdziwą bitwę jeszcze przed wejściem na pokład samolotu. Postanowiłam się wtedy pomodlić, bo co innego z biletem w ręku, bez żadnych przyjaciół czy znajomych w Sri Lance mogłam uczynić? Krótko i dość dziecinnie poprosiłam Boga, żeby zatroszczył się o mnie i dobrych ludzi, których mi przedstawi w tej podróży. Tak oto zaczęła się najbardziej niebywała podróż w moim życiu i już na pokładzie samolotu poznałam Chamara Amarathunga, chłopaka, który pomógł mi z odprawą wizową i zatroszczył się o mój bezpieczny transport do hotelu w stolicy, nadkładając w drodze do swojego domu jakieś 100km. W Kolombo podchodziło do mnie wielu naganiaczy oferujących usługi turystyczne, ale ja czekałam na znak, aby zaufać dobremu człowiekowi. Mój przewodnik, gdy go zobaczyłam siedział na krawężniku w grubych dziurawych skarpetach i trzepał buty. Zaufałam właściwemu człowiekowi, z którym w dwa dni dotarłam aż do Kandy, starej stolicy tej wyspy, otoczona jego szczerym uśmiechem, pogodą ducha i troską.

I tak było w każdym kolejnym mieście… Zapuszczając się w głąb kraju, poza szlaki turystyczne złotego wybrzeża, w tej porze roku nie spotykałam innych białych. Widocznie końcowe zamieszki wojenne skutecznie wypłoszyły wszystkie wycieczki. Przed opuszczeniem Kandy, jadąc na stację tuk tukiem, czyli rowerową taksówką, zdecydowałam się zatrzymać przy jednym z widoków na jezioro, żeby zrobić kilka fotek. Zupełnie niespodziewanie podszedł do mnie spacerujący wzdłuż jeziora Mnich i zaprosił do swojego Klasztoru na wizytę u najstarszego w Świątyni wyznawcy Buddy. Wchodząc do małej, ubogiej izdebki poznałam 98 letniego starca, który całe swoje życie oddał na służbę i wielbienie Boga. Pobłogosławił mnie na dalszą drogę, wiążąc na szyi sznureczek opieki. To on powiedział, że najsilniejszym dążeniem mojego serca jest miłość i już niebawem ją spotkam, wskaże mi ją sam Budda, a wtedy mam mu obiecać, że z tym mężczyzną wrócimy razem do jego Klasztoru.

Udałam się do Dambulla, wspięłam na skałę Sigiriya do Pałaców Króla Kashebe, a w ruinach prastarego miasta Polonnaruwa po raz pierwszy przez obiektyw swojego aparatu zobaczyłam Nanette. Przepięknego, wysokiego Hiszpana na misji Czerwonego Krzyża, po ponad rocznej pracy przed powrotem do Europy, zwiedzającego Sri Lankę.

Po wspólnym sfotografowaniu ruin zmieniliśmy swoje plany podróżnicze zostając razem jeszcze jeden dzień w tej przepięknej okolicy. Razem też postanowiliśmy wrócić pociągiem do Kolombo, a w jego mieszkaniu oglądając na laptopie zrobione zdjęcia, Nanette zauważył, że to pierwsze z pierwszych, na którym jeszcze wtedy zupełnie nieświadomie złapałam go w kadr w tłumie turystów, na pierwszym planie przedstawia odzianego w pomarańczowe szaty Mnicha…

Obecność Nanete w tej podróży była magiczna i zupełnie wyjątkowa, bo takiego człowieka trudno spotkać w Hiszpanii, a co dopiero na Sri Lance w miejscu, gdzie oprócz nas nie było żadnych innych Europejczyków… Jego szerokie, silne ramiona nie przytuliły mnie wprawdzie na całe życie, ale wtedy w tej podróży przywróciły sercu utraconą nadzieję…

Droga do nikąd

Data wpisu: 19.11.2010 | Dodaj komentarz

Porządkując zeszyty i notatki, żeby nie zostawić po sobie bałaganu i zmniejszyć ewentualny bagaż powrotny do minimum, znalazłam urwane fragmenty…

Wszystkie podobieństwa do osób i zdarzeń są czystym wymysłem autorki…

 

…Mam mega natchnienie! Siedzę sama w pustym jeszcze barze ze sprajtem… bo czasem kiedy prowadzę to nie piję! Na 63 piętrze Hotelu Adrdess, w mieście Dubaj, 4 dni przed Wigilią 2009 roku. Pewnie jesteś ciekawy jak się tu znalazłam? Powinnam powiedzieć zrządzenie losu… jak wszystkie ważniejsze sprawy w moim życiu. Te ważniejsze sprawy to byłoby: dzieciństwo na Łąkowej i smugi światła w kuchni na zawsze kształtujące moje wartości estetyczne. Pojawienie się Koli w domu. Popołudnie u Ani i Macieja, kiedy Michał nie chciał wziąć Adusia na ręce. Ja i Grzegorz w tym samym domu przez chwilę. Telefon w Londynie, na dziale Balenciagi, bo ktoś mnie zarekomendował. I tak tu się znalazłam. Przypadkowo też poznałam wszystkich najważniejszych przyjaciół w moim życiu. Przez przypadek nie poznałam tylko Jego… Jego poznałam przez Jędrzeja pośrednio. Gwiazdor filmu, pierwsza kamera i klatka Gdańska. Kamera Gdańska, a klatka raczej jednej znanej aktorki przed menopauzą. Nie! Zaraz! Kiedy ma się menopauzę po 40 czy po 50? I jak ten wyraz się poprawnie pisze? Mniejsza o to, każdy będzie wiedział, o co chodzi! A więc jak to było? Aha! Wyrzuciłam wszystkie jej filmy i kupiłam wszystkie Jego. Przeleciałam 350 tysięcy mil czy ileś tam, nie jestem pewna, bo chciał mnie zobaczyć i problem w tym, że… było lepiej niż miało być… chociaż nie byłam sobą. Tak bardzo nie sobą, że bardziej nie można było po prostu! No i jestem znów w Dubaju, a on myśląc o kobiecie z rozdwojeniem jaźni napisał, że jednak do Dubaju trzeci raz się nie wybiera. Ale wcale nie chciałam o tym pisać! Każda książka powinna mieć jakąś fabułę, początek i koniec, no i bohaterów. Bohaterka już jest. Walcząca na Bliskim Wschodzie. Zawracająca odważnie głowę pierwszemu kawalerowi trzeciej RP. Wyrażająca śmiało własne poglądy. Wystarczająco ambitna by spróbować napisać książkę…, a przynajmniej opowiadanie… Miejsce akcji! Niech będzie Dubaj. W końcu tu teraz jestem. Wystarczająco egzotycznie, by zainteresowało czytelnika. Oj uwierz mi, bardzo egzotycznie i za razem tak po domowemu, tak po europejsku. To chyba dobra charakterystyka. Czas jest tylko trochę przerażający. 4 dni do Wigilii, która w tym roku, jeszcze bardziej niż rok temu, nie ma za bardzo sensu. Dlaczego nie ma sensu? Bo Święta z dala od domu nie mają sensu, smaku, światła i zapachu. Nic nie mają ze Świąt. I ja takich Świąt nie chcę. I jeśli On przez chwilę poczuje się nieszczęśliwy w te Święta, to powinien wiedzieć, co ja czuję. Generalnie to On chyba powinien wiedzieć, co czuję. Ale brak mi odwagi, żeby po prostu teraz zadzwonić. Ale Boże! Przecież nie o tym miałam dziś pisać! Dziś miało być o miłości…

 

Kiedy mężczyzna kocha kobietę to wsiada w samolot i leci 350 tysięcy mil, by zabrać ją na spacer. Kiedy kobieta kocha mężczyznę, to cierpliwie czeka, aż On wsiądzie w ten samolot, a potem skraca to 350 tysięcy mil do 240 km…

Kiedy mężczyzna kocha kobietę to daje jej pierwszeństwo przed matką, pasją, zawodem, własnymi nałogami i sobą samym. Kiedy kobieta kocha mężczyznę to akceptuje Go takim jaki jest i jest gotowa z jego człowieczeństwa dać nowe życie…

 

Pewnego dnia zdobędę się na odwagę, by nie czekać z marzeniami. Przestanę wracać do przeszłości. Zamknę tamte drzwi… otworzę okno i wyskoczę przez nie, a prawdziwa miłość dobra, szczera i czysta złapie mnie w swoje skrzydła. Na razie postaram się wrócić do rzeczywistości, w której nie mam jeszcze swojego miejsca i zapomnieć o tym jak blisko los posadził mnie przy marzeniach… Pozwolił patrzeć, mówić, słuchać… Muszę mu podziękować, odkąd się ze mną zaprzyjaźnił. Powiedział mi nawet, w drodze powrotnej, że przyjdzie taki dzień, gdy oboje zdobędziemy się na odwagę, by zacząć żyć marzeniami. Uwierzyłam… i już nie płaczę w drodze powrotnej donikąd…

Kola Sekretarka 12.06.00-23.11.10

Data wpisu: 28.11.2010 | Dodaj komentarz

 http://www.youtube.com/watch?v=cdUi0Y5piAY

Żyj z całych sił, i uśmiechaj się do ludzi

bo nie jesteś sam.

Śpij nocą śnij, niech zły sen Cię nigdy więcej, nie obudzi, teraz śpij.

Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,

kiedy ciemny wiatr, porywa spokój siejąc smutek i zwątpienie, pamiętaj że …

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic a nic

Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil

Idź własną drogą, bo w tym cały sens istnienia, żeby umieć żyć.

Bez znieczulenia bez niepotrzebnych nie spełnienia, myśli złych.

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic a nic

Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil, najlepszą z Twoich chwil.

Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,

kiedy ciemny wiatr,

porywa spokój siejąc smutek i zwątpienie, pamiętaj że…

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic a nic

Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic… a nic

Chwila która trawa, może być najlepszą z Twoich chwil, najlepszą z Twoich chwil.

I nie skończoną…

– 18 urodziny i wymarzony, ubłagany pies

– w domu więcej radości i ciepła

– noce na łóżku ogrodowym w kuchni ze szczeniakiem pod kołdrą, bo tak bardzo piszczała, a Babcia zabroniła mi zabrać ją do pokoju

– dzieciaki na podwórku zamiast Kola wołają Pepsi

– nauka posłuszeństwa bez smyczy na wspólnym bieganiu po ulicach wokół domu i spacery po łąkach

– przydomek Sekretarka, bo pierwsza pojawiała się przy ogrodzeniu, witała i prowadziła każdego klienta do Taty warsztatu.

– Kola z łapami w sypialni, ale z tyłkiem jeszcze w kuchni, żeby nie złamać Babcinego zakazu, gdy cała rodzina ogląda z Babcią 6798 odcinek „Mody na sukces”

– Wujek dostaje wylewu w łazience, Kola cuci go i utrzymuje przytomnego do przyjścia pomocy…

– itd, itd, itd…

23.11.2010

Tato, Mamo

Zgadzam się z Taty decyzją, jaka by ona nie była. To On dbał o Kolę i doskonale opiekował się nią przez te lata.

On wie i czuje najlepiej, czy ona cierpi i co będzie dla niej najlepsze…

Dziękuję Wam Obojgu bardzo, że przyjęliście Kolcię do naszej Rodziny i traktowaliście tak dobrze z miłością i troskliwością.

Tyle radości i ciepła ten pies przyniósł.

Nie chcę, żeby cierpiała czy się bała dłużej w szpitalach.

Mam tylko jedną, jedyną prośbę niech Tato pochowa ją w ogródku tym, który będzie należał kiedyś do domku Babci, bo chce ją mieć przy sobie..

chciałabym na tym miejscu położyć jakiś wielki kamień z pola, tak żeby było widać to miejsce…

 

M: Świat płacze, my razem z nim. Kolcia lada moment wyruszy w swoją ostatnią podróż

N: Była i będzie Kochana…. Biegnij Kolcia, biegnij… : )

M: Właśnie pobiegła…

T: Płakaliśmy jak małe dzieci, nie spałem pół nocy, bo teraz wiem, jakim była przyjacielem i jak ją kochałem. Pochowałem ją w pięknej skrzynce, na skórze baraniej z jej jeżykiem i kółeczkiem, aby miała się, czym bawić i chodzić z Babcią na spacerki. Była tego godna i bardzo mądra. Jestem rozbity.

N: Tatusiu jesteś najcudowniejszym Tatą na świecie!!! Kolcia nie mogła mieć lepszego Pana!! Widocznie Babunia też za nią tęskniła…

 

_________________________________________________________________________

N: Dziś jest mi b.b.b. smutno. Mojego psa już nie ma… straciłam najwierniejszego przyjaciela… tylko pies i aż pies jak się było samemu wszystko takie ulotne

S: – cisza

N: Czyjaś twarz, usta tez ulotne. wszystko mija za szybko. pisze Tobie, bo nikt inny nie powinien wiedzieć, że jest mi tak smutno.. znają mnie lepiej, chyba kochają, martwiliby się

S: – cisza

Chcę wierzyć, że nie odpisałeś, bo… cisza jest złotem…

Ostatni taki sen...

Data wpisu: 29.11.2010 | Dodaj komentarz

…siedziałam gdzieś w tłumie pod sceną i słuchałam jego podziękowań za nagrodę filmową. On nie wiedział, że tam jestem. Na końcu powiedział, że chce podziękować dziewczynie, którą zawsze miał i ma w duszy, nawet jak ona o tym nie wiedziała. Ja myślę no to już po wszystkim, już kogoś ma na dobre, no to koniec, i to tak publicznie teraz każdy się o tym dowie… a On nachyla się do mikrofonu i mówi dziękuję Ci Nell. Potem podchodzi do mnie po imprezie, jakbyśmy byli ze sobą, i mówi, że strasznie zmarzł na tej scenie, że zimno mu bardzo… i sen się urwał w pamięci ulotnej…, ale był tak prawdziwy, że obudziłam się z silnym poczuciem, że to rzeczywistość… Drugi raz w życiu mi się przyśnił, w okolicznościach, w których poprzedniego wieczoru zdecydowałam schować Jego zdjęcie do szuflady, bo nie umiem jeszcze wyrzucić. Skasować numer, żeby mi do głowy znów nie przyszło wysyłać smsy, bo co to Go może obchodzić, że nie chcę żeby marzł nawet w moich snach, i zaprosić kogoś innego do życia. Już po wszystkim! Poddałam się, zrezygnowałam, stchórzyłam. Co za różnica! Kolejnego smsa już nie wyślę, choć od rana czeka w wiadomościach zapisanych. W ten sen nie uwierzyłam… Uznałam, że pora najwyższa. 3 odpowiedzi w roku to za mało nawet na przyjaźń…

 

Ale chciałam zapytać, czym są sny? Czy to czysta projekcja naszych obaw, lęków, prawdziwych uczuć? Podświadome obrazy naszej natury, marzeń? Czy to my sami je sobie wymyślamy, czy może jest to jakiś obcy język znaków, znaczeń i drogowskazów? Jeśli to drogowskazy, to jaki kierunek pokazał ostatni mój sen? Jakie miał znaczenie? I skąd pochodzi? Z głębi zagubionej mnie, czy z Polski, od kogoś, kto ma mnie w duszy?

W „Alchemiku” to język Wszechświata znający naszą najprawdziwszą legendę, pomagający dążyć jej szlakiem… W „Sekrecie” to głos Universu wskazujący drogę, a w Biblii sny ukazywały przyszłość… w senniku internetowym: scena – pojednasz się z człowiekiem, który przez Ciebie został odrzucony.

 

P.S Dostałam w końcu wizę, bo zaczęłam się modlić do Józefa, że jeszcze nie moja pora wracać do Polski! Uznałam, że jeszcze dwa lata tych wakacji. Mam nadzieję, że więcej odwiedzin z Polski przeżyję, wartościowsze doświadczenie zawodowe nabędę, kredyt spłacę i wymyślę najpierw, co chcę po powrocie do Ojczyzny robić? Mam na to dwa lata.

A od 1.12 nowe wyzwanie z tymi klapkami, strojami i ręcznikami, za własnym biurkiem po raz pierwszy w życiu. Przeczytałam już 3 książki z zarządzania marką podczas tych moich miesięcznych, przymusowych wakacji. Notatki porobiłam jak na studiach przed sesją. Idę przygotowana jak na wojnę. Tym razem jednak ciszej, skromniej, pokorniej. Najpierw się dobrze rozeznam w formacji wroga. Nie popełnię już tego samego błędu szczerych ambicji. Dobrych, ale nieproszonych pomysłów. I zanim przyjdzie pierwsze zadanie będę siedziała wygodnie w samolocie do Warszawy, bo na razie wciąż lecę 15.12 na zaplanowane rok temu 3 tygodnie do Polski : ) No chyba, że nowa, francuska szefowa da do zrozumienia, że jak nie skrócę wyjazdu, to nie mam po co wracać ; )Wiem, że wypadałoby zostać, bo budżety, planowanie, strategie na przyszły rok, ale to nie moja wina, że tak późno zaczynam. Ja byłam gotowa iść do pracy 1.11 i poinformowałam na rozmowie, że w tym roku nie zamierzam po raz 3 zostawiać w Dubaju na Święta. Na razie życie wraca powoli do normy. Choć wciąż nie mam auta, odblokowanego konta bankowego, spokoju w nocy, bo ciągle ktoś ma coś do roboty u mnie w domu o 3 nad ranem ( dziś na przykład chmara egipska ogląda mecz Barcelona-Madryt), upragnionej wagi, bo przez chorobę zaniedbałam treningi, opalenizny bo 4 tygodnie byłam przeziębiona i ciągle kaszlę! Ale tym zajmiemy się potem. Dzięki za wiarę w to, że zostanę w Dubaju i ciepłe słowa, że wszystko będzie dobrze, bo JEST !!! : )))))

Dom z wakacyjnego zeszytu

Data wpisu: 05.12.2010 | Dodaj komentarz

Siedzę na Nowym Świecie

I tu zamierzam rozpocząć swój nowy świat. Nie wiem, czy będzie z tego książka, czy tylko krótkie opowiadanie. Zweryfikuje to ta historia. Jej the end, albo ciąg dalszy. Historia, która mnie tu przywlekła.

Zawsze postrzegałam Polskę przez pryzmat domu, rodziny, ojczyzny, gniazda, do którego wracałam co roku, jak bocian, z różnych zakątków świata. Nie było mi łatwo udawać za granicą orły, sójki, papugi, w zależności od szerokości geograficznych oferujących pracę, mając w sercu tęsknotę za domem tak bardzo polskim, jak tylko to możliwe. 13 czerwca 2010 roku przygotowując gniazdo do remontu wszystko runęło i okazało się, że nie ma czego remontować, że nie ma remontować z kim.. i dla kogo…, a znaki mówiły swoje. Ktoś w moim imieniu wysłał list do Jandy w czerwcowej „Pani”… „zakochałam się na zabój w Panu z ekranu…” To nie jestem ja, to nie było o mnie, bo ja się tylko zainteresowała człowiekiem, ale On mógł to wszystko zinterpretować inaczej i dlatego tkwię w Warszawie od wczoraj dla Niego, bez sensu, bo totalnie nie znam się na mężczyznach, co dopiero na artystach… Oni jeszcze rzadziej tłumaczą co było nie tak. Dlatego pora na nowy świat, bo Warszawa się zmieniła, relacje rodziny Witebskich nigdy się nie zmienią i niezmiennie będzie trwać przekonanie, że artysta to gatunek mężczyzny z innej planety, na którą ja dostałam jedynie jednorazowe zaproszenie. Stwierdzam z ręką na sercu, że nie widziałam piękniejszych, bardziej fioletowych zachodów słońca nigdzie z dala od Polski. Zmieniłam klimat na cieplejszy, a i Warszawa klimat zmieniła. Na fotelach staromiejskich kawiarni pojawiły się koce jak w kafejkach Montmartru. Pogoda się rozkaprysiła, koce spełniają więc swoją funkcję praktyczno-estetyczną i u nas, a ludzie jakoś jakby ucichli, zwolnili w pędzie po naj… Naprawdę zauważyłam po dwóch latach nie bycia ( nie licząc krótkiej przejażdżki z Szymonem po Warszawie rok temu ) nowy trend na ulicach. Więcej ogłady, porządku, spokoju i w trendach i w obyczajach. Nawet uliczni bezdomni nauczyli się odmieniać słowa pieniądze, jedzenie, dziękuję na obce języki. A jak już jesteśmy przy kocach na krzesłach, restauracjach i jedzeniu to ceny chyba te same, za to porcje o wiele większe, co znacznie odbiega od standardów londyńskich i przypomina mi w tym jednym aspekcie rzeczywistość dubajską. W tym jednym jedynym aspekcie! Przynajmniej 9 pierogów w Zapiecku okazało się aż nadto po długiej, jak słowo przepyszna, zapiekance z budki przy metrze. W tej samej restauracji po 6 latach spotkałam Olgę. Koleżankę ze studiów. Jedną z najfajniejszych :). Nie zdziwiło mnie to za bardzo, bo miałam zamiar zdobyć więcej znajomości w stolicy jak Robert będzie czasem w rozjazdach, a ja już tak mam, że do ludzi takich, jakich potrzebuję przyciąga mnie jak magnes. Co stanowi w moim przypadku szczęśliwą monetę od losu. Wracając do Warszawy, to i obyczaje się chyba też trochę ociepliły, bo nigdy nie byłam wcześniej świadkiem sytuacji, w której zupełnie przeciętny facet odważyłby się poczęstować nieznajomą swoją wizytówką, tak zupełnie na wariata. Ręka niby jeszcze drżała, ale jednak i uśmiech był i jakaś taka niespotykana kiedyś odwaga. A może to nie polscy mężczyźni zdecydowali się w końcu aktywniej nawiązywać nowe znajomości, tylko może to ja albo wypiękniałam, albo złagodniałam, albo jedno i drugie : )))) Szymon też zdecydowanie aktywnie i ochoczo podszedł do naszej znajomości, ale go nie mogę zaliczać w poczet tych samych osobników, co tamten pan z kawiarni na Nowym Świecie, z radosnym uśmiechem wręczający mi wizytówkę.. Warszawa jest już inna. Zdecydowanie fajniejsza. Może nie widać tego jak się w niej bywa często i czasem pomieszkuje, ale widać to dobrze gdy jedynie się ją już tylko odwiedza jak dawną, długo nie widzianą przyjaciółkę. Mimo lat rozłąki między nami dystans znika jak tylko ugryzę Palmira….

Zamiast pisać powinnam patrzeć za okno, bo wiem, że niebawem będę przywoływać w głowie obrazy z okien Intercity. Siedząc na piasku będę uparcie myśleć znów o zieleni lasów, bieli i szarościach chmur, kolorach łąk, nie potrafiąc postawić żadnego znaku pomiędzy nimi, a lazurem morza, złotem piasku i różem muszelek. Jutro tam lecę ponownie. Dziś jestem jeszcze zawieszona w przestrzeni pomiędzy Warszawą, a Krakowem, w pięknie oczu Szafirka i Słoneczka. Dwóch dziewczynek, które stały się 8 lat temu, częścią mojej Warszawskiej przygody. Odlatuję, czy wracam? Do domu, czy w przestrzeń bez domu? Warszawa dziś była moim domem. Sentymentem, radością, zadumą. Tak bardzo się zmieniła i wciąż jest taka sama. Wyjechałam z niej 6 lat temu z wyrokiem miłości i sądu na karku i żeby zacząć budować od nowa dwa zawody. Swój i narzeczonego… zawodowo dojrzewając do rozstania…

 

„Kiedy łaska losu podjeżdża pod twój dom zbyt szybko, może wzbudzić podejrzenie. Wahasz się zanim wsiądziesz.”

Jonathan Carroll

 

„Najważniejsze jest by gdzieś istniało to, czym się żyło: i zwyczaje, i święta rodzinne. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest, by żyć dla powrotu.”

Antonie de Saint-Exupery

 

„Człowiek wędruje po świecie w poszukiwaniu tego, czego mu trzeba i wraca do domu, by tutaj to znaleźć”

George Moore

 

„Człowiek nigdzie naprawdę nie był, póki nie wróci do domu.”

Terry Pratchett

 

„Po co dom jeśli tylko jeden człowiek ma się cieszyć jego ciepłem”

 

„Tam gdzie zbiegają się przyjazne drogi, cały świat przez chwilę wydaje się domem.”

Herman Hesse

 

„Mój dom zastąpi mi cały świat. Cały świat nigdy nie zastąpi mi domu.”

 

„Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy; tu trwał martwy za życia dom, a w nim życie jak nigdzie i lidzie niezwykli.”

  1. Dostojewski

 

„Zobaczyłem zakurzone meble, obrazy zżarte przez wilgoć. Nie miałem innego wyjścia, jak otworzyć okna i drzwi na oścież. Chciałem zachować wspomnienia, uchronić to, co zdobyłem z takim wysiłkiem, ale wszystko zniknęło, a ja byłem pusty niczym step. I doskonale zrozumiałem, dlaczego Ester postanowiła przyjechać właśnie tutaj, na pusty step.”

Paulo Coelho

 

„Teraz budować zacznę od dymu z komina”

Leopold Staff

 

G.C

Data wpisu: 06.12.2010 | Dodaj komentarz

  Możesz robić co chcesz, możesz nic nie robić, możesz być daleko, ale ja zawsze jestem blisko sercem, pamiętaj!

Bo chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko
Jak te dwa łyse kamienie nad rzeką
Chodzi o to
By pierwsze chciało słuchać
Co mu to drugie powiedzieć chce do ucha
Że po mej głowie, czasem się ich boję,
Chodzą słowa nie do powiedzenia…
Nie-do-powiedzenia
Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chcę cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej dzień dobry
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Dzień dobry
Kocham cię
To zapyziałe miasto niech o tym wieTu chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko
Kiedy długo drugie nie widzi pierwszego
Bo gdy siedzi człek samemu z czarnymi myślami
Człowiek rzuca słuchawkami
Rzuca słuchawkamiBo chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko
Nawet jeśli czasem między nami wykipi mleko
Choćbyś nawet i wieczorem zasypiała zdołowana
Chciałbym ci zaśpiewać z rana
Móc ci zaśpiewać z rana
Kochana…Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chcę cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej dzień dobry
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Dzień dobry
Kocham cię
To zapyziałe miasto niech o tym wie
Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chcę cię z oczu stracić, więc
Jeszcze więcej, jeszcze więcej, jeszcze więcej
DZIEŃ DOBRY
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Para-moje
Para-twoje
Onomatopeiczne
Paranormalne
Paranoje
We dwoje
Para-moje
Para-twoje
Onomatopeiczne
Paranormalne
Paranoje
We dwoje

http://www.youtube.com/watch?v=_EdZbopNeS8

 

Piorytetyzować!

Data wpisu: 08.12.2010 | Dodaj komentarz

Panie i Panowie w Souk Al Bahar moje biuro w budynku po lewej stronie : )

Huczy mi w głowie! To trzeci dzień w nowej pracy, bo było znów jakieś lokalne święto i dyrektor od kasy nie chciał mi zapłacić za 4 dni wolnego, tylko polecił żebym zaczęła od tego poniedziałku. No więc weekend wykorzystałam na ostatnie przedwyjazdowe do Polski zakupy, bo zdecydowałam kupić za ostanie pieniądze i czapkę, i szalik, i rękawiczki. I upolowałam śliczny czerwony komplecik, ale i tak już drżę na myśl tych krajowych mrozów. Odmarznie mi na bank tyłek, po 2 latach solarki.  Cudownie ciepło za to mnie powitali w nowej firmie. Wyglądało to trochę tak jakby wszyscy czekali jak na zbawienie, ale firma nie zanosi się na żadne tarapaty. Wręcz przeciwnie. Zanosi się na strzał blisko 10 : ) Mała firma z wielkimi ambicjami i dużym polem do popisu, z nieograniczoną przestrzenią do działania. Praca biurowa z wypadami do sklepów jaka to odmiana i ulga. Tylko jedna szefowa (jestem bardzo ostrożna i uważna w ocenie), która ma tylko mnie od wszystkich Brandów i dziewczynę od zarządzania sklepami i to ona, a już nie ja, musi się zmagać z problemami pracowników, ich charakterami i poziomem pracy. Ja się naprawdę nie nadawałam do zarządzania personelem sklepowym. Wyluzowałam wśród maili, kampanii, katalogów i nowych kontrahentów. Mam swoich asystentów do pomocy. Nowy Hyundai Tucson godnie zastąpi moja Princeskę  : )))) Huczy mi w głowie od tego wszystkiego. Znów 9h pracy od 9 do 6, ale z widokiem na Burj Khalifa, najwyższy budynek świata, w lokalizacji stylizowanego na stary souq, market, osiedla. Troszkę się odzwyczaiłam od tego rytmu, przez 5 tygodni, ale budzę się rano bez potrzeby budzika z ekscytacji, bo postawili przede mną fascynujące zadanie sprowadzenia do Dubaju nowych produktów i usług, i już jutro wprowadzam do sklepów nowy nabytek firmy z Paryża! Dziś pracowałam cały dzień nad treningiem dla personelu i ładną prezentacją produktu. Jutro będę szkolić, a pojutrze obiadek ze stylistami z magazynów mody. Może napiszą o naszym produkcie, może użyją w najbliższej sesji? Od tego wszystkiego zależy powodzenie projektu i poziom naszej w niego inwestycji na przyszłość. Zawsze marzyłam, żeby rozwijać jakiś biznes no i się doczekałam, nie podejrzewając nawet ile to dostarcza mi frajdy… a cytując Kena Blancharda odniesiesz finansowy sukces jedynie, jak ponad zarabianie kasy, postawisz na dobrą zabawę w pracy. No ja się zaczęłam bawić od poniedziałku wyśmienicie : )))

Chodzę spać jak dziecko w tym tygodniu – po dobranocce, ale inaczej nie dałabym rady. Z urlopem nie będzie problemu, bo kilka zadań zabieram ze sobą do Polski, bo jest Skype, Internet, maile. Na razie wszystko na tak i dziękuje Bogu, że znów mi to załatwił, bo przecież znów ktoś mnie do tej pracy wyłowił, bez zbytniego mojego wysiłku, no oprócz tych dwóch lat w Al Tayer, z których ostatni był dość mocno stresujący. Nagroda za to może okazać się zasłużoną na pewno, ale i wartą trudniejszych chwil. Kurczę, nieźle jak na 28 lat co nie? Ha ha, wiem, wiem, powinnam trenować skromność, ale na prawdę fajne efekty daje celebrowanie własnych sukcesów, docenianie swoich dokonań i nagradzanie się za każde osiągnięcie, tak często odsuwane na bok, niedostrzegane, pomijanie w rachunku życiowych porażek. A jak sami się nie docenimy, to kto niby ma to zrobić? Komu powinno bardziej na nas zależeć jak czasem nie zależy nam samym? Super jest stanąć w lustrze i powiedzieć do siebie jestem fajnym, mądrym, wartościowym, dobrym człowiekiem. Cholernie trudno, ale po tym zaczyna się przemiana. Kiełkuje szczęście, a szczęście przyciąga więcej szczęścia i jeszcze więcej. Polecam medytację, do oczyszczania umysłu, z szumu życia i dnia. Choć medytowałam 8 razy w życiu Power niesamowity. Balans to podstawa wszystkiego. Dlatego teraz siedzę w pracy 1 nadgodzinę codziennie, bo wszyscy siedzą, ale po próbnym nie będę, bo uważam, że dla dobrego managera nie sztuka harować jak wół, sztuka wyrabiać się i zdążać ze wszystkim w czasie, a żeby tak było, to trzeba piorytetyzować (nowe słowo wymyśliłam) zadania i olewać te najmniej ważne. Ktoś stwierdził mądrze „uprzątnięcie biurka z zaległych papierów zajęłoby mi czas, który mógłbym wykorzystać na sprzedaż, albo dla mojego zespołu. Skore one zalegają, to znaczy, że nie są tak ważne, więc świat się nie zawali jak uprzątnę je natychmiast do kosza, a w zaoszczędzonym czasie wykonam 5 dodatkowych telefonów do kluczowych klientów.” To naprawdę tak działa. Stwierdza to mistrzyni detalicznej, heroicznej pracy administracyjnej. Każdy papierek i druczek czekał cierpliwie na biurku na segregację, do chwili kiedy nie podjęłam decyzji zmiany nastawienia zawodowego na mniej pracy mało istotnej w ogólnym rozrachunku – czas na główne zadania i naładowanie baterii po pracy dłuższy = lepsze rezultaty : ) Niby proste co nie? Niech jakakolwiek sekretarka z natury spróbuje pierwszy raz zgarnąć furę papierów do kosza bez wnikliwej analizy : ) To proste niby zadanie może być istnie niewykonalne ha ha ha. 7 dni do wyjazdu. Praca, praca, praca. Jutro team mojej siatkówki robi Christmas Party, a w piątek zaprosiłam kumpli na ostatniego w tym roku drinka w klubie przy plaży. Na Polskę… nie wiem czy jestem gotowa… chętnie bym teraz przebudowała bilet na 22.12, ale wszystko sprzedane. Przylecę nieopalona, bo mi się nie chciało, z dwoma wełnianymi swetrami w walizce, bo więcej nie mam i ze złamanym sercem, bo On nawet nie wie, że go kochałam…

Tyle rzeczy chciałabym powiedzieć,

Tyle pytań chciałabym zadać

Lepiej jest może czasem nie wiedzieć

Ale chce tylko z Tobą pogadać

A tu ciągle nie miejsce, nie pora

Nie ma czasu, by usta otworzyć

Wiecznie wracasz do domu zmęczony

I zasypiasz, gdy się tylko położysz

Gdybyś chciał choć raz porozmawiać

O czymkolwiek, o tym, że pada

Tak stęskniłam się za Twoim głosem

Chociaż chwile ze mną pogadaj

Wiem, że może nie jestem tak mądra

Że niewiele ze świata rozumiem

I nie zawsze mam wyraz pogodny

Ale nie wiesz jak bardzo Cię czuje

Szarpnij krzykiem struny tej ciszy

Co zasypia i budzi się z nami

Tak bym chciała jeszcze raz w to uwierzyć

Że się kiedyś na śmierć zagadamy

Że się spali koszula na desce

Że łazienka się łzami zaleje

Że nam obiad wyleci w powietrze

Nie milcz dłużej, bo oszaleję!

 

Boże Narodzenie 2010

Data wpisu: 24.12.2010 | Dodaj komentarz

Jestem w Polsce i tak dużo się dzieje, że nie mam czasu pisać bloga.
Nadrobię z pewnością po powrocie w Nowym Roku, bo skrzętnie kolekcjonuję chwile i spostrzeżenia. Zima jest piękna. Cieszę się jak dziecko ze śniegu, mrozu, żywej choinki. Atmosfera w domu poprawna, momentami nawet ciepła i swojska tak jak bywało kiedyś. Do Wigilijnego stołu zasiądę sama w sercu. Nasz artysta nie był wart tylu trosk. Mam nadzieję, że dojrzy kiedyś powody, dla których czasem pisał, że czuje się samotnie. Grzegorz zabrnął w marazm zbyt głęboko, byśmy mogli stworzyć życie dla siebie. Nikogo innego nie było i nie ma w tym roku. Jest od trzech lat podobno 3 cm „potworek”, ale to ostatnie jego Święta we mnie! W tym roku, życzcie mi zdrowia! Bo nawet jak nic nie boli to zżera…
Chciałabym w Nowym Roku napisać o Polsce, Sylwestrze w Zakopanym, rodzinnych konotacjach, o tym co w życiu najważniejsze i o niespodziewanym zabiegu, ku pokrzepieniu innych serc. A tym czasem na starą, góralską zakochaną po raz ostatni nutę

Na scescie, nazdrowie, na to Boże Narodzynie,

Coby sie wom darzylo, mnożylo każde stworzynie!

Coby sie wom darzyły kury cubate, gęsi siodłate

Cobyście mieli telo wołków kielo w dachu kołków

Telo cielicek kielo w lesie jedlicek

Telo owiecek kielo mak mo ziorecek

Telo krów kielo wsąsieku plów

Coby sie wom darzyły konie z biołymi nogami
Cobyście orali śtyroma pługami
Jak nie śtyroma – to trzoma
Jak nie trzoma – to dwoma
Jak nie dwoma – to jednym
Ale co godnym!

Sięgnijcie do pieca – wyjmijcie kołoca
Sięgnijcie do skrzynie – wyjmijcie pół świnie
Sięgnijcie na wyzke – wyjmijcie masła łyżke
Piekliście, kłóliście – kolędnikom daliście

Coby sie wom darzyły dzieci – kielo przy piecu śmieci
W kozdym kątku po dzieciątku, a na pościeli troje
Ino cobyście nie pedzieli, ze to ftore moje!

Na scęście, na zdrowie, na tyn Nowy Rok!
Coby wom wypod z pieca bok!
Coby wom z pieca wypadła ruła!
Coby wom gaździno zhrubła!

Coby wom nicego nie chybiało
Z roku na rok przybywało
A do reśty – cobyście byli scęśliw i i weseli
Jako w niebie janieli, haj!

W Nowym Roku

Data wpisu: 14.01.2011 | Dodaj komentarz

Witam w Nowym Roku!!!

Na wyjeździe robiłam notatki, zapiski, ale jakoś niczego nie udało mi się opublikować, a byłoby o czym pisać. Jestem już w Dubaju z zupełnie odmienionym, a może raczej odświeżonym poglądem na swoje życie i przyszłość zdecydowanie w Dubaju, który oficjalnie uznaję w tym roku za swój dom, z którego nigdzie mnie już nie ciągnie, bo tu czuję się doskonale, choć ostatni prawie czterotygodniowy pobyt w Polsce był odświeżeniem mojego spojrzenia na życie w Ojczyźnie. W tym roku postanowiłam nic nie postanawiać, bo wpadł mi w oko jakiś email ze stycznia zeszłego roku, w którym wypunktowałam plany na Nowy Rok. Plany zupełnie niezgodne z wizją własnego życia, której wtedy absolutnie nie byłam jeszcze świadoma. W tym roku nie planuję niczego, ale wiem, czego chcę i to jest wspanialsze niż jakiekolwiek postanowienia. Życzę sobie, żeby Nowy Rok był plonem zeszłego, w którym zmieniłam pracę na niesamowicie bliższą swojej osobowości, zakończyłam fantazje na temat polskiego męża górala, wykryłam i zniszczyłam w organizmie groźnego guza, przy okazji odkrywając i usuwając nielojalnych pseudo przyjaciół, nawiązałam dobry kontakt z rodziną. I to wszystko na samym finiszu 2010 roku, a więc niech w 2011 moje umiejętności rozwijają się spokojnie w nowej pracy, ten właściwy dla mnie facet się pojawi, zdrowie wzmacnia, rodzina coraz lepiej wspiera, a prawdziwi przyjaciele nadal czytają bloga.

Nie napiszę dziś za wiele, muszę wszystko po swojemu jak zwykle najpierw przetrawić! Ale, żeby nie zapomnieć niczego, zapiszę sobie tematy na przyszłe roztrząsanie:

  1. Ukryta choroba w zupełnie zdrowym człowieku.
  2. Okrutni ludzie – najbliżsi przyjaciele bolą bardziej niż laparoskopowe dziury w brzuchu.
  3. Terapia noworoczna zaczęta! Kurs obrony samooceny.
  4. Na miłość przyjdzie pora.
  5. Pracę można zmienić, miejsce zameldowania również, a najbliższej Rodziny – nie! Więc cieszmy się, z każdego w niej pozytywu!
  6. Im lepsze jest coś dla nas, tym łatwiej przychodzi nam to zdobyć lub osiągnąć. Jeśli coś nie byłoby dla nas dobre, to idzie jak po grudzie.

Idę na zachód słońca, przywitać się z morzem. Jest chłodno, założę sweter. Usiądę na swoich klifach, popatrzę na wysokie budynki. Moje pierwsze noworoczne osiągniecie odmieni tu moje życie na jeszcze lepsze! Zerwałam z nawykiem robienia czegokolwiek na siłę. Po Bożej myśli droga jest łatwa, prosta i przyjemna…

Gorący wrzątek w głowie

Data wpisu: 05.02.2011 | Dodaj komentarz

Nic nie pisałam, ale to dobrze, bo nie będę pisała byle czego. Nie będę pisała też w totalnym dole, albo szczytowej euforii, bo zależy mi na poszukiwaniu balansu i równowagi. Chyba chodzi o to, żeby zrozumieć, czym jest Nasza równowaga, a potem oscylować w granicach 0. Potrzebuję spokoju wynikającego z  liczby 0!  Zero awantur z nielojalnym partnerem, zero treningów sprinterskich w pracy, zero smsów bez odpowiedzi, zero dwuznacznych sytuacji. Zastanawiam się tylko, czy zero = rozwój ? Czy można się uczyć, iść do przodu, poprawiać i rozwijać oscylując w granicach zera? Filozofia buddyjska twierdzi, że tylko w spokojnym umyśle otwierają się nowe wrota rozwoju, a w psychologii rozwojowej uczą, że intensywne odczuwanie i dynamiczny ruch na płaszczyźnie doświadczania są niezbędne do rozwoju. Czyli jak nie wsadzisz ręki do wrzątku, to nie będziesz rozumiał jaki on jest gorący…

Może są dwie drogi? Medytując jestem od razu spokojniejsza i wyzerowana, ale tez radośniejsza, cierpliwsza, życzliwsza, a wtedy chyba nie musiałabym tak często uderzać głową w ścianę, na dodatek jak obok drzwi są otwarte. Miało być tak spokojnie od nowego roku, a nie jest. Wszystko bardzo chaotyczne i pogmatwane: bardzo biedny, bardzo kochany nowy adorator, nowy projekt w nowej pracy, ze starym, trudnym eksem, na moje własne życzenie, wszyscy byli z nowymi uczuciami i starym, beznadziejnym podejściem, znów zawracający mi głowę, a ja znów na ten stary zawrót pozwalająca, zamiast usiąść każdego dnia i pomedytować, bo chyba w takiej plątaninie oszaleję. W piątek doszłam to takiego punktu, po 3 tygodniach od powrotu, że gdybym mogła to katapultowałabym się z Dubaju do Tybetu na przykład, na 3 dni w zamknięciu i totalnym odizolowaniu. Zamiast tego powaliła mnie wczoraj 40 stopniowa gorączka, drgawki i koszmary. Organizm też ześwirował, bo on tylko naśladuje stany umysłu, a umysł żąda wyzerowania. I pierwszy raz nie wiem jak mam to zrobić. Widzę wyraźnie jak wielkie znaczenie ma sport i odreagowywanie na siłowni, ale wewnętrzna rekonwalescencja po operacji potrwa jeszcze kolejny miesiąc, więc nie mogę wyładować się na bieżni. Jak wychodzę na drinka potańczyć, to zaraz wpadam na któregoś z eksów, z tym samym stylem bałamucenia i wracam znów rozdarta. W pracy, jak zamierzam mieć spokojny dzień to wygrywa moja kampania reklamowa, pojawia się nowy projekt, coś ciągle jest na szali zwycięstwa albo przegranej i kończę ze ściskiem żołądka, który nieoczekiwanie ściska tak samo i po sukcesie i po porażce lub przyśpieszonym, nerwowo tętnem powodującym pulsowanie mojej czaszki. I tak od nowego roku… STOP! W najbliższy weekend bukuję bilet gdziekolwiek, byle z dala od luksusów cywilizowanego świata, od którego muszę natychmiast odpocząć. O jak nie piszę o miłości to nieciekawe to pisanie prawda? Sama tak uważam… ale nie ma co pisać o miłości… tej przez małe m…

Nic poza tym

Data wpisu: 12.02.2010 | Dodaj komentarz

11.02.2011

Fajna data. I nic poza tym. Jem lunch w Automatic, tureckim grillu. Tanio, smacznie, warzywa na talerzu niepokrojone, surowe ze świeżym zielskiem, a stolik na balkonie z widokiem na morze. Chyba mam jeszcze trochę gorączki, bo raz mi gorąco, a za chwilę zimno i czuję, że mam spocone plecy, a może to przez pogodę? Bo wieje cały luty i nie jest jeszcze za upalnie. Pamiętam, że co roku o tej porze łatwo o wirusy. Klimatyzacja i wietrzne powietrze rozpyla bakterie. Przerwa na pokrojenie warzyw, posypanie pieprzem i skropienie oliwą. Namiastka domowego kuchcenia. Jedyna na jaką od lat mam ochotę. Po Grześku zupełnie straciłam potrzebę gotowania… może, żeby zachować w pamięci smak jego schabowych… Aha postanowiłam wrócić do prawdziwych imion przytaczanych przeze mnie postaci, bo sama zaczęłam się gubić w nadanych pseudonimach. A więc Grzesiek to… Łukasz z wcześniejszych stron… tylko Szymon zawsze będzie już Szymkiem, bo nie może być sobą… jak jeszcze kiedyś w ogóle będzie… Lubię tu przychodzić od czasu do czasu, właśnie ze względu na te warzywa i tygodniową porcję zielska. Leniwy dzień. W końcu. Po tygodniu satysfakcjonującej harówki. W pracy ciągle 100 spraw na raz, ale taka moja pozycja Brand Managera. Najciekawiej zapowiadał się projekt akademii koszykówki, po tym jak w klubie wpadłam na swojego francuskiego eksa i postanowiłam przedstawić jego wizję z roszczeniem 1.000.000 euro szefowej, też Francuzce. Okazało się, że na własne życzenie wróciłam do starych frustracji związanych z.. no właśnie mam trudność z ujęciem, o co mi chodzi i co mnie rozdrażnia do białej gorączki w jednym słowie związanym z tym facetem. Jego wieczna nieokreśloność i patetyczne słowa przy nijakim działaniu. Przyszło mięso z dużą ilością siekanej, świeżej pietruszki, cebuli i koniecznie gęstym sosem czosnkowym. Makan jest rakiem jak ja i może wszystkie raki są tak samo stuknięte? Odsunęłam się zupełnie od tego projektu. Odsunęłam się zupełnie od Makana. Niech radzi sobie sam z moją szefową, jej szefem, akademią i samym sobą. Jak po dwóch latach mojego zaangażowania w projekt nie stać go na więcej niż bezwartościowe, bo rzucone od tak słowo dzięki. Tak dziękować można za kawę w kawiarni i miłą rozmowę, a nie za 1 mln Euro, którego szukał 3 lata! I wcale nie będę rozpaczać jak go teraz nie dostanie, skoro wykluczył mnie przez własną arogancję ze swojego świata. Chyba definitywnie nici z dwóch czekoladowych córeczek. Chciałabym mieć czekoladowe dzieci, bo bardzo mi się podobają, a kolor skóry nie ma dla mnie obyczajowo żadnego znaczenia. Z pewnością nawet w Polsce nikt nie wytykał by palcem dzieci Mistrza Olimpijskiego i… niedoszłej Mistrzyni : ) Skoro jesteśmy przy temacie męsko-damskim proszę o karę-wybawienie sześciu miesięcy w Klasztorze pod kluczem, żeby się wyleczyć z romansów i zacząć znów mieć, czuć i dzielić z kimś prawdziwe uczucia, bo w Dubaju nie potrafię się odciąć, odizolować i zostać fizycznie i prawdziwie sama ze sobą, żeby oczyścić wszystko dosłownie. Ciało, umysł, duszę, serce, mieszkanie. Ja nie boję się samotności. Ja jej teraz bardzo potrzebuję, ale nie potrafię odnaleźć. Nie potrafię wygrać walki sama ze sobą, bo ja też potrzebuję się tulić i być przez kogoś akceptowana, żeby sama się akceptować. Wiem, terapia wskazana. Wiem! Na razie chodzę regularnie znów do Kościoła i mniej regularnie już grzeszę. Nie od razu Rzym zbudowano. Zrobiło się chłodno. Najadłam się jak bąk, a na deser pyszny koktajl truskawkowy i spacerkiem, wietrzną promenadą do domu… dziś nie przeszkadza mi, że jest w nim pusto.

Bajka o Śpiącej Królewnie

Data wpisu: 15.02.2011 | Dodaj komentarz

Targają mną emocje. Straciłam tyle czasu pracując nad czyimś projektem za nic, zupełnie za nic i jeszcze dałam przysłowiowo dupy! W głowie mi się nie mieści, że innym pomagam w sukcesach, a sama wlekę się z tyłu od zawsze. Odkąd sięgnę pamięcią. Najpierw katapultowałam karierę Michała z praktyki u własnego warszawskiego znajomego na planetę z królową i porządnymi zarobkami, sama flaczejąc przy narzeczonym, rozwijającym się architekcie, w gnuśnym Sheffield, potem kupowałam bilety lotnicze do żony i prezenty dzieciom Grześka. Pierwszy, na goodbye, w nieładnym stylu powiedział mi i tak, że nic nie jestem warta, drugi miał gdzieś, jak oznajmiłam że jednak pozew rozwodowy to sam powinien napisać. A najgorsze jest to, że podobno sama sobie krzywdę robię i wybieram takich facetów co to dadzą się wziąć na plecy i nieść przez życie… Lumbago, które złapałam w kręgosłup w czerwcu, gdy chciałam czyścić Rodziców włości ze stęchlizny nieruszanej latami, powinno mi wystarczyć i odstraszać od dźwigania kogokolwiek! Może i dostaję za to jakąś inną nagrodę, ekwiwalent w postaci na czas postawionej diagnozy, dobrej pracy, permanentnego słonka za oknem, ale litości, nie za taką cenę! Czy to jest ta sławna równowaga w przyrodzie? Bo ja, wykorzystana, wcale zrównoważona się nie czuję, a potem i tak znów jak wielbłąd – na kolana, na piach i na grzbiet nowego pana… Matko jak ja mogę czuć w ogóle pociąg do facetów, którym wygodnie na tym moim grzbiecie i żeby się jeszcze tą zwierzyną zaopiekowali jakoś… albo wynagrodzili własny ciężar, to jeszcze bezczelnie powiedzą, ze przecież sama oferowałaś pomoc, sama się tak troszczyłaś… nie było trzeba, ja o nic cię nie prosiłem. Boli, ale to też prawda. Druga strona medalu. Moja słaba strona. I jakie to życie jest nieuczciwe… bo wczoraj dostałam walentynkowe smsy jedynie od tych, których zwodzę i wykorzystuję od miesięcy. Z tych, którzy otrzymali wiele, może o wiele za wiele, żaden się nie odezwał..

Ale wychodzi ze mnie niestabilna, niedowartościowana, fiknięta babka. Dzięki Bogu, im człowiek starszy, tym mądrzejszy. Niewiele bardziej, ale zawsze jednak coś, a przynajmniej wszyscy uczymy się odruchów Pawłowa. I jak za dużo razy wsadzę łapki do wrzątku, to może się w końcu nauczę, że parzy i nic przyjemnego z tego nie będzie. Przypomniał mi się stary dobry morał, że sen o Królewiczu najczęściej kończy romans… ze Stajennym…

Oj i już słyszę glosy sprzeciwu, że przecież stajenny też człowiek, a czasem nawet i ładniejszy, i pracowitszy od księciunia, co kasę w kasynie przehula, księżniczki po okolicy wypatroszy i na dworze się urżnie. Proszę wybaczyć. Ja się wychowywałam na bajkach o „Śpiącej Królewnie”, nie na bajkach o Shreku.  W moich bajkach, to Książę zawsze był ten lepszy, a stajenny czasem śmierdzący, leniwy i nieuczciwy…

Takich na plecach się nosi, czego nikomu z serca nie życzę!

Nowe ciało

Data wpisu: 16.02.2011 | Dodaj komentarz

Nowe ciało.

Ale dużo agresji we mnie było wczoraj. Czytam sama siebie i zaczynam wieczór od jogi, bo nie chcę mieć tyle toksyn w głowie. Dziś, po 4 tygodniach prawdziwej harówki w pracy, totalnie przebimbany dzień, czego dowodem jest nowy wizerunek mojego bloga. Zatopiłam się w niego zupełnie i dałam upust swojej artystycznej duszy. Trochę go jeszcze doszlifuję niebawem, ale chyba i tak lepiej niż ta wcześniejsza szarzyzna. W końcu piszę z bardzo modnego Dubaju : ) Nawet na obiad wymknęłam się z naszej stołóweczki do tej restauracji obok mojego dawnego sklepu, przekraczając przepisowe 30 min Lunch Time. Zachciało mi się przepysznego Risotto z dzikimi grzybami i szpinakiem. To byłby ostatni raz na jakiś czas, bo od jutra zaczynam dietę. Nie żebym nie akceptowała się w swoim ciele czy coś tam. Po prostu nie mieszczę się w swoje ulubione sukienki, w których teraz mogę chodzić na okrągło, bo w pracy nie obowiązuje mnie już przygnębiająco-wyszczuplający czarny! Pora wrócić na bieżnie i do rozmiaru 40.

Kolejne 3 dni spędzę na plaży, kontynuując bimbanie!

Nastrój na romans

Data wpisu: 27.02.2011 | Dodaj komentarz

Miałam dziś sen. Jeden z tych, w których bardzo czujesz jakby wszystko działo się w rzeczywistości. Obudziłam się z emocjami i podekscytowaniem jak w realu… Ostatnie dwa dni weekendu były wystarczającym natchnieniem do scenariusza, który zaprojektowało moje serce, a wyprodukowała głowa, w typowym tylko dla mnie gatunku melodramatu z happy endem. Nie pamiętam początku. Świadomość pojawia mi się w basenie, w którym pływam z jakimś mężczyzną. To rodzaj chyba randki, czy prywatnego spotkania. Oprócz nas nie ma nikogo, jest półmrok i nastrój na romans. Czuję się dość swobodnie, żartujemy i przekomarzamy się w wodzie, ale ja w głębi serca wiem, że robię to komuś na złość, żeby uwolnić się od czegoś, odpłynąć od sytuacji, której już nie potrafię ogarnąć… spontanicznie ściągam z siebie bikini i płynę w objęcia mojego towarzysza. Zarzucając mu ręce na szyję, waham się czy to na pewno dobra decyzja, czy ja tego chcę, ale czuję, że muszę tak zrobić, że to odetnie mnie od innego wielkiego niespełnienia i nie będzie już powrotu. I gdy przytulam się do człowieka, którego wybrałam na klin, na uzdrawiającą terapię, widzę kątem oka, w półmroku, że do pomieszczenia wchodzi Makan. Najpiękniejszy jakiego pamiętam, z krótką, oszronioną siwizną brodą, jaką nosił jesienią zeszłego roku, ze stoickim jak zwykle spokojem, spokojną twarzą. Wyraźnie mnie szuka wzrokiem i jest tu żeby mnie znaleźć. Kiedy przechodzi wzdłuż basenu chowam twarz w ramionach faceta, który miał mi pomóc o nim zapomnieć. Jest mi okropnie wstyd, że jestem naga, w objęciach kogoś innego. Gdy Makan przechodzi do drugiego pomieszczenia, wybiegam natychmiast mokra z wody, łapię rzuconą na brzegu basenu czerwoną, plażową sukienkę. Nieporadnie wciągam ją na mokre ciało i biegnę po pustym korytarzu, po pustych schodach, byle dalej, byle się ukryć, byle mnie takiej nie zobaczył. Otwieram jakieś drzwi i wchodzę do pomieszczania z garstką ludzi, gości hotelowych przy jakimś barku w hotelowym launch roomie. Towarzystwo spogląda na mnie z uśmiechami politowania i bolesnej dezaprobaty mojego wyglądu zmokłej kury. Zupełnie nie wiem co robić. Ze wstydem, zażenowana i bardzo zagubiona spuszczam oczy i zbieram myśli… Nagle czuję za sobą przyciągające mnie czyjeś ramiona. Odwracam wzrok i widzę przed sobą twarz Makana. Jego poważne, spokojne, lekko rozbawione moją postawą oczy, doskonale wyrzeźbione ciało, lśniący odcień sprężystej i miękkiej jak aksamit skóry… gdybym mogła chciałabym się roztopić w tym spojrzeniu i zniknąć z tego świata, rozdarta i zamęczona tym naszym emocjonalnym maratonem… On delikatnie, ale stanowczo łapie mnie za ramiona. Chyba nigdy, w żadnym śnie, ani w żadnej rzeczywistości nie czułam się bardziej krucha i dziecinna. Patrzy na mnie dobrymi oczami, zupełnie nie widząc całego towarzystwa za moimi plecami, choć doskonale wiem, że widział mnie w basenie… I mówi : „No dosyć już tego. Teraz chodź już do domu. Ty naprawdę jesteś jak dziecko… ale już dosyć. Chodź już do domu…” Po czym zarzuca na mnie jakiś sweter, wychodzimy  i… już nie pamiętam drogi powrotnej w jego ramionach.

Obudziłam się skulona w kłębek, z uczuciem jakby był obok, czując kompletną przynależność do tego mężczyzny… Zaspałam do pracy. Tym razem było warto!

Messenger nocy

Data wpisu: 28.02.2011 | Dodaj komentarz

Kiedyś Szymon też mi się przyśnił z tej sceny odbierając jakąś nagrodę pamiętam. Nawet o tym pisałam. Tym razem jednak postanowiłam nie czekać dwa lata we śnie. Po pracy pojechałam na siłownię. Na bieżni wszystko sobie dokładnie przemyślałam. W domu zrobiłam się na ładnie, schludnie i powabnie i pojechałam do dzielnicy Dubaju „Greens”, w której postanowiłam  stanąć oko w oko z…  zaistniałą sytuacją… nawet jakbym miała szukać Makana po wszystkich klatkach schodowych, lub czekać na niego w garażu do 4 nad ranem, gdyby nie odebrał mojego telefonu. Byle tylko dłużej nie zatrzymywać dla niego życia. I albo dalej z nim albo już zupełnie bez niego… Na szczęście tym razem odebrał telefon, a powrót z miasta do mnie, czekającej pod domem, udało mu się ogarnąć w lekko ponad godzinę. Co tam, i tak nastawiłam się na czekanie. To w końcu bardzo zajęty, zapracowany, zalatany, rozchwytywany człowiek/biznesmen.  Choć dziś pozostałabym chyba jednie przy określeniu biznesmen. Musiał jeszcze pracować, a że nie ma u siebie Internetu, zabrał mnie do mieszkania znajomego, po drugiej stronie ulicy, włączył kanał z koszykówką i zaczął pracować. Bardzo dobrze, bo musiałam się oswoić z nim od nowa, pozbierać myśli i przełknąć gluta w gardle, który nie wiem skąd i dlaczego nagle mi uniemożliwił wyartykułowanie, ułożonej wcześniej w myślach, zwięzłej odpowiedzi na pytanie “ok, what’s up?”.  Nieporadnie zaczęłam robić herbatę, zastanawiając się czy w tej białej, krótkiej sukieneczce na ramionkach nie wyglądam przypadkiem już za bardzo jak panna młoda? I co on sobie pomyślał, jak ściągałam z siebie płaszcz, bo chyba musi już troszeczkę widać efekty 10 dni na diecie Dukana i powrotu na siłownię… Przyznam szczerze nie obrałam mistrzowskiej taktyki. Z resztą, nie wiem jakie jest mistrzostwo wyznawania komuś uczuć. Byłoby mi z pewnością łatwiej gdyby przez cały czas naszej niby rozmowy nie messengerował z kimś na swojej BlackBerry, co chwilę wystukując coś z pewnością niezwykle ważnego w okienko odpowiedzi… nie w moim kierunku… Z całych trzech godzin mojego tłumaczenia dlaczego tam jestem i dlaczego chcę zostać, zapamiętałam tylko tyle, że absolutnie i kompletnie nie ma teraz głowy do żadnego związku, bo najważniejsza jest teraz… o zgrozo… akademia… i inne “priorytety”, że nic zbędnego nie może go teraz rozpraszać i zabierać mu czasu…. że za miesiąc zabiera do siebie swoich dwóch synów i oni są najważniejsi (rok temu, gdy byliśmy jeszcze razem, też ich miał i planował ten krok… ze mną…) i najbliższy rok ma tak zaplanowany, że nie ma dla nas w nim ani dziś ani jutro, bo on z braku czasu nic nie może mi zaoferować, z resztą sypia po trzy godziny na dobę i musi się porządnie wysypiać… To było niezłe hehe. Od razu zobaczyłam siebie jako demona seksu wysysającego z niego co noc w miłosnym splocie ostatnie resztki energii…. Zapytałam go tylko jak to się w ogóle stało, że byliśmy ze sobą wtedy, kiedyś? Czy to było chwilowe pożądanie jedynie, bo przecież mówił, że on nigdy nie był z żadną kobietą bez miłości… a jeśli tak, to gdzie podziały się te uczucia do mnie? W szczególności gdy siedzę teraz tak blisko z głową na jego ramieniu i czuję mocno przyspieszone bicie jego serca… Nie wiem, nie dostałam, lub nie usłyszałam odpowiedzi. Wiem, że już ich nie ma na pewno… I nic tu po mnie, bo on nawet do pracy potrzebuje żeby żadna inna obecność z kubkiem herbaty i książką na kanapie go nie rozpraszała. Rozproszona w sobie na kawałeczki znaków zapytania i niemych wykrzykników, pod parasolem z jasnego księżyca, w muzyce grających w trawie świerszczy, z obrożą łez na szyi, wróciłam jakoś o 3 nad ranem, bez złudzeń, do pustego domu, w bezsenną noc..

Z królową seksu i łez... czarną Inez

Data wpisu: 05.03.2011 | Dodaj komentarz

Jest coś w dzisiejszym dniu warte opisania, uchwycenia, ocalenia. Powrót nadziei może, nowy promień słońca, powiew wiatru, który rozgania chmury… To zlepek kilku sytuacji, paru właściwych słów, interesujących obrazów. Niebywała potrzeba pisania… Z jednej strony fascynujące jest, że to, co się dzieje w naszym życiu w pełni zależy od nas, z drugiej przerażające jak łatwo możemy je sami sobie spaprać. Sami! Nikt inny. Od kiedy uwierzyłam w teorię przyciągania, jestem coraz bardziej świadoma siły swojej świadomości i coraz mniej dla siebie łaskawa, gdy pozwalam sobie na czarne myśli, które wpędzają mnie w kłopoty. Fakt, czasem niemożliwe jest uśmiać się z błędu, rozczarowania, porażki, lub uniknąć ich zupełnie, ale to chyba ważne, żeby nad tym wszystkim mieć kontrolę. I nad śmiechem i nad żalem. Obecnie jestem na etapie uświadamiania sobie, że ja takiej kontroli nie mam i amplituda moich nastrojów, jest jak skala skrajnych trzęsień ziemi, co przyznam sama, po 28 latach bywa już męczące. Dlatego pisałam już o medytacji, której ciągle jeszcze nie praktykuję i przydałoby się napisać o fatalnych skutkach szybowania i spadania na fali przeróżnych emocji, ale pewnie większość ludzi potrafi panować nad nastrojem, bo świat by zwariował, a ci, co nie panują, sami powinni wykalkulować, co się lepiej opłaca. W moim przypadku jednego dnia przeżywam dramat końca świata, kończąc i tak beznadziejną w sumie znajomość, żeby drugiego umówić się na fantastyczną randkę w bardzo europejskim stylu w końcu i przeszczęśliwa wracać już sobie do domu. Zwariować można! Może ma to związek ze sportem, w którym najpierw jest ból i łzy, a potem zaraz euforia z dodatkowej produkcji endorfin, wygranej, czy samego ukończenia biegu, z dobrego, ciężkiego treningu, poprawionej techniki, ect. Na jednym treningu przez 10 lat czułam strach, potem odwagę, strach i radość, ból, zmęczenie i satysfakcję, albo wściekłość, rezygnację i radość od nowa, w zależności czy skakałam, biegałam, czy rzucałam, a że zawsze trenowałam 7-bój, wszystkiego robiłam po trochę. Dziś moim najtrudniejszym treningiem jest nauka panowania nad skrajnościami i budowania ochronnego, elastycznego skafandra chroniącego moje wnętrze przed przyjmowaniem wszystkiego tak bardzo do siebie, bo w sporcie trzeba przejmować się, co trener mówi. Bez tego głębokiego przejęcia nie jest się w stanie wyjść na stadion w środku zimy i zmotywować wystarczająco, żeby po oblodzonej nawierzchni biegać 3 x 400m z przerwami 5 minut na wycieńczenie… Po trzech latach przerwy sama nie wiem, czy te treningi sprawiały mi więcej przyjemności, czy jednak więcej bólu. Jednego jestem pewna, że bez nich nie byłabym teraz tu gdzie jestem i tym, kim jestem. O sposobach, w jakich sport wpłynął na moje życie mogłabym napisać drugą pracę magisterską, albo książkę, którą może kiedyś napiszę. Najważniejsze jest to poczucie, że wszystko co robię musi być doskonale zorganizowane, czemuś służyć, musi być po coś i prowadzić do jakiegoś celu. Pamiętam, że po zejściu z bieżni zajęło mi 12 miesięcy uczenie się truchtania, bez stopera w ręku i podkręcania tempa. Nie potrafiłam po prostu wyjść do parku i sobie pobiegać. Taka psychiczna niepełnosprawność z wyczynowstwa. I pomyśleć, że ja nigdy nie byłam żadnym Olimpijczykiem, tylko raczej dłubaczem. Dłubałam każde ćwiczenie, element techniczny, dłubałam i dłubałam, a potem i tak na mistrzostwach nie było odwagi żeby iść na całość ze swoimi słabościami. Ja należałam do tych sportowców, co bili rekordy na treningach, w swoich comfort zones. A może gdybym zaczęła współpracować z Gregiem Richardem o wiele wcześniej? Teraz postanowiłam trenować wszystko na co mam ochotę. Uwielbiam grać w siatkówkę i od dziś tańczę tango argentyńskie : ) Z całego repertuaru ten rytm najlepiej wyraża całą paletę moich nastrojów. Do tego niech będzie terapią na wyłączenie myślenia, bo podobno za dużo o wszystkim myślę i ciągle analizuję. A w tańcu zupełnie nie liczy się głowa, tylko energia, rytmika, spontaniczność, zaufanie i podporządkowanie partnerowi, totalne poddanie się sytuacji. Szalenie mnie to cieszy, że w końcu ktoś mnie prowadzi, szkoli i wyzwala we mnie tego uśpionego zwierza. Wybrałam tango, bo najlepiej wyraża namiętność, erotyzm, miłość, których we mnie czasem za wiele. Przede wszystkim jednak to absolutna jedność z partnerem, której mi wciąż brakuje. Fajnie, że choć namiastkę takiej wymarzonej bliskości z kimś dziś tym tańcem w sobie zaspokoiłam. Odpowiada mi też fakt, że po tangu, tym prawdziwym, tańczonym przez obce sobie często pary na ulicach Argentyny, ludzie mówią sobie bye i rozchodzą się każdy w swoją stronę, z uśmiechem i kompletnym zaspokojeniem. Bo tu chodzi o taniec przede wszystkim. A dobrze oddane tango może być mocniejsze niż niejedno miłosne „Ugi- Bugi”. W grafiku, oprócz siatkówki oczywiście, zostało jeszcze miejsce na windsurfing. Bo zamiast leżeć, płakać i rozpaczać, że nic w moim życiu się nie dzieje, wystarczy tylko podjąć decyzję, co ma zacząć się dziać? A potem zacząć organizować sobie życie takim, jakie być powinno! Nigdy nie powiem, że już jest za późno, bo póki żyję to nigdy nie będzie.

Twarze szczere... ławki szkolne... setki wspomnień...

Data wpisu: 11.03.2011 | Dodaj komentarz

🙂 Cześć, nie chcę powracać do naszych rozmów z przeszłości, chcę ci tylko znowu przypomnieć, że jesteś kobita-niebywała, tzn. masz wrodzone poczucie niesamowitej odpowiedzialności – nie tylko za siebie samą, ale przede wszystkim za innych… (i tu nie chodzi tylko i wyłącznie o osoby, o które się ocierasz, ale też o sytuacje, które ich się dotyczą – tak jak w życiu prywatnym, tak i osobistym). Ja niestety jestem w tym też do ciebie podobna – dlatego tak to widzę, bo sama mam z tym mały problem… a polega to generalnie na tym, że troszcząc się i dając więcej uwagi innym, niż sobie – zatracasz ten balans równowagi dla samej siebie, oddając go jednocześnie tej drugiej stronie, w danym momencie, niezależnie czy jest to właśnie ona, czy dotycząca się jej na dodatek sytuacja.)…a brak w tym momencie traconego balansu powoduje natychmiastowy niepokój, który sprowadza się do pewnego rodzaju paniki, a w niektórych skrajnych przypadkach do wyłączenia się i odizolowania – w celu obrony własnej i na niepozwoleniu sobie  narzucenia jeszcze większego ciężaru, który mógłby cię powalić… ja np. miałam to w okresie przedświąteczno-ponoworocznym… (i tu myślę, że mnie bardziej zrozumiesz i takie odgraniczenie momentu dotyczy się – w stosunku- do wszystkich na około… w zasadzie bez wyjątku…). Ale tu nie chodzi teraz przecież o mnie… drugim aspektem jest to, że twój rodzaj perfekcjonizmu, nie pozwala ci na nie niezrealizowanie czegokolwiek do końca i obawa, że się tego nie doczyni, przy czym jednocześnie fakt i realizacja tych zadań wiąże się z dodatkowym obciążeniem, gdyż dzieje się to – myślę – przeważnie w momentach ogólnego napięcia twoich złożonych potrzeb w danym momencie, co nie pozwala ci na jednoczesne rozłożenie sił dla każdego przypadku tego danego momentu problematyki, a to pierwsze z drugim jest ściśle powiązane i masz niesamowitą rację w tym, że sport jako trening wyćwiczył w tobie siłę walki i przetrwania, ale z drugiej strony, ta cała twoja waleczna postawa w zasadzie jednostronna bo generalnie dla innych nie pozwala wyrobić ci dystansu do dziejących się sytuacji, a co za tym idzie – do samej siebie, przez co zatracasz ten punkt orientacji własnej, co robi cię słabszą, przez co zatracasz silny rodzaj orientacji właściwej (zdrowej) strategii, która w danych momentach najbardziej jest ci potrzebna…!

[2011-03-08 08:45:05] Ewa: po trzecie – tak jak wspomniałaś ten wyidealizowany obraz postaci bajkowych, w przeniesieniu do rzeczywistości nie zawsze sprawdza się na tyle, aby uspokoić swoje własne wyobrażenia i przekonania o tym jakim samym się jest, a nie o tym jacy niestety są inni, ale uwierz mi – to co ci teraz napiszę (bo nie zawsze tak jest tzn. może być właśnie tak jak ty sama myślisz, bo to jest twoja rzeczywistość, którą chcesz przyciągnąć) jeżeli mówisz o jakimkolwiek przyciąganiu, to jeżeli się do wszystkiego innego maksymalnie przekonasz i do tego jak to sobie dokładnie wyobrażasz nawet jeżeli uważasz, że jest to iluzja bajkowa, to otrzymasz to w całej swojej, jak i mojej co do tego – pewności!!! Bo po pierwsze – osoba, która tak dużo daje i dawała – otrzymuje to w końcu i to na dodatek co najmniej (tak jak ci kiedyś wspomniałam) podwójnie, bo jeżeli teraz sama masz problemy z uzyskaniem balansu (tez przyciągania), to przywołaj do tego siłę swojego uniwersum, bo ono wie ile ma ci tego teraz dać! Przecież zawsze tak było i zawsze tak się działo, ale wydaje mi się, że to tylko moment przytłoku twojej chwilowej dezorientacji powoduje to, że o tym trochę zapomniałaś i nie możesz się na tym wyłącznie skoncentrować! Pomyśl w końcu chociaż przez moment tylko o sobie i przypomnij sobie o tym jaka jesteś silna i jaka zawsze byłaś i jak zawsze wszystko ci się udawało, uwierz mi, nic się nie zmieniło! Uważam nawet, że jesteś teraz jeszcze w bardziej dojrzalszym, przez co mocniejszym punkcie, aby zrealizować siebie najpierw wyłącznie tylko sama, bo jeżeli tego dokonasz to nie będziesz miała problemu samotności, bo wtedy automatycznie nie będziesz sama, po pierwsze nie sama ze sobą, po drugie bo właśnie wtedy przyciągniesz kogoś właściwego… i proszę, nie szukaj na siłę kogokolwiek w tym stanie twojego wewnętrznego bytu, bo to ty powinnaś być szukana i zostaw tych – jak to określasz – stajennych, na boku i uwierz w to, że ten prawdziwy książę na prawdę jest i też jest dla ciebie! Bo może on musi cię odnaleźć, w tej części populacji, procentowo mniejszej, ale wyższej jakościowo, a skoro obszar poszukiwań jest tak niewidoczny, to potrzebna jest do tego siła magnetyzmu, przyciągania wyjątków, co się może tylko wtedy zdarzyć, jeżeli na nowo uwierzysz ponownie w siebie i w to kim jesteś i w moc swojej osobowości.

[2011-03-08 08:50:17] Ewa: nie wiem jaką mam dla ciebie w tym rację i nie wiem też, czy sobie nadal życzysz, abym do ciebie tak pisała, czy w ogóle, bo ostatnio każda moja reakcja z zapytaniem o ciebie jest bez odpowiedzi i nie wiem, jak mam to przyjąć?! Niezależnie, pozdrawiam cię i życzę ci ponownego powrotu na właściwe tory..”

Ośmieliłam się umieścić tą wiadomość na blogu, żeby nigdy nie zapomnieć jej sensu!

Jeden Osiem L …za prawdziwe słowa powyżej i każdy inny gest dodający mi siły…

Poprzez piaskownice, boiska i nagrania,

Poprzez ławki szkolne i codzienne spotkania

Moi powiernicy prosto z Mazowsza stolicy

Z tej najbliższej okolicy, ci ubodzy zawodnicy,

Z nimi zawarte przymierze, sojusz na mocy przyjaźni,

To dla was ten kawałek w dowód łączącej przyjaźni,

Jeśli będziesz ich ocierać, sam wystawiasz się na muką,

Z nimi tworzą sztuką, każdy dzień daje nauką,

Poparcie, szacunek, wiara i siła,

Sztuka prawdziwej przyjaźni, która z tropu nas nie zbiła,

Wiele spięć i krzywych akcji, wtedy on przymruży oko,

Były nieciekawe dni, najważniejsze, że jest spoko,

Trzeba z dnia na dzień żyć, kiedyś przyjdą lepsze czasy

Ja tak bardzo w to wierzę i wierzą też chłopacy,

To co stawia nas wyżej i to co dodaje chęci,

To najcenniejszy skarb przyjaźń która nie zniechęci,

Wolę zdechnąć niż być sam, kroczyć po życia zakrętach,

Kogoś masz za plecami, no to wtedy nie pękasz,

Po tamtej stronie marzeń stoją oni gdzieś w oddali,

To prawdziwi przyjaciele stoją tam gdzie zawsze stali,

Mogą zniknąć pieniądze, bo znikają w jednej chwili,

To co szczere zawsze będzie pozostają ci co byli.

Pozostaną ci co byli, pozostaną.

Ref:

To przyjaźń zdejmuje z ciebie pasmo milczenia,

Wierne słowo chłopaczyny, które prace twą docenia,

Ile dróg z nimi przebytych, ile dróg z chłopakami,

Ile godzin za nami, czy jesteśmy tacy sami?

Dziwnie postrzegani, a świat wokół nas się kręci,

To właśnie dla tych wszystkich, którzy są w naszej pamięci,

Pozdrawiam serdecznie rada trochę wyobraźni

To dla was ten kawałek w dowód łączącej przyjaźni.

W pamięci pozostają najlepsze życia sceny,

Przy was nie mam tremy, dobrze wiemy czego chcemy,

Dzięki wam staje się lepszy, dzięki wam wiara,

Tak mocna fortyfikacja celu to praca,

Też owocna, nie ma rzeczy niemożliwych

Przekonałem się przyznaje, rozpędziłem się nie stanę,

Czekaj na nowe nagranie,

A ty siedzisz sam w domu, tylko ty i te pieniądze,

Dupę wypiąłeś, po latach ci ktoś powie „cześć”, nie sądzę,

Naraziłeś się na zgubę, gdzie są twoi przyjaciele?

Czy wiesz, że oprócz pieniędzy pozostało tak niewiele,

Naucz się szanować bliskich, bo to bardzo ważna sprawa,

Po raz kolejny powtarzam: życie to nie jest zabawa.

Ref:

To przyjaźń zdejmuje z ciebie pasmo milczenia,

Wierne słowo chłopaczyny, które prace twą docenia,

Ile dróg z nimi przebytych, ile dróg z chłopakami,

Ile godzin za nami, czy jesteśmy tacy sami?

Dziwnie postrzegani, a świat wokół nas się kręci,

To właśnie dla tych wszystkich, którzy są w naszej pamięci,

Pozdrawiam serdecznie rada trochę wyobraźni

To dla was ten kawałek w dowód łączącej przyjaźni.

Ramie w ramie wciąż idę, jak flap razem z flipem,

Zapieprzamy przez życie, cel to znaleźć się na szczycie,

Każdy trzyma swoją kartę, którą los go obdarował,

Kiedyś będzie dobrze, niejeden dawniej tak skandował,

Teraz życie prawdziwe, nowe stawia wyzwania,

Przyjaźń wystawia na próbę, twarze szczere odsłania,

Rzuca kłody pod nogi, ktoś oczernia za plecami,

Przyjaciele prawdziwi, cieszy mnie to że ich mamy,

Dotrzymuje kroku tym, których szczere są intencje,

Wobec tych fałszywych wyciągnę wkrótce konsekwencje,

Wiem, czasem robię głupstwa, inny sposób bycia drażni,

To dla was ten kawałek w dowód łączącej przyjaźni,

Rzeczy, które cieszą nie pozwolą nam zapomnieć,

Te spędzone razem chwile, ławki szkolne, setki wspomnień,

Nie ma takiej możliwości, wstęga przyjaźń nie pęka,

Przyjaciele prawdziwi, cały czas o was pamiętam,

Idę za nimi, bo oni idą za mną,

Wiesz jak to się nazywa? To lojalność,

Nie popadną w skrajność,

Mają misje do spełnienia,

Ramie w ramie w ciąż idą więc zacznij to doceniać.

Ref:

To przyjaźń zdejmuje z ciebie pasmo milczenia,

Wierne słowo chłopaczyny, które prace twą docenia,

Ile dróg z nimi przebytych, ile dróg z chłopakami,

Ile godzin za nami, czy jesteśmy tacy sami?

Dziwnie postrzegani, a świat wokół nas się kręci,

To właśnie dla tych wszystkich, którzy są w naszej pamięci,

Pozdrawiam serdecznie rada trochę wyobraźni

To dla was ten kawałek w dowód łączącej przyjaźni.

Wiecznie na kredyt

Data wpisu: 19.03.2011 | Dodaj komentarz

Dawno nie pisałam, bo nie mam siły dzielić się z nikim smutkiem, złością, bezradnością. Nie zasłużyliście na to. Z resztą, o czym bym nie napisała, byłoby bezwartościowe w porównaniu do tych wszystkich tragedii, jakie dzieją się na świecie. Generalnie ostatni tydzień upłynął mi w obawie o przyszłość tego świata, bo mam przeczucie, że albo zniszczy nas trzęsienie ziemi, albo wojna religijna, albo wulkan, albo ten, co będzie kontrolował zapasy wody, albo wszystko jednocześnie. Z szefową doszłyśmy do wniosku, że najlepiej obecnie inwestować w złoto, a że trudno je dźwigać, to w żyzną ziemię, bo jak zniszczą wszystko, to może, chociaż ziemniaki można będzie posadzić i coś do garnka włożyć. Ale już o globalizacji kiedyś pisałam. Podobno zamiast ziemniaków, w laboratoriach już hodują ludzkie organy z komórek macierzystych, największą siłą lobbingową na świecie jest facebook, wysyłają pierwszą grupę mieszkańców na orbitę, a niebawem… nie wiem, co będzie niebawem, zupełnie już nie wiem. I nie wiem jak się na to przygotować. Wszystko jest już kwestią czasu i wszystko jest już tak ulotne jak jeszcze nigdy nie było. Dziś cud techniki, a jutro przestarzały już model. Człowiek musi być wszechstronniejszy od wszystkich urządzeń na tej planecie razem wziętych, bo jutro jego pracę może wykonywać maszyna, pracę jego serca też może wykonywać urządzenie, a pracę jego mózgu – komputer. Technologia to siła we właściwych rękach i zagłada w nieodpowiednich. Wszystkie problemy, moim zdaniem, wynikają z zachwiania równowagi. Podstawowej siły natury. Już nie pracuje się 8 godzin dziennie. Dziesięciogodzinny dzień pracy to norma jeśli chce się czerpać z uciech tego świata. Dzięki Bogu, że czasem jest się szczęściarzem, że lubi się to, co się robi przez te 10 godzin wyciętych z 24 naszego życia dziennie. Odejmij sześć godzin na sen, godzinę na dojazdy i zostaje 7 godzin… 7 godzin dziennie, w których nie pracujesz na czyjąś willę z siedmioma łazienkami… Jesteś Panem 35 godzin w tygodniu. I całych dwóch dni weekendu, które należą tylko do Ciebie… jeśli nie masz współmałżonka, partnera, romansu, dzieci, przyjaciół, psa, albo zaległego projektu… Ja mam projekty, które powinny wykonywać co najmniej 3 osoby, na które firmy nie stać i nie mam prawa narzekać, bo dostałam tę pracę, z wyższą niż ostatnia, pensją w czasie światowego kryzysu!!! Nie sądzę, żeby ten kryzys szybko minął. Natomiast moje życie przemija coraz szybciej. I jedyne co mnie pociesza, to życie wieczne, ale jego nie dadzą mi na kredyt…

Cosmo... s

Data wpisu: 06.04.2011 | Dodaj komentarz

Napisałam 4 strony w notesie i notes zostawiłam w pracy. Szkoda, bo miałabym już fajny wstęp do dzisiejszego szybkiego wpisu. Siedzę w sypialni z wielkim, czerwonym turbanem na głowie. Z nakręconymi (pierwszy raz od lat) włosami na wałki. W końcu po czasie krótkiego boba a la dawna Posh, mają odpowiednią długość i dały się nakręcić. Przy okazji nakręciłam się również, bo takie wieczory jak dzisiaj nie zdarzają się często, a dziś wszystko jest możliwe. Tak czuję. Nowa sukienka wisi na wieszaku. Po raz pierwszy w życiu biała i po raz drugi w życiu w rozmiarze M. Duże zostały w mojej szafie już tylko ambicje. Nie, nie wychodzę za mąż. Wychodzę jedynie na party Cosmopolitan, które wydało swój pierwszy magazyn na tutejszym rynku. Party dla 300 szczęśliwców, na które nie dało się dostać zwykłymi drzwiami. Party największej śmietanki towarzyskiej Dubaju, na które i ja dostałam zaproszenie. Po części, dlatego, że Makan miał być ze mną, po części dlatego, że zakupiłam niedawno od wydawnictwa kilka powierzchni reklamowych na moją kampanię, po części największej, że po prostu postanowiłam być na tym party, żeby zobaczyć na czym to wszystko tak naprawdę polega. Powiedzmy, że to taki mój prywatny, mały bonus za pracę po nocy, którą i tak uwielbiam. Makana oczywiście ze mną nie będzie, bo „baluje” we Francji, projektu DIBA też nie będzie, bo koszykarze nie są godni zaufania tak jak prawdziwi „biznesmeni” dla mojego szefa, na to wychodzi, a może tylko Ci koszykarze? Sama, jak już pisałam, mam do ich podejścia wiele zastrzeżeń, więc co ma być dziś niech po prostu będzie. Zamiast z wysokim koszykarzem, pojawię się dziś z moim niskim przyjacielem, świeżym reżyserem filmowym Kaisem. Przyda mu się trochę lansu, jak zamierza ukończyć w końcu ten swój film o miłości. Będziemy mieć możliwość treningu w terenie, bo to on jest moim guru kreowania własnego życia za pomocą pozytywnego myślenia i manipulacji szczęściem. Zaczynam być podekscytowana i powinnam udać się do łazienki na makijaż, bo Ania wpadnie ze swoimi studentkami zrobić mi parę fotek przed wyjściem, bo fajnie będzie mieć pamiątkę z czasów rozmiaru M ha ha. Resztę opisałam w notesie i przepiszę jutro, z najświeższą ilością plotek z najgorętszego dziś czerwonego dywanu w tej części świata. Poza tym stała się rzecz niesłychana! Pani poznała Pana, który po skończonej kolacji z biznesmenami przy stoliku obok, wrócił się z korytarza do mojego stolika, przy którym siedziałam z najważniejszymi ludźmi z mojej firmy i zdecydował się po dżentelmeńsku przedstawić, twierdząc, że nie mógł się oprzeć mojemu spojrzeniu… Resztę towarzystwa wryło w siedzenia, mnie również, choć to prawda, że raz na niego spojrzałam… no może dwa… Albo i trzy… ale do głowy mi nie przyszło, że on odwali coś takiego. Jakoś udało mi się wybrnąć z sytuacji zachowując resztki przyzwoitości. Przy lampce szampana tego samego wieczoru dałam jednak jasno do zrozumienia, że nie mam już czasu na romans. Zaskoczy mnie po raz drugi, jeśli jeszcze kiedyś zadzwoni.

Ale to sprawiło, że dziś czuję się jak królowa balu. Już nie jak żaden Kopciuszek. Królowa własnego życia po prostu…

Rak

Data wpisu: 19.04.2011 | Dodaj komentarz

Rak 22.06 – 22.07
Osoby urodzone w Raku są wrażliwe i łatwo ulegają wzruszeniom. Tak jak mimoza składa liście, gdy się jej dotknie, tak Rak się zamyka w sobie, jeżeli go coś urazi z zewnątrz. A jak się potrafi martwić! Często nawet na zapas lub w każdym razie bez powodu. Wśród osób z tego znaku spotykamy też często hipochondryków oraz ludzi widzących przyszłość w czarnych kolorach. Kasandra na pewno miała słońce w Raku. Rak nie może uwierzyć, że mu się wszystko powiedzie, że nie będzie miał kłopotów. Jest przekonany, że gdzieś tkwi niebezpieczeństwo, tym większe, bo niewidzialne i nieznane.Rak 22.06 – 22.07

Naprawdę dobrze czuje się Rak dopiero u siebie w domu, w swych czterech ścianach. Tu może spokojnie odetchnąć, tu się czuje bezpieczny, niczym niezagrożony.

Ta cecha Raka łączy się z jego charakterystycznymi skłonnościami do bogatego życia wewnętrznego. Do tego przyczynia się w pewnym stopniu także jego łagodność i uczuciowość. Rak zna swój charakter i zdaje sobie z tego sprawę, dlatego też odczuwa pewien lęk przed światem, po prostu obawia się, by go twarde życie nie zdusiło, nie przygniotło, nie uczyniło mu krzywdy lub szkody.

Zabawne, ale nasz Rak w swej wrażliwości przypomina chwilami swego imiennika, raka-skorupiaka, na wiosnę, w okresie zmiany skorupy. Będąc przez jakiś czas niechronionym przez pancerz i bezbronnym, czuje się on bezpieczny tylko w swej norce.

Tymczasem receptywność, subtelność i delikatność uczuć Raka są tak silne, że w ogóle trudno go oszukać. Natychmiast wyczuje on obecność osoby nieprzychylnej, niemającej w stosunku do niego uczciwych intencji. Tak więc obawy jego są płonne, jego przesadna ostrożność zbędna, niepotrzebna.

Współżycie z Rakiem nie jest szczególnie trudne, lecz należy szanować jego poglądy, jego sposób bycia. Nie wolno wobec Raka być szorstkim, porywczym. Nie wolno zadrasnąć jego miłości własnej, jego ambicji. Nie wolno go oszukać, choćby chodziło o domowe drobnostki. Rak jest przywiązany do swego mieszkania, ogródka, do rodziny i do życia domowego. Lubi stawy, rzeki, morze, ploteczki, wygody. Zawsze zwraca uwagę na dobre wychowanie, na grzeczność, uprzejmość, takt. Nie znosi natomiast chamstwa, brutalności, oschłości serca, bezczelności, arogancji, cwaniactwa, łobuzerstwa, kpin (z jego osoby) oraz ośmieszania go. Także nie lubi, gdy o nim plotkują, co na przykład Skorpionowi będzie obojętne. Rak zwraca dużą uwagę na pozory. Często przejmuje się tym, co powiedzą ludzie i rzadko kiedy uczyni coś wbrew ogólnym poglądom. Skłonić mogą go do tego tylko sprawy związane z uczuciem. W tym wypadku z pewnością postąpi właściwie, bo intuicja i domyślność Raka są niezrównane i niezawodne.

Im wyższy poziom Raka, tym silniej jest u niego rozwinięte poczucie własności. Nie ma ono jednak nic wspólnego z pozornie podobnym objawem u Byka, któremu daje zadowolenie sam fakt posiadania czegoś wartościowego, co wynika z jego skrajnego materializmu. Poczucie własności Raka jest spowodowane przywiązaniem do czegoś, na przykład do starannie (według własnego gustu) urządzonego mieszkania, do nabytego obrazu, do celowo skompletowanej biblioteki. Wzmożone poczucie własności ma u Raka podłoże emocjonalne.

Ciekawe, że z tego znaku wywodzi się większość zbieraczy antyków, kolekcjonerów różnych dziwacznych przedmiotów, zawziętych i wytrwałych poszukiwaczy rzeczy spotykanych rzadko, choć nieraz o małej wartości. Tej manii nie wolno mylić ze spotykanym u Wagi zwyczajem bezplanowego zbierania różnych bibelotów i pamiątek, często bezsensownych i zaśmiecania nimi mieszkania.

Przywiązanie Raka nie dotyczy wyłącznie tylko jego najbliższego otoczenia. Silne więzy mogą go łączyć także z osiedlem, w którym mieszka, z miastem lub gromadą. Tam nieraz Rak lubi udzielać się społecznie, zajmować stanowisko radnego lub w inny sposób być pożytecznym dla ogółu.

Nieraz zdarza się, że Rak (a także i Ryby) udaje twardego, energicznego człowieka, ciesząc się w duszy, że go się ktoś boi, że go się ktoś wystraszył, że ma przed nim respekt. Kto się zna na ludziach, łatwo przejrzy tę maskaradę i nie da się zwieść pozorom.

Według prastarych reguł, znak Raka jest symbolicznie jakoś „spowinowacony” z Księżycem, któremu znów „podlegają” wszelkie wody i płyny. Z doświadczenia wiadomo, że to niczym niewytłumaczalne „powinowactwo” dochodzi nieraz do granic śmieszności. I tak na przykład Rak lubi mieszkać nad wodą, wakacje, urlopy chętnie spędza nad jeziorami, lubi podróże statkiem, wycieczki kajakiem, często uwielbia pływanie.

Niech nikt nie myśli, że charakterystyczna uczuciowość Raka przejawia się u niego jakimś niedołęstwem życiowym! Wśród Raków spotyka się wielu dzielnych ludzi zajmujących nieraz stanowiska wysokie i odpowiedzialne.

Wiadomo, że Raki dobrze nadają się do pracy samodzielnej, niezależnej od cudzej decyzji. Ich sposób postępowania bywa przemyślany i cechuje je poczucie odpowiedzialności. W pracy bywają Raki małostkowe, lecz dokładne.

Na wyższym poziomie intelektualnym spotyka się w znaku Raka często archeologów, geologów, geografów, językoznawców, a także i historyków. Wśród laureatów Nobla stoją Raki na czwartym miejscu.

Rak jest człowiekiem o zmiennych nastrojach. Nikt bowiem nie jest tak zależny od otoczenia jak Rak. Na nikogo innego nie działa tak silnie środowisko, towarzystwo i obce indywidualności. Nikt tak nie kieruje się sympatiami i antypatiami jak ludzie, którzy mają słońce w znaku Raka.

Gdy Rak znajduje się w otoczeniu, z którym duchowo nie harmonizuje, staje się wręcz chory. Będzie mrukliwy, zgryźliwy i zamknięty w sobie. Będzie siedział w towarzystwie mu niesympatycznym i będzie cierpiał. Na jego miejscu Baran by poszedł do domu, Byk by w ogóle nie przyszedł, Bliźniak by sobie z tego nic nie robił, a Skorpion by wszystkim złośliwie dogryzał.

Z  tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz – powiedział Boy w wierszu „Stefania”, napisanym w młodości. Możliwe, że był wówczas pod wrażeniem niekonsekwentnego postępowania jakiejś dziewczyny, mającej słońce w Raku. Panie te bywają nawiedzane przez tęsknoty, fantazje i marzenia. A gdy się kiedyś szczęśliwie zdarzy okazja urzeczywistnienia pragnień, wtedy okaże się, że im tego dnia właśnie brak nastroju.

Dzieci ze znaku Raka są wyjątkowo przymilne, czułe i uczuciowe, tak iż rodziców często ogarnia obawa, czy aby ich dziecko da sobie radę w życiu. Nieraz występuje u nich marzycielskość oraz miłość do zwierząt. Należy popierać kontakty towarzyskie małego Raka, pozwalać mu na zapraszanie kolegów i koleżanek, co go ośmieli i przyczyni się do ułatwienia jego kontaktów z ludźmi. Gdyby mały Rak miał trudności z nauką, nie należy go ganić. Nagany tylko go wystraszą i speszą. Raczej powinno się przyjść mu z pomocą, wyszukać trudności i je usunąć. Rzadko jednak który wychowawca potraf i zrozumieć psychikę młodego Raka.

Pan Rak nie mógłby raczej liczyć na medale i ordery za dzielność w życiu seksualnym, gdyby takie odznaczenia przyznawano. Natomiast jego ofiarność i czułość w stosunku do partnera wysuwa go wśród znaków zodiaku na czołowe miejsce. Zakulisowym motywem postępowania Raka będzie zawsze łagodna uczuciowość.

Pan Rak nie zawsze umie się właściwie rządzić pieniędzmi. Jest więc wskazane, aby w takich wypadkach, co prawda dość rzadkich, żona miała pewien wgląd w te sprawy, o ile nie uda się jej całkowicie przejąć rodzinnego budżetu. Oczywiście, mam na myśli żonę oszczędną i gospodarną.

Czasem spotyka się w tym znaku obrażalskich, co to dotknięci jakimś niecierpliwym, nieopatrznie powiedzianym słowem małżonki, potrafią się zasklepić w sobie, usztywnić jak rak w skorupie, milcząc zawzięcie nieraz przez kilka dni. W takich wypadkach trzeba uzbroić się w cierpliwość i spokojnie odczekać, aż pan i władca raczy odtajać. Tu dobra kuchnia może też zdziałać cuda.

Przedstawicieli ze znaku Raka łączą bardzo silne więzy rodzinne. W okolicznościach niekorzystnych może się zdarzyć, że więzy te stają Rakowi na przeszkodzie w jego ekspansji zawodowej.

Nieraz widuje się u Raka jakby pewną towarzyską nieśmiałość i zażenowanie. To nie ma większego znaczenia, bo gdy zajdzie potrzeba, Rak potrafi wykrzesać z siebie dużo inicjatywy, przedsiębiorczości i energii.

Do serca męża mającego słońce w znaku Raka wiedzie niezawodny szlak. Hasło: „do serca przez żołądek” ma tutaj szczególne ucieleśnienie. Należy jednak pamiętać, iż dla pana Raka nie wystarczy samo dobre jedzenie. Musi ono być przy tym podane estetycznie. Wszelkie gastronomiczne akcesoria, jak ładna porcelana, serwetki, kwiaty na stole oraz cisza w trakcie posiłku, to dla pana Raka rzeczy równie ważne. Pan Rak jest dobrym i zgodnym mężem, ale nie wolno mu podczas jedzenia pokazywać złych humorów, kaprysów, grymasów. Tego bardzo nie lubi.

W życiu miłosnym Raków na pierwszym miejscu stoją nie tyle problemy seksualne, co sprawy uczucia, harmonijnego współżycia i wzajemnego zrozumienia się. Żaden ze znaków nie jest tak oddany tradycji i sprawom rodzinnym, jak Rak. Jego usłużność i chęć niesienia pomocy bliźnim, czyni z niego bardzo pożądanego w małżeństwie partnera.

Żony mające słońce w Raku prawie wszystkie wyszły za mąż z miłości. Zdarza się jednak, że nieśmiałość tych pań nabiera cech kompleksu i że na skutek różnych wewnętrznych oporów pozostają one nieraz starymi pannami.

Pani Rak ciężko przeżywa wszelkie rozczarowania w miłości i małżeństwie, a biedaczka w swej dobroci zasługuje na to, aby nie robić jej krzywdy. Mama Rak będzie przypominała zawsze kurę nad kurczętami; stale będzie w strachu, że coś mogło się stać jej dzieciom, bo świat jest przecież pełen niebezpieczeństw i ponurych niespodzianek. Mało kto kocha swe dzieci tak mocno jak mama Rak.

Żony z tego znaku najchętniej same wykonują wszystkie prace domowe. Należy im w tym pomagać, bo nie zawsze mają odwagę zaprząc do roboty kogoś z domowników. Dla większości mężczyzn są w ogóle za dobre. Egoistyczni mężowie nieraz zbytnio wykorzystują tę cechę małżonki z Raka.

Raki nie lubią rozwodów. Realiści przywiązani do rodziny. Często pantoflarze, których żony łatwo urabiają na swą modłę. W sprawach seksualnych niezbyt skomplikowani. Pan Rak lubi i ceni wygody. Po pracy chętnie przebiera się w stare spodnie i nakłada pantofle. Siada w wygodnym fotelu, aby w spokoju przeczytać gazetę. Podkreślamy: w spokoju! Nie wolno mu w takich chwilach zawracać głowy domowymi troskami.

Miejmy dla pana Raka trochę wyrozumiałości. Patrząc obiektywnie, musimy przyznać, że do szczęścia potrzeba mu stosunkowo niewiele. Nie odmawiajmy mu drobnostek, schodźmy mu z drogi, gdy powróci z pracy zmęczony, starajmy się ułatwić mu życie, a odpłaci nam się stokrotnie miłością i dobrocią.

Panie ze znaku Raka robią wrażenie łagodnych, cichych i cierpliwych. Takimi też są w większości wypadków. W swoisty sposób, okrężnymi drogami, potrafią jednak przeprowadzić swą wolę. Bez krzyków, hałasów, grzecznie, uprzejmie, umieją zjednać partnera dla swych myśli, dyplomatycznie podsuwając mu autorstwo swych pomysłów.

Kobieta urodzona w Raku nie szuka miłosnych przygód. Przypomina ona fiołek pod listkiem. Pragnie być znaleziona, chce by ktoś odkrył jej istnienie. W sprawach erotycznych jest pani Rak mało aktywna. Potrzebuje więc partnera zdecydowanego. W małżeństwie jest pani Rak czuła i uległa, łatwo ją jednak dotknąć, urazić nieopatrznym słowem. Jej sarnia płochliwość to cecha wrodzona temu znakowi. Często więc bywa w życiu przeoczona, zapomniana, choć mało kto ma tyle zalet matrymonialnych co pani Rak. Jej erotyka jest prymitywna i nieskomplikowana. Lecz pani Rak potrafi się przystosować i pojętna z niej uczennica, co poniekąd uzupełnia jej brak fantazji erotycznej.

W miarę narastania ilości obowiązków domowych, łatwo następuje u pani Rak zanik zapotrzebowania erotycznego. Wówczas staje się ona często kłótliwa i zgryźliwa. I tak jak kiedyś w młodości jej charakter wydawał się prosty i nieskomplikowany, tak z czasem może stać się trudno zrozumiały, jeżeli partner traktuje panią Rak niewłaściwie. Pani Rak to typ szukający oparcia, typ wrażliwy, ofiarny i nieco boleściwy, który jednak mimo licznych oporów wewnętrznych jest dobrym materiałem na żonę. Należy jednak pamiętać, iż Rak wymaga traktowania delikatnego, oględnego i subtelnego. Kto będzie próbował przy pannie Rak zbyt obcesowo zabierać się do dzieła, jest u niej z góry przegrany.

Baran, Byk i Bliźnięta wyżywają się na zewnątrz. Rak żyje poniekąd „do wewnątrz”. Wszelkie zdarzenia, przejścia i przygody wchłania w siebie, przetrawia i przeżuwa. Określając go terminem naukowym, szwajcarski profesor psychologii, doktor Jung powiedziałby o Raku, że jest to typ introwersyjny, receptywno-intuicyjny. Dlatego też częściej niż u innych, spotykamy u Raka choroby przewodu pokarmowego pochodzenia psycho-somatycznego, jak na przykład wrzody żołądka.

Doceniajmy dobroć Raka, lecz … nie przeceniajmy jej! Może się bowiem zdarzyć, że cnota ta może się sprzykrzyć, jeżeli partner nie lubi jednostajności. Oskar Wilde wygłosił kiedyś dowcipną maksymę, że kobiety kochają nas nie za nasze cnoty, a za nasze wady.

W sprawach pieniężnych jest Rak nastawiony oszczędnościowo, ma zwyczaj myśleć kategoriami gospodarczymi, graniczącymi ze sknerstwem. A spekulacje? – Owszem, lecz bez ryzyka.

Leszek Szuman

Wodnik

Data wpisu: 19.04.2011 | Dodaj komentarz

Wodnik 20.01 – 18.02

Najbardziej uduchowieni ludzie rodzą się w znaku Wodnika. W żadnym innym odcinku zodiaku nie spotykamy tylu poetów, myślicieli, wynalazców i innych ciekawych ludzi, co tu. Wielu z nich to duchowi samotnicy, nienadający się do życia kolektywnego, chyba… że sami propagują ideę wspólnoty.

Baran wykona to, co wymyślił Wodnik. Byk wykorzysta pomysł i potrafi go spieniężyć. Bliźniak zainteresuje się nowym pomysłem i napisze o nim artykuł. Rak będzie się przyglądał nowości z daleka, odnosząc się do niej podejrzliwie. Lew nada Wodnikowi odznaczenie za wspaniały koncept. Panna będzie Wodnika krytykowała. Waga uzna wynalazek za rewelacyjny, choć nie będzie się starała go zrozumieć. Może wyjdzie za Wodnika za mąż, oczywiście jeśli jest kobietą. Skorpion będzie się wściekał, że zagadnienie jest w niewłaściwych rękach. Łucznik wzruszy ramionami, bo go to nie będzie obchodziło, a Koziorożec postanowi sprawę dokładnie zbadać i przemyśleć, zanim ostatecznie wypowie swe zdanie.

Tu, jak i w innych znakach, zakres zainteresowań będzie zależał od poziomu inteligencji, od środowiska, od wychowania. Jest to zrozumiałe. W każdym razie, na niższym poziomie będą Wodnika interesowały wszelkie nowości, nowiny, wynalazki, odkrycia, ulepszenia, nowe prądy w dziedzinie mody, nowe znajomości. Natomiast na wyższym stopniu rozwoju zajmą go idee i problemy.

Wodnik ma umysł wynalazcy i może dlatego patrzy dalej i głębiej w przyszłość niż inni. Czasem spogląda za daleko. Wówczas jego rówieśnicy nie rozumieją go i traktują jako dziwaka i fantastę. Wodnik się tym nie przejmuje. Niewzruszony idzie dalej swą samotną drogą.

Nie myślmy jednak, że Wodnik jest wyłącznie tylko teoretykiem. Doskonale potrafi przeprowadzić w czyn swe abstrakcyjne idee. Chętnie eksperymentuje jak np. Edison. Pierwszy wzbija się w stratosferę i opuszcza w batysferę, jak profesor Piccard (ur. 27 stycznia).

Wodnik lubi myślenie, życie towarzyskie, organizację, technikę, nowe wynalazki, wszystko co nieprzeciętne, oryginalne, fascynujące, niezwykłe, dziwaczne, tajemnicze, prowokujące, niesłychane, niezrozumiałe, zagadkowe. Lubi także rozwiązywać zagadki, nieraz interesuje się parapsychologią.

Wodnik nie znosi rutyny, konwencjonalizmu, pedanterii, uporu, tępoty, głupoty, nudziarstwa, niezdecydowania, rzeczy nieprzemyślanych, przymusu, ograniczeń, skrępowania, wszystkiego, co narzucone, co może w jakiś sposób hamować jego wolność ruchów, swobodę myślenia i wybór poglądów. Nie lubi przestrzegać tradycyjnych zwyczajów, form i obrzędów.

Wodnik chętnie przebywa w samotności, w przeciwieństwie do Barana, Lwa i Łucznika, a trochę także i Bliźniąt, które bez towarzystwa czują się opuszczone, zapomniane. Wodnik nie stroni od ludzi, lecz może się bez ich towarzystwa doskonale obyć.

Tak jak Wodnika fascynują zjawiska w przyrodzie, niezrozumiałe dla dzisiejszej wiedzy, tak on intryguje, a nieraz nawet odstręcza innych od siebie swym dziwnym, ekscentrycznym zachowaniem.

Wielu majsterklepków ma słońce w Wodniku. Na jednego Edisona bowiem przypada ze sto tysięcy dyletantów, partaczy i innych potencjalnych wynalazców, konstruktorów perpetuum mobile i autorów najbardziej dziwacznych pomysłów.

Wodnik ma swój własny styl pracy. U ludzi nierozumiejących jego psychiki, często uchodzi za lenia i nieroba. Całymi dniami może Wodnik obijać się bezczynnie. Potem, gdy zabierze się do dzieła, potrafi w ciągu tygodnia zrobić więcej, niż inni w trzech miesiącach. Oczywiście, że taki sposób pracy wywiera fatalne wrażenie na współpracownikach i na podwładnych, tym gorzej, jeżeli urodzili się oni w Pannie lub w Koziorożcu.

Zdarza się dość często, że Wodnik jest trochę wyniosły w stosunku do innych ludzi i tym ich sobie zraża.

Sympatie Wodnika są na ogół dość trzeźwe i zachowujące pewien dystans, mimo nurtujących go idei braterstwa i równości. Nierzadko Wodnik uważa ludzkość za szczyt ideału i doskonałości. To bywa później przyczyną licznych rozczarowań.

Często spotykamy u Wodnika zdolności aktorskie. Można nawet powiedzieć, że bez Wodnika nie byłoby dobrego teatru i filmu.

Byk, Waga, Wodnik, to znaki artystów z tym, że w Wodniku spotykamy wszystko co nowe, dziwne, nieprzeciętne, a więc między innymi także surrealistów, kubistów, taszystów, a w dziedzinie literatury często okultystów, jak Strindberga, Meyrinka (ur. na granicy Koziorożca) i innych.

Lew chciałby być pierwszy, jeżeli chodzi o hierarchię społeczną. Także Baran i Łucznik lubią być dowódcami lub zajmować stanowiska czołowe. Wodnik natomiast dąży do zdobycia prymatu w dziedzinie ducha. Przykłady: Lindberg (ur. 4.2.) jako pierwszy przeleciał Atlantyk. Stanley (ur. 28.1) pierwszy przeszedł Afrykę od Oceanu Indyjskiego do Atlantyku. Prof. Steinach (ur. 27.1.) pierwszy wpadł na myśl przeszczepienia gruczołów. Sławni konstruktorzy, jak Junkers (samoloty), Maxim (karabin maszynowy), Girard (maszyny tkackie) także urodzili się w Wodniku.

Jeżeli się kiedyś zdarzyło, że jakiś Wodnik zajął wysokie stanowisko na drabinie społecznej, można być pewnym, że nie zawiodło go tam dążenie do władzy, lecz wzniosłe idee wolnościowe lub tym podobne motywy, których celem jest walka z uciskiem, z tyranią i z przemocą. Wspaniałymi przykładami z przeszłości są postacie Lincolna i Kościuszki, obu urodzonych 12 lutego. Pewnym wyjątkiem od tego idealistycznego typu będzie Wodnik urodzony tuż przed zachodem Słońca. Podczas jego urodzin bowiem, na wschodzie wznosił się znak Lwa. Ze znaku tego Wodnik przejął niektóre cechy.

Rzadko kiedy Wodnik ma za życia uznanie wśród ludzi. Współcześni często mu się dziwią, a jeszcze częściej uważają go za ekscentryka. Nieraz mówią, że jest dziwny, niesamowity i niejednokrotnie mają słuszność.

Wśród przedstawicieli znaku Wodnika najczęściej spotyka się wypadki szczerej przyjaźni, pozbawionej egoizmu i samolubstwa. Inna cecha Wodnika to koleżeńskość, życzliwość i wierność.

Sprawy życia seksualnego traktuje Wodnik trochę marginesowo, aczkolwiek w niektórych okresach życia jest zdolny do nadużywania swych możliwości. Będzie to czynił jednak nie z nadmiaru energii, lecz z przyczyn psychologicznych. Jego postępowanie bywa krańcowo różne. Jest także bardziej lekkomyślny, niż namiętny.

Pod tym względem przypomina trochę Wagę. Większość Wodników to esteci. Ich przeżycia zatem, tak krańcowo różne od przeżyć Skorpiona, będą się realizowały poniekąd na wyższym poziomie.

Należy przyjąć jako pewnik, że takie określenia jak: kobieta-sfinks, kobieta-zagadka, mogły powstać tylko w związku z dziewczętami urodzonymi w Wodniku. Pań tych nie można mierzyć zwykłą, pospolitą miarą. Również porównywanie ich z innymi kobietami, obojętnie z którego znaku, niczego nam nie wyjaśni.

Panie z Wodnika są kapryśne i zmienne jak marcowa pogoda. Różnią się pod każdym względem od swych towarzyszek z pozostałych znaków zodiaku. Nigdy nie wiadomo z góry, jak postąpi pani Wodnik. Należy o tym zwyczajnie pamiętać i mieć w stosunku do nich cierpliwość. Nie wolno też krępować ich indywidualności.

Kobiety z Wodnika są często bardzo powabne. Bezwiednie potrafią oczarować partnera, bez żadnych ukrytych myśli. Można by im może zarzucić pewną niestałość w sprawach gospodarki domowej. Mniejsza z tym. Wodniczki mają natomiast swoisty wdzięk i są przemiłymi, wiernymi towarzyszkami. Trzeba im więc niejedno wybaczyć, bo ideałów na świecie nie ma.

Słusznie powiedział kiedyś Bernard Shaw, że łatwiej można wytrzymać z kobietą nieobliczalną (a taką jest bezsprzecznie Wodniczka), niż mdłą, nudną, bezbarwną. Co prawda zdarzało się już nieraz, że taką nieobliczalną mąż zamordował, ale nie zdarzyło się jeszcze, aby od niej uciekł.

Wodniczka śmieje się z przysiąg i zaklęć miłosnych. Aby ją zdobyć, trzeba wykazać się inteligencją, zaimponować nieprzeciętnym poziomem umysłu, udowodnić, że się ma to, co Francuzi nazywają „esprit”.

Panna Wodnik ma oryginalną urodę. Jest w niej coś fascynującego. Wspaniała z niej towarzyszka, bardzo atrakcyjna, chociaż może trochę chłodna, na dystans, jakby miała odrobinę za mało temperamentu.

Panie z Wodnika są nadzwyczajnymi organizatorkami. Kiedy zajdzie potrzeba, potrafią rozwinąć nieprawdopodobną rzutkość, ruchliwość i przedsiębiorczość. Wodniczki zazwyczaj prezentują wysoki poziom intelektualny, chętnie więc obierają sobie wolne zawody.

Poglądy Wodnika są na wskroś demokratyczne. Ma on najmniej przesądów klasowych ze wszystkich ludzi. Nie znaczy to, że Wodnik będzie się spoufalał lub bratał z pierwszym lepszym. Otóż dla Wodnika pochodzenie socjalne nie oznacza nic, a poziom intelektualny wszystko. Pod tym kątem widzenia będzie też dobierał sobie partnera, względnie partnerkę do małżeństwa. Wręcz odwrotnie postąpi mężczyzna ze znaku Skorpiona, który szukając dla siebie małżonki, przede wszystkim będzie miał na celu wzajemną harmonię seksualną, wychodząc z założenia, że zasoby jego kwalifikacji umysłowych starczą dla obojga małżonków.

Tak jak dla Skorpionek wczesne małżeństwa są bardzo wskazane, tak z Wodnikami jest odwrotnie. Jak wykazuje doświadczenie, Wodniki wchodzące w stan matrymonialny przed trzydziestym piątym rokiem życia, prawie wszystkie rozwodzą się i dopiero później natrafiają na odpowiedniego partnera życiowego. Dotyczy to przede wszystkim wspaniałych dziewcząt z tego znaku. Ich oryginalność i subtelność nie przez każdego mężczyznę bywa zrozumiana i doceniana.

Wodnik rzadko się czemuś dziwi. Nie mając żadnych konwencjonalnych poglądów nie jest obarczony balastem przesądów, zacofanych poglądów, zapatrywań i opinii. To co dla innych ludzi jest może cudowne, niesamowite, wyjątkowe, nieprzeciętne – dla Wodnika jest właściwie normalne.

To, że świat nie zawsze go rozumie, że jest on w oczach ludzi dziwny, zagadkowy i jakby obcy, Wodnikowi nie przeszkadza. Czasem go to nudzi, częściej śmieszy.

Kiedy w grę wchodzą pieniądze, Wodnik jest często wręcz nieobliczalny. Małostkowy bywa tylko w drobiazgach, w sprawach ważnych miewa szeroki gest. W gronie przyjaciół nie liczy się z wydatkami.

Wodnik może chodzić na wielogodzinne, dalekie, samotne przechadzki. Pół dnia potrafi przesiedzieć w swym pokoju nad ciekawą książką, choćby obok za ścianą hałasowało wesołe towarzystwo. Wodnik nigdy nie czuje się samotny, nawet wtedy, gdy jest sam. Jego myśli zastępują mu najciekawsze towarzystwo.

Leszek Szuman

Byk

Data wpisu: 19.04.2011 | Dodaj komentarz

Byk 21.04 – 21.05

Ludzie ze znaku Byka nie mają w sobie owej lekkości i beztroski, które są cechami Barana. Celem życia Byka jest przede wszystkim posiadanie i zachowanie bezpieczeństwa.

W języku łacińskim pieniądze nazywają się pecunia. Wyraz ten pochodzi od pecus = bydło. Zachodzi więc w tym przypadku pewna analogia między nazwą drugiego odcinka zodiaku, a charakterystyką ludzi urodzonych w tym znaku.

Dla Barana na pierwszym miejscu stoi czyn, dla Byka zaś posiadanie. Uznanie dla czynów i wyczynów ma Byk tylko wówczas, jeżeli w ich konsekwencji można coś zdobyć lub powiększyć swój stan majątkowy.

Ludzie ze znaku Byka są na ogół trochę powolni i flegmatyczni. Mają dużo wytrwałości, cierpliwości i trudno ich wytrącić z równowagi. Zasadniczo jednak we współżyciu są spokojni i łagodni.

Zainteresowania Byka są na wskroś materialne. Potrafi on jak nikt docenić wartość dóbr doczesnych. Gdy Byk zaprosi gości, wiadomo, że jedzenie i napoje będą pierwszorzędne.

Oprócz Byka mało kto zdaje sobie tak jasno sprawę z tego, że życie jest piękne, lecz drogie, tańsze zaś już nie takie piękne.

Charakterystyczne jest pokojowe i zgodne ustosunkowanie się Byka do świata. Nie ma w nim agresywności lub rywalizacji. Jego zdaniem świat jest po to, aby wybrać z niego co najlepsze i wykorzystać przyjemne strony życia.

Przy tak hedonistycznym nastawieniu ma Byk – to trzeba przyznać – także dobry gust i smak. Wie doskonale nie tylko co dobre dla podniebienia, lecz także w czym mu do twarzy, szczególnie gdy tym Bykiem jest kobieta. Ciekawe, że Byk nie lubi barw jaskrawych. Odpowiada mu natomiast pastelowa zieleń i barwy brunatne o różnych odcieniach. Baran natomiast chętnie wybiera kolor niebieski.

Większość ludzi na świecie nie jest nastawiona na robienie pieniędzy. Nie, żeby ich nie chciała posiadać, ale ich główne zainteresowania idą w innych kierunkach. Mogą to być skłonności seksualne, dążenia do zdobycia władzy, zainteresowania naukowe, sportowe lub artystyczne. Oczywiście, że takie i inne dążenia mogą także w konsekwencji doprowadzić do zdobycia pieniędzy. O Byku można powiedzieć, że jego zainteresowania skupiają się konkretnie na posiadaniu forsy i w ogóle przedmiotów, mających wartość materialną.

Nawet gdy Byk obierze sobie zawód odpowiadający jego wrodzonym kwalifikacjom, gdy zostanie powiedzmy lekarzem, muzykiem czy wojskowym, będzie kochał pieniądze, a jego myśli zawsze będą krążyły dookoła powiększenia i zabezpieczenia stanu posiadania.

Trzech marszałków Napoleona miało słońce w znaku Byka. Wśród nich Massena, o którym wiadomo, że na zajmowanych stanowiskach nakradł kosztowności i złota na sumę czternastu milionów franków. Także Davout z tego znaku, znany jako bardzo dzielny żołnierz, był bezczelnym rabusiem w krajach okupowanych. Po upadku Napoleona i przegranej bitwie pod Waterloo znaleziono dowody, że Davout za cenę dwóch milionów franków odstąpił Paryż wojskom sprzymierzonym i wycofał się za Loarę.

Taktyka postępowania Byka jest odmienna od taktyki Barana. Można powiedzieć, że jest lepsza, bo bardziej przemyślana. Baran rzuca się żywiołowo w przygodę. Byk natomiast spokojnie, wytrwale i zaciekle dąży do upatrzonego celu. Gdy go osiągnie, jak nikt potrafi utrzymać to, co zdobył. Prawdziwy kapitalista.

Rzadko zdarza się, że Byk poznaje się na ludziach. Jest na to zbyt egocentryczny, zapatrzony w siebie. Łatwo więc można zrozumieć, że sparzywszy się raz i drugi, bardzo ostrożnie dobiera sobie znajomych i przyjaciół. Mimo to, daje się nieraz wywieźć w pole, co go nastraja jeszcze bardziej podejrzliwie do bliźnich. W ten sposób może zrazić sobie ludzi rzeczywiście mu życzliwych.

Aby więc w miarę możliwości uniknąć pomyłek, Byk stosuje dziwną metodę: ma zaufanie do ludzi mających powodzenie, a nieszczęśliwcom, którym wiatr wieje w oczy, schodzi z drogi już z daleka. Zdarza się więc, że będzie chciał udzielić pomocy koledze, który jej nie potrzebuje, natomiast odmówi wsparcia potrzebującemu pechowcowi.

Podobnie jak ludzie z Barana, Lwa i trochę ze Skorpiona, jest Byk nastawiony egocentrycznie do otoczenia i chętnie uzurpuje sobie prawa i przywileje, których innym by nie przyznał. Może być w takim wypadku nawet bezwzględny; może tyranizować otoczenie, stając się nielubianym, mimo, że w gruncie rzeczy Byk jest dobroduszny.

Osoby z tego znaku mają wrodzone poczucie kształtu i barwy. Może właśnie dlatego spotykamy u nich dość często tendencje artystyczne, zwłaszcza w kierunku rzeźbiarstwa, malarstwa i architektury wnętrz.

W znaku Byka często rodzą się talenty muzyczne, szczególnie tenorzy i sopranistki. Wielu znanych śpiewaków i śpiewaczek operowych ma słońce w znaku Byka lub przynajmniej znak ten podczas ich urodzin znajdował się na wschodnim horyzoncie. Panie te lubią dobrze zjeść oraz mają paniczną obawę przed chorobą i nieszczęściem. One także uzurpują sobie przywileje, których by nie przyznały innym członkom zespołu.

Na niższym poziomie artystyczne skłonności Byka będą się przejawiały zamiłowaniem do modelarstwa, dekoratorstwa, projektowania sukien, przedmiotów artystycznych itd. Rzadko natomiast spotyka się w tym znaku zdolności literackie.

Dziewczęta urodzone w Byku są urocze i pełne wdzięku, często też są ładne. Tak jak Baran „podlega” Marsowi, tak Byk jest „spowinowacony” z planetą Wenus, symbolizującą wszystko co okrągłe, kształtne, gładkie, łagodne, uległe. A więc mówiąc krótko: wszystko, na co składa się pierwiastek żeński.

Dziewczęta ze znaku Byka mają podkreślone kobiece cechy: okrągłe policzki, zadarty nosek i wszędzie właściwe zaokrąglenia. Ruchy mają spokojne, pełne harmonii. Bardzo rzadko zdarza się, że któraś z tych dziewcząt dąży do emancypacji, do jakiejś samodzielnej kariery życiowej – chyba, że jest śpiewaczką. Celem życia tych pań jest zamążpójście. I choć w młodości są one skłonne do flirtów, jako żony są przykładne i wierne. Wynika to w sposób naturalnyich pierwotnych skłonności: chęci posiadania, pragnienia własności, które przenoszą się w dziedzinę małżeństwa. Oto teraz mąż i dzieci są jej własnością. Zatem w jej własnym interesie leży zachowanie w domu zgody, harmonii i pogodnego zadowolenia. Taki jest podświadomy bieg myśli pań ze znaku Byka.

Osoby z tego znaku uwielbiają pieniądze, posiadanie rzeczy cennych, wartościowych. Lubią dobre jedzenie, dobre napoje, komfort, wygodę, spokój, dobry sen, świadomość, że powodzi im się lepiej niż sąsiadom. Bardzo sobie cenią ładnie urządzone mieszkanie, które w dodatku można traktować jako swe małe królestwo i gdzie można rządzić trochę według własnego widzimisię. Mają także upodobanie do wszystkiego co ładne, miłe, przyjemne, pogodne, co wywołuje zadowolenie.

Byk stara się unikać wszelkich pechowców, prześladowanych przez los, wszystkich ludzi chorych (obawa zarażenia się). Także nie lubi walki bez ściśle określonego celu materialnego. Nie cierpi cyganerii, braku solidności, niezdecydowania, niepewności oraz odnosi się z niechęcią do każdego, kto zechciałby narzucić mu swoje zdanie, kto spróbuje wytrącić go z równowagi lub kto staje doń w opozycji.

Dzieci ze znaku Byka to często małe chytruski, umiejące okrężnymi drogami dochodzić do celu i w ten sposób realizować u rodziców swe postulaty. Tu rodzi się większość łasuchów i amatorów objadania się ponad miarę.

O dzieciach spod znaku Byka można powiedzieć, że mają nieraz trochę spóźnioną reakcję. Wyrażając się dosłownie: lekko spóźniony „zapłon”. Nie miejmy do nich o to pretensji. Są za to bardzo staranne i dokładne i tym równoważą brak błyskotliwości, w czym przodują na przykład dzieci z Bliźniąt.

Na prawdziwą, bezinteresowną przyjaźń Byka nie ma co liczyć. Jest on na to zbyt egocentryczny, zbyt wyrachowany. Stosunki z ludźmi lubi Byk rozpatrywać pod kątem widzenia trzeźwej, handlowej kalkulacji. Co będę z tego miał? Czy przyjaźń ta mi się jakoś opłaci? Na czyste uczucie przyjaźni Skorpiona lub Wodnika patrzy Byk podejrzliwie i z niedowierzaniem.

Ideałem Byka jest harmonijne współżycie. Jego największym osiągnięciem życiowym będzie pokonanie głęboko w sobie zakorzenionego materializmu. Jeśli tego dokaże, będzie miał przed sobą szeroki horyzont otwarty dla dużych możliwości. W przeciwnym wypadku ambicje jego nie sięgną poza zaspokojenie podstawowych czynności fizjologicznych.

Ludzie z tego znaku nie są nowatorami. Nie mają także zainteresowań rewolucyjnych, chyba że teoretyczne. Wierzą raczej w to, co już wypróbowane. Po co nam nowości? – powie Byk. – Czy nie lepiej poprawić lub udoskonalić to, co stare i znane?

Mówi się, że przedstawiciele znaku Byka są nieraz egoistami. Trochę w tym prawdy, bo osoby te dążą przede wszystkim do zapewnienia bytu sobie i rodzinie, do uciułania pieniędzy na czarną godzinę. Kobiety z tego znaku, nawet gdy są zakochane, będą się interesować zawodem swego lubego, będą dowiadywać się ile zarabia i czy przypadkiem nie jest lekkoduchem.

Byk jako mąż jest zawsze mile widziany. Wierny, stały, uczuciowy, od żony nie wymaga przebłysków wybitnego intelektu. Wystarczy mu, że będzie mu ona oddana i że będzie miała zalety dobrej gospodyni.

Mężowie z Byka cenią sobie spokój domowy. Lubią, gdy się o nich dba, pamięta o ich upodobaniach, smacznie im gotuje i troszczy się o ich wygody. A więc: dobra kuchnia, lecz nie za tłusta, bo ludzie z tego znaku mają skłonności do obrastania w sadełko. Pewna trudność w tym, że panowie ci niechętnie rozstają się z pieniędzmi. Są natomiast wniebowzięci, gdy im żona udowodni, że jest gospodarna, oszczędna i potrafi ładnie się ubrać i to niewielkim kosztem.

Czułości Barana są agresywne, despotyczne, gwałtowne, nie znoszące sprzeciwu. Natomiast karesy miłosne Byka cechuje delikatność, łagodność, subtelność i erotyczne wyczucie.

Życie seksualne Byka jest podkreślone dość wyraźnie. Należy jednak pamiętać, że na drodze do „zapomnienia się” stoi strażnik: silnie rozwinięte uczucie rodzinne. Z tego też względu typy z tego znaku przestrzegają przykazania o wierności małżeńskiej. Przyjemności współżycia erotycznego Byk chętnie uzupełnia rozkoszami gastronomicznymi.

Podobne upodobania ma pani Byk. Jej ideał życiowy to mąż i dzieci. Motylkowatych skłonności widywanych w niektórych innych znakach pani Byk nie rozumie. U niej zmysły muszą iść w parze z uczuciem. Jest wierna, lecz i zazdrosna! Zainteresowania intelektualne ma dość ograniczone.

Żony ze znaku Byka są miłe i zgodne we współżyciu, chętnie jednak w małżeństwie wysuwają się na pierwsze miejsce, na pierwszy plan. Nie bądźmy małostkowi. Jeżeli kobieta ma odpowiednie kwalifikacje, możemy jej zaufać i rządy domowe złożyć w jej ręce, zwłaszcza, że większość pań ze znaku Byka jest gospodarna. Zresztą niewiele potrzeba czasu, aby się przekonać osobiście, iż bez obaw można pani Byk powierzyć domowe dochody. Będzie nimi gospodarzyć oszczędnie i rozsądnie, patrząc podejrzliwie, czy mąż nie odłożył sobie za wiele na wydatki z kolegami.

Skorpion

Data wpisu: 19.04.2011 | Dodaj komentarz

Skorpion 24.10 – 22.11

Skorpion to wojownik. Życie jest dla niego polem bitwy. Baran też kocha walkę. Nie bez powodu oba znaki są „spowinowacone” z planetą Mars. Barana cechuje aktywna agresywność, Skorpion natomiast się broni, gdy czuje się zaatakowany. W konsekwencji u obu wychodzi prawie na to samo, lecz motywy są inne. Przeciwnikiem Skorpiona jest każdy, kto mu stanie na drodze, a nawet kto zdaje się stawać. Wówczas Skorpion rzuca się na przeciwnika i pokonuje go. Po jego trupie dąży do następnej walki. Zdaje się, że zwrot „iść po trupach” – który oczywiście należy traktować jako przenośnię – powstał trochę z winy Skorpiona.

Nikt tak nie umie rzucić się w wir pracy jak Skorpion. Agresywność i skupienie, z jakim porywa się na jakieś zadanie, stają się niebezpieczne, gdy je skieruje przeciw jakiemuś człowiekowi, nieraz potencjalnemu wrogowi. Chce w ten sposób ubiec przeciwnika, choć często się myli w takich wypadkach. Winna temu jest jego podejrzliwość w stosunkach z ludźmi. Tę dominującą cechę spotykamy we wszystkich dziedzinach jego życia.

Warto sobie zanotować w pamięci, że Skorpion nigdy nie zapomina doznanych krzywd i urazów, choćby je wybaczył. Ma jednak także dobrą pamięć dla wyświadczonych mu przysług i dobrodziejstw.

W przeciwieństwie do Barana, który na krzywdę odpowiada błyskawicznym sierpowym ciosem i niebawem zapomina o doznanej niesprawiedliwości, Skorpion może swą zemstę odłożyć „do lodówki”, na dogodniejszą okazję. Nieraz po dwudziestu latach nadarzy się taka sposobność. Wówczas Skorpion odegra się na wrogu. Gotów go zniszczyć bez litości, z zimną krwią zrujnować, wdeptać w ziemię, wykończyć.

Dowcip Skorpiona jest zaprawiony gryzącą ironią i sarkazmem. Wynika to z jego mizantropii, z braku wiary w ludzi, w ich szczerą przyjaźń i w dobroć. Zdaje on sobie także sprawę z tego, iż niejeden przyzwoity człowiek nie jest łajdakiem tylko z braku odpowiedniej okazji. W razie cudzego nieszczęścia Skorpion potrafi być dla przyjaciół wspaniałą podporą. Może w tym celu zmobilizować w sobie olbrzymie rezerwy sił i wykazać bezprzykładną energię, ofiarność, bezinteresowność, jeżeli zajdzie ku temu potrzeba. Jednej rzeczy Skorpion nie umie: pocieszać. Nie jest zdolny do poklepania przyjaciela po ramieniu i do powiedzenia: uszy do góry, stary, jakoś to będzie… Przeciwnie, jest w duszy przekonany, że będzie gorzej, przygotowuje się więc na najgorsze. Z góry będzie obmyślał jak zwalczyć przyszłe, przypuszczalne trudności, których inni się w ogóle nie spodziewają.

Jeżeli Skorpion jest czymś zainteresowany, będzie walczył do ostatniego tchu, do ostatniej szansy. On pesymista i czarnowidz, będzie w takich wypadkach pełen młodzieńczej werwy i optymizmu.

Skorpion mało dba o honory i zaszczyty. Lepiej niż inni zdaje sobie sprawę, że są one ułudą, że lśnią mamiącym blaskiem. Nie interesują go żadne władcze dążenia w hierachii społecznej, jak na przykład Lwa, a czasem i Łucznika. Jego ambicją będzie dokonanie czegoś. Zawsze będzie go interesował przede wszystkim problem. To jest jego wspólna cecha z większością Wodników. Skorpion będzie walczył, pracował, koncentrując wysiłek na zagadnieniu. A że w końcu tej żmudnej drogi będzie go nieraz czekało uznanie, sława, odznaczenia i stanowiska, tym lepiej. Skorpion nie odrzuci tych wyróżnień, lecz nie będzie o nich specjalnie myślał, nie będzie ich uważał za cel życia.

Tak jak Lwu jest potrzebna czereda dworaków, Bliźniętom gromada bystrych, wygadanych towarzyszy rozmów, tak Skorpionowi potrzeba przeciwników, aby miał z kim wojować, z czym się rozprawić, aby na próżno nie machał mieczem w powietrzu, mówiąc obrazowo. Należy jednak pamiętać, że dla Skorpiona przeciwnikami bywają także problemy i zagadnienia naukowe, z którymi się rozprawia, które chce pokonać.

Wiedząc już trochę o Skorpionie, zaczynamy chwilami rozumieć takich ludzi jak Luter, Tycho de Brahe, św. Augustyn lub Maria Skłodowska Curie, urodzonych w znaku Skorpiona.

Skorpion chciałby mieć zawsze słuszność. Lubi poczucie własnej siły, przewagę, walkę, dyskusję, paradoksy, ostry dowcip, broń i jej użytek: polowanie,. Lubi także przezwyciężać trudności. Pod tym względem ma coś wspólnego z Koziorożcem. Także się cieszy, gdy ma przeciwników.

Skorpion nie lubi cudzej przewagi, wyższości (choć ją szanuje), tchórzostwa, poddańczości, lizusostwa, spokoju, braku opozycji, cudzych autorytetów. Dalej: przywilejów, uprawnień i ułatwień, jakie mają inni ludzie. Dla głupców czuje pogardę. W okresie niepowodzeń potrafi się przyczaić i przeczekać.

Ponieważ przeznaczeniem Skorpiona jest walka, ma on wrodzoną umiejętność wynajdywania słabych miejsc przeciwnika. Ta cecha pozwala mu nieraz pracować owocnie w kryminalistyce. Na najwyższym szczeblu Skorpion będzie miał powodzenie jako badacz i uczony.

Dociekliwość, instynkt do lekarstw, intuicja, trzeźwe ustosunkowanie się do cudzych chorób, chęć dopomożenia innym, to cechy Skorpiona, spotykanego często wśród internistów i wśród farmaceutów. Taki lekarz stawia instynktownie właściwą diagnozę, a aptekarz często choremu doradzi właściwie, gdy w pobliżu nie ma lekarza. Z przyjemnością będzie przebywał taki farmaceuta wśród leków, będzie lubił ich zapach.

Bystrość i spostrzegawczość Skorpiona są zdumiewające. Wystarczy mu na przykład rzucić okiem na biuro, aby się zorientować, który z pracowników jest coś wart. W pracy zawodowej trudniej go zadowolić niż Pannę. Skłonności do tyranizowania innych są nieraz przyczyną, że Skorpion bywa niesprawiedliwy, a więc i nielubiany.

Nie ma lepszego żołnierza nad Skorpiona. Odznacza się on nie tylko odwagą, którą widujemy również u osób z innych znaków, lecz także wytrwałością, zimną krwią, kamiennym spokojem, nawet wówczas, kiedy inni tracą głowę. Nad Baranem góruje Skorpion chytrością, przebiegłością i strategią, na które bardziej prostolinijny Baran nie może sobie pozwolić, na co nie potrafi się zdobyć.

Aż pięciu marszałków Napoleona (na 19-tu) miało słońce w znaku Skorpiona, żaden zaś nie miał słońca w znaku Panny lub Lwa!

Trochę nieprzyjemna jest podejrzliwość Skorpiona w stosunkach z ludźmi. Skorpion czystej wody nie wierzy nikomu i niczemu, obojętnie czy to będzie chodziło o teorie naukowe, o wierność żony, o szczerość w przyjaźni, o informacje w gazetach lub komunikatach radiowych. Jeżeli będzie on lekarzem psychiatrą, będzie dzielił ludzi na dwie kategorie: wariatów jawnych i wariatów utajonych. Ta uciążliwa dla innych osób cecha ma poniekąd dobre strony: niejeden Skorpion przyczynił się do obalenia przestarzałych, mylnych teorii, do wyjaśnienia kwestii wątpliwych w nauce.

Ze wszystkich znaków zodiaku Skorpion jest najbardziej skomplikowany, najtrudniejszy do zrozumienia, do rozgryzienia. Współżycie z nim jest na ogół niełatwe z powodu jego zaczepnego, chropowatego, wojowniczego charakteru. Najgorsze, że we wszystkich walkach, sprzeczkach, sporach i kłótniach Skorpion jest prawie zawsze górą.

Wobec bezsilnych niedołęgów i popychadeł życiowych Skorpion nie ma litości ani współczucia. Obojętnie będzie patrzył na ich ostateczny upadek i nawet nie ruszy palcem w ich obronie. Oczywiście, że spotyka się wyjątki, które tych cech nie mają podkreślonych widocznie, w głębi duszy jednak wszyscy są pod tym względem jednakowi.

Kobiety ze znaku Skorpiona stanowią specjalny typ. Mają silne charaktery. Żadna inna nie dorównuje im mentalną dynamiką i energią. One także potrafią być twarde, bezlitosne i mściwe, a ich gryzące kpiny mogą niejednego głęboko dotknąć.

Tak jak panny z Barana, tak i dziewczęta ze Skorpiona wywierają szczególnie silne wrażenie na mężczyznach o charakterach miękkich, na typach łagodnych, zniewieściałych, trochę niedołęgach. Tymczasem obie tęsknią za bohaterem, który zjawiłby się w aureoli zdobywcy i ujarzmił ich stęsknione serduszka.

Mimo licznych cech nieprzyjemnych, mimo szorstkości, ostrego języka i niewybrednego słownictwa, Skorpiony „robią wrażenie” na płci przeciwnej. Bezwiednie roztaczają jakiś szczególny sexappeal, któremu ulegają partnerzy i partnerki z innych znaków.

Życie seksualne jest dla Skorpiona bardzo ważne. W miłości jest on niezmordowany i niewyczerpany często do późnego wieku.

Skorpiona nigdy nie zjedna się, nie udobrucha i nie przekupi dobrym jedzeniem, co się udaje zrobić z wieloma jego kolegami z innych znaków.

Czego przedstawicielom różnych znaków brak nieraz do pełni życia erotycznego, zebrała przyroda razem i obdarzyła tym osoby ze Skorpiona. Sprawy seksualno-erotyczne są u nich ważnym zakulisowym motywem różnych poczynań. Ich niewyczerpany seksualizm, skierowany na inne tory, daje im energię i wytrwałość nawet do najcięższej pracy. Większość Skorpionów to potencjalni tytani pracy. Zależy to od tego, czy Skorpion potrafi się wyrzec chociaż w części swych przyziemnych przyjemności. A o to znów nie tak trudno, jeśli ma możliwość pracy w dziedzinie szczególnie go pociągającej. Ciekawe, iż ekscesy seksualne, które innych ludzi zaprowadziłyby niechybnie do szpitala, na Skorpionie nie pozostaw żadnego śladu. Jego akumulator życiowy niebawem jest znowu naładowany, jakby nic nie zaszło, jakby od lat żył wstrzemięźliwie.

W postępowaniu względem innych Skorpion kieruje się uczuciem. Może nim być miłość, nienawiść lub inny stan emocjonalny, lecz nie spotka się u niego nigdy wyrozumowanej kalkulacji.

Chociaż zbyt wczesne małżeństwa z różnych względów na ogół nie są wskazane, w tym wypadku jest wręcz przeciwnie. Cokolwiek pani Skorpion czyni, robi to całym sercem. W tym znaku prawie nie spotyka się typów mdłych i bezbarwnych. W życiu pani Skorpion sprawy seksualne zajmują miejsce przodujące i mężowi o tym zapominać nie wolno pod żadnym pozorem.

Panna Skorpion z natury jest nastawiona na sprawy miłosne silniej, niż pozostałe jej siostry zodiaku. Jej nadmierna uczuciowość i pobudliwość seksualna zmuszają ją do rozpatrywania wszelkich zagadnień życiowych pod kątem własnego erotyzmu. Myli się jednak ten, kto przypuszcza, że zawodowe traktowanie problemów miłosnych, to dziedzina panny Skorpion. Otóż tak nie jest! Wszystkie Skorpiony swe problemy miłosne traktują bardzo poważnie i to nawet w wypadku, gdy obiekty uwielbienia będą zmieniać częściej, niż przedstawiciele innych znaków.

Kogo stać na to, aby szał jego nocy poślubnej przeszedł w stan permanentny, kto czuje się na siłach, aby być zawsze gotowym do boju, niech poszuka sobie żony wśród dziewcząt ze znaku Skorpiona. Współżycie z panią Skorpion nie jest łatwe i mąż o silniejszej indywidualności w tym związku musi prowadzić mądrą politykę matrymonialną.

Warto także zaznaczyć, że pani Skorpion nie ma zwyczaju zdradzać partnera. Ale gdy się do niego z jakiegoś powodu zrazi, opuszcza go natychmiast, beż skrupułów, wahania i zastanawiania się nad słusznością swej decyzji.

Z uznaniem należy skłonić głowę, jeżeli któryś ze Skorpionów pokonał samego siebie, zwalczył wrzące w nim namiętności i skierował je na drogę prowadzącą do osiągnięcia wyższych celów. W takich wypadkach na Skorpiona czekają najwyższe stanowiska naukowe, otwarte są przed nim szeroko wszelkie możliwości. Nie będzie mu się trudno zapisać złotymi zgłoskami w historii ludzkości. Wówczas cechy charakteru Skorpiona nabierają jakby innego zabarwienia. Jego wysublimowana agresywność nakaże mu walczyć z problemami naukowymi, z nowymi zagadnieniami interesującymi ludzkość jako całość. Wytrwałość i zacięta wojowniczość, zaprowadzą Skorpiona do celu, nawet za cenę wielu lat wyrzeczeń, trudów, kosztem zdrowia i przyjemności, jak to widzimy na przykładzie życia Marii Skłodowskiej Curie. I tak może Skorpion stać się wielkim człowiekiem, jeżeli wyrzecze się celów niskich, swego egoizmu, a swe nieprzeciętne kwalifikacje zużyje dla dobra nauki.

Skorpion zawsze będzie dążył do niezależności finansowej. W interesach ostrożny i podejrzliwy, lecz nie małostkowy. Lubi snuć szerokie plany.

Mówi się, że dobry detektyw musi mieć w sobie coś ze zbrodniarza, aby mógł zrozumieć psychikę przestępcy i skutecznie go zwalczać. Otóż Skorpion te cechy ma.

Na szczególnie niskim poziomie spotykamy w tym znaku morderców, zbrodniarzy i zbójów nie cofających się przed niczym. Ich opanowanie i niewzruszony spokój oraz perfidna przebiegłość czynią z nich szczególnie niebezpiecznych osobników.

Niejeden z czytelników, mający słońce w znaku Skorpiona, będzie zdania, iż autor tej książeczki może trochę przesadził w charakterystyce, zbyt mocno podkreślając niektóre cechy ujemne lub przykre, widywane w tym znaku. Należy więc dodać, iż nie każdy Skorpion musi mieć bezwarunkowo wszystkie wymienione tu cechy. Tak tutaj, jak i w innych rozdziałach zebrałem różne dane charakterystyczne, spotykane szczególnie w danym znaku.

Leszek Szuman

Dukan i dieta z kompromisów

Data wpisu: 19.04.2011 | Dodaj komentarz

Miło wygospodarować 10 min, żeby zajrzeć na własnego bloga. Mój wolny czas rozpłynął się w tym roku jak fatamorgana na pustyni. Dni, tygodnie i miesiące ścigają się z prędkością światła. Kalendarz ten wyścig wygrywa, bo nawet nie pamiętam, co robiłam w zeszły poniedziałek. Z pewnością nie pracowałam. Bo już nie pracuję! Po raz pierwszy w życiu moja praca jest moim hobby. Nie czuję zupełnie upływu czasu przed komputerem, za swoim biurkiem, na telefonie, kreując wizerunek swoich Brandów, a mam ich sporo i wszystkie domagają się mojej uwagi, zaangażowania, miłości. Lubię je bardzo, bo są piękne, mają potencjał i dają się modelować mojej kreatywnej osobowości. Wygląda na to, że odkryłam swoje zawodowe powołanie. Jako Brand manager, w małej firmie z otwartym umysłem, dużymi ambicjami i kilkoma światowymi markami generalnie robię, co uważam za stosowne i potrzebne i to jest super! Ta strona mojej egzystencji w końcu się ustabilizowała i rozjaśniła. Rozkosznie jest wychodzić z pracy po 10 godzinach z poczuciem satysfakcji i pożytecznie wykorzystanego czasu. Z tego punktu w końcu widać szerszy horyzont w moim życiu. I widok zachęca do dalszej wędrówki. Gdzieś po drodze zgubiłam 10 kg i planuję się pozbyć pozostałych zbędnych. Z tego powodu, można stwierdzić, że obecnie jestem w związku z proteinami i jest to najpiękniejszy związek, w jakim było moje ciało kiedykolwiek J Na plaży, co sobotę mam teraz swoją nagrodę za 100 kurczaków i chyba 200 ryb, które zjadłam. Napiszę to jasno i dobitnie. Każdy, kto chce schudnąć na serio, ostatecznie i na zawsze niech wygoogluje Dr. Ducan i wprowadzi wszystko w życie. Wiele razy byłam na diecie jako zawodowy sportowiec, zakompleksiona nastolatka, obżartuch. Za każdym razem, gdy tylko zaczynałam dietę nie mogłam opędzić się od myśli o słodyczach i apetytu na to wszystko, czego akurat jeść absolutnie nie mogłam. Do tego po paru dniach zmniejszonych, zdrowych porcji, czułam irytacje, złość, rozkojarzenie. Generalnie nigdy nie udało mi się osiągnąć upragnionych celów. Ta dieta proteinowa jest rewelacyjnie inna! Nidy nie czułam głodu, nie miałam ochoty na cukier, a włosy i cera zaczęły lśnić po rybkach jak naoliwione. Jedynie czasami czułam spadek energii, bez względu na to ile zjadłam, ale teraz organizm już się przeprogramował zupełnie na tą dietę. Zastanawiam się nawet jak wrócę do całego menu, bo za każdym razem, gdy jem już normalnie w restauracji, wcale dobrze się nie czuję… psychicznie, że wrzucam w siebie znów jakieś śmieci i fizycznie, bo potem mam poczucie ciężkości i przymulenia. Może już zawsze będę piekła ryby w piekarniku. Już nie mam nic przeciwko. Ziemniaki, sosy, makarony, olej, masło, cukier mogłyby już nie istnieć. Muszę nauczyć się teraz jak zdrowo wrócić do owoców i reszty potrzebnych składników. Serdecznie polecam, każdemu, kto podejmie w końcu decyzję, żeby przenieść się szybko i bezboleśnie w świat ludzi szczupłych. Wiem, że to okropne i nie powinno tak być i inne cechy naszego człowieczeństwa powinny być istotniejsze, ale ja czuję się o wiele lepiej właśnie w tym nowym świecie. I chcę w nim w końcu już zostać. Poza tym fajnie jest zmieścić się w dżinsy z dna szafy i usłyszeć pierwszy raz w życiu od kobiety mijającej mnie w sklepie „you are soo slim” nie „ you are soo tall”. Miał dużo racji Ojciec katecheta na rekolekcjach w tutejszej parafii, mówiąc, że krzywda, jaką wyrządzili nam ludzie w naszej podświadomości jest dotkliwsza niż fizyczne kopniaki. Trudno jest przyznać się przed sobą, że całe życie czuło się „innym”, innym-gorszym niestety, i tę etykietę, jak tatuaż nosiło się napiętnowaną na czole. Skoro jestem „inna” a wolałabym być po prostu taka sama… to będę inna – lepsza, inna – ambitniejsza, inna – doskonalsza, inna – ważniejsza… i nie mam już siły… wiec będę nie lubiła ludzi generalnie, za to że widzą mnie inną, że mnie piętnują publicznie, zwracają tylko na mnie uwagę, komentują głośno moją inność jakby zobaczyli nieznany gatunek małpy w zoo i myśleli, że ona nie rozumie ludzkiej mowy. W Londynie już nikt nie zwracał uwagi… na tle zakolczykowanych, różowych pióropuszy, wielkich, czarnych Afrykanek toczących się po supermarketach, alternatywnych artystów w podartych ubraniach i rozwalonych butach nie do pary, wulgarnych, ociekających seksem nastolatek, moje 186 cm przestało rzucać się w oczy, a ja zaczęłam cieszyć się nowym uczuciem nieznanej anonimowości i niemej akceptacji. Niestety „wstręt” do ludzkiego wścibstwa, ksenofobii i nietaktów pozostał pod postacią już jedynie „wstrętu” i podświadomego pytania, co zrobić żeby w ich oczach nie być jedynie wzrostem, który przecież nie ma żadnego znaczenia. Myślę, że podobnie czuje się w Polsce każdy inny: grubszy, mniejszy, utalentowany w jakiś specyficzny sposób, niepełnosprawny. Mam nadzieję, że procent tych, którzy rozwinęli przez lata w sobie śmiertelną chorobę „wstrętu” do ludzi jest mniejszy niż tych, którzy potrafili ochronić swoją osobowość „na świeczniku”. Ja pół życia uciekałam przed natrętnymi spojrzeniami ludzi, nie mając pojęcia, za czym mam się schować? Za sportem, za chudością, za łóżkiem, za źle rozumianą pewnością siebie? Teraz stawiam czoła konsekwencjom. Leczę zranioną, zmienioną podświadomość, bo nie chcę już być w stosunku do ludzi okropniejsza niż oni nieświadomie byli do mnie. Fajne były te rekolekcje. Dały receptę na skuteczne lekarstwo. Szczery rachunek sumienia, wybaczenie sobie i innym i wyrzucenie przeszłości za burtę. Modlitwa. Czas przyszły. Być jak najcenniejszy, szlachetny kamień w czyichś dłoniach. Skoro obdarzasz mnie, Boże, tyloma błogosławieństwami, a ja jestem jak zwykła jaszczurka, płaz zimnokrwisty, polny kamień nieprzypominający blasku klejnotu, a jedynie pospolity, uliczny kurz, to jak cudowne musi być życie poza tym marginesem kompromisów? Bo jak powiedział nauczyciel: kompromis jest potrzaskiem. Jedną nogą w Kościele na niedzielnej Mszy, a drugą w łóżku z „narzeczonym”, bo to co ludzkie nie jest nam już zupełnie obce. I tu i tam pojawia się poczucie wyobcowania, rozerwania z miłością, pomimo tego, że wydaje się jakbyśmy byli kochani mocniej w ciele niż w duchu. Bo ducha nie czuć, nie widać, nie słychać, tak wyraźnie jak chrapania, sapania, milczenia drugiego człowieka. Bóg sam projektował każdą dłoń z osobna, zapisując na niej zadania. A wszystko, co się dzieje, dzieje się po to, żebyśmy mogli je wypełnić. Być ochrzczonym to nie znaczy już dla mnie być bohaterem, wstąpić do zakonu, odmienić życie jak św. Franciszek. Chodzi o to, żeby stać się uczniem Mistrza, iść za nim codziennie. Być jego towarzyszem, niemym adwokatem i głosić tę jedyną prawdę własnym życiem ze świadomością Bożej pieczęci na czole. Dziś odnowiłam sakrament chrztu. Dziś odnowiłam polisę na życie wieczne. Dziś zaczynam jeszcze jedną dietę. Dietę dla utraty.. kompromisów, bo zawsze czułam, że one jątrzą w moim życiu stany chorobowe. Mistrzu, lecz, uzdrawiaj, natchnij każdego, kto Ciebie potrzebuje, szuka, sprawdza, odtrąca…i nie opuszczaj mnie gdy błądzę. Ostatnim doświadczeniem rekolekcji wielkanocnych było uzdrowienie. Mieliśmy wszyscy wyciągnąć dłonie i położyć na nich nasze niewidzialne choroby, alergie, nerwice, ułomności, zanurzyć te dłonie w świętym oleju i pozwolić Mistrzowi działać. Otworzyć mu drzwi od wewnątrz serca i czekać na cuda… Pisałam, co mi doskwiera najbardziej. Nie jest to wcale wycięty guz, czy inne cielesne świństwa. W zasadzie, to nawet z tym guzem czułam się doskonale zdrowym człowiekiem w świetnej formie fizycznej, i nadal się tak czuję. To nie chorą fizyczność widać u mnie jak na dłoni. To ten strach przed oceną, wypaczone poczucie własnej wartości, zepsuta pewność siebie, których objawami są atakowani przeze mnie ludzie. Jak pies z wścieklizną potrafię gryźć bez opamiętania. Ciekawe jak Mistrz sobie z tym poradzi? Jak uzdrowi społeczną wściekliznę, poirytowanie ludźmi słabszymi niż ja? Nie wiem, czego się spodziewałam. Nigdy wcześniej przecież nie doświadczyłam uzdrowienia, w sensie dosłownym. Nie musiałam długo czekać, żeby dowiedzieć się, co to oznacza. Mistrz użył metody akademickiej Pawłowa. Już następnego dnia nie dostałam tłumaczenia na czas, bo jego komputer się zawieszał… zawaliłam cały dzień i sprowadziłam winną temu osobę, która zgodziła mi się pomóc o 8.00 rano zwleczona moim telefonem z łóżka, zupełnie bezinteresownie, do poziomu pierwotka. Zupełnie normalny dla mnie scenariusz, który powtarzałam z innymi ofiarami, z manią heroinistki aplikującej sobie regularnie truciznę. Cała akcja wydarzyła się jak w scenariuszu zazwyczaj, ale to, co stało się ze mną natychmiast po tym nie było dla mnie typowe. Akurat parkowałam samochód, mocno spóźniona do pracy, wysyłając ostatniego plugawego smsa pod adresem byłego już przyjaciela i nagle poczułam taki ścisk w sercu, że natychmiast wybuchłam tak głębokim, określiłabym płaczem, że moje ciało zaczęło się normalnie, fizycznie trząść. Usłyszałam tylko słowa „Nie rań ludzi, bo to boli” i nie mogłam pohamować tego płaczu. Jak się pozbierałam, to miałam taki ciężar w sobie, że nie mogłam na niczym się w pracy skupić, nie mogłam nic zrobić, po prostu nie dało rady. To był ostatni dzień rekolekcji. Tego dnia nie dojechałam, ale dowlekłam się do Kościoła, jakbym przyszła z kamieniami uwiązanymi do nóg. Wiedziałam, że muszę się wyspowiadać, żeby ktoś to ode mnie zabrał, że tak bardzo dziś Mistrza znów zawiodłam, że mnie nic już nigdy nie uzdrowi. W konfesjonale Mistrz powiedział mi, że już się to dokonało, że dziś uzmysłowiłam sobie ból, jaki wyrządzam sobie, jemu i innym i pamięć o tym płaczu, nigdy już nie pozwoli mi zapomnieć o godności drugiego człowieka. To prawda. Ten płacz tak bardzo bolał… Ale nadal jeszcze zapominam, może już nie tak do końca, może już szybciej się ogarniam w amoku, ale jednak. Długa droga.

Zdmuchnięta świeczka

Data wpisu: 19.04.2011 | Dodaj komentarz

Dziś już długiej drogi nie ma, nie będę pisać o życiu. Będę pisać o śmierci, bo żeby iść trzeba żyć, a dwóch przyjaciół przestało. Jeden się utopił pijany, drugi – zabił w rozpędzonym samochodzie. I po wszystkim. Widzisz człowieka wczoraj, siedzi przy tobie na kanapie, piszecie na kartce, co chcecie osiągnąć, i już go nigdy widzieć nie będziesz. I zastanawiasz się, co się stało z jego kartą, z tym zeszytem, w którym pisał plany na przyszłość i myślisz, co się stanie z notatkami po tobie. Dobrze, że jestem tu sama. Nikt nie będzie miał rozwalonego serca, tak jak narzeczona Fouada, która identyfikowała z Kaisem ciało. Czuję się jakby ktoś uderzył mnie w głowę jakimś tępym narzędziem. Przerażające jak niewiele czasu mamy. Przerażające ile tego czasu marnujemy. Przerażające jak niewiele to, co mamy jest warte. Przerażające, że tak niewiele po nas zostanie. Kurczę, na prawdę, w zeszłą środę się jeszcze widzieliśmy, i nikt nie przypuszczał, i nikt się nie spodziewał. Tyle ambicji, planów, zmartwień, radości i już tego wszystkiego nie ma. Po prostu nie ma. Zdmuchnięte jak płomyk świeczki. Są dni, że moje światło przygasa. Robi się bardzo blade, niepewne. Wczoraj planowałam Wielkanoc. Dziś już nie planuję. Z kim? Nikt nawet nie zauważy mojej nieobecności. Nie ma co się oszukiwać. Jestem sama. Tak, są Rodzice, jest Facebook. Ale bratniej duszy nie ma. Dlatego piszę bloga, bo nie mam dziś komu tego powiedzieć. I tak piszę sama do siebie, bo tu same nieme dusze. Nikt nie ma nic do powiedzenia. Co komu daje czytanie tego badziewia? Nie rozumiem jak można czytać czyjegoś bloga jak się nie zna danej osoby, która jeszcze na dodatek jest dysortografikiem i pisze z błędami. Lepiej przeczytać książkę kogoś mądrego, znanego. Pisarza jakiegoś! Tylko błagam nie tej od wojny ruskiej, bo to najgorsze badziewie jakie sama czytałam. Takie nowoczesne, odkrywcze, naukowe… wypociny. Ja piszę dla siebie po prostu, bo tak lepiej się słyszę i usłyszeć mnie mogą Ci co mnie znają. Tylko oni chyba mogą coś z tego zrozumieć. Cieszę się, że Szymon szuka szczęścia w chmurach! Niech szybko znajdzie receptę na dobrą pogodę w swoim sercu. Bo serio, szkoda odejść z tego świata w samotności.

I will remember

Data wpisu: 20.04.2011 | Dodaj komentarz

„Be open to your dreams, people. Embrace that distant shore. Because our mortal journey is over all too soon. I am going to concentrate on what’s important in life. I’m going to strive everyday to be a kind and generous and loving person. I’m going to keep death right here, so that anytime I even think about getting angry at you or anybody else, I’ll see death and I’ll remember.”

Our prime purpose in this life is to help others. And if you can’t help them, at least don’t hurt them.

It’s only when we truly know and understand that we have a limited time on earth — and that we have no way of knowing when our time is up — that we will begin to live each day to the fullest, as if it was the only one we had. Let go of the past and go for the future. Go confidently in the direction of your dreams. Live the life you imagined…

Krecia robota

Data wpisu: 22.04.2011 | Dodaj komentarz

Dziś jest najtrudniejszy wieczór tego roku. Apogeum mojego 40-sto dniowego postu. Moje serce wyrywa się do Davida, udowadniając tym samym, że niczego się nie nauczyło ani też nie zmieniło o jotę, bo nadal traci spokojny rytm natychmiast, po pięciu minutach znajomości czyjegoś innego serca. Tłumaczę mu, że nigdy nic dobrego nie wynikało z tego, kiedy to ja pierwsza organizowałam uczucia i spotkania, więc musimy się zmienić. Inaczej nie będzie żadnego poważnego randkowania nigdy, tak jak nie ma do tej pory. Ale chyba jednak nie chodzi o to, żeby robić coś pod tak bolesnym przymusem, bo w moim chorym przypadku boli jak mam nie smsować, nie dzwonić, nie myśleć i nie przejmować jak on się nie kontaktuje. To trzeci weekend jak się znamy i drugi jak spędzamy osobno. Ja siedząc w domu i jeżdżąc do Kościoła, on na imprezach basenowych pełnych świeżej krwi. Dlaczego nie pisze? Dlaaaaczeeeegoooooo??? Skoro mu się na bank podobam, skoro mądrze i śmiesznie potrafię się odezwać, skoro w kinie było w środę super… Wiem, powodów tego mogą być tysiące, ale fakt jest jeden, że nie przysłał mi żadnego smsa ani wczoraj ani dziś gdy cały Dubaj baluje, więc powinnam już przestać sobie nim zawracać głowę, a ja nie umiem. Ten piątek jest okropny, bez muzyki, bez jedzenia, cichy, samotny, ooookrooopnyyyy… Mistrzu idę za Tobą i dziś mamy oboje bardzo pod górkę. Od następnego tygodnia będzie łatwiej, bo zawsze będzie można wyjść do klubu i zagłuszyć głośną muzyką ciszę w telefonie. Będzie też można wklepać kilka nowych numerów facetów do zabawy. I niech mi się tylko David nawinie na pole widzenia, to z pewnością pożałuje, że nic nie napisał : )))) Matko, no i mówiłam, że powinnam się leczyć bo chcę zrobić zazdrosnego obcego prawie kompletnie faceta z zemsty, że mnie nie polubił tak jak ja jego prawdopodobnie. Czy może ktoś na serio wyciągnąć mi serce, wrzucić do sieci i przeprogramować? Umysł też. Ja nie mam własnego życia i niczego w tym życiu ważniejszego niż oczekiwanie na smsa od kogoś, kogo widziałam 4 razy w życiu. Wiem o co mi dziś chodzi najbardziej, bo po terapii z Mistrzem samo-kłamstewka przestały przysłaniać mi oczy. Chodzi o to, że po wyczyszczeniu mojego życia ze wszystkich pseudo-potencjalnych materiałów na męża, nikt nie pozostał. Po wykasowaniu wszystkich Figo-Fago i Don Juanów nikogo już nie ma dla jakiejkolwiek rozrywki. Zostałam sama ze sobą. A ja nie radzę sobie z czasem dla samej siebie. Ja muszę, potrzebuję, chcę dzielić czas z kimś. Nie tylko czas. Łóżko dzielić też chcę i problemy i światopoglądy. Problem w tym, że w Dubaju dzieli się to wszystko na imprezie zaczynając i na imprezie kończąc, a ja postanowiłam nie chodzić na imprezy do Wielkanocy, więc nie mając nikogo podzielającego mój światopogląd, dziś dosięgnę dna rozpaczy w samotności. Do tego cała Rodzina jest już w domu w komplecie, Alanek zaczął się wypowiadać całymi zdaniami, Mama upiekła makowca w białej polewie, którego uwielbiam od dzieciństwa, a ja jestem tu cholernie głodna, znudzona i samotna. Mistrzu, natchnij go do jednego smsa !!! Mam gdzieś ten kurs NLP, straciłam dopiero kolegę, który w nim afirmował przyszłość. Ciekawe co robił źle, że zginął po 5 tygodniach tego kursu… Ja po 5 tygodniach nadal jestem prześladowana własnym zadręczaniem się: ”niech napisze, niech napisze, niech napisze”, zupełnie nie w zamyśle NLP. A wszystko przez to, że nie zjadłam białej czekolady, która teraz łazi za mną od 3 dni i mnie irytuje wewnętrznie. Idę do sklepu uciąć, choć jedną dziś mękę.

Za dwie godziny, po północy postnego piątku skonsumuję swoją nędzną, słabą wolę. Wolę zjeść tabliczkę czekolady, niż w nocy przez sen wysłać znów jakiegoś bezsensownego smsa, do kogoś, kto z pewnością będzie już nieźle… rozluźniony, jak to Brytyjczycy określają!

OMG !!!! Za późno z czekoladą… moja wola jest słabsza niż wzrok kreta. Wolałam zjeść czekoladę, a wysłałam smsa. Trochę ciśnienia uszło, a jak szybko zjem czekoladę to jest szansa, że nowe ciśnienie, spowodowane oczekiwaniem na odpowiedź się dziś nie pojawi. Ok., powiedzmy, że David dostał ostatnią szansę jeśli był taki niedomyślny i nie skumał, że go lubię…

Zadzwonił mój nauczyciel Kais. Już mi nie potrzeba czekolady i nie ma już ciśnienia.

Life is slower than you Nell. Life needs balance…

P.S

Jest Sobota. Skasowałam wszystkie wiadomości otrzymane i wysłane w swoim telefonie, a na koniec numer Davida. Na pewno do niego już nie napisze pierwsza. Koniec z powtarzaniem starych błędów w nieskończoność… Krecik przejrzał na oczy 😉

Przepis na Święta

Data wpisu: 25.04.2011 | Dodaj komentarz

Dziś nie mogę już pracować. Odliczam minuty do wyjścia z biura. Wszyscy dojadacie pewnie smakołyki z Wielkanocnych stołów, a ja rozdałam wszystko gościom i zostawiłam sobie znów pustą lodówkę. Jeden dzień kulinarnego szaleństwa mi wystarczy. Wracam do diety, ale zazdroszczę dwóch dni świętowania! Musiałam dziś dosłownie zwlec się z łóżka, bo ostatni gość wyszedł wczoraj o 1.30 rano i jechać do pracy. Przez wino, pasztet z kaczki, barszcz biały i napoleonki czuję się dziś zdatna jedynie do sjesty. Pójdę popływać, jak starczy mi wieczorem siły, bo na śmigusa dyngusa nie mam co liczyć. Wczorajsza kolacja Wielkanocna była nie tylko pyszna, ale i bardzo towarzyska. Wśród garstki przyjaciół czuć było tą odświętną atmosferę. Wszyscy stwierdziliśmy jednym głosem, że nie ważne gdzie się mieszka. Ważne co się ma w sercu i głowie i jaki daje się temu wyraz. Nigdy nie zgodzę się z tymi, którzy uważają, że na Zachodzie, czy w innym kraju to nie czuć Świąt, bo jak chce się Święta poczuć, to trzeba je sobie przygotować tak samo jak w Polsce i wtedy się je czuje i przeżywa podobnie. Fakt, nigdzie nie smakują tak jak przy rodzinnym stole, ale coś za coś. Chwała temu co skonstruował Skype! Dziś cieszyłam się jak dziecko z radia w samochodzie, którego nie włączałam świadomie w poście. We wtorek Ladies Night najpierw u szefa w restauracji, bo podobno bardzo fajne miejsce, a potem zajrzę do starego, dobrego Westin Hotel. W środę następną gazeta robi party. Tym razem jakiś ekskluzywny magazyn dla facetów z klasą. Pójdę i ich ocenię, a potem opiszę : ) i już będzie czwartek, a w czwartek ktoś obiecał mi że zaszalejemy na mieście przez cały weekend. Chuda, opalona, wyposzczona pewnie zejdę z parkietów w niedzielę nad ranem. Aha, David przysłał jakieś dwa smsy, ale żeby się w nich za bardzo postarał to nie za bardzo, wiec nie ma tematu. Post się wczoraj skończył, ale nie zamierzam z tego powodu nikomu nowemu rzucać się na szyję. Na chwilę obecną, chcę bardzo wyjść już z tego biura dzisiaj. Usiąść w kawiarni przed domem i poczytać książkę “W ogrodzie pamięci”. Powinnam była urodzić się w okresie międzywojennym. Przesiąknięta polskością, tradycjami, romantyzmem i Jasnorzewską, przystawałabym lepiej do tamtego świata. Pisałabym pamiętniki, listy miłosne i rodzinne albumy…

Wyeksploatowane słońce

Data wpisu: 27.04.2011 | Dodaj komentarz

Chciałabym zamknąć się dzisiaj w sobie i milczeć. Milczeć w stosunku do swojej szefowej, której oczekiwania czasem przerastają moje doświadczenie, umiejętności, ramy czasowe, pensję. Milczeć w stosunku do Davida i każdego innego, którego intencje są dla mnie niezrozumiale, zagmatwane, confusing too much. Milczeć w stosunku do diety Dukana, która ma w sobie jedną wielką niewiadomą pod postacią efektu jojo i która wywołuje wielkie poczucie winy, gdy przestaje być skrupulatnie przestrzegana w obecnej, kryzysowej fazie. Milczeć w sprawie wszystkich przykrości, które gdzieś tam zgromadziły się we mnie ostatnio. Jak rak wycofać się do bezpiecznej, ciasnej skorupki. Przeczekać w ciszy i samotności. Zostawić świat samemu sobie, niech się toczy. Przemilczeć raz własny perfekcjonizm i ludzkie ułomności. Przemilczeć własne ambicje i skrupulatnie realizowane cele. Odetchnąć. Odetchnąć pełna piersią z poczuciem, że niczego nie brakuje. Że nie brakuje wymarzonego urlopu i natchnienia do fotografowania nowych miejsc. Że nie brakuje zwykłej, codziennej, normalnej miłości. Że nie brakuje wsparcia i pomocy kogoś silniejszego. Że nie brakuje pomysłu na wieczne pocieszanie, wiecznie rozsypanej w drobny mak koleżanki po przejściach. Że nie brakuje możliwości i pomysłów na realizowanie marzeń, że nie brakuje marzeń… Występuje tu taka choroba, którą określiłabym “syndromem braku pór roku”.  Słońce wymusza wieczną aktywność 365 dni w roku. Nie ma przestrzeni na ukrycie ciała pod grubą warstwą ciepłego ubrania. Night life nie zwalnia nawet w Ramadanie. Codziennie przybywają nowe rzesze turystów i taniej siły roboczej. Ta wyeksploatowana zalega podłogi lotniska, tak jak wyeksploatowani turyści zalegają tysiące tętniących sukcesem, lub porażką restauracji. Czysty samochód, czyste mieszkanie, czyste ciało, bez własnego wysiłku i brak ogrodu, żeby sobie ręce fizyczną pracą pobrudzić, skosić trawę, spalić śmieci po zimie. Coś naprawdę oczyścić. Uczestniczyć w przemianach natury, w jej rytmie zmian i cykli. Tu czas mija, stojąc jak brudna woda w stawie. Chciałabym po prostu móc pozwolić sobie na zmianę otoczenia. Podróż w jakąś inną rzeczywistość, do jakiegoś innego świata na parę dni, żeby docenić ten, którego częścią teraz jestem. Pamiętam wspaniale wakacje na Kubie. Cudotwórcze działanie samotnej podroży na Sri Lankę dwa lata temu. Od tamtego czasu… nigdzie nie byłam. I widać już tego negatywne efekty. Może weekend wystarczy, żeby zmienić otoczenie, nastawienie, bezradność w nowe działanie…

Chciałabym, żeby nadciągnęła burza, porządnie lunęło i zaświeciło znów słońce… Pewnie każdy by się chętnie tu ze mną zamienił!

Rubinowy creme brulee

Data wpisu: 02.05.2011 | Dodaj komentarz

Nie powinnam czekać z zapiskami własnego nastroju do końca uroczystości zaślubin Księcia Williama z Kate Middleton, bo z najszczęśliwszej dziewczyny w Dubaju jestem najsmutniejszą. Natychmiast trzeba mi zaaplikować antidotum z cafe late i creme brulee! Czuję się totalnie niekochana. Tak, dziś przejmująco jak londyński chłód – do szpiku kości. Zachwyca mnie determinacją, z jaką Kate zdobywała latami Williama i to, co ta kobieta sobą reprezentuje. Wszystko – powiedziałabym – w najlepszych, doskonałych proporcjach. Cała uroczystość była przepiękna, dość nieoficjalna jak na przyszłego króla Anglii. I choć było do przewidzenia, że Kate wybierze dom mody A. Mcqueen na projektanta swojej sukni ślubnej, ta suknia była nie jak Alexander, ale jak Kate. Stonowana, elegancka, ale skromna, bardzo kobieca. Szkoda, że ani kreator, ani Mama Wiliama nie doczekali tej chwili. Myślę jednak, że oboje widzieli moment, w którym Młoda Para pocałowała się na balkonie Pałacu Buckingham jak para nastolatków. Jakby całowali się od niedawna, niewinnie, nieśmiało, uroczo… Jak to dobrze, że William ją sobie sam wybrał z miłości, a może ona wybrała jego… umyślnie zakładając przejrzystą sukienkę, na pokaz mody z jego udziałem, wytrwale stojąc u jego boku, w każdym momencie, w którym jej potrzebował. A może to właśnie wszechświat tak wszystkim pokierował? Bo jak podąża się tropem swojej własnej legendy, to wszystko sprzyja w jej realizacji… muszę nauczyć się robić ten krem brulee, bo zbankrutuję w tej restauracji pod domem! Przyjechałam tu prosto z klubu Barasti, gdzie na plaży, z moimi brytyjskimi znajomymi Lizie i Williamem obejrzałam całą ceremonię ze łzami w oczach. Ile to już rodzinnych zaślubin mnie ominęło, nie wykluczając własnych… Najważniejsze jednak jeszcze przede mną. Wesela mojego rodzeństwa, Marioli i Konrada. Jeśli mnie kiedyś zaproszą. Czy doczekam swojego? Dziś nie postawiłabym na to nawet 10 dirham. Po wielkich planach i przygotowaniach z Michałem, które odwołałam w ostatniej chwili, motywowana potrzebą odkrycia prawdziwej siebie, nie mam już w głowie absolutnie żadnej wizji. I żeby nie narazić siebie na podobną, jak niegdyś, śmieszność w oczach swojej zdziwionej rodziny i znajomych, już nigdy nie odważę się snuć marzeń o własnym ślubie. Z resztą w Dubaju szczerze podziwiam i szanuję każdą parę, która ma staż bycia ze sobą dłuższy niż 3 miesiące. Ja chyba takiego jeszcze nie miałam. I co jest ze mną nie tak? Czy coś jest nie tak raczej z tym miejscem? Mam na palcu rubinowy pierścionek Babci Maryli. Zawsze, gdy go noszę, czuję jej bliskość, wsparcie, zawsze życzliwy uśmiech, spracowane dłonie, które tak rzadko nosiły pierścionki. Uwielbiam go. Jego kwadratowe, czerwone oczko, z trzema perełkami po obu stronach. Ręczna robota dawno temu, zbiera obecnie wiele pięknych, zasłużonych komplementów. To mój talizman, amulet. Babcia całe życie była wierna jednemu mężczyźnie, którego poznała na robotach w Niemczech. Który nie zawsze troszczył się o szczęście swojej żony. I pewnie, gdyby zamiast ze skromną, troskliwą, dobrą kobietą, był z inną to umarłby jeszcze prędzej. Takie to były czasy. Ojcowie pili i rządzili twardą ręką, nie zawsze mądrze i rozsądnie, ale mieli też swój urok, żar, charakterystykę, która teraz bywa wyblakłą kartką wypaczonych, nowoczesnych charakterów bez żadnej treści. Obejrzę tu dziś zachód słońca w hołdzie miłości i prezencie ślubnym dla balującej Kate i Williama. Pewnie nie będą mieli pozwolenia na Honeymoon. Boże, wakacje z miłością życia. Moje największe obecnie marzenie, skryte głęboko w sercu. Zanzibar, Cape Town. Aparat, wieloryby, spacery i kolacje, koktajle i tańce. Wschody i zachody słońca we dwoje. Ale tak niewiele jest facetów, którzy mają to samo marzenie. Albo jak myślą o tym marzeniu, to widzą dokładnie kogoś podobnego do mnie. Czy ja widzę kogoś wyraźnie? Konkretnie? Kiedyś widziałam. Górala, patriotę z ciemnym zarostem, stawiającego domy z drewna swoją silną ręką. Wysokiego, wierzącego, lista nie miała końca. Poznałam Szymona, który jakby się zmaterializował z mojej długiej listy życzeń i nic z tego nie wyszło. A potem okazało się nawet, że jednak nie mogłabym całej reszty życia spędzić w górach. Teraz nie mam już w głowie żadnych konkretów. Nikogo idealnego. Nawet boję się o kimś takim pomyśleć, bo wtedy chciałabym z nim już być jeszcze bardziej. Czy można chcieć czegoś jeszcze bardziej niż teraz? Chyba już nie!

Pierwsza Milonga

Data wpisu: 09.05.2011 | Dodaj komentarz

4.05.2011

Dziś tańczyłam pierwszy raz tango argentyńskie nie z Cezarem, moim nauczycielem. Z zupełnie obcym zawodowym facetem. 10 lekcji z Cezarem jakby nie istniało. Normalnie, jakbym pierwszy raz w życiu usłyszała ten rytm i przebierała nogami. Porażka z uśmiechem na ustach, ale za to jaka odwaga wyjść na parkiet otoczona takimi nogami, takimi tancerkami. Boże, jakbym pierwszy raz w życiu wychodziła na stadion pełen ludzi. I oczom nie wierzę, kogo na nim widzę! Sąsiada z windy. Czasem go widywałam wjeżdżając na 31 piętro i nigdy do głowy by mi nie przyszło, że… on tak doskonale tańczy… cokolwiek… Tanga nigdy bym nie umieściła w jego potencjalnym repertuarze. Szok! Bo to tak bardzo przeciętnie wyglądający ktoś, a tu but na obcasie, twarz do twarzy i jaka pasja! Bez kremu brulee tego nie przeżyję. Mają tu tylko czekoladowy. Spróbuję więc czekoladowy. Jest jedna pani, w czerwonym w czarne kropki. Jak na nią patrzę, to chce mi się jutro trenować z Cezarem. I może za 10 lat wywinę podobnie nogą…

Musiałam przerwać pisanie w tym momencie, bo zostałam poproszona do tańca przez najprzystojniejszego tancerza na sali, Eliasa, i nie mogłam odmówić, bo w tangu jest jedna zasada: na wieczorkach Milonga nikomu się nie odmawia : )

 

6.05.2011

Dziś jest piątek. Super piątek. Podcięłam włosy, rzuciłam ognisty rudy, założyłam chabrową sukienkę i w tan. Dziś druga w moim życiu Milonga, pierwsza randka z chłopakiem poznamy wczoraj na parkingu i trzecia noc w nowym pokoju, w nowym mieszkaniu.

P.S w Tangu jest też druga zasada: nigdy nie idź na Milongę ze swoim facetem. Podziała on jak skunks na innych tancerzy. Druga w życiu Milonga i choć Yamen nie jest moim chłopakiem… ani jednego tanga… oj głupia ty, głupia ty…

Sukienka mojej Mamy

Data wpisu: 09.05.2011 | Dodaj komentarz

Nie mam czasu dokończyć myśli w tym zeszycie. Ostatnio dołączył na kawę Yamen i przerwałam pisanie. W tygodniu mam tyle pracy, że nie mam siły ani natchnienia na otworzenie ani bloga, ani notesu. Przed niedzielną Mszą mam 10 minut wyrwanych zapełnionemu znów wieczorowi, żeby wylać na kartkę szybko to, co chcę ze mnie wypłynąć. Moje paznokcie mają kolor czereśni. Najwspanialszych czereśni. Najsłodszych, najsoczystszych, tych prawie czarnych. Uwielbiam ten kolor winnego borda. Do niego dziś założyłam sukienkę Mamy. Nosiła ją już jako mężatka, a mi zajęło dwa miesiące dopasowanie ciała do jej rozmiaru. Zadziwia mnie jak doskonale jest uszyta i znów tak modna. W idealnym stanie, przetrwała tyle lat w worku na strychu. I dziś oglądali się za mną pewnie tak, jak oglądali się kiedyś za bardzo piękną i modną Mamą. Pamiętam takie duże czarno-białe fotografie z obiektywu Taty. Mama jest na nich jak modelka reklamująca Levisy i te jej oszałamiająco piękne migdałowe oczy i soczyste usta. Dostały się siostrze. A mi ta żółta sukienka, doskonale skrojona, jak z najnowszego Vogue’a. Jak z kolekcji Diane Von Fustenberg, z wyjątkiem, że szyła ją pani na wiosce, a nie pani w Paryżu. Najważniejsza sukienka w mojej szafie. Bardzo specjalna. Przyciąga magię przeszłych momentów z życia młodej dziewczyny, która mnie urodziła. Dziewczyny, której życie zszarzało bardziej niż jej sukienki. Bo stroje leżały spokojnie i bezpiecznie w szafie, a ich właścicielka urodziła jeszcze dwoje dzieci, od żadnego nie zaznając wystarczająco miłości, szacunku i pomocy, na które zasłużyła swoim młodzieńczym, pełnym nadziei, planów i dobrych chęci, sercem, po których zostały już tylko łzy, coraz więcej łez. Dlaczego pastwimy się nad swoimi Matkami i Ojcami? Dlaczego nie szanujemy ich domu, ich spokoju, ich poglądów? Dlaczego rościmy sobie prawo do burzenia ich budowanego ciężko i mozolnie życia? Deptania ich uczuć, upokarzania ich godności i dumy? Tylko dlatego, że nie są doskonali? A czy my jesteśmy doskonałymi dziećmi? Nie kiedyś, teraz, jako dorośli już ludzie. Kiedyś bywało różnie. Często bez naszego wpływu, bez złych intencji. Z ich bezradności, niemocy, słabości. Ale teraz przecież mamy swój rozum, prawo wyboru, prawo decyzji. I tylko dlatego, że jesteśmy częścią ich samych mamy prawo do ich spokoju, prawo do ich łez, do ciułanego latami grosza? Dlaczego przyznajemy sobie tak łatwo prawo do okrutnej i bezwzględnej krytyki, wchodzenia butami w ich osobowość, tradycje, wartości, grzechy z przeszłości, gdy sami wyznaczamy im miejsce na wycieraczce i awanturujemy się nieludzko, jak przez uchylone drzwi starają się zajrzeć do środka naszego życia, szukając złudzenia, że są jeszcze jego znaczącą coś częścią. Niech tam stoją, bo a nuż będzie potrzebna jakaś drobna pożyczka, albo ktoś do pilnowania dzieci, zreperowania czegoś, co żal wyrzucić, no i jakoś będzie trzeba kiedyś rozdzielić ten ich marny majątek. Boże broń, niech się tylko z tej wycieraczki za głośno nie wtrącają, nie zrzędzą, nie narzekają, nie oczekują niczego w zamian, bo to oni są od dawania. Zazdroszczę tym, którzy w życiu potrafią szanować każdego, a w sposób szczególny swoich Rodziców. I nie mówię tu o Biblijnym przykazaniu o czci, które Tato, grubym technicznym ołówkiem, podkreślił całej naszej trójce w książeczkach do Pierwszej Komunii. Bardziej odpowiednie byłoby przywołanie przykazania „Miłujcie się wzajemnie” dzieci i Rodzice, bo łzy mi ciekną ileśmy czasu zmarnowali i zdrowia na wzajemne tortury.

Inwestycje

Data wpisu: 15.05.2011 | Dodaj komentarz

Dziś upiekłam sernik. I jest to podwójny powód do radości. Po pierwsze, jest to pierwsze ciasto od chyba 4 lat, które upiekłam. Po drugie, jest to sernik Dukana, według przepisu z diety proteinowej, więc mogłam zjeść go ze smakiem, bez wyrzutów sumienia, choć wyrzuty sumienia być powinny, bo nie tylko sernik (niestety) zjadłam podczas tego weekendu. Za szybko pewnie i za intensywnie urozmaicam sobie dietę, ale skoro już tak niedaleko do wymarzonej mety, to myślę, że mogę sobie trochę pofolgować kalorycznie w scenariuszu powrotu do warzyw, owoców i intensywnych ćwiczeń. Nie czuję, żebym miała potrzebę powrotu do innych składników. Podoba mi się wizja prowadzenia dietetycznego domu, który – jak się okazuje – może być również pyszny. Zamierzam, więc pójść w ślady siostry i wypróbować wszystkie desery z minimalną liczbą kalorii. Przecież kiedyś tyle piekłam i pomagałam w kuchni. Zapomniałam jaka to frajda oblizać widelce od miksera w koglu moglu. Fajna nazwa swoją drogą. Ciekawe kto ją wymyślił? Intensywnie przyjemny weekend. Z namiastką domu i dawnych planów… Wrócił tak bardzo niespodziewanie temat małżeństwa. U mnie z tym tematem, to trochę tak, jak z wymarzoną torebką Caroliny H. Upatrzyłam sobie jedną i bardzo chciałam doczekać dnia, w którym pojadę do sklepu i sobie ją w końcu kupić. I zupełnie niedawno był taki dzień, w którym przechodząc koło jej butiku dotarło do mnie, że nie stoi już nic na przeszkodzie, żebym po prostu weszła do niego i poprosiła sprzedawcę o zapakowanie towaru. I kiedy to mogło się stać uświadomiłam sobie, że tyle czasu jakoś sobie bez niej radziłam i nic się nie stanie jak nie będę jednak jej miała. Poczułam przywiązanie do torby, którą miałam na ramieniu i wszystkich pozostałych z mojej „kolekcji”, nie mając potrzeby niczego zmieniać. Podobnie sprawa się ma z małżeństwem, które było najsilniejszym wewnętrznym pragnieniem. Kiedy odkryłam, że zupełnie nie moim, odwołałam ślub, a teraz zastanawiam się czy dziś to, co mam w sercu to tylko echo tamtego, nie mojego pragnienia, czy może prawdziwa już potrzeba? Jeśli to prawda, to nazwijmy ją po imieniu! Potrzebuję nie tylko kochającego, uczciwego, mądrego, zaradnego męża. Potrzebuję bogatego męża. I nawet wypowiadając te słowa w myśl zasady „ Sekretu”, że zasługujemy i możemy dostać od Wszechświata wszystko, co najlepsze, czuję się jakoś okropnie. Zamiast tego realizuję w życiu schemat, w którym zostałam zaprogramowana. Jako socjolog wiem, co to zły schemat. Dźwięczą mi w uszach podświadomości słowa Mamy, wypowiedziane żartem, a wygląda na to, że zakodowane przeze mnie ze śmiertelną powagą. Mama wybrała sobie na męża chłopaka, od którego miała lepsze wykształcenie i lepsze perspektywy, żeby zawsze czuć się tą lepszą i silniejszą. Oczywiście Tato był do tego dobry, pracowity, przystojny i wesoły. Nie był i nie jest niestety bogaty, choć mógł kilkakrotnie. Podobnie jak każdy męski wzór tego archetypu w moim życiu. Typ finansowo samowystarczalny nigdy nie palił się do ślubu ze mną. Dlaczego? Mam tyle pomysłów na życie, które łatwiej byłoby realizować we dwoje, z zapleczem gotówki. Zawsze też chciałam poświęcić się wychowaniu gromadki dzieci jak (już zdecyduję się je mieć) i przeraża mnie ten scenariusz z mężem, który zarabia połowę tego, co ja, bo rozsądniej i ekonomicznej byłoby gdyby to on je rodził. Trudno też jest nie móc pójść do ulubionej restauracji, czy pojechać na wakacje tam gdzie się chce, bo on nie może pozwolić sobie na ten, czy jakikolwiek akurat, wydatek. Oczywiście, może nie być tak zawsze, bo jego ambicja, ciężka praca i motywacja się opłacą! …albo i nie… i co wtedy? Będę żywicielką rodziny? Czy będę organizować mu Cv? Już raz organizowałam, zupełnie nie myśląc o sobie. Nie odnalazłam zupełnie w tym szczęścia. To pewnie przez te amerykańskie filmy. Piękna, prosta dziewczyna poznaje księcia z bajki albo z prominentnej rodziny i jej życie zamienia się z bad story w love story. Urodziłam się i wychowywałam w rodzinie z problemem braku wystarczającej ilości pieniędzy i boję się o życie w podobnej. Oczywiście, że wiem o drugiej stronie medalu, że pieniądze to nie wszystko. Nie zgadzam się jednak, że szczęścia nie dają. Uważam, że każdemu należy się takie życie o jakim marzy, a ja dokładnie wiem jak moje powinno wyglądać i co powinnam od losu dostać, a czego Yamen na razie dać mi nie może. Swoją drogą, to jest najdoskonalsza kopia mojego Ojca, którą kiedykolwiek znalazłam : ) Mechanik, ciemne włosy, zielone oczy, dobre serce, to samo co do joty poczucie humoru, prawie identyczne zachowanie. Yamena poznałam, żeby było jeszcze śmieszniej, dokładnie w imieniny swojego Taty, które oczywiście wyleciały mi z głowy z jednodniowym poślizgiem, ale wracając do tematu… Nie od dziś wiadomo, że podświadomie szukamy Ojców i Matek. Tylko, że ja świadomie nigdy nie chciałam i nie chcę poślubić mojego Taty. Mam gdzieś, że ktoś sobie pomyśli ”jaka ona wyrachowana, zachłanna, materialna”. To nie o to tu chodzi, dlatego trzeba być na bieżąco z moim pisaniem, bo nie tylko o rozterkach finansowych są rozważania : ) To po prostu świadome dążenie do scenariusza życia, jaki się samemu sobie napisało, ale czy ja w ogóle wierzę w małżeństwo i wierność na całe życie? Czy umiem bezinteresownie dzielić się z kimś swoimi osiągnięciami i pieniędzmi? Nadal nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Jeszcze tego nie wiem, czyli coś jednak o sobie już więcej wiem, a zaczynając ten tekst myślałam, że będzie jedynie o serniku. Z pewnością też będzie o tej nowej znajomości ciąg dalszy, a więc miłej lekturki tym, którzy są fanami moich życiowych, materialnych rozterek. J Jak wytrwacie i jak ja wytrwam w planach na przyszłość, to może kiedyś w końcu będzie o jakimś dobrym i pięknym milionerze J, bo o milionerach w tym Dubaju było już nie raz…, ale po co mi milioner bez serca! To byłby też wybrakowany scenariusz na życie. Y- Amen

Sprawdzony sposób na samotność i inne wyzwania

Data wpisu: 23.05.2011 | Dodaj komentarz

To się nazywa wykorzystany na maxa weekend! Spałam 3 godziny, może 4 a może jedynie 2, każdej nocy od czwartku, resztę czasu tańcząc, przegadując i przytulając się w końcu jak należy : ) Festiwal Tanga udał się oszałamiająco. Zerwałam z Yamenem i swoim dawnym życiem przywiązanym do niewłaściwych mężczyzn. Jestem na nowym torze, z jasno wytyczonym celem. Nie marnować więcej czasu, a w zamian rozwijać pasje. To najprostszy sposób, żeby odnaleźć wartościowych ludzi. Dziś jedynym wyrzutem sumienia jest spóźnienie do pracy z powodu rzekomego zatrucia pokarmowego i plan jak najszybszego powrotu do łóżka odespać parkietowe szaleństwo : ) Do momentu Festiwalu byłam początkującą fanką tanga. Od piątkowej nocy jestem jego nową kochanką. Oglądając występ mojego Maestra Cezara z żoną Elizabeth, a w sobotę show Argentyńskich Mistrzów, chcę tańczyć jak najwięcej i za rok być nowym olśnieniem festiwalu Hawana. Nie tylko taniec mnie tak olśnił. Nowa pasja pozwoliła poznać nowych ludzi, połączonych tym samym zainteresowaniem i podobną wrażliwością. A jak spotyka się podobny punkt widzenia na świat z podobną wrażliwością to już krok stąd do Miłości… przez duże M. Taniec rozjaśnia umysł! Tango rozjaśnia serce! Moje promienieje od soboty, a może już od 4 Maja… a w sobotę dostrzegłam ten blask. Nie do wiary, że po prostu zastosowałam radę Kaisa i ruszyłam tyłek z domu nie do nocnego klubu, w którym mogłam jedynie poznać kolejnego Casanovę, ale gdzieś gdzie spotykają się normalni ludzie z prawdziwymi pasjami. A więc, jeśli cierpisz (tak jak ja cierpiałam) na brak przyjaciół, samotność i beznadziejne związki – zaaplikuj sobie rozwiązanie, które sobie sama zaaplikowałam :

  1. Diagnoza wyzwania:

(ale nigdy nie zaczynaj od czego nie masz, czego brakuje, tylko zawsze pozytywnie, co chcesz, czego potrzebujesz, czego szukasz )

– chcę mieć prawdziwych przyjaciół, z którymi łączą mnie te same pasje

– chcę poznać przyszłego męża, z którym połączą mnie te same pasje, etc.

  1. Analizuj swoje życie i wyzwania (nie ma problemów, są tylko wyzwania) nie narzekając i użalając się, tylko na zasadzie zadawania sobie samej jak najczęściej pytań:

– Jak i gdzie najłatwiej poznać fajnych ludzi? Zamiast: nie mam przyjaciół

– Jak i gdzie odszukać prawdziwą miłość? Zamiast: nikt mnie nie kocha

– Jakie pasje chcą łączyć z innymi? Zamiast: nie mam celu w życiu

  1. Tymi pytaniami wyzwalasz specyficzną energię kreacji i uwalniasz “zamówienie” na to, czego potrzebujesz
  2. Pozwól Bogu/Wszechświatowi działać poprzez zrządzenia losu, sny, olśnienia, natchnienia, którymi On realizuje wszystkie Twoje zamówienia
  3. Mi podsunął Tango jak tylko zadecydowałam, że chcę tańczyć, bo inne tańce były albo za drogie albo niedostępne. Zdecydowałam się na Tango zupełnie wcześniej nie widząc siebie w tym tańcu, tylko dlatego, że ufam swojemu Bogu, że wie co jest dla mnie najlepsze.
  4. Tańczę trzy miesiące
  5. Poznałam super ludzi, byłam na wspanialej gali Tanga
  6. Drugi taniec na prawdziwym parkiecie poza salą treningową zatańczyłam z miłością mojego życia…
  7. Cdn…

Grzech w supermarkecie

Data wpisu: 09.06.2011 | Dodaj komentarz

Znów szaleństwo. Brak kontroli. Brak balansu. Milion myśli w głowie. Niepokój. Brak koncentracji i pochłonięte opakowanie parówek na zimno, z węglowodanową bułką, strucel jabłkowy, tabliczka białej czekolady, kubek lodów i paczka orzeszków. Muszę o tym napisać. Może dlatego, że dawno nie pisałam, ale kiedy? Przed jego przyjazdem, czy po jego wyjeździe? Przed odwiedzinami starałam się ćwiczyć po powrocie do warzyw, owoców i randkowych pysznych kolacji, żeby nie doświadczyć efektu jojo po Dukanie i nie zmarnować tego super ciała, w które się przemieniłam. A po jego wyjeździe, nad ranem starałam się odsypiać to szalone tempo, z jakim zaczęło pędzić moje życie… zastanawiając się jak on je odsypia, odwiedzając mnie co drugi dzień po pracy w sąsiednim emiracie.

Ale po kolei.

W ostatnim poście napisałam przygód z tangiem… CDN… no i nastąpił. Ten facet z parkietu roztańczył moje życie, ciało, umysł i serce na całego. Cały miesiąc tkwiliśmy wpatrzeni w siebie, albo wsłuchani w rytmy tanga na parkiecie. Nie pisałam, bo każdy wie o co chodzi na tym pierwszym etapie zauroczenia. Wariactwo. Nie zaznałam tego od 4 lat, tracąc nadzieję, gnuśniejąc, utwardzając serce jak szalunek, plątając się wśród wielu miłosnych pomyłek. Po takich doświadczeniach nie mogłam napisać ”słuchajcie, spotkałam miłość życia”… bo odbiłoby się to jak echo od moich wielu wcześniejszych obwieszczeń. I smutno mi z tego powodu, bardzo smutno, że tak się rzucałam na ochłapy komplementów i emocji jak hiena na mięso, zamiast więcej czasu poświecić swojemu rozwojowi, nauce, religii i cierpliwie czekać, aż los uzna, że pora… Elias zapytał mnie któregoś wieczoru „gdzie byłam przez ostatnie dwa lata”? A ja układałam po prostu swoje życie, jak z puzzli kwiatową łąkę w dzieciństwie. Nic nie było tak jak powinno i musiałam się poukładać od nowa… rozstać duchowo już na zawsze z Grzegorzem, oczyścić z tamtej miłości, może nawet wyszumieć w night clubach, poszukać prawdziwie satysfakcjonującej pracy, uwierzyć znów w siebie, podrasować finanse, wrócić do dawnego ciała, naprawić proporcje i balans, odszukać nową pasję. I cieszę się, że poznałam Go dopiero teraz, bo wcześniej, w stanie chaosu w jakim byłam, pewnie wszystko bym szybko zepsuła. Szczególnie w sytuacji gdy mam do czynienia z przystojnym mistrzem tanga, do którego na parkiecie wzdychają wszystkie stare panny i nie tylko… Bez wypracowanego szacunku do samej siebie, własnej wartości i większej stabilizacji emocjonalnej nie usiedziałabym za stołem bez awantury z zazdrości, niepewności, strachu. Dziś nie ma we mnie niepewności. Jest tęsknota, bo Elias pojechał do Europy na obóz taneczny i spotkamy się w Rzymie dopiero za tydzień. Albo to ta tęsknota, albo jednak odrobina niepokoju, hormony, lub odrzucony wniosek kredytowy na wymarzone mieszkanie w Warszawie, wywołały we mnie ten wczorajszy napad obżarstwa. Absolutnie nie umiem wytłumaczyć jak to możliwe, żeby człowiek po wejściu do sklepu stracił zupełnie nad sobą kontrolę, świadomość i zamienił się w odkurzacz do wciągania kalorii. Z pewnością zjadłam ten stres i ciśnienie ostatniego miesiąca, ale na etapie 12 kg mniej powinnam na prawdę umieć już nad tym panować. Dziś czuję rozczarowanie sobą. Dziki instynkt wziął górę nad jakąkolwiek kontrolą i świadomością, wiec mamy problem : ( I trzeba się zastanowić dlaczego, bo jak nie to dziś rundka w supermarkecie może się przydarzyć ponownie. Miłość i owszem pozytywna bardzo, posiadanie mieszkania również, ale obie sytuacje to poważne zmiany w moim życiu i wybicie z dawnego rytmu. Rak tego nie lubi i reaguje pod skorupką bardzo emocjonalnie. Do tego dochodzi 4 dniowa podróż do Rzymu, z planem zobaczenia wszystkiego, co w Rzymie obowiązkowe do zobaczenia i wycieczka biznesowa Berlin-Paryż z przystankiem na urodziny w Londynie, ze starą paczką przyjaciół. Wszystko trzeba logistycznie zorganizować, pogodzić spotkanie z Rodzicami z napiętym grafikiem targów handlowych. Do tego jak ja utrzymam tę swoją nową wagę poza terenem, na którym od 4 miesięcy nauczyłam się kulinarnie poruszać wg. Dukana? Jak mam Dukana zabrać do rzymskich knajpek i pizzerii, niemieckich piekarni i paryskich kawiarni?? Masakra i konflikt gotowy. A do tego przed wyjazdem jeszcze czeka mnie sprawdzian w biurze, bo wymyśliłam sobie, że zorganizujemy po raz pierwszy specjalną wyprzedaż dla VIP kontaktów biznesowych i dziennikarek z magazynów, a dziś nie wiem, czy ktokolwiek ruszy tyłek i się do mnie na wyprzedaż pofatyguje. Mój pies, Kopcia, miałaby w niedzielę kolejne urodziny… miałaby… ale już jej nie ma… Do tego zawsze we Włoszech, wśród zieleni drzew, szumu winorośli, w słońcu Florencji mój luby może odkryć inną perspektywę na życie, niż życie ze mną. Staram się powtarzać jak mantrę “Puść wolno, jak wróci to kocha”. Wczoraj w supermarkecie niewidzialna para poszła mi uszami i już przy struclu z jabłkami poczułam błogie uczucie ulgi i wyluzowania, którym zawsze zastępowałam uczucie fizycznego napięcia, w efekcie nie mieszcząc się już w ulubione sukienki… Dziś musiałam ten grzech z siebie wyrzucić. Efekt podobny, bo od razu poczułam ulgę i wyluzowanie. Więc pisz, nie jedz. Ufaj, z założeniem, że On tęskni, wieczorem przy kubku ciepłego mleka uzupełnij notes z podsumowaniem dnia i wszystkich projektów, żebyś miała świadomość, że wszystko jest pod twoją kontrolą. I nie wywołuj wilka z lasu, kiedy zły wilk w końcu przeniósł się na inne tereny…

...w deszczu

Data wpisu: 10.06.2011 | Dodaj komentarz

Natalko, i co ja mam zrobić z tym panem? On zajęty jest już ponownie, a ja tańczę Tango! Tą piosenką znów przywołałaś wspomnienia i nie wiem czy jestem Ci za to wdzięczna… Długo zajęło mi wbicie sobie do głowy, że jednak do życia potrzebuję kogoś innego, powiedziałabym bardziej życiowego, co ma czas go ze mną marnować, dzielić, mnożyć. Pewnie nieświadomie, ale jednak skusiłaś mnie dziś. Skusiłaś do powrotu w myślach do tamtego momentu, w którym nie wiedziałam, co mam zrobić… Teraz mam w głowie inny znak zapytania. Co zrobiłabym gdyby w okienku wiadomości wyświetliło się znów jego imię… Nie skoczyłabym z radości na krześle, bo tyle już tych smsów i radości było. Nie czytałabym 10 razy pięciu słów na krzyż. Nie zarumieniłabym się czytając za pierwszym razem. Nie odleciałabym w 10 sekund na Mount Everest.

Nie odpisałabym.

Czy na pewno bym nie odpisała? Nie powinnam nawet o tym myśleć. W środę lecę z miłości do Rzymu. Proszę, nie przysyłaj mi już niczego o nim…

bo boję się swoich myśli

3256 mil do Dubaju

Data wpisu: 20.07.2011 | Dodaj komentarz

Rzym, Berlin, Paryż, Londyn w jeden miesiąc, w te wakacje bez wakacji, bo tylko Rzym był wyjazdem prywatnym, a trzy dni w Londynie były za krótkie, żebym mogła się porządnie zrelaksować. Reszta to praca. Targi Bread and Butter w Berlinie, zamówienia nowych kolekcji w Paryżu, spotkania z obiecującymi producentami. Właśnie wracam do domu. Tzn. do Dubaju, ale od kiedy czeka tam na mnie Elias, to powrót jak do domu. Postanowiłam wrócić do regularnego pisania i uczcić tym samym rocznicę tego bloga. Tak, tak. Jestem znów o rok starsza. I mój blog ma już rok. Pojawienie się w moim życiu pięknej miłości, na bazie której weszłam w końcu w normalny, fajny związek, multum pracy dla ambitnej i nieobliczalnej czasowo szefowej, spowodowały, że zaniedbałam pisanie. Mam nadzieję, że wytrwam w postanowieniu powrotu do dawnych przyjemności. Blog jest tą najważniejszą. Za szybą lotniska Charles De Gaulle pada deszcz. Liczę krople na szkle. Dotykam palcami zimnej powierzchni. Za 7 godzin rześkie powietrze zamieni się w ciężki, wilgotny zaduch, którym będę oddychać do września, przez całe arabskie lato. Lubię szare niebo w różnych porach roku. Nie lubię permanentnej szarości Londynu. Paryż mnie uskrzydla, Londyn mnie przygnębia, Berlin mnie spina, Rzym wywołuje za dużo sprzeczności. Dobra, stara Europa. W tym roku definitywnie przestała konkurować z Dubajem. Bo w Dubaju nadal czuję się najlepiej. Nawet w 50 stopniach Celsjusza, co wciąż jest niewielką ceną za stabilną gospodarkę, wysokie pensje, prosto i dobrze zorganizowane życie. Europa się męczy ze zmianą klimatu (lipiec, a było okropnie zimno), z ekonomią (było okropnie drogo), z kryzysem (trudniej się wybić, by osiągnąć sukces), ale ludzie mnie bardzo zaskoczyli swoja życzliwością generalnie. Taksówkarze uczciwi i pomocni, kelnerzy uśmiechnięci i przyjaźni, wszędzie oprócz Rzymu, ale tam męczenie turystów to już miejscowy, najpopularniejszy sport, chyba jak kiedyś walki w Colosseum. Pomimo to uważam, że Europa podniosła poziom “humanitarnej życzliwości” co jednak nie jest wystarczającym dla mnie powodem, by skorzystać z ofert pracy  otrzymanych we Francji. Cała ta zawodowa wyprawa zebrała całe moje sklepowe doświadczenie i wzbogaciła je o umiejętność rozmów biznesowych oraz udowodniła, że dobry ze mnie detektyw nowych okazji i możliwości rozwoju. Ciekawa jestem ile z przedstawionych projektów uda się mojej szefowej w tym roku zrealizować. Ja swoje zadanie wykonałam. Pozostaje mi jedynie wypracowanie za biurkiem satysfakcjonującego poziomu asertywności, bo inaczej będę robić drugi etat w nadgodzinach, fundując właścicielowi trzecie Porsche. Jeszcze nie wiem jak tego dokonam, ale muszę zrobić to szybko, zanim szefowa poszerzy moje stanowisko o zadania kolejnych trzech osób, na które ciągle nie ma firma teoretycznie pieniędzy. Przed wyjazdem osiągnęłam rekord produktywności wychodząc z pracy regularnie po 22.00. I nie zamierzam go poprawiać, ani nawet się ponownie do niego zbliżyć, bo jest Elias, jest plaża i jest pisanie…

Do samolotu ustawiła się już długa kolejka, a ja nie umiem oderwać ręki od długopisu. Padła mi bateria w laptopie i przeniosłam się na kawałki białego papieru, wolne w dokumentach, notatkach i moich kalendarzach, bo nawet nie mam przy sobie porządnego zeszytu. Taka ze mnie pisarka! Ale za to składam myśli z łatwością, bo mam wenę i głód pisania. Może przerwy dobrze robią twórczości…

W Europie udało mi się nawiązać nowe kontakty i odnowić te stare z przyjaciółkami, które utknęły na dobre w Londynie. W tych samych zawodach, miejscach pracy, w tych samych wiktoriańskich mieszkaniach z osobnymi kurkami do ciepłej i zimnej wody. Przy nich czułam się jak żeglarka, która wypłynęła samotnie w rejs dookoła świata na łodzi wyścigowej. Na szczęście, i ku mojemu zaskoczeniu, serca i głowy pozostały nam te same i było tak, jakbyśmy spotkały się ponownie w regularnym cyklu Pt. „ Przyjaciółek rozmowy przy winie”, który celowo przerywa nam życie kilkunastomiesięcznymi przerwami. Wczoraj znów udało nam się zupełnie zignorować fakt, że ostatni raz w tym samym gronie rozmawiałyśmy ze sobą rok temu. Bez żadnych przeszkód kontynuowałyśmy ten sam temat. Życie…

Brakuje mi ich bardzo, bo są mądre, różne od siebie, a jednak złączone tym samym językiem, paszportem i doświadczeniem emigracji. Brakuje mi tego zrozumienia i zaufania jakie mam w nich, a które buduje się i zdobywa latami. Wysyłam regularne zaproszenia i emaile, ale nasze życie nabrało tempa, w którym brakuje już czasu na bloga, skypa, odwiedziny, jakąkolwiek odpowiedź. Tym bardziej doceniam fakt, że po tylu latach, w tym samym składzie, cykl rozmów przy winie w pubie na Knightsbridge wciąż trwa…

3256 mil do Dubaju. Podróż potrwa 5 godzin, 46 minut. Przygotowałam pięć jednostronnych kartek A4. Mam o czym pisać. Wiozę ze sobą prezenty urodzinowe. Sesję zdjęciową od Ewy, która przyjechała z Amsterdamu wbić mi do głowy potrzebę spokoju i spełnić moje wielkie marzenie pozowania jej na ulicach Paryża. Nowe zawieszki do bransoletki, a wśród nich wieżę Eiffla, na znak mojej wiecznej miłości do tego miasta, koniczynkę na szczęście, bucik do tanga i literkę E jak Elias i Ewa. W zeszłym roku dałam sobie na urodziny bloga. Dziś przeznaczyłam tę bransoletkę na kolekcjonowanie symboli moich najważniejszych wspomnień. Usunęłam z niej jedynie grawer „ Ewa 4 ever”. Bo nie każda Ewa okazała się w moim życiu na zawsze. O tę Ewę z dzieciństwa przestałam walczyć na sali operacyjnej w styczniu, gdy telefon milczał, choć była jedyną osobą wiedzącą, że tam leżę i się boję. Jak pomóc tej Ewie z Berlina? Bo nie można porzucać przyjaciela, nawet jeśli ten przyjaciel z anioła niosącego zawsze dobrą nowinę zamienił się w wampira wysysającego energię. Nie wiem, co robić! Coraz trudniej zrobić cokolwiek. Wiozę słoiczek miodu i maminą miodówkę dla Eliasa na problemy z sercem i fartuch z wieżą Eiffla, bo Elias teraz codziennie gotuje placuszki z przepisu Dukana. Moje ciało zmotywowało go do pracy nad swoim, kiedyś też szczupłym i wysportowanym. Za 5 godzin zobaczę efekty ostatnich trzech tygodni. On również zobaczy rezultat mojej podróży, niestety odwrotny, w postaci pięciu nadprogramowych kilogramów, przed którymi nie potrafiłam znów się ochronić. Nie byłam w stanie sobie odmówić wspaniałych europejskich węglowodanów. Na szczęście za siłownią też się stęskniłam, więc liczę na to, że szybko odzyskam wagę po Dukanie i wrócę do tanga, bo z Eliasem tańczę mniej niż przed Eliasem, a to niedopuszczalne, ale zrozumiałe. Tango okazało się konfliktem interesów, którego do końca jeszcze nie rozumiem i muszę spokojnie z nim go wyjaśnić, bo chcę żebyśmy oboje nadal tańczyli. Choćby i w tej samej zazdrosnej grupie samotnych harpii, które adorowały samotnego Eliasa, a teraz pokazują mi swoje ostre zęby i niezadowolenie, z faktu, że Elias zakochał się we mnie, zamiast w którejś z ich czcigodnego, tanecznego stada. Do stada przyjęta nie zostałam, chyba przyjęta nie będę i chyba Elias ma z tym jakiś problem. Zupełnie niepotrzebnie, bo na tych wieczorkach milonga wcale nie musimy być parą. Z przyjemnością potańczę z kimś innym i popatrzę, jak on również doskonali swoją technikę. Na razie jestem skutecznie izolowana, a że w tym związku nie zamierzam urządzać dzikich awantur, spokojnie poczekam z rozmową na właściwy moment…

Niech nikt mnie nie pyta jak to się właściwie stało, że na przestrzeni zaledwie ośmiu tygodni z tracącego wiarę w miłość Kopciuszka przemieniłam się w obudzoną ze snu słodkim pocałunkiem Śnieżkę. Tak jak ona, byłam już bliska uczuciowej śmierci. Szarpiąc się ostatkiem sił z samotnością i głodnymi mego ciała wilkami z ciemnego lasu, byłam gotowa poddać się i zaakceptować fakt, że nikt mnie nie chce znów na zawsze. Wtedy Kais poradził mi terapię przez taniec, która okazała się bardzo skuteczna i zakończyła początkiem utęsknionej normalności. I choć klub londyńskich przyjaciółek wybił mi skutecznie rychły ślub z głowy, znów rozważam w sercu taką ewentualność…

Zaadoptuję cię, chłopczyku

Data wpisu: 31.07.2011 | Dodaj komentarz

Czasem wszystko wychodzi tak, jak powinno, ale są dni, że z trudem akceptujemy wynik swoich daremnych wysiłków artystycznych. Wtedy najlepiej skasować mało zadowalające produkty końcowe i zacząć od początku, innego dnia. Tak jest dziś z moją zabawą Photoshopem. Wczoraj zrobiłam 8 zdjęć w godzinę, dziś przez 3 rzeźbiłam 4, które po mozolnej przeróbce i tak skasowałam. Kiedyś rysowałam kredkami albo ołówkiem. Dziś bawię się, z lenistwa, kolorami w programie komputerowym, na własnych portretach z Paryża. Dzięki Ci Boże za poprzedni lepszy dzień, bo kilka ze wczorajszych dzieł mogę zaliczyć nieskromnie do arcydzieł moich rozwijających się zdolności : ) Po raz pierwszy w życiu wkleiłam sobie siebie na pulpit i nie mogę oderwać od siebie, tzn. od swojej czarno-białej fotki, oczu. Dziś nic już więcej nie namaluję..

Za to napiszę. To pewnie z resztą powód, dlaczego Photoshop mi dziś zupełnie nie idzie. Mam w głowie od kilku dni temat domagający się napisania. Kilka tematów, ale ten szczególnie głośno woła w mojej głowie.

Pamiętam doskonale drobną, kolorową kostkę posadzki na szerokim korytarzu, stare drzwi do sali, z przeszklonymi do połowy skrzydłami, wysokie okna i czarne, metalowe kraty. Zapytałam natychmiast po co są te kraty w oknach. Czy bez nich gołębie wlatywały do tej sali? Powiedziano mi, że wylatywały dzieci i to dla naszego bezpieczeństwa. Dla mojego i chłopaka leżącego obok, bo reszta metalowych, wysokich łóżek w tej sali była ciągle pusta. Nie pamiętam dokładnie ile miałam lat, ale pamiętam dokładnie noc, w której dołączył do mnie ten chłopak. Wwieźli go na tym łóżku wieczorem, po kolacji. Usnął pawie natychmiast, szybciej niż ja, a w nocy ze snu wyrwał mnie jego przerażający atak padaczki. Jak w 997 oglądanym po nocach z ukrycia, widziałam w smugach księżyca jego szarpane konwulsjami ciało. Pamiętam jeszcze, że krzyczałam i płakałam głośniej niż on, i że lekarz włożył mu kołek do buzi, złapało go za ręce i nogi pięciu ludzi, a potem zasłonili biały parawan wokoło jego metalowego łóżka. Rano zapytał mnie, czy bardzo się przestraszyłam, chyba nawet przeprosił i się zaprzyjaźniliśmy na tydzień jego pobytu. Był starszy ode mnie, wieczorami mnie pocieszał, bo wieczorami po dobranocce najbardziej tęskniłam do domu i opowiedział mi o padaczce. Następnym razem już się tak nie bałam i wiedziałam, że tylko z kołkiem w ustach się nie udusi. Pewnego dnia powiedział, że dziś idzie do domu i zostawił mi swoją plastikową figurkę Gonza z Ulicy Sezamkowej, żeby mnie ktoś pocieszał za niego, bo ciągle moje oczy i skóra były zbyt żółte żebym i ja poszła do domu. Potem mijaliśmy się często na wąskich ulicach naszego małego miasteczka, przez następne 10 czy może 12 lat. Zawsze odwracał głowę i nigdy nie powiedzieliśmy sobie nawet cześć. Po wyjeździe na studia przestałam go rozpoznawać. Rozpoznawałam natomiast w sobie coraz silniejszą potrzebę adopcji dziecka, a potrzeba ta zrodziła się w tym samym szpitalu, krótko po wypisie chłopaka z padaczką. Zostałam sama. Smutna i radosna, że inne dzieci nie zachorowały tak jak ja i są zdrowe, ale muszę za to leżeć sama na tej okropnej, wielkiej sali z księżycem. Pamiętam tylko jedną uśmiechniętą pielęgniarkę. Reszta była leniwa i krzyczała, a jedna pani opowiadała innej jak to wieźli jej syna do kostnicy. Do wąskiej, zimnej lodówki dla trupów, bo nie mogła go pochować zanim nie ustalą przyczyny zgonu, a on teraz tam leży i marznie. Wszystko to wyleciało mi kompletnie z głowy. Żółtaczka wczepiona na pogotowiu z rozciętą głową wymagającą zszycia, szpital, przeciery marchwiowo-jabłkowe, które polubiłam na całe życie i nic poza tym. Żadnych detali do zeszłego tygodnia. Detale zaczęły do mnie powracać jak obrazy z dawno oglądanego filmu. Musiały, bo były odpowiedzią na pytanie Eliasa, w rozmowie, w której zapytałam go czy zgodzi się kiedyś na adopcję dziecka. Postawiłam to pytanie każdemu facetowi, który był przy mnie dłużej niż 3 miesiące, bo 3 miesiące to wystarczająco, żeby mnie poznać i wiedzieć, że jak coś sobie ubzduram to muszę to osiągnąć, a adopcja jest moim największym życiowym marzeniem. Elias, niestety, okazał się trudnym przeciwnikiem, nieumiejącym na razie pojąć, czemu zdrowa kobieta z takimi interesującymi genami chce adoptować, a nie rodzić? Nie potrafiłam nikomu odpowiedzieć na to pytanie. Dlaczego właściwie odkąd tylko pamiętam wiedziałam, że zaadoptuję pewnego dnia dziecko i zwiążę się jedynie z takim mężczyzną, który będzie chciał tego dziecka tak samo jak ja? Odpowiedź nie ma znaczenia, bo czy ludzie pytają, dlaczego chcesz wygrać szóstkę w totka? Mam teorię, że marzeń się nie wybiera, że marzenia są częścią naszej osobowości. To marzenie jest też częścią mojego dzieciństwa i zapomnianych szpitalnych wspomnień, które wyciągnął ze mnie Elias. Naprawdę nie pamiętam ile miałam wtedy lat. Mogłabym się tego dowiedzieć. To pozwoliłoby określić, co było mi wolno i czego mi wolno nie było. Na pewno nie mogłam łazić nocami po korytarzach, nie mogłam widzieć Taty, bo za bardzo płakałam jak musiał już iść do domu, a i tak nie dałam się oszukać jak tylko słyszałam jego głos za drzwiami i widziałam cień ukrywający się za filarem. Nie mogłam narzekać i pouczać pań pielęgniarek. Nie mogłam być też widocznie obojętna, bo zaryzykowałam „włamanie” do izolatki, w której odkryłam źródło przejmującego, tkliwego, umęczonego płaczu, niepozwalającego mi zmrużyć oka całą noc. W łóżeczku stał na słabych nóżkach ponad roczny bobas w białych, mokrych śpioszkach, z gilami i łezkami na całej buzi i kaftaniku. Pewnie pani z uśmiechem nie miała dziś nocnego dyżuru, bo przyszłaby i uspokoiła dziecko, przed nocną powtórką odcinka „Dynastii”. Dziś jednak nikt inny w dyżurce nie słyszał, nie widział i nie czuł nic innego poza konfliktem Alexis z Cristal. Usiadłam na podłodze i przez szpary w szczebelkach łóżeczka zaczęłam głaskać niemowlaka, tulić kocykiem i po cichutku śpiewać kołysanki. Chłopczyk się uspokajał, kładł na poduszkę czerwoną od temperatury i płaczu, smutną twarzyczkę, wyciągał rączkę przez szczebelki i zasypiał niespokojnym snem, wtulony w zimną, pustą przestrzeń izolatki. Naprawdę nie pamiętam ile miałam lat i nie pamiętam ile nocy przychodziłam do niego. Wiem, że pielęgniarki w końcu mnie złapały, odprowadziły do sali i kategorycznie zakazały śpiewania kołysanek. Kolejnej nocy płakałam razem z tym samotnym chłopczykiem z naszej wspólnej bezsilności względem losu i okrucieństwa dorosłych ludzi, bo drzwi do jego izolatki panie pielęgniarki zaczęły zamykać nocami na klucz.

Felietony

Data wpisu: 04.08.2011 | Dodaj komentarz

Przyjaciele gdzie jesteście? Chcę się podzielić z Wami szczęściem i nowinami. Mój poukładany świat rozpadł się na kawałki. Nic nie trzyma się starego porządku. Nie piszę bloga, nawet smsów nie piszę już regularnie, nie mam poukładane w szafie, nic nie mam już poukładane jak dawniej. Nie mam czasu na sen, od kiedy on zasypia obok. Jest dobrze i więcej nie powiem, bo powiecie, że zawsze tak mówiłam, a potem bum. Powinnam pisać, nie mogę, zasypiam… uczę się nowego rytmu na dwa takty… nowej melodii życia codziennego, a raczej nocnego, bo E. przyjeżdża do mnie późnymi wieczorami po pracy z Abu Dhabi i wyjeżdża o 3, 4 rano. Oboje ziewamy w pracy, zawalamy siłownie i wszystko dookoła przez taki rytm, ale takie wariactwo jest zawsze na początku..

Tak pisałam 3 miesiące temu. Nie miałam wtedy czasu ani dokończyć tego tekstu ani go opublikować na blogu. Dziś choć ograniczyliśmy spotkania z E. w tygodniu do jednej, góra dwóch zarwanych nocy, żyjąc w rytmie weekendowym, nadal jest dobrze. Była burza dziecinnej zazdrości na jednym wieczorze tanga, a zamiast awantury – prawdziwa rozmowa. Taka awantura, bez awantury przydarzyła mi się w życiu po raz pierwszy. Natychmiast to doceniłam i zrozumiałam, co w życiu jest ważne i potrzebne. Nie wiedziałam, że tak można starać się kogoś zrozumieć. W tym przypadku mnie.. Nikt się nigdy nie starał…

Wygląda na to, że dostałam od losu wspaniały prezent w momencie, gdy myślałam, że los już o mnie zapomniał. Nie będę rozpisywać się o byciu kochaną i szczęśliwą, bo jeszcze nie umiem. Po dojrzeniu do prawdziwej miłości, dojrzałam również, do pisania na inne tematy, bo absolutnie nie chcę przestawać pisać. Chciałabym zmierzyć się teraz z formą felietonową i poruszać tematy, które mnie zainspirują do pisania. Przy tej okazji zmienia się szata graficzna mojego bloga, ale mój styl pozostaje ten sam, bo nie umiem pisać mniej osobiście, mniej emocjonalnie i mniej otwarcie, dlatego moje pisanie nigdy nie będzie popularne i komercyjne, ale wystarczy mi świadomość, że kiedyś własne dzieci będą wiedziały, kim byłam i jak dojrzewałam przez życie.

Tak się zdobywa 3 medale na Mistrzostwach Świata

Data wpisu: 07.08.2011 | Dodaj komentarz

Relacja Roberta Celińskiego ze startów podczas rozgrywanych

19 Mistrzostw Świata Masters w Lekkiej Atletyce, Sacramento 2011.

Sama nie napisałabym lepiej, czyta się doskonale. Serdecznie polecam fanom sportu i biegania ! : )  

Robert… co za niespodzianka… absolutnie, z całego serca wielkie gratulacje ode

mnie i całej mojej rodziny : )))) biegaj chłopie, biegaj, bo jesteś

coraz szybszy i mocniejszy !!!! Wspaniała realizacja założeń!

 Robert jesteś Wielki !

 

Decyzję o wzięciu udziału w Mistrzostwach Świata Masters podjąłem jesienią ubiegłego roku. Miałem wtedy dużo czasu by do tych zawodów się właściwie się przygotować, zwłaszcza że w perspektywie wiosną tego roku startem docelowym miały być mistrzostwa Polski w Maratonie. Na mistrzostwach w maratonie, jak się później okazało miałem duże szanse zdobyć medal.

Życie napisało trochę inny scenariusz, znacznie utrudniając mi przygotowania do nowego sezonu.

W połowie stycznia podczas biegu ulicznego na dystansie 15 km, doznałem urazu ścięgna Achillesa. Kontuzja wyłączyła mnie na dobre trzy miesiące z treningu, niwecząc nadchodzący start w maratonie.

Brak solidnych przygotowań treningowych w okresie zimowym też kładł się cieniem na moje dalsze plany i start w Sacramento. Miałem bardzo mało czasu. Jedynie co mogłem robić w trakcie tych trzech miesięcy to treningi uzupełniające: jazda na rowerze stacjonarnym, pływanie na basenie, wiosłowanie na ergometrze, siłownia i ćwiczenia wzmacniające. Podjąłem jednak ryzyko, chciałem wystartować, to mnie dopingowało i mobilizowało do ciężkiej pracy i wyrzeczeń.

Pierwszy trening odbyłem już w połowie kwietnia, lekko nadal odczuwając kontuzję. Jedenaście tygodni jakie pozostały na przygotowania i pierwszego startu nie napawały mnie optymizmem.

Treningi realizowałem bardzo mozolnie, ciężko, brakowało mi luzu w bieganiu, było to bardzo frustrujące. Myślałem sobie” z czym do ludzi”, ale nie zbaczałem z objętego kursu. Mimo że sezon biegowy już na dobre się rozpoczął , ja tylko trenowałem. Na początku czerwca postanowiłem wyjechać do Szklarskiej Poręby na zgrupowanie sportowe, gdzie liczyłem na trochę szybsze dojście do względnej formy. Cisza, spokój , dwie sesje treningowe w ciągu dnia i odpoczynek , sprzyjają odbudowie formy. Mimo sprzyjających warunków do biegania nadal treningi szły z wielkim oporem nie czułem radości podczas biegania ale wiara się tliła. Dopiero ostatnie dwa dni pobytu w Szklarskiej Porębie dały oznaki „lekkiego luzu w nogach” i przyjemności z biegania, tu wiedziałem ze może być już dobrze.

Tydzień po zjeździe z gór wystartowałem w Mistrzostwach Polski Masters w Zielonej Górze. Obroniłem na tych mistrzostwach tytuł Mistrza na dystansie 5000 m i zdobyłem złoto na dystansie 10000 m, dwa biegi, dzień po dniu.

Zostało już tylko dwa tygodnie do pierwszego startu w Sacramento, złapałem już luz biegania i radość z tego że treningi biega mi się wyśmienicie. Sprawy związane z wyjazdem dopiąłem już na ostatni guzik, pomogli mi w tym moi dobrzy przyjaciele i sponsorzy. Polish Energy Partners, Orto-Fan, Asap 24 oraz Red Bull i Rudy Project.

 

Pierwszy start, 7 lipca, godz.9:00, cross na dystansie 8km, miejsce Granit Part- Sacramento.

 

Rozgrzewkę rozpocząłem na 50 min przed startem, temperatura już wynosiła 32 stopnie, biegałem w cieniu wysokich drzew okalających olbrzymie boisko trawiaste na którym był start i finisz crosu. Mimo wysokiej  temperatury czułem się wyśmienicie. Towarzyszył mi lekki stres i emocje, jak rozegram ten bieg i w jakiej dyspozycji są rywale, wszak ich wcześniej nie znałem i nie miałem okazji wcześniejszej się z nimi skonfrontować na zawodach. Znałem tylko wyniki jakie podali podczas zgłaszania się do mistrzostw. Na linii startu szerokiej na sto metrów stanęło osiemdziesięciu zawodników z 46 krajów w tym i ja jako jedyny z Polski.

Jeszcze kilka luźnych podskoków , klaśnięć po mięśniach nóg, komenda na miejsca, przyjąłem pozycję startową i strzał. Ruszyliśmy do przodu, przed nami długa prosta po trawie i ostry skręt w lewo, jestem w czubie, czuję emocje jakie we mnie siedzą, lekko nawet się trzęsę, orany biegniemy, jak będzie dalej?… Będzie dobrze, kontroluj wszystko, mówię w myślach sam do siebie, nie daj się podpuścić emocjom i nie wyrywaj zbyt mocno do przodu to dopiero początek wyścigu. Kolejny zakręt i jeszcze kolejny. Tak przebiegliśmy półtorej pętli po czworoboku na trawiastym boisku, dalej wybiegliśmy już po za boisko na zupełnie inny teren. Czekał nas długi łagodny podbieg, wypłaszczenie i łagodny zbieg, prowadzę stawkę biegu wspólnie z Marokańczykiem, czuję się swobodnie. Biegniemy dalej, na trasie towarzyszą nam kibice i znajomi biegaczy, okrzykami zachęcając do walki, ja też mam kibiców i okrzyki ,biegnij, trzymaj, dodaje mi to ochoty i mobilizuje mnie. Trasa staje się już wymagająca, drugi długi podbieg z trzema zakrętami jeden po drugim. Po bokach suche chaszcze wysokie do bioder, to one wyznaczają wyraźnie szerokość trasy i jej koryto, jak rzeka, wije się. Pod stopami nóg sucha jałowa pylista ziemia i linia biała, kreśląca kierunek biegu jak nić Ariadny. Biegniemy, czuję się dobrze, wszyscy prawie biegniemy w grupie, miną już trzeci kilometr, mamy już za sobą jeden stromy zbieg częściowo przebiegający po starym wylanym wieki temu asfalcie i po ruchomych kamieniach takich jak na torach kolejowych. Wbiegamy na ścieżkę gdzie jest już więcej po bokach drzew i pierwszy punkt kontrolny, na którym nasze czipy przyczepione do ”kolcy” monitorują w systemie kto przebiegł ten punkt i żeby wyeliminować wszelkie pomyłki, wszak pętli jest jeszcze cztery. Dwie duże i dwie małe i w jednym miejscu się one ścierają. Słychać pip, pip , całe morze takich sygnałów, świadczy to że jest nas jeszcze wielu w czubie biegu. Czwarty kilometr i podbieg , który już raz pokonywaliśmy, Argentyńczyk zrywa tempo biegu chcąc się urwać i uciec , nie pozwalam mu na to i biegnę na równi z nim, biegniemy jeszcze kilka chwil tak, dobiega do nas kolejny Argentyńczyk i Marokańczyk, odskoczyliśmy już od kolejnych zawodników na dobre dwadzieścia metrów, widzę to kątem oka gdy lekko skręcamy na trasie, jesteśmy liderami biegu, biegniemy ramie w ramię ocierając się momentami spoconymi  łokciami i ramionami. Widzę że w tym gronie jestem jako jedyny z grupy M-35, wiem to po numerkach na plecach moich konkurentów, jest bardzo dobrze, myślę sobie. To im powinno zależeć teraz jak rozkręcać dalej bieg. Tempo biegu wyraźnie jeszcze wzrosło, trzymam się , nie odpuszczam, zbieg i jeszcze mocniejsze szarpnięcie Marokańczyka, trzymamy się nadal razem, za nami już jakieś sześć i pół kilometra, przebiegamy ostatni raz przez matę na punkcie kontrolnym, pip, pip, pip i pip, jeden po drugim. Zakręt i ostre przyśpieszenie jednego z Argentyńczyków, biegniemy za nim. Jeszcze sto metrów po płaskiej , twardej wysuszonej, pylistej trasie. Kurzy się jak w stadzie pędzących bawołów na sawannie, ostatni łagodny długi podbieg i taki sam zbieg. W dali widać już metę, czuję już pewną ulgę ale walka na dobre rozpoczęła się dopiero miedzy dwoma Argentyńczykami i Marokańczykiem. Ja już sobie luzuję i mówię w duch bijcie się teraz między sobą, ja mam już złoto i oszczędzam siły na kolejny bieg, który czeka mnie za dwa dni na 5000 m. Jestem szczęśliwy i radosny, jeszcze bardziej radośni są koledzy i koleżanki z reprezentacji i Polonia, która mi dopingowała. Huraaa!

Godzinę później czekała nas ceremonia dekoracji, super uczucie stać na najwyższym stopniu podium, słyszeć Mazurka Dąbrowskiego i czuć radość w sercu, widzieć radość i wzruszenie Polaków, chwile takie są nie zapomniane.

 

Drugi start, 9 lipca, godz.20:44, dystans 5000 m, miejsce – Sacramento City College Hughes Stadium

 

Godzina 19:50 potwierdzam start. Jeszcze kilka zdjęć z przybyłymi Polonusami i czas na rozgrzewkę. Biegamy po trawiastym boisku przylegającym do stadionu, oddzielonym tylko ogrodzeniem z siatki. Zapada już zmrok, jupitery oświetlające stadion włączone. Na rozgrzewce widzę moich rywali, z którymi będzie mi dane rywalizować tego wieczoru. Biegając kółeczka wymieniamy się spojrzeniami i lekkimi uśmiechami, ja ciebie czy ty mnie dziś pokonasz, takie myśli zapewne mi jak i reszcie zawodnikom towarzyszą. Mijam kolejny raz Francuza, Czecha, Mongolczyka, Hiszpana i zawodników z jeszcze kilku krajów.

Dziś w rozgrywkę włączył się silny wiatr, rano miałem nadzieję że ustanie on pod wieczór, ale tak się nie stało. Zrobiłem już przebieżki dogrzewające. Z wiatrem biegam je po 17,16 sekund na sto metrów a pod wiatr już 19-18 sekund, trzeba będzie się mocno spinać pod wiatr.

Na sygnał sędziego podchodzimy do ostatniej kontroli sprawdzającej długość wkrętów w ‘kolcach” i koszulki reprezentacyjne czy są bez żadnych napisów sponsorskich itp. Przyklejamy jeszcze numerki boczne na biodra i lewą pierś, ja mam numerek 10, co to może oznaczać? myślę sobie. Pierwsza jedynka, to może pierwszy a 0? Hmm, może nie dobiegnę? albo będę drugi. Dopadł mnie już stres i trzęsę się troszkę. Wyprowadzają nas już na start, „Robert jesteśmy z Tobą” ,słyszę takie okrzyki otuchy. Orany , myślę sobie, ale będzie męczarnia, oby nie dać plamy. Pada komenda, proszę podejść do linii startu, jeszcze kilka krótkich chwil wydających się ciągnąc w nieskończoność, pochylam się, nogi mi zaczynają drżeć.

Następuje wystrzał i biegniemy, przechodzę do czoła biegu by nie wdawać się w ewentualne przepychanki, jestem na zewnętrznym pierwszym torze, obok mnie Francuz ale nie kwapi się do wyjścia na prowadzenie, biegniemy razem jeszcze chwilkę. Nie chcę nadrabiać dystansu na wirażu wychodzę na prowadzenie i lekko przyśpieszam. Zegar ustawiony przy mecie wskazuje 36” , jest tak jak chciałbym biec każde dwieście metrów. Wchodzimy w drugi wiraż i tu wiatr stawia mi wyraźny opór a druga prosta to mocowanie się z nim. Pod ten wiatr jeszcze staram się lekko przyśpieszyć by biec równo każde okrążenie. Pierwsze koło 1’12’’, zerkam kątem oka  na zegar, jest okej, aby tak dalej, czuję luz i swobodę, biegniemy, staram się utrzymać to tempo cały czas, przyśpieszając na odcinku bez wiatru i „spinając się pod wiatr”, kilometr pierwszy w 3’01’’, jest okej i niech tak będzie dalej. Biegnąc widzę na tartanie cienie zawodników biegnących za mną , biegniemy rządkiem jeden za drugim, postanawiam zbiec na zewnętrzny tor by dać do zrozumienia drugiemu , może mnie zmienisz i poprowadzisz troszkę, brak odpowiedzi. Muszę prowadzić dalej sam, powtarzam to jeszcze kilka razy na kolejnych odcinkach, ustępuję miejsca i nic. Widzę i czuję jak biegnący Francuz chowa się za moimi plecami i osłania się przed wiatrem. Cwaniak , myślę, przyśpieszam on za mną jak przyklejony biegnie i chowa się za mną. W głowie układam już taktykę, ruszę z ostatnich dwóch kilometrów wyraźnie by go zmęczyć. Drugi kilometr 6’04’’, trzeci 9’,06 sekund. Biegniemy dalej ale widzę już tylko cienie trzech zawodników biegnących za mną, troszkę się denerwuję. Czas przyśpieszyć, zrywam tępo już wyraźnie tak jak postanowiłem, biegnę ,Francuz za mną też, ściana silnego wiatru wieje mi prosto w twarz aż popłynęły mi łzy, o ranyyyyy. Próbuję to utrzymać ale wiatr bardzo nie pozwala, mocuje się i zrywam tempo jeszcze raz a Francuz się jeszcze trzyma. Czwarty kilometr mamy 12’12’’ a więc zwolniłem troszkę, ruszę z ośmiuset metrów jest nas tylko dwóch , wiatr stawia, są jeszcze tylko  ostatnie dwa okrążenia ale nie przyśpieszam, mam kryzys ruszę na pół kilosa do końca, Robert goł, biegnij, ruszaj, nie daj się, słyszę jeszcze doping w kilku innych językach co oni krzyczą?

Jest już ostatnie pięćset metrów, mam ruszać tak jak zaplanowałem ale postanawiam się wycofać, ruszę jeszcze z ostatnich czterystu metrów, Francuz za mną, „ jak przyklejony”, jest już ostatnie koło, przyśpieszaj, „krzyczy we mnie wszystko”,  nie, ruszę z trzystu, wiatr stawia, jest trzysta, ruszaj, jeszcze nie, „coś mi mówi” z dwustu ruszę mocno, Francuz nadal schowany, jest dwieście, przyśpieszam ale jak z procy wyskakuje mi Francuz jak szybo jak pędzi , ucieka mi, ja mobilizuje się całych sił i też już pędzę ale mi ucieka mam stratę z dwadzieścia metrów, pędzę jeszcze włączam mocno pracę ramion, zostało jaszcze 120 metrów przewaga nie zmalała, pędzę jeszcze mocniej zaciskam zęby i wszystko co mam w sobie, pędzę, zbliżam się już , widzę że Francuz już nie może przyśpieszyć, zbliżam się , niweluje przewagę, jeszcze dwadzieścia metrów, jestem bliżej o kilka centymetrów , żyłuję do końca jestem coraz bliżej. Wpadam jednak na metę jako drugi, Francuz podnosi ręce do góry w triumfie, przegrałem.

Jestem zły na sienie , przeklinam, o ranyyy, jak tak mogłem. Gratulujemy sobie , obaj robimy dobre miny ale wiemy że tak nie jest.  Orany jaki jestem zły , Polacy krzyczą, „Robert jesteś dla nas the Best” ale co z tego myślę sobie, przegrałem a powinienem wygrać. Coś jeszcze mamroczę sobie pod nosem. „Robert gratulujemy , wielkie gratulacje, masz kolejny medal, uśmiechnij się”, tak wiem, odpowiadam.

„Polska ma kolejny medal wywalczony przez Ciebie, jest super, uśmiechnij się”. Tak uśmiecham się, zaczynam się też cieszyć z tego że innym sprawia to wielką radość. Dawanie radości innym też jest wielkim wyzwaniem nawet gdy jest medal srebrny, należy się z tego też cieszyć.

Dekorację wręczania medali mamy następnego dnia o godzinie 10:40. Otrzymuję jeszcze gratulacje, uściski od Polonii licznie przybyłej na tę chwilę, robimy wspólne zdjęcia, wszyscy się cieszą, ja też, ale mam lekki niedosyt. Stoję na drugim stopniu podium, trzymam w dłoniach flagę Polski uniesioną nad głową, słyszymy Marsyliankę. Jeszcze raz sobie gratulujemy, robimy wspólne zdjęcia .

Polonusi bardzo się ciszą i mówią „jacy jesteśmy dumni”

Tak, to jest to, trzeba umieć się cieszyć. ‘’Dziękuję Bogu za ten srebrny i złoty medal, wielkie dzięki”.

Trzeci  start, 15 lipca, godz.20:20, dystans 10000m, miejsce – Sacramento City College Hughes Stadium.

Pierwsza weryfikacja i potwierdzenie startu jest o godzinie 19:10, jestem jako pierwszy, potem podchodzi Czech Jrzi i Kanadyjczyk. Witamy się „ahoj” i „hi”, wymieniamy uśmiechy. Starszy pan obsługujący biuro weryfikacyjne zauważa na moim nadgarstku bransoletkę, którą otrzymałem po zdobyciu pierwszego medalu w crossie, taką bransoletkę otrzymują wszyscy medaliści mistrzostw, ściska moją dłoń , uśmiech się i życzy powodzenia, jest mi miło.

Piątkowy wieczór też jest wietrzny, wieje silny wiatr, będziemy się zmagać z nim nie przez dwanaście i pół okrążenia ale tym razem przez dwadzieścia pięć, „masakra” myślę sobie.

Tym razem moje grono kibiców powiększyło się o kilkoro Amerykanów ubranych w koszulki koloru czerwonego z olbrzymim orłem i z napisem Polska. Ci przefarbowani Amerykanie to sąsiedzi Państwa Rodkiewiczów, (u których mieszkałem) którzy bardzo zainteresowali się moją osobą. Fajnie że przyjechali i dopingować będą mnie a nie swoich rodaków.

Za chwilę ruszy już ostatni bieg starszej kategorii i zarazem najmocniejszej serii, będę mógł śledzić na żywo ich rywalizację podczas swojej rozgrzewki, mam jeszcze pięćdziesiąt  min do startu. Czas zacząć truchtać, biegam kółeczka po trawie jedno po drugim, od czasu do czasu patrząc na zegarek ile mi jeszcze zostało tego truchtania, biegam na rozgrzewce zazwyczaj dwadzieścia minut. Zaczynam gimnastykę i stretching, chwilami napada mnie zwątpienie czy dam radę pobiec na tyle dobrze by ten ostatni start był udany. Odpędzam te stany, „dam radę, chcę pobiec dobrze, chcę ustanowić wartościowy wynik, będę walczył, nie poddam się.” Czas na przebieżki, trzy biegam po trawie, liczę kroki, dwadzieścia osiem i pół kroków biegowych na jedną nogę to u mnie jest sto metrów. Biega mi się luźno i swobodnie. Chwila na wypicie napoju izotonicznego, poprawiam swoją fryzurę, bo wiatr potargał mi ją troszkę. Zakładam teraz jeszcze skarpetki kompresyjne może dziś mi one pomogą i kolce, sznurówki ściągam dość mocno i zawiązuję na dwa supły. Zrobię jeszcze dwie przebieżki jedną z wiatrem, mam ją w 17 sekund i pod wiatr tę mam taż w 17 sekund. Pobiegną dobrze , bo tak chcę, chcę biec dobrze, powtarzam w duchu setny raz tego dnia. Słyszę sygnał sędziego, „zapraszam do weryfikacji końcowej”, otrzymujemy podobnie jak przed „piątką” numery boczne na biodra i na pierś, tym razem nam numer trzy. Jak będę trzeci będzie okej, myślę sobie. Jesteśmy gotowi, jeszcze słyszę powodzenia, trzymaj się.

Sędzia ustawia nas na linii startu, tłumaczy kiedy podbiegamy do linii  na jego sygnał i na wystrzał ruszamy. Przyjąłem pozycję startową, lewa noga lekko zgięta w kolanie, trzęsie mi się jak galareta, czuję wiatr wiewający me plecy. Huk wystrzału z pistoletu i ruszamy. Wyszedłem od razu do przodu, wiatr wieje w twarz, ktoś z tyłu zaczepia mnie butem  mój but, na szczęście nie ściągną mi go, lekko przyśpieszyłem. Prowadzę stawkę, za mną biegną pozostali zawodnicy, widzę ich smukłe cienie i swój też. Robert goł Robert goł, słyszę z trybun, to ci Amerykanie, z szalikami i flagą Polski, goł, goł. Pierwszy kilometr 3’08, jest okej, czuję luz i zszedł ze mnie stres że prowadzę, już tym się nie przejmuję, „chcę biec luźno i swobodnie” to sobie powtarzam. Przyśpieszam pod wiatr żeby nie zwolnić, luźno luźno, biegnę.

Słyszę okrzyki dopingu od rodaków i dla moich konkurentów w wielu językach. Prowadzę i zmagam się co dwieście metrów z wiatrem. Co kilometr słyszę z głośników rozmieszczonych na stadionie gęsto i prawie wszędzie, „bieg prowadzi Robert Celinsky from  Polen”. Mijamy trzeci kilometr, widzę trzy cienie podążające jeden za drugim w synchronicznym ruchu, noga w nogę , ramię w ramię. Biegniemy dalej, staram się lekko przyśpieszać, może szarpnąć, myślę sobie i tak robię. Zrywam i biegnę luźnym rytmem  tak całe sto metrów. Opłaciło się trzeci zawodnik odpada od naszej stawki, jest to Czech. Zostałem już tylko ja i zawodnik z Kostaryki, trzyma się, czy dam radę, tak myśl przebiega mi przez głowę, mamy jeszcze połowę dystansu, dam radę, biegnie mi się luźno, będzie dobrze, czuje się wyśmienicie, choć zmęczenie daje już pierwsze oznaki. Wiatr i zmaganie się z nim to już tylko to czuję i na tym się koncentruję, okrzyki już są gdzieś obok, walczę z wiatrem żeby tempo nie spadło.  Dubluję już Hiszpana i Amerykanina i kilku innych zawodników, dubluję Kanadyjczyka, przyśpieszam jak ich dubluję, to dodaje mi pałera i mocy. Wiatr i znów zmaganie się z nim, tak mijają kolejne kilometry, jest już ósmy kilometr i widzę zawodnika z Kostaryki, który trzymał się mnie najdłużej, kiedy od odpadł, nawet tego nie zauważyłem, przyśpieszam, chcę go dojść. Mam do niego jeszcze sto metrów, widzę jak się ogląda, dubluję kolejny raz Amerykanina i chyba Hiszpana. Wiatr i walka z nim, już mi nie przeszkadza nie obchodzi, biegnę, chcę” drapnąć” zawodnika z Kostaryki, meta jest już blisko, mam jeszcze 1200 m. Na łuku chcę wyminąć Kostarykańczyka, on widząc to przyśpiesza, biegnę za nim jeszcze chwilkę i mijam przed wyjściem na prostą, mam jeszcze tylko tysiąc sto metrów. Na tablicy widzę aktualny wynik biegu, i widzę szansę że mogę rozmienić trzydzieści dwie minuty, to byłoby super wynik na te warunki. Ostatni kilometr przyspieszam, biegnę przy głównej trybunie, słyszę wielką wrzawę i okrzyki „dajesz” to mi pomaga. Zmęczenie jednak też przypomina o sobie ale zostało mi jeszcze tylko dwa okrążenia, przyśpieszam, już nie wiele mi pozostało, mijam jeszcze kolejnego zawodnika. Jeszcze pięćset metrów, jeszcze czterysta, zrywam jeszcze, pracuje mocniej ramionami, nogi przebierają też jakby szybciej, jeszcze przedostatnia prosta pod wiatr i dwieście metrów. Na zegarze widzę że muszę przebiec ostatnie dwieście metrów w trzydzieści sześć sekund, to szybko, orany, ale przyśpieszam jeszcze, daję czadu, włączam jeszcze mocniej pracę ramion, biegnę , mam grymas zmęczenia na twarzy, jeszcze pięćdziesiąt ,dwadzieścia metrów i już upragniona meta. Jaki jestem szczęśliwy i w pełni usatysfakcjonowany, jest super. Ręce unoszę do góry i coś krzyczę , nawet nie wiem co. Padam na kolana i całuję tartan jak nasz Papież Jan Paweł II, Polacy i Amerykanie krzyczą huraaaa, „jesteś The best”. Przyjmuję gratulacje od sędziego głównego, podchodzę do trybuny i witam się jeszcze raz z tymi, którzy tak mi dopingowali, tysiące uścisków i pocałunków, nie ważne że jestem mokry i lepki.

Pozostali zawodnicy jeszcze biegną ale czekam na nich by im pogratulować bo wszystkim nam było dziś ciężko. Robimy jeszcze sesję fotograficzną, mnóstwo fleszy co chwila ulatuje w przestrzeń, wszyscy jesteśmy szczęśliwi.

 

Dziś zdobyłem drugi złoty medal na tych mistrzostwach- 10000 m, czas około 31’57”, nie oficjalny taki sobie złapałem, rozmieniłem 32” z czego się cieszę bo podobnie jak na 5000 m dziś potwornie wiało prawie na całym odcinku 200 m. musiałem się trochę nawet kulić w kłębek aby pokonać opór wiatru.

Cały dystans prowadziłem od startu, ogólnie mimo wietrznej pogody bylem dziś predysponowany do biegania na poziomie. Początek zacząłem dość mocno bo w granicach 3’06-08 na kilometr ale tak było do 4 km potem wiatr troszkę był mocniejszy ale tempo spadło minimalnie wolniej, ostatnie kilometry nawet lekko przyspieszyłem, motywowało mnie dublowanie zawodników, każdemu zawodnikowi założyłem dubla a tym z dalszych miejsc nawet dwa. Jestem zadowolony gdyż w samotnym biegu jeszcze nie udało mi się złamać bariery 32′, mimo jeszcze wiejącego wiatru.

Na początku myślałem że będę miał troszkę kłopotów z tym by pobiec szybciej nisz zawodnicy z wcześniejszej serii gdzie było dwóch dobrych zawodników z Argentyny i z Maroka oni pobiega w granicach 32′ i dwudziestu paru sekund.

P.S niestety tym razem nie będzie mi dane wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego, rano o 8:15 wylatuję do kraju, a dekoracje mam o godzinie 9:00, szkoda, załączam jedno zdjęcie z wycieczki ze starego miasteczka w Sacramento.

Serdeczne pozdrowienia dla was każdy wie kim jest z tych „WAS”, dziękuje trenerowi Januszowi Wasowskiemu za przygotowanie mnie do tych mistrzostw dziękuje sponsorom Panu Michałowi Dyblowi właścicielowi firmy Orto-Fan, Zbigniewowi Prokopowiczowi – prezesowi Polissh Energy Partners , Marcinowi Stachurze z Asap 24, wielkie dzięki i mam nadzieje ze nasza współpraca będzie się nadal pomyślnie się układała, wielkie dzięki ze trzymaliście za mnie kciuki i byliście ze mną tu w Stanach myślami.

Wielkie podziękowania dla Polonii Amerykańskiej za gościnne i wszelką pomoc tu na miejscu, w szczególności Magdzie i Tomkowi Radkiewiczom.

pozdrawiam Robert Celiński

Dzieci i psy głosu nie mają

Data wpisu: 14.08.2011 | Dodaj komentarz

Miałam pisać felietony. Więc napiszę o Karolinie może? Karolina wyszła po chleb do sklepu. Czarny, pełnoziarnisty, niskotłuszczowy, bo Karolinę coś dusi, ściska, męczy i nie wie czy to znów żołądek czy wątroba? A może to serce? Albo wszystko dziś naraz. Karolina jest w związku. Takim wizytowo-weekendowym i co sobotę dowiaduje się czegoś nowego. Tydzień temu dowiedziała się na przykład, że E. nie wyobraża sobie jak można wziąć do domu i przygarnąć nieswoje dziecko, bez względu na to jak wysoko adopcja znajduje się na liście życiowych marzeń Karoliny. Bez względu, na to, ze owe „przygarnięcie” znajduje się na szczycie tej listy. W ostatni słodki weekend Karolina dowiedziała się, że E. ma również alergię na wszelkie możliwe zwierzęta, w tym na ukochanego, wymarzonego na przyszłość psa berneńskiego Karoliny i o przygarnięciu go, któregoś dnia do domu też nie może być mowy. Owszem, możemy wspierać finansowo (jak Karolinie zależy) jakiś rodzinny dom dziecka, a pies może mieszkać na dworze… skąd, więc ten ucisk w gardle? Może dlatego, że Karolina wczoraj po raz pierwszy udawała w łóżku z E., żeby było mimo wszystko lepiej niż zawsze, kiedy nie udaje i nie ma finiszu. Przecież nie będzie oceniać najwspanialszego faceta, jakiego poznała w życiu przez pryzmat alergii do adopcji czy zwierząt, sama zdając sobie sprawę, jaka jest niedoskonała przy E. Taka niecierpliwa, przerywająca w pół zdania, fundująca „rollercostersy” emocjonalne jak prysznice na cellulit, który z resztą też ma. A może ten problem ze ściskiem w partii brzusznej jej ciała to paniczny lęk przed życiem bez E. jak któregoś dnia jego cierpliwość się wyczerpie? Bo doskonale pamięta życie przed E., bez E. i nie ma czego porównywać. Karolina niech idzie zrobić sobie kanapkę. Może to pomoże. Może to tylko zwykły głód… jej przewrażliwionej duszy za perfekcjonizmem życia…

Karuzela z emocjami

Data wpisu: 11.09.2011 | Dodaj komentarz

Karolina napisała…

„Właśnie odkryłam dlaczego interesują mnie źli faceci. Tylko przy takich wyglądam na dobrą. Przy E. nie za bardzo mi to wychodzi. Nie kontroluję swojej złości przy jego wszechobecnym opanowaniu. Nie kontroluję swoich emocji przy jego opanowanej powierzchowności. Wszystkie moje najmniejsze grzeszki charakteru, przy tak krystalicznej osobowości wychodzą na nieprzyjemne światło dzienne. I co? I płakać się chce z takiej jednej wielkiej niedoskonałości… Utrudniam wszystko tonem swojego głosu, doborem nieodpowiednich słów. Niszczę, wysadzam w powietrze, rujnuję i patrzę jak On to cierpliwie znosi. Nauczył mnie oszczędzać, a raczej przekonał i od 4 dni, od zakupów w najtańszym supermarkecie nie wydałam ani direczki. I fajnie się z tym czuję. Dom u babci się remontuje za zaoszczędzone pieniądze i to najważniejsze. Choć przyszło natychmiast poczucie winy, że mogłam zaoszczędzić już o wiele więcej, bo nie wydaje się to teraz wcale takie trudne. Łatwiejsze, gdy E. zasponsorował cały wylot do Polski, do mojego domu, a potem do Krakowa zainwestować resztę oszczędności. Było bardzo przyjemnie. Wróciliśmy w sobotę. Zastałam w pracy meila oskarżająco-wymagającego Bóg wie ile nadgodzin, żeby zadowolić pracoholiczkę, która nad rodzinę z dwójką małych dzieci stawia wzbogacanie rodziny milionerów z Omanu. Oczywiście nie wymaga od nas tego samego, bo to kwestia osobistych wyborów, ale nie może być mowy o sukcesie jeśli wszyscy nie będą zap… tak jak ona… więc… w 3 dni zapomniałam już o wakacjach. Praca, remont, prywatny projekt inwestycyjny i problemy z osobowością. Czasem chciałabym zgasić światło i wejść pod biurko, bo świat jest za wielki, za obszerny, za rozległy. 2 miliony ludzi umiera z głodu w Somalii, władze piszą, że dziennikarze szukają sensacji i zawyżają statystyki, fundamentaliści nie dopuszczają wolontariuszy ONZ do potrzebujących pomocy wiosek, blokują konwoje z powodów politycznych, religijnych i innych ważniejszych niż życie jakiś tam dzieci, a ja patrzę bezczynnie. I nie ogarniam swojego szczęścia w życiu, swojej głupoty i niewdzięczności, swoich podłych słabości. Coś się dzieje z moją głową. Co kwartał wchodzę na wyższe obroty, chudnę, tyję, chudnę, pokornieję, chamieję, buntuję się i łagodnieję. Wystarczy mi i ciągle mi mało. Modlę się, nie chodzę do Kościoła, medytuję i znów chodzę. Kocham, uciekam, wkurzam, rozwalam i kocham jeszcze mocniej. Zdrowy by zwariował, a ja aspiruję do coraz większej perfekcji i efekt jest coraz gorszy. Ten rok może być wielkim sukcesem! Świetna w końcu praca, nowe mieszkanie z fajnymi w końcu lokatorami, wspaniały, wyrozumiały, opiekuńczy i uczciwy facet, doskonały pomysł inwestycyjny, gwarantujący kupę kasy niebawem, rozpoczęty remont domu mojego dzieciństwa, który kiedyś może będzie mój. Albo wszystko może być wielkim niepowodzeniem.”

 

Pozwolę sobie za pozwoleniem Karoliny odpisać na blogu, bo Karolina uważa, że podobna sprawa może dotyczyć innych i warto, żeby odpowiedzieć publicznie. Przyznaję się, że sama na to nie wpadłam. Zasięgnęłam porady mojego dobrego przyjaciela i specjalisty od związków, Kaisa. Nie żebym sama nie studiowała psychologii, ale jakoś ślepa jestem i nie wiedziałam, co Karolinie odpisać. A mamy tu do czynienia z klasyczną podobno różnicą temperamentów emocjonalnych. Karolina jest otwarta, spontaniczna, uczuciowa, porywcza, mówi głośno co myśli, czuje i wie, a E. – nie! Karolina całowałaby E. i trzymała kontakt fizyczny dyskretnie wszędzie, używała wszystkich najsłodszych miłosnych określeń, rezygnując prawie zupełnie z jego imienia, skakała z radości, płakała ze smutku i klęła ze złości, a E. jest spokojny, stonowany, opanowany, zachowawczy, na dystans, ma dystans, nie okazuje uczuć i o nich za wiele nie mówi, nie mizia się i po 4 miesiącach nie całuje już tak często w usta z powodów higieny lub bliżej nieokreślonych, jest raczej konserwatywny i niezbyt żywiołowy. A więc emocjonalny ogień i woda! No i mamy sytuację, w której Karolina, żeby czuć się kochana, musi doświadczać emocji, fizyczności, i wszystkich atrybuty zakochania zawsze, naraz i nieodzownie. E. emocjonalny kołek nie kuma, lub nie chce kumać o co chodzi, albo niewiele go to obchodzi w jego stonowanym świecie. Karolina traci grunt pod nogami, bo nie widzi, nie słyszy i nie czuje reakcji, bodźców, miłosnej stymulacji, które utwierdzałyby ją w przekonaniu, że jest kochana. Co wcale nie znaczy, że nie jest, bo są kolacje, restauracje, tańce, treningi i inne sprawy, ale i tak jej podświadomość dostaje szału, bo to nie to co dla Karoliny jest ważne. Wtedy ten dobrze jej znany sarkastyczny ton, za ostra barwa głosu, cięty język, wyostrzona riposta. Prowokacja do reakcji, prowokacja do okazania emocji… i emocje ma jak na zamówienie. Przez chwilę pewna jest uczuć, bo E. zareagował, to mu zależy. Podświadomość odczuwa zadowolenie, i milknie uświadamiając sobie ogrom szkód, jakie niesie dla związku ta jej marna emocjonalna taktyka. Można rozmawiać, tłumaczyć, starać zrozumieć, docierać się jakoś, ale nie umiem powiedzieć jak długo potrzeba na takie dotarcie i czy satysfakcja ze związku na poziomie emocji w tym przypadku jest w ogóle możliwa? Nie wiem, zobaczymy, czas najlepiej pokaże.

Pozew dla Wedla za rozleniwianie

Data wpisu: 18.09.2011 | Dodaj komentarz

Po ptasim mleczku nie ma w szafce już śladu. Po diecie Dukana też. Żadna dieta nie zmieni naszego ciała, jeśli nie zmienimy naszego życia. Ta na dłużej zmieniła jedynie gęstość moich włosów. Miałam iść pobiegać, ale zadzwoniła Ewa i nie żałuję nawet, że nie poszłam, bo miło było słyszeć ją w o wiele lepszym niż ostatnio nastroju. Ewa ma piękny dar. Umie mówić rzeczy mądre i ważne. Dziś na przykład, że kobieta im silniejsza tym bardziej potrzebuje obecności mężczyzny. Im na zewnątrz mocniejsza, tym bardziej krucha i niepewna siebie w środku. Coś w tym jest, bo rzeczywiście moja zawodowa pewność siebie nie ma zupełnie przełożenia na mój związek i uczucia. Ale nie musi tak przecież być. Wszystko jest w moich rękach, czyż nie? Mam na sobie jeszcze tenisówki, więc mogę podnieść się z podłogi i spalić biegiem na marinie 1000 kalorii. Tylko, że już 23.00 i mdli mnie od tego ptasiego mleczka, i pewnie spać nie mogłabym po biegu do 2.00 nad ranem, i znów trzeba by było od jutra zaczynać jakąś dietę, bo samo bieganie po nocy przecież nie wystarczy… No i już nie mam tenisówek na sobie. Mam fałdki tłuszczu, którego nie każcie mi pokochać, bo nie pokocham i kiedyś w końcu go z siebie usunę, a on pewnie i tak wróci i znów będzie przyczyną moich łez w przymierzalni. Nic nie robię ze swoim życiem. Zwyczajnie się obijam z kąta w kąt, z obowiązku w obowiązek. I męczy mnie, że nie dotknęłam nawet żadnej książki przywiezionej z Polski, i męczy mnie, że ciągle piszę o niczym i tym pisaniem męczę innych, ale jak chcecie wiedzieć to ten blog mi pomaga ćwiczyć umysł i język. Nie zawsze chce mi się przebywać wśród ludzi i zazwyczaj jak mi się nie chce, to chce mi się zapisywać swoje myśli. Te nawet bez składu. Po co czasem zagłębiać się dalej skoro ktoś powiedział już coś w zasadzie na każdy temat, a czasem nawet fajnie się to czyta. Prawda jest taka, że ja nie potrafię sobie narzucić niczego oprócz kieratu pracy w organizacji. Ile to już było tytułów własnych książek, które nigdy nie doczekały piątej strony. Ile to już było zrzuconych kilogramów, niedokończonych medytacji i „Zdrowaś Maryjo”. Ile nieprzebytych podróży i pominiętych ludzi. Tylko w pracy muszę. Muszę być na czas, przygotować projekt, dopilnować publikacji, nowych okien wystawowych, dostaw i tego całego bajzlu niedotyczącego tak naprawdę ani mojego życia, ani moich pieniędzy ani niczego, w czym byłabym niezastąpiona, a do życia, poza pracą, motywacji brak. Może powinnam płacić sobie z własnej pensji kasę za każdy zrzucony kilogram, wypitą kawę z koleżanką, która bez tej kawy nigdy przyjaciółką nie zostanie? Płacić sowicie za ruszenie d… w nowe miejsce poza obszar Tesco i TV. Za ruszenie intelektu, bo poluzowały mi się ostatnio zawiasy ambicji jakiejkolwiek. Nawet wykrzykników mi się stawiać już nie chce. Znam taką już ani koleżankę, ani znajomą nawet, po prostu osobę, co za każdym razem jak się przypadkiem spotkałyśmy to albo zdawała jakieś egzaminy, albo się uczyła do kolejnych. Totalny fokus na realizacji siebie. Teraz pewnie już ma potrójnego MBA z 6 fakultetów i pewnie dziecka jak nie miała tak nie ma, a mi jedynie chodzi o to, że nie mam ani dziecka ani MBA. I dziś nie chce mi się chcieć być chudą, popularną, oczytaną, wyjątkową…

Wyjątkowo uwielbiam to śmietankowe ptasie mleczko. Powinni mnie zatrudnić jako Brand Managera w Wedlu! W Krakowie, na rynku chciało mi się dużo. Może to ten Dubaj, nie Wedel…

Odpowiedź bez odpowiedzi

Data wpisu: 25.09.2011 | Dodaj komentarz

Jak szybko jest za szybko dla dziewczyny, żeby zacząć temat małżeństwa?

Layne: 3 miesiące!

Lee: Powiedziałbym, że 10 lat, ale ja jestem zdecydowanym przeciwnikiem małżeństw.

Kris: Osobiście nie przeszkadza mi rozmowa o małżeństwie. To jest coś, czego chcę w przyszłości z odpowiednią dziewczyną.

Chatnie: Wydaje mi się, że jak będziesz wiedział, że to ta, to każdy czas jest dobry!

 

Czy kiedykolwiek powiedziałeś dziewczynie, że ją kochasz, ale nie była to prawda?

Layne: Tak, ale tylko dlatego, że nie wiedziałem czym jest miłość.

Lee: Raz, ale wtedy myślałem, że to czuję. Teraz jestem ostrożniejszy z tym słowem.

Kris: Wydaje mi się, że powiedziałem to, bo czułem się do tego zobowiązany. Myślę, że słowo „kocham” straciło swoją siłę i znaczenie, dlatego o wiele łatwiej jest je powiedzieć nie czując.

Chatnie: Nie, jestem dość staroświecki jeśli o to chodzi.

 

Coś nie gra. 30-latka napisała „Jestem z 40 letnim facetem 5 miesięcy. Gdy go zapytałam wczoraj, czy planuje mieć żonę i dzieci w przyszłości, odpowiedział, że nigdy o tym nie myślał. – Nie wierzę.” odpowiedziałam.

Nie wierzę, żeby 40-letni facet od 5 miesięcy spotykający się z kobietą regularnie w kinie i kawiarni, na zakupach w Ikea, raz nawet w Kościele i na wakacjach u jej rodziców nigdy nie pomyślał w życiu „mieć czy nie mieć rodziny”. Może się wystraszył, że Panna oświadczyn oczekuje, ale wyjaśniła mu szybko, że pyta tylko ogólnie na przyszłość, czy mają takie same plany na życie, bo jak w tym punkcie nie mają, to może nie warto zabierać sobie czasu, co bardziej znaczyło, że to on tego czasu raczej nie powinien jej zabierać, bo jeśli chodzi np. o dzieci to ona nie ma go wcale tak wiele. Na co nic konkretnego nie padło i po czym nic znaczącego się nie wydarzyło. Znów widzieli się w weekend. Byli na plaży i w kinie. Ona wybrała mu nową pościel, poduszki i kołdrę, bo od kiedy ona sypia w jego kawalerce zapragnął mieć wszystko porządne i powiedział, że ona wybierze lepiej. On zapłacił ze jej piękną nową bieliznę, którą sobie sama wybrała i odłożyła w tygodniu na hold. Pogadali na skypie ze wspólnym znajomym o wspólnym interesie. Zatańczyli wspólnie tango na kolejnej weekendowej lekcji. Nie chciała wracać do tematu, bo co to za odpowiedź, że nigdy o małżeństwie nie myślał. To tak jak usłyszeć „odczep się od tego”. I właśnie tego uczepiona zasypiam. Bo wiem, że na pewno myślał, tak jak każdy człowiek. I nie wiem, dlaczego nie powiedział po prosu „chcę mieć rodzinę”, lub „nie, rodziny mieć nie będę”… albo „myślałem i jeszcze nie wiem”.

Co to za odpowiedź, że nigdy o tym nie myślał?

Szanowna Pani 30-letnia. Ja bym na niego już tak nie cisnęła, bo teraz to może będzie się czuł zobowiązany… a czy Pani wie co to znaczy być kochanym ze zobowiązania, bo dzieci, kredyty, choroba, bo ona taka dobra dla mnie zawsze, bo tak się troszczy i stara, więc muszę ją kochać. Pewnie Pani nie wie. Ja też nie! I nigdy dowiedzieć się nie zamierzam. Proszę więc się cieszyć z tego co jest, bo to wszystko jeszcze za świeże, żeby tak jednoznacznie ocenić.

Festival Filmowy

Data wpisu: 25.10.2011 | Dodaj komentarz

Coraz dłuższa droga do bloga : ) a szkoda, bo tyle się dzieje! W pracy niebawem będę świętować pierwszą rocznicę. Nie wiem, kiedy upłynął rok. Z 365 dni, może 10 było nudnych czy leniwych. Nie będę się powtarzać, że kocham to, co robię tak naprawdę i w każdym aspekcie pierwszy raz w życiu. Nie będę się powtarzać, że nadal chcę być Brand Managerem za tym samym biurkiem, bo pomimo kilku sukcesów wiele jeszcze chcę się nauczyć. Dziś, po 3 dniach konferencji poświęconej sprzedaży dostałam propozycję wystąpienia za rok z własną prezentacją na temat oczekiwań konsumentów. Fajnie, zawsze chciałam występować na scenie hahaha. To może być mój dalszy kierunek rozwoju. Dzielenie się z innymi wiedzą i doświadczeniem w tym, co robię najlepiej od 19-stego roku życia, nie licząc wystąpień na targu z jabłkami, jagodami, słonecznikiem, śliwkami i kukurydzą w sezonach wakacyjnych przed maturą. Dziś, gdy chowałam wizytówkę organizatora, po raz pierwszy tak prawdziwie poczułam zadowolenie, że pomimo 3 zwolnień dyscyplinarnych za niedostosowanie, nie zrezygnowałam z pracy w sklepie. Pracy, która kiedyś wydawała mi się jedynie zajęciem czasowym, dorobkiem na studia, łatwym kawałkiem marnego chleba. Pamiętam jak intensywnie szukałam innej drogi. Przez zarządzanie barem w „Stodole”, sekretariatem w telewizji, zakładem tokarskim przez moment, aż w końcu lądując w londyńskim Harrodsie. Z Harrodsa do Harvey Nichols. Z Harvey Nichols do Bloomingdales. Z Bloomingdales do biura, a z biura (miejmy nadzieję) na półki księgarni : ))) „Jak sprzedać siebie – sobie” Ile razy intuicja podpowiada nam w czym jesteśmy dobrzy? Ile razy los podsuwa właściwe okoliczności? Ile razy inni namawiają – spróbuj? Ile razy słyszymy wewnętrzny głos, doskonale znający nasze powołanie? A jak często i ciężko kombinujemy? Bo brak odwagi, pewności, bo tak będzie lepiej, bo spełnimy czyjeś oczekiwania, czyjeś marzenia. Ja nie zdobyłam upragnionych medali, bo łatwiej było sprzeciwić się sercu chcącemu skakać, niż trenerowi zmuszającemu do 7-boju. Ile jest matek, które nie chciały mieć dzieci? Ile lekarzy, którym rodzice lekarze nie dali wyboru? Ilu pracowników, którzy mogliby być pracodawcami? Ilu krawców, którzy powinni być kreatorami? Ilu kreatorów mody, którzy nie powinni być nawet krawcami? Ile książek, wierszy i piosenek na dnie szuflad? A czy kiedyś ktoś widział kota szczekającego jak pies, słonia skaczącego jak kangur, truskawki dojrzewające na czereśni? Przyroda nie kombinuje i nie przeciwstawia się powołaniu. Pewnie większość powie, że nie każdy ma tyle szczęścia, żeby odkryć swój talent i jeszcze dostać od losu szansę na jego realizację. I ci, co tak myślą pewnie nigdy tego nie doświadczą, bo wszystko ukryte jest w naszym przekonaniu. Nie jestem ekspertem od życia. Nie prowadziłam badań statystycznych, ale wiem, że kiedy dokonywałam wyborów zgodnych z własnym sercem ono nigdy mnie nie zawiodło, a kiedy walczyłam z samą sobą by pójść w odwrotnym kierunku, zawsze kończyło się to życiową kontuzją. Tam coś jest. Jakaś potężna energia, która odbija od nas lustrem nasze myśli, poglądy, przekonania, obawy, pragnienia. Najefektywniej płynąć w jej nurcie, szlakiem, jakim wyznacza, szukając odpowiedzi, kim jesteś i w czym jesteś najlepszy? Bycie tym kimś, prawdziwym ja, i sam proces przemiany w najdoskonalszą postać siebie, to oaza szczęścia i sukcesów. Każdy z nas ma wewnętrzną mapę, instrukcję obsługi i możliwość, by podążyć głosem własnej Legendy…

Zrobiło się trochę jak z „Alchemika”, ale to właśnie ta książka stała się początkiem mojej drogi z wiatrem w plecy, bo kiedyś wiał on mocno w moją twarz. Alchemik nauczył mnie wiary w pomyślność losu i przychylność opatrzności, która obdarowuje mnie pięknymi prezentami, kiedy jestem na nie przygotowana…

Zaproszenie do udziału w konferencji branżowej za rok to tylko jeden z nich. Kolejnym z pewnością było poznanie Topher’a Grace, Tildy Swinton i wielu innych gwiazd tegorocznego festiwalu filmowego w Abu Dhabi, w który uczestniczyliśmy jako sponsor z bezpośrednim dostępem do celebrytów, za którymi się trochę stęskniłam po wyjeźdźcie z Londynu… Pamiętam, że pierwszą gwiazdą, jaką obsługiwałam była Kayah, której sprzedałam w Warszawie narty. Tak, tak opatrzność bywa zaskakująca. Pamiętam, że kiedyś miałam również nieprzyjemność obsługiwać Kingę Rusin wybierającą bryczesy dla byłego męża i piszę o tym tylko dlatego, że z perspektywy czasu i większych gwiazd zapisanych w mojej customer book zadufanie polskich „gwiazd” np. w dziale jazdy konnej wydaje mi się śmieszne. Przy Gwyneth Partlow w bieliźnie, czy zupełnie nagiej Courtney Love w apartamencie Dorchester Hotel, nawet Edyta Górniak w Harvey Nichols odpowiadająca na mój polski po angielsku nie zrobiła na mnie wrażenia. A wracając do Festiwalu, fantastycznie było na wielkim ekranie ustawionym na plaży obejrzeć niedostępne w tej części świata, niepowycinane premiery europejskie. Duży szacunek dla kina szwedzkiego i filmu „Stockholm East” oraz dokumentu „Position among the stars” Stand’a Ven De Steeren’a, który odebrał nagrodę za najlepszy film Festiwalu. To była prawdziwa gratka dla miłośników dobrego, niekoniecznie komercyjnego kina, na które w Emiratach nie ma przestrzeni. Do tego ta ich hipokrycka cenzura i wycięty każdy pocałunek, każde słowo na literę f.., a nietknięte brutalne sceny przemocy. Pamiętam pierwszą wycieczkę do kina w Dubaju, kiedy głośno powiedziałam: „Co się dzieje z tym filmem?”, nie znając jeszcze mechanizmów cenzury. Po tym incydencie pozostało jedynie przywyknięcie do wycinanych w pół znaczenia fragmentów scen i własnej interpretacji niekompletnych filmów, z których średnio jeden w miesiącu kwalifikuje się do obejrzenia. Reszta to albo kreskówki dla dzieci albo roztańczone, rozśpiewane Bollywood nie w moim gatunku. Więcej atrakcji w tym miesiącu nie było. Za to pracy jest nadal bardzo dużo. Aha, były jeszcze urodziny E., na których była też siostra E. z małżonkiem. Pierwsze osoby z życia E., które po pół roku poznałam. Jak w maju stanęłam na starcie, to myślałam, że to będzie średni dystans, a okazało się, że jest to maraton z płotkami. Ostatnim był Facebook, na którym E. przed urodzinami zabronił wszystkim aktywności na jego ścianie.. więc nikt nie widział moich głupich życzeń „Happy Birthday my Love !” i ja nie widziałam, żadnych innych urodzinowych wiadomości…Nie mam nic przeciwko Facebookowi, na którym sama mam aktywną ścianę i nic do ukrycia na koncie, do którego wysłałam E. hasło, czym go absolutnie wybiłam z gruntu mocno naciąganych tłumaczeń o anonimowości. Dlaczego kłamał, że nie dostał żadnych wiadomości z życzeniami, skoro dostał od moich dwóch koleżanek i pewnie wielu innych? Dlaczego łatwo mu przyszło dzielić ze mną łóżko, biznes, kasę a nie pozwolił mi zobaczyć swojego Facebooka? Ja nie mam z tym problemu i stawiam klucze do swojego domu, serca i portfela wyżej niż klucz do swojego profilu. Nie mam nic do Facebooka… mam do ludzi w związkach, którzy w komputerach ukrywają swoje małe, brudne sekreciki. Dawno temu doświadczyłam, bolało, nauczyło nieufności i sprowokowało do kolejnej awantury… E. nie ma już w gronie moich znajomych, bo nie muszę używać facebooka, żeby komunikować się z własnym facetem, który pragnie pozostać na Facebooku absolutnie „anonimowy” i zupełnie niczym nie powiązany z profilem swojej dziewczyny. Wczoraj nie spałam, dziś to olałam i wystudziłam swoje uczucia. Niech je rozpali na nowo jak potrafi i jak mu na nich zależy. Nie będę walczyć z wiatrem, jeśli przestał nam sprzyjać…

… a 14-stego października padał w Warszawie pierwszy raz w 2009 roku śnieg…

Komentarz dnia:

chciałabym żeby Adam był wspaniałym filozofem i intelektualistą, żebym mogła uczyć się wspaniałych rzeczy, o których nigdy w życiu nie słyszałam, żeby zabierał mnie dwa razy w tyg. na sushi, i takie tam inne, ale później się pytam po co, jest wspaniałym człowiekiem, ma dobre serce, jego romantyzm?- hem no dupy mi nie urywa! ale co mi po tym jakby nie był dobrym ojcem, jakby nie potrafił ugotować, posprzątać, zając się Mikołajem itd. Kocham Go za to jaki jest i docinam to, co mam i chyba to jest najważniejsze w związku – żeby doceniać to, co się ma, a nie ciągle myśleć że chce się jeszcze więcej i więcej…. Jeśli kocha, nie zdradza, jeśli Ty jesteś najważniejsze a nie kumple, mama, czy nie wiem kto…, jeśli daje Ci na dzień dobry i na dobranoc buziaka, jeśli wysyła sms i dzwoni to chyba wszystko jest ok! 🙂

DZIĘKUJĘ! DZIĘKUJĘ! DZIĘKUJĘ!

Zanzibar cz.1

Data wpisu: 19.11.2011 | Dodaj komentarz

4.11.2011

Pierwszy dzień na Zanzibarze. Ilona wraca do domu, bo myślała, że w Afryce są hotele w standardzie Dubajskim. Ja uważam, że ten który mamy jest rewelacyjny. Kolonialny, zabytkowy, czysty i z afrykańskim klimatem. Dla mnie pierwsza klasa. Chociaż cała reszta naokoło, na pierwszy rzut oka, rzeczywiście przerażająca. Zamiast panikować spojrzałam po raz drugi i natychmiast dojrzałam 3 Polaków, którzy przyprowadzili 4 Polki i po raz kolejny „samotna” wyprawa przeradza się w ciekawą przygodę. Zanzibar odkryłam w katalogu strojów kąpielowych rzuconym na moje biurko przez jakiegoś włoskiego projektanta. Wybrane pejzaże do sesji zdjęciowej zachwyciły mnie bardziej niż jego kolekcja. Powiedział, że to właśnie Zanzibar i postanowiłam, że kiedyś tu przyjadę. Oto i jestem. I chyba tego własne było mi potrzeba. Czasu by poskładać myśli i je zapisać, bo w Dubaju tyle się dzieje i są sprawy, które gdzieś tam w sercu nie dawały mi spokoju. Liczę, że ten dziesięciodniowy wyjazd pomoże mi wszystko lepiej zrozumieć. Znajoma znajomej, która zdecydowała się dołączyć w ostatniej chwili, właśnie bierze godzinny prysznic! Boże jacy ludzie potrafią być bezmyślni. Przykro mi, że rozczarowałyśmy się obie. Ona do miejsca, a ja do niej! Z drugiej jednak strony jestem z siebie bardzo dumna, bo jeszcze do końca nie zbzikowałam w tym luksusowym Dubaju. Odważyłam się odwiedzić tą małą wysepkę i zostawić tu kawalątek własnego bogactwa, sama dostając o wiele więcej.

Polecam:

2 noce w Zanzibar Coffee House

Wczesne śniadanie na jego dachu

Zgubienie się w wąskich uliczkach miasta i poproszenie napotkanych dzieci na pomoc w odszukaniu drogi do hotelu. (nie zapomnijcie zabrać ze sobą flamastrów, zeszytów i cukierków)

Wymianę dolarów na dalszą wyprawę w lokalnym kantorze, pod tunelem w lewo uliczką do góry. Bo najlepszy kurs.

Zabranie latarki na wieczorny spacer, bo prąd potrafi mieć przerwy w dostawie i wtedy jest strasznie… ciemno.

5.11.2011

Dziś poznawałam historię Zanzibaru, w którym najczarniejsze wiersze zapisane są krwią 2 milionów niewolników sprzedawanych na miejscowym targu kupcom z całego świata. Po raz pierwszy widziałam chyba wszystkie najważniejsze przyprawy ze swojej kuchni rosnące na czyjejś plantacji. Nie umiem pojąć jak ktoś może być obojętny na takie rzeczy. Jutro będę już podróżować sama, bo Ilona wraca do Dubaju i dzięki Bogu, bo jej ignorancja była nie do wytrzymania. Jestem podła, okropna, chłopska i dyrektorska, ale gdybym miała być taka pusta jak ona to wolę wszystkie swoje „wady”. Strasznie pokazała mi moją nietolerancję i zniecierpliwienie do ludzi „odmiennych” od mnie, ale nie potrafiłam się opanować. Siedzę teraz sama w Serena Inn hotel, piję Chivasa na żołądek, patrzę na rodziny z dziećmi i zakochane pary. Mam chwilę, żeby się zastanowić. Kiedyś chciałam być samarytanką. Pojechać na misje i uczyć angielskiego. Dziś nie mogłabym już się tu odnaleźć. Dubaj, po 3 latach przywiązał mnie do innego życia.

 

Polecam:

  • Jechać z kimś, kogo dobrze znamy i lubimy.
  • Dla pewności obejrzeć razem dowolny program o Afryce w National Geographic TV.
  • Przygotować się na podwyższoną wilgotność powietrza w Listopadzie i przelotne max 30 min. ciepłe deszcze.
  • Zabrać cienkie bawełniane, skromne rzeczy z długimi rękawami i nogawkami ( na ochronę przed insektami, słońcem, i z szacunku do lokalnej religii )
  • Upewnić się, że Spice Tour obejmuje Łażnie Sułtana, Coral Cave, i lunch bo warto!

7.11.2011

Dotarłam na koniec świata. Matemwe – baza wypadowa do snoorkowania na Memba Islan. Leje! Nie pada! Leje! Świeżo. Monsunowo, czy jakoś tam. Lubię chodzić na boso. Wybrałam się na bosy spacer po plaży. Klapki zostawiłam przed chatą, w której mieszkam. Drewniane rybackie łódki, kilka pięciogwiazdkowych resortów i dziesiątki posklejanych z koziego łajna chat tych bogatszych mieszkańców wioski. Biedniejsi mieszkają w szałasach plecionych z gałęzi palm. Niewielu ma szczęście żyć w murowanych ścianach, mieć kurczaka lub rybę na kolację. Zazwyczaj ryż i kilka owoców. Czy wydarzyło się coś interesującego? Co to w ogólne za pytanie? Tak! Tak ! Tak! Przypomniałam sobie o celu mojego życia, żeby adoptować dzieci. Czułam zapach suchej ziemi po strugach ulewnego deszczu, przejechaliśmy kurczaka, który wyskoczył na drogę. Bałam się jechać sama w jeepie na drugi koniec wyspy, ale nie było tak strasznie… Chciałabym opowiedzieć historię niewolników i dlaczego domy tu mają strzeliste dachy.. ale jeśli E. nic nie będzie mówił o pobycie w Bejrucie, to mi będzie trudno dzielić się swoimi doświadczeniami. Rozczarowałam się, że E. pojechał sam do rodziny i zdecydowałam się nie odkładać już Zanzibaru, choć oczekiwałam, że wszystkiego będziemy doświadczać razem jak będzie okazja, ale rzeczywiście może moje oczekiwania są nie do zrealizowania przez nikogo? Karolina powiedziała mi, że oczekiwała od Adama wszystkiego, czego nie dostała od matki, ojca, rodzeństwa, dzieci i samej sobie nie dała, a tego nikt nie będzie w stanie zapewnić. Wiem, że robię tak samo, bo mimo, że jestem silna to nie jestem emocjonalnie samodzielna, a to czyni mnie kaleką uczuciową, której nikt na pewno nie da do adopcji dziecka, więc dałam sobie samej Zanzibar z wieloma nieoczekiwanymi sytuacjami. Jedną z nich była rozmowa z Moniką poznaną wczoraj w Jambiani:

– dziewczyny dziś zdecydowałam się pojechać na północ wysypy, więc to ostatnie nasze śniadanie. Wy wiecie o mnie dużo, a co wy w Polsce robicie?

– Monika pracuje w Toruniu, w domu dziecka.

– oooo… domu dziecka? Jakie są procedury adopcyjne?

– a co chcesz zaadoptować?

– tak! ( w myślach – z kimś kto też będzie tego chciał tak bardzo jak ja i będzie umiał być wspaniałym tatą )

– a wiecie co? Po powrocie idę na film z Szymonem. Podobno ostatnio coś o Zanzibarze nawet nakręcił!

– Nell ty pewnie nie kojarzysz go. To taki przystojny, bardzo przystojny lekarz-aktor, narzeczony Patrycji K.

– a wracając do adopcji, to…

Trzeba mieć między innymi zalegalizowany związek…

Tylu aktorów w Polsce, a tu na końcu świata ktoś akurat wspomniał o nim… w rozmowie o moim największym marzeniu, przed którego realizacją powstrzymuje mnie brak kogoś takiego jak on… i nawet film o Zanzibarze podobno nakręcił… nieprawdopodobne… nawet o tym nie wiedziałam. Nie sposób było nie wrócić wspomnieniami znów do tamtej zaśnieżonej, zimnej Warszawy. Najśmieszniejszy był moment, gdy Monika widząc na mojej twarzy niemałe zaskoczenie, zaczęła tłumaczyć rodaczce, kim jest ów Szymon. Potem wypowiedział się jeszcze każdy z osobna oprócz mnie…a ja słyszałam w myślach cichy chichot figlarnego losu. On nakręcił film, ja kupiłam bilet, bez wiedzy o jego filmie, o którym los i tak znalazł sposób by mnie poinformować? Po co! Przecież temat jest już dawno zamknięty w jego napiętym grafiku miłosnych konotacji. Dlaczego więc nadal się przyciągamy nawet tu, na tej maleńkiej, zielonej wyspie? Wysłałam pozdrowienia bez odpowiedzi…

Tli się na stole nadmorskiego (a raczej nadoceanicznego) baru świeczka. Zjem owoce i pójdę spać. Uwielbiam ten naturalny rytm nocy i dnia. Szybko przestawiłam się do zasypiania zaraz po zmroku i budzenia o bladym świcie, a to na pływanie z delfinami, a to na spacer po plaży. Szczęściara ze mnie, że w tym samym notesie zapisałam już myśli z trzech egzotycznych podróży, zaczynając zaszczyt wyprawą na Kubę. I leniwiec ze mnie okropny, że od trzech lat piszę jeszcze na tych samych kartkach, ale blog trochę rozgrzesza sprawę. Choć i na Zanzibarze widziałam ludzi z dostępem do Facebooka, to przyjemność sprawiło mi pisanie znów w moim starym, skórzanym notesie. Cieszę się również z tych kilku dni z nowo poznanymi rodakami w domu u Doroty Katende. Fajni, pozytywni ludzie. W szczególności Konrad mówiący na mnie Mariola. Z pewnością pójdziemy razem do teatru w Warszawie, bo zamierzam kolejnym razem, lecąc do Polski, lądować w Stolicy. Suzanka ciągle prosi mnie tak słodko o odwiedziny. Własny brat mnie nigdy tak nie prosił. Na kolację zamówiłam świeżą rybę, którą widziałam wnoszoną z łodzi do kuchni. Nie jestem tak bardzo głodna, ale jest nas w „resorcie” czterech turystów przez ten deszcz i głupio mi nie zamówić kolacji, jak właściciel specjalnie postarał się o świeżą rybkę. Zadziwiające jak proste życie potrafi ludziom wystarczyć, lub często musi, a widok obdarowanych drobnymi prezentami dzieci, może być tak bardzo bezcenny.

Przyszło mi coś do głowy. Udała mi się, swoją drogą, nazwa tego bloga, chociaż jak go rejestrowałam to nic się za nią nie kryło, a teraz na każdej mojej egzotycznej podróży pada deszcz, więc ”mojepodrozewdeszczu” mają prawdziwy sens : ) Mam nadzieję, że jutro już będzie ładna pogoda i delfiny będą mniej zmęczone warkotem ścigających je tutaj łodzi, niż na Kizimkazi, gdzie i tak miałam dużo frajdy wypatrując ich grzbietów nad taflą wody. Zostały mi jeszcze wieloryby na liście życzeń, ale już nie w Afryce, bo trudno mi obserwować ludzi w tak podłych warunkach życia, często tak mało zaradnych, lub tak bardzo słabych. Nie czuję się komfortowo na pozycji bogatej turystki wpychającej w wyciągnięte czarne rączki po dwa cukierki, przyklejonej do aparatu utrwalającego z takim zapałem, w najwyższej technologii czyjeś ubóstwo, trud lub zagrodę, do której wcale nie było się zaproszonym. Przyjeżdżamy z dolarami i dajemy sobie prawo wetknąć obiektyw w każdą twarz, okno, jak jest okno, tragedię, która może z lokalnej perspektywy jest szczęściem i tylko nam wygląda na koniec świata, ale i tu w barze jest telewizor z DVD prezentującym jakąś krwawą azjatycką rąbankę, zamieniający współczesnych Zanzibarczyków w nowoczesnych „niewolników” zielonych banknotów i zachodniej technologii. Moja rybka potrzebuje jeszcze 10 minut, bo smaży się od podstaw, jak na świeżą przystało. Idę po maminą miodówkę, którą zabrałam ze sobą na dezynfekcję przewodu pokarmowego po lokalnych specjałach. Nigdy nic nie wiadomo, co tutejsze ryby jedzą, a poza tym każda rybka lubi pływać : )

 

Polecam:

  • Krem z wysokim filtrem i własny sprzęt snoorkowy i gdybym wiedziała, że taniej jest popłynąć na Membe z Nungwi, wcale bym się nie zatrzymywała na Matemwe.
  • Gdybym nie była poparzona, z pewnością z Nungwi połynęłabym jeszcze do coral garden, a ze Stown Town ostatniego dnia pobytu na Chumbe Island, porównać rafę po obu stronach Zanzibaru.
  • Oglądać delfiny w Kizimkazi, w ich naturalnym środowisku z łodzi, zamiast rzucać się za nimi 100 razy do wody. Jak ktoś chce dać buzi to więcej szans będzie w Atlantis Hotel niż na dzikim oceanie.
  • Posłuchać lub przeczytać historię domu Doroty Katende na jej werandzie, lub w jej książce.

9.11.2011

Chwila wytrwania po 5 dniach pałętania się po wyspie z noclegiem za 40$. Dotarłam do Nungwi na północy Zanzibaru, do Flam Tree Cottage Hotel i zdecydowałam się zostać tu cztery pozostałe dni z mojej podróży. Z nabitą guzami głową, po noclegu w chacie z drzwiami do ramion, poparzonymi słońcem nogami i rękoma, których nie ochroniła pianka do nurkowania straciłam ochotę na dalsze zwiedzanie wyspy. Muszę w końcu odpocząć przed powrotem do Dubaju. Przeczytałam wszystkie trzy zaległe „Panie”. W jednej nawet Janusz L. Wiśniewski przytacza historię dziewczyny z Zanzibaru. ( Czy nagle każdy artysta wziął na celownik Zanzibar?) Prawie każdy przeczytany w każdej „Pani” felieton miał głębsze dla mnie znaczenie, jak drogowskazy do dalszej wędrówki w głąb siebie i w poszukiwaniu odpowiedzi, co ja o tym myślę? Jak dany temat dałoby się namalować w obrazach z mojego życia? Myślę, że czasem trzeba oddalić się od swojego życia, żeby zobaczyć wyraźniej różne jego aspekty. Zrozumieć, przewartościować, odświeżyć to, co naprawdę ważne. Dziś zrozumiałam, że jestem kochana przez wyjątkowo dobrego człowieka. Dziś daję nieskończony kredyt naszej miłości i wierzę, że w jej imię oboje wiele dla siebie zrobimy. Chyba nie wiele zmieniła się budowa drewnianych łodzi przez setki lat na tej wyspie.

 

Polecam:

  • Wiele masaży na Jambiani, bo tam były najtańsze i najdłuższe… marzenie.
  • Jedzenie w Flame Tree, szczególnie sea food pasta, super! Niektóre inne restauracje pozwalają przynieść własny alkohol, o wiele tańszy w sklepie na wiosce, niż za barem. I oczywiście świeże ananasy.

11.11.2011

Ostatni dzień moich wakacji. W ciszy, w spokoju i w czytaniu. Tak mi upłynie. Ważne jest tu i teraz, a nie to co będzie za tydzień. A tu jest piękny basen w zielonym ogrodzie, plaża z piaskiem w konsystencji cukru pudru, czarna, dobra herbata na śniadanie. Dobrze mi w moim życiu. Dobrze mi w swojej głowie. Dobrze mi w mojej skórze. Kolejny interesujący wyjazd w egzotyczne kraje dobiega końca. Spokojnie usiądę w samolocie w drogę powrotną do Dubaju. Czeka na mnie praca i mieszkanie, które bardzo lubię, w kraju, który akceptuję i w którym jest mi bardzo wygodnie. W życiu stawiam już sprawy jasno. O dziwo przychodzi mi to o wiele łatwiej teraz, gdy mam prawie 30 lat. Może, dlatego, że przekopałam się już przez kilka poważnych rozstań i rozczarowań. Jestem z siebie dumna, że mam odwagę nie czarować i grać w życie va bank. Szkoda czasu, żeby kogoś zmieniać, urabiać i wrabiać w cokolwiek. Nie cierpię „letniej zupy” i nie zamierzam sobie takiej w życiu fundować, a po powrocie do Dubaju zaczynam swój „Projekt Szczęście”. Umieszczę wpisy na blogu, a zdjęcia na Picassie. Postaram się stworzyć jakąś grupę wsparcia, wzajemnej adoracji czy podzielnych zainteresowań. Utrzymam kontakt z poznaną w Nungwi Johaną ze Szwecji, która okazała się wspaniałą słuchaczką. Kto wie, może razem wybierzemy się do Laosu, Wietnamu i Kambodży? Dziękuję Bogu, że zawsze pozwala mi spotkać po drodze dobrych ludzi. Takich jak Nanete na Sri Lance czy Johana tutaj. Oboje trochę jakby się mną zaopiekowali i za to jestem im ogromnie wdzięczna. Zanzibar pozostanie w mojej pamięci jako centrum sprzedaży ludzi innym ludziom. Oni nie mieli wyboru! Ja mam i nigdy nie dam się nikomu kupić.

 

Polecam:

  • Przewodnik Zanzibar/Pemba/Mafia Michael Palim i Zanzibar Globetrotter Graham Mercer
  • Przeczytać kolejny wpis, o tym czy warto zobaczyć Zanzibar.
  • Wysłać mi maila jeśli ktoś chciałby obejrzeć wszystkie zdjęcia lub o coś zapytać.

Zanzibar cz.2

Data wpisu: 19.12.2011 | Dodaj komentarz

Czy jechać na Zanzibar?

Zdecydowanie tak, jeśli chce się doświadczyć Afryki w mniej drastycznej formie, niż środek czarnego lądu. Tak jak po wyprawie na Sri Lankę, wiem już, że nie po drodze mi do Indii, tak po ostatnich wakacjach wiem, że podnieci mnie przygodowo zwiedzanie reszty kontynentu. Z pewnością będę chciała wybrać się do jednego z parków narodowych Afryki na klasyczne max pięciodniowe safari, ale na resztę krajów nie mam wystarczającej znieczulicy. Trudno mi jeść, pić, smarować się kremem na komary i strzelać fotki z drogiego Nikona, gdy naokoło biegają maluchy w podartych, brudnych koszuleczkach, a raczej ich strzępkach. Na pewno polecam zabranie dwóch walizek. Jednej z odzieżą i przyborami dla siebie na wyjazd, których nie będzie nam szkoda po urlopie zostawić w jakiejś wiosce, a drugą z długopisami, flamastrami, zeszytami, zabawkami i cukierkami, bo nawet 3 minuty radości są tam na wagę złota. Przed wyjazdem czytałam, że obdarowując wprowadza się konflikt społeczny i nierówność w wiosce, dlatego starałam się robić to dyskretnie, na osobności. Raz też odwiedziłam zamkniętą już po południu szkołę i zostawiłam zeszyty do dyspozycji uradowanej dyrektorce. Zdecydowanie lepiej coś tam jednak zostawić, niż tylko oglądać! Nawet gdyby to była tylko jedna rodzina, albo wybrane dziecko, to i tak warto, bo tak niewielu turystów, w rzeczywistości, o tym myśli, pakując plecak do Afryki, a przecież można wziąć trochę starsze już buty, nie noszoną od lat bluzkę, już nie ulubione, a ciągle zalęgające szafę dżinsy, dwa nieużywane ręczniki, które dla kogoś będą wspaniałym prezentem. Gwarantuję, że cudownie wraca się z Afryki, jedynie z bagażem podręcznym i zdjęciami roześmianych dzieci grających w football piłką z Dubaju. Nie trzeba naprawdę wyszukiwać argumentów na nie, bo zawsze takie się znajdą, jeśli nie chce nam się dźwigać dodatkowych zobowiązań. Może innym łatwo fotografować latawce zrobione ze starych reklamówek. Mi przyjemnie grało się w tę piłkę. Gdyby ktoś się wybierał to warto zarezerwować sobie minimum 7 dni. Są też warianty z tygodniowym safari w Kenii, a niektórzy dorzucają jeszcze wyprawę na Kilimanjaro. Ja zaplanowałam dziesięciodniową wycieczkę. Początkowo miałam odwiedzić 8 miejscowości, ale skończyło się na 5 różnych miejscach. Ze względu na to, że koleżanka, która się ze mną wybrała, w gorączce afrykańskiego szoku, po dwóch dniach wróciła do domu, mi gwałtownie obniżył się budżet noclegowy, bo nie było łatwo płacić połowę za jedynkę, i musiałam szukać tańszej bazy niż zakładałam na początku. Ze 110$ za dwie do podziału, zeszłam na 55$ i okazały się to dość wymagające warunki. W Stown Town zatrzymałyśmy się w rewelacyjnym Zanzibar Cofce House, 90$ za dwójkę ze śniadaniem na dachu hotelu. Piękna kolonialna architektura wnętrz, zabytkowe meble i elementy wystroju, porządek i rewelacyjna kawa w kawiarence przy recepcji mnie zachwyciły, a koleżankę przekonały o przebudowaniu biletu powrotnego. Po dwóch dniach zwiedzania stolicy, już samotnie, z głównego placu, trochę przypominającego polski parking PKS, wyruszyłam transportem dzielonym, czyli busikiem rozwożącym po wyspie turystów, za 10$ do Jambiani. Można jechać po pańsku, prywatnie, taksówką za 60$, ale dla mnie akurat nie był to żaden komfort wart takiej ceny. W Jambiani patriotycznie dołączyłam do poznanej w Stown Town grupy Polaków, urzędujących u Doroty Katende (czytaj „Dom na Zanzibarze”), spragniona polskich klimatów, które mnie nie zawiodły. Dorota ulitowała się trochę i skasowała jedynie 80$ za dwie nocki, w przyjemnym pokoiku, w jej pensjonacie „Nuru” z dużym ogrodem. Warte polecenia masaże, za 15.000 szylingów, 1$ = 1700 lokalnych papierów okazały się moją najlepszą inwestycją finansową. Stres po roznoszonej znajomej Ilonie, jak ręką odjął. Drugiego dnia wypad o 5.00 rano na delfiny do Kizimkazi, tak żeby być pierwszymi przed stadem innych turystów w 10 warczących łódkach. Delfiny były, emocje związane z ich pościgiem i wyskakiwaniem z łódki jak tylko nad taflą wody dojrzeliśmy ich grzbiety – były. Kontaktu z delfinami nie było, bo delfiny dzikie i sprytne, preferujące zabawy w berka, bardziej niż w pogłaskaj mnie po brzuszku. Nie mylić z podwodną przygodą w hotelu Atlantis, w Dubaju, gdzie wyszkolone pupile skaczą, nurkują i pływają wokół ciebie jak tresowane pieski. W drodze powrotnej na brzeg, warto poprosić o postój na rafie i zanurkować. Owoce na lądzie też powinny być miłym dodatkiem w cenie za całość z dojazdem 15$. W tym samym dniu wybraliśmy się na wycieczkę do Jozani Forest i podziwialiśmy jedyne na świecie czerwone małpki oraz las namorzynowy, w drodze powrotnej zahaczając o imponującą i uskrzydlającą mój obiektyw Nikona, farmę afrykańskich motyli, których hodowla dostarcza, bardziej sprytnym farmerom, dodatkowych, niemałych dochodów. Warto też poprosić jednego z lokalnych przewodników, rezydujących blisko domu Doroty, o bardzo edukacyjną wycieczkę po wiosce Jambiani. Dowiedzieliśmy się obrazowo jak wygląda zwykłe życie jej mieszkańców i ich codzienne zajęcia. Z czystym sumieniem polecam Halima, który był naszym Jambiańskim „tour operatorem” a po trzech dniach przetransportował mnie do Matemwe prywatnym transportem, za jedyne 35$ i chwała mu za to! Dla wszystkich zainteresowanych podaje jego namiary: halimchozi@hotmail.com, ale najłatwiej dzwonić pod numer 00255 773489681, Facebook Halim Haji.

W Matemwe zaczęły się drobne kłopoty. Smutno mi było zostawić swoją wesołą, polska grupę w Jambiani. Rozlało się paskudnie i mi całą drogę chciało się płakać. Z takim samopoczuciem trafiłam do Kies Bungalows, za bardzo dla mnie rastamańskich i spartańskich i natychmiast walnęłam głową w niską framugę drzwi do swojej chaty, nabijając sobie ogromnego guza. Pierwszego z pokaźnej kolekcji trzech zgromadzonych przez tą samą framugę. Pusto, trochę ponuro i szaro, a może to ja byłam w takim jedynie nastroju… Szybko poszłam spać, żeby zgromadzić siły na wyprawę snoorkową na Mnemba Island kolejnego dnia. Za nocleg w Kies Bungalows zapłaciłam 35$, ale zostałam dłużej niż 24h, nie musząc wcale płacić za dodatkowe godziny, których potrzebowałam, żeby odpocząć po wyczerpującym snoorkowaniu. Cena za tę przyjemność okazała się droższa z Matemwe niż z bardziej oddalonego na północ Nungwi. Mimo że z Matemwe jest o wiele bliżej do wyspy. Ale co tam! Szarpnęłam się na 45 dolców i to była najwyższa cena jaką zapłaciłam kiedykolwiek za poparzenie słoneczne pierwszego stopnia. Koniecznie trzeba założyć piankę, najlepiej długą i oliwka z 10 filtrem nie wystarczy na ochronę odkrytych partii ciała. Niech nikt nie ryzykuje, bo czuć i widać efekt głupoty dopiero następnego dnia rano. Walnęłam jeszcze raz głową o framugę, załamana stanem łydek i przedramion spakowałam plecak i udałam się w cenie 18$ prywatnym transportem na poszukiwanie przystani i odrobiny luksusu, na bardziej rozrywkowej, północnej części wyspy, w miejscowości Nungwi.

Flame Cottage House był jedynym hotelem wymienionym w dwóch przewodnikach, które miałam ze sobą, więc padło szczęśliwie na niego. Za 100$ za dobę, przy spokojnym basenie w pięknym ogrodzie tak się rozleniwiłam, że postanowiłam zaniechać dalszej wędrówki i wyleczyć poparzenia sokiem z agawy, przyniesionej przez przesympatycznego gospodarza.

Byłam spokojna, bo w Stown Town zaliczyłam już i Spice Tour (polecam biur Sun Travel) i House of Wonders z muzeum i pięknym tarasem widokowym oraz Katedrę na dawnym targu niewolników, więc mogłam trochę odpocząć bez wyrzutów sumienia, że nie poznam dostatecznie wyspy. Poznałam, dzięki temu, że szczęśliwie trafiłam na dobre wycieczki.

Ważne, żeby na Spice Tour odwiedzić Łaźnie Sułtana i jaskinię Coral Cave, bo w szczególności historia jaskini warta jest zapamiętania, a nie wszyscy lokalni przewodnicy są na tyle ambitni, żeby pokazać coś więcej niż pieprz i wanilię na drzewie. Ja, wybierając Sun Ravel, ostatnie biuro w wąskiej uliczce z lokalnymi biurami organizującymi wycieczki po wyspie, wybrałam dobrze. Czego każdemu turyście pragnącemu poznać ten kawałek czarnego lądu, z serca życzę.

W Nungwi robiłam zdjęcia, jadłam ananasy, chodziłam na długie spacery i myślałam o swoim związku. Można snoorkować na Keandwa Coral Garden, ale nie chciałam ryzykować ponownie ze słońcem. Można imprezować z lokalnymi rastamanami do rana, łazić po wiosce, zapolować na najładniejsze plażowe pareo. Jeść bez obaw o rewolucje żołądkowe w każdej trochę lepszej restauracji. Wylegiwać się jak żółw na plaży, albo można jechać dalej, w poszukiwaniu najpiękniejszej zanzibarskiej plaży, bo po każdej stronie wyspy, każda z plaż jest zaskakująco inna i fascynująco wyjątkowa… ach te plaże…

 

Co warto wiedzieć? :

 

1$= 1770 lokalnych shilingów w kantorze w Stown Town i 1600-1700 shilingów gdy płacisz w hotelach, sklepach, restauracjach dolarami.

Butelka wody mineralnej do wyboru:

Drop of coś tam – 100 sh

Kilimanjaro  – 1500 sh

Dla mnie obie bez różnicy, piłam tańszą, byle była fabrycznie zamknięta.

Cola, fanta, sprite: sklep na wiosce od 700 do 1000 sh, restauracja – 2000 sh

Ananas- ma być żółty od spodu i wyraźnie pachnący (wtedy jest dojrzały i bardzo słodki) – 3000 sh

Lody na patyku w Polowie czekoladowej dorwane w Jambiani supermarket – 1000 sh pycha!

Pringels – 6000 sh

Kolacja w restauracji:

Ryba złapana (catch of the day) – ok. 14000 sh

Pasta od 13.000 do 16.000 sh

Frytki 5000 sh

Cheeseburger z surówką 10.000 sh

Zupa 5000-6000 sh

Piwo (do wyboru do koloru) 3000-5000 sh

Pareo 12.000-15.000 sh

Ozdoby, lokalna biżuteria – zależy z czego i od kogo.

Test antymalaryczny w szpitalu okropnie drogi. Trzeba się targować. Chłopak znajomej zapłacił 70.000 dhs za 10 minutową wizytę, ale miał gorączkę i nie chciał ryzykować. Test wykonuje się z próbki krwi sterylnie pobranej z palca w przychodni, używając specjalnego paska z odczynem. Malarii nie wykazało, i dobrze, bo w szpitalu nie było akurat żadnych lekarstw.

Swoją drogą to na samym Zanzibarze Malaria nie występuje, bo wyspę pryskali środkami na komary tak skutecznie, że mnie żaden nie ukąsił, ale trzeba pamiętać o turystach z innych zakażonych części Afryki i lepiej łyknąć coś anty. Polecam zamiast mocno halucynogennego Malaronu (dość straszne koszmary senne) Mephaquin, który zapobiega, a nie leczy jak Malaron już w chorobie, ale podobno nie ma go w polskich aptekach, a szkoda, bo nic po nim mi nie dolega i zapłaciłam jedynie 40zł w swojej dubajskiej aptece.

Ważne jest to mleczko do opalania z wysokim filtrem i jakiś krem po opalaniu z aloesem. Zawsze pomoże też w ostateczności liść agawy z jakiegoś hotelowego ogrodu.

Nie polecam jeść „na mieście”. Dwa przypadki śmiałków zakończyły się rewolucją trzydniową. Mało przyjemne. W sprawdzonych miejscach polecam ryby i owoce morza.

Szukając informacji o Zanzibarze nigdzie nie znalazłam jakiegoś dobrego planu podróży, więc może mój komuś pomoże.

 

  1. Przylot, Stown Town – luźne zapoznanie się z miastem i klimatem, po drodze wymiana pieniędzy i zabookowanie Spice Tour w Sun Travel
  2. Stown Town – Spice Tour z Sultan Bath, jaskinią coral cave i lunchem 15$

Po powrocie, popołudniowe zwiedzanie miasta: House of Wonders, Slave Market/Catedral, Fish Market dla twardzieli tolerujących specyficzny odór ryb i wszystkiego innego (ja poprosiłam o pomoc młodego chłopca, który zaprowadził mnie krętymi uliczkami do każdej atrakcji wskazanej mu w przewodniku za 5.000 sh).

  1. Jambiani – transport busikiem z placu przy targu rybnym (zapytać biuro lub hotel o przewodnika, który odbierze z hotelu i wsadzi do właściwego busika), transport 10$

Po dotarciu zwiedzanie wioski z Halimem 00255 773489681 15.000 sh

  1. Z Jambiani do Kizimkazi– przygoda z delfinami wcześnie rano, Halim też załatwi 15$

Najlepiej w busiku, czy na spacerze po plaży zaczepić innych turystów i pojechać grupą, wtedy można negocjować cenę.

Po powrocie śniadanie, o 10.00– Jozani Forest, a po drodze Farma Motyli 20$

Wieczorem masaż relaksacyjny 13.000 sh + tip (dobrze mieć swoją oliwkę i ręcznik)

  1. Matemwe – prywatnym transportem do targowania min. 35$ Halim też pomoże

Zabookowanie nurkowania / snoorkowania na Memba Island w Azanzi hotel na następny dzień 45$

Wieczorny spacer po plaży, ognisko

  1. Memba Islan – nurkowanie / snoorkowanie 8.00- 15.30

Padniesz po powrocie.

  1. Nungwi – transport prywatny 18$, odpoczynek, zwiedzanie wioski na własną rękę, tzw. szwendanie się.
  2. z Nungwi łodzią na Keandwa Coral Garden 20$, powrót o zachodzie słońca.

Spacer po plaży.

  1. Kontynuacja wypoczynku w rozrywkowym Nungwi, albo na spokojniejszej plaży na Keandwa.
  2. Powrót do Stown Town busikiem 10$, zakup pamiątek, dojazd na lotnisko transportem prywatnym 10$, wylot.

 

Dobrej zabawy!

 

Lulajże Jezuniu

Data wpisu: 19.12.2011 | Dodaj komentarz

Zaczęłam pisać tego bloga dla Rodziców i Przyjaciół, żeby (jeśli zechcą) mogli być bliżej mojego życia. Dlatego chciałam Wam tu życzyć wyjątkowych Świąt Bożego Narodzenia…

Mamo, Tato dziękuję za Wasze poświęcenie i wsparcie zawsze, wszędzie, na maksa!

Teraz zadbajcie o siebie w Nowym Roku. To jedyne moje życzenie.

Mariola, patrzę na Alusia, Tomka i Konrada i jestem pełna podziwu, ze tak doskonale wychodzi Ci wychowywanie. Mam marzenie, że jak będę gratulować Ci innych sukcesów i zapytam czy jesteś szczęśliwa, bez wahania odpowiesz, że TAK!

Natalciu, dziękuję za pięknego Chrześniaka i podziwiam, że stworzyłaś inny dom, niż nasze w dzieciństwie i za to, że uczysz mnie doceniać to, kogo mam przy sobie, a nie narzekać na to, czego akurat nie ma. Życzę Ci wymarzonej pracy i upragnionego rozwoju kariery, na które zasługujesz.

Ewciu, spojrzenie na jedno zdjęcie wystarczy bym poczuła Twój życiowy optymizm i niespotykaną przyjacielską szczerość. Talerz muszli u Ciebie w kuchni, czy w paryskiej restauracji doprawiony rozmową o „ duchach” tych naszych najbardziej prywatnych, nie zamieniłabym na żaden inny rarytas. Życzę Ci, żebyś nie ustawała w doskonaleniu swojego życiowego balansu i nie ustawała w uświadamianiu jego sensu innym. I życzę sobie, żebyś jeszcze wiele mnie nauczyła.

Kasiu, bez względu na odległość, tę fizyczną i psychiczną, nigdy nie zapomnę ile łez osuszyłaś z mojej twarzy, ile chmur rozgoniłaś znad mojej głowy rozmowami do rana. Dziękuję Ci w sercu w każde Święta za jedyną dziecięcą przyjaźń mego serca. Życzę Ci, żeby kiedyś Twoja córka czy synek mieli tak cudownego przyjaciela, z jakim ja miałam szczęście dzielić swoje dzieciństwo.

Robert… Ania,

Suzanka, Sherinka małe skrzaty, które urosły na piękne pannice! Dziękuję, za drzwi otwarte w Warszawie, polską, piękną gościnność i czas na spacery. Robert… brakuje mi Twojego uśmiechu, optymizmu, waleczności i niezłomności w realizowaniu marzeń, z których zawsze czerpałam motywację do wszystkiego. Dziękuję za trwanie, wspieranie i tańce do białego rana!

Życzę by Wasza Rodzina trwała, wspierała się, rozumiała i dzieliła szczęściem.

Marzenka, Kasia, Sylwia, Paulinka – My Polish, London Mafia! Wiem, że jesteście, zawsze gotowe i uzbrojone na wypad na miasto i wino w barze przy Knightbridge, jakbyśmy spotykały się tam raz w tygodniu, a nie raz w roku. Dzięki, za te chwile powrotu do Londynu i za to, że mam, do kogo tam wracać. Życzę Wam tego, czego same sobie w sercu życzycie, niech się wydarzy i przyniesie Wam radość i spełnienie!

Szymon, dziękuję za (ostatnią, wygląda na to) w życiu randkę w kinie po polsku i zasłyszane od kogoś przesłanie, żeby nie czekać z marzeniami. Nie czekaj! Pozwól się im realizować. Życzę spełnienia we wszystkim, bo poruszyłeś moje serce siłą i wrażliwością brunatnego niedźwiedzia. Czasem tak bywa, że sekunda w życiu poruszy bardziej niż cała dekada…

Wszystkim, z którymi chciałbym mieć częstszy kontakt, o których zawsze pamiętam, życzę, aby ludzie pozostali najważniejsi, tradycje najtrwalsze, wiara najgłębsza, myśli napełnione optymizmem i cała Rodzina zasiadła w komplecie do Wigilijnego stołu… bo w życiu liczą się takie chwile, w których gasną spory, milkną nawoływania egoizmu i mamony, i rodzi się Nowa Nadzieja… Niech się narodzi w każdym domu i sercu z blaskiem pierwszej Wigilijnej Gwiazdy!

W tym roku znów z dala od domu, ale z Wami wszystkimi w sercu, z tysiącami wspomnień zjazdów saneczkowych w płot Babci, ubieranych choinek, pościgów za śliskimi karpiami w wannie, nakrywanych białych obrusów, wybaczanych i przebaczanych słabości, oszronionych mrozem Pasterek, kolęd śpiewanych z książeczki od pierwszej komunii Babci, Mamy i mojej… położę opłatek na stole i będę z Wami myślami.

A podana jest gdzieś ulica
(lecz jak tam dojść? którędy?),
ulica zdradzonego dzieciństwa,
ulica Wielkiej Kolędy.
Na ulicy tej taki znajomy
w kurzu z węgla, nie w rajskim ogrodzie,
stoi dom jak inne domy,
dom, w którym żeś się urodził.
Ten sam stróż stoi przy bramie.
Przed bramą ten sam kamień.
Pyta stróż: „Gdzieś pan był tyle lat?”
„Wędrowałem przez głupi świat „.
Więc na górę szybko po schodach.
Wchodzisz. Matka wciąż taka młoda.
Przy niej ojciec z czarnymi wąsami.
I dziadkowie. Wszyscy ci sami.
I brat, co miał okarynę.
Potem umarł na szkarlatynę.
Właśnie ojciec kiwa na matkę,
Że czas się dzielić opłatkiem,
więc wszyscy podchodzą do siebie
i serca drżą uroczyście
jak na drzewie przy liściach liście.
Jest cicho. Choinka płonie.
Na szczycie cherubin fruwa.
Na oknach pelargonie
blask świeczek złotem zasnuwa,
a z kąta, z ust brata, płynie
kolęda na okarynie:
Lulajże, Jezuniu,
moja perełko,
Lulajże, Jezuniu,
me pieścidełko.

I. Gałczyński

Postanowienia

Data wpisu: 12.02.2012 | Dodaj komentarz

Napiszę dziś coś? Może kilka zdań, bo tęsknię do swojego bloga. Ale, od czego zacząć po takiej długiej przerwie? Czy będzie tak jak z dawno niewidzianą znajomą, z którą idzie się na kawę, co pół roku i jakby nigdy nic zaczyna rozmowę w punkcie, w którym się skończyło ostatnim razem? Chyba tak. Byłam w Kościele, ale to na inny temat. Wściekłam się na idiotyczny pomysł mojej Mamy, że powinnam nauczyć się obierać słonecznik palcami, żeby sobie zębów nie połamać, gdy ze słonecznikiem w zębach, trochę z tęsknoty za szczeniackim czasem na ławce pod blokiem, zadzwoniłam do niej na skypa. Odpisałam meila do mojego kreatywnego zespołu w Krakowie, pracującego nad czymś lepszym niż Angry Birds. Otworzyłam czerwone wino, bo teraz piję czerwone zamiast białego, od kiedy przeczytałam, że jest „wysoce wskazane” dla grupy krwi A. Przeczytałam artykuł w „Moim Stylu” o fashion blogerkach. Włączyłam ostatnią płytę Whitney Houston i otworzyłam własnego bloga, który pozwala nasycić mój ekshibicjonizm, pisarskie aspiracje, potrzebę systematyzowania myśli czarną czcionką Verdana, ułudę bliskości z innymi ludźmi istniejącymi po drugiej stronie ekranu. Ostatni rok był emocjonalny, powiecie. Bardzo pomyślny. Tak to prawda, bo:

 

Diagnoza, operacja, zdrowie

Nowa praca, w której nadgodziny nie męczą i nowa wiza w Dubaju

Tango

E

Zaprojektowane, wyprodukowane i dostarczone pierwsze w życiu własne łóżko. Nie rodziców, nie właściciela mieszkania, tylko moje z fakturą i półtorametrowym wygodnym zagłówkiem do ładnego mieszkania.

Zanzibar

Remont domu mojego dzieciństwa wg mojego projektu, bez niepotrzebnych zmian i innowacji

Inicjatywa kilkorga przyjaciół, żeby zrobić coś razem, a zanosi się na pierwszy 1.000.000! A co tam, tyle tych zer na świecie, każdy może mieć kilka dla siebie

Radość z pisania, czytania, patrzenia na morze, tak po prostu

I brak postanowień na 2012, bo po co?

Po co strzelać sobie w kolano już w lutym niezrealizowanymi dietami, nierzuconym jednak paleniem, niespłaconą pożyczką i własną naiwnością, że w tym roku jednak się uda. Lepiej pomyśleć, co tak naprawdę jest warte działanie, bo jeśli coś byłoby dla nas ważne nie czekalibyśmy do końca roku na wprowadzenie tego w życie. Więc zamiast postu – radość z gotowania dla przyjaciół. Zamiast godzinnych tortur na siłowni – tango albo wycieczka rowerowa do małego miasteczka z barokowym kościółkiem nad rzeczką. „Ludzie róbcie to, co kochacie, a na pewno nie będziecie grubi, smutni, zagubieni i samotni.” „Dziś” więzi nas w powszechnie akceptowalnym przedziale wagowym, wiekowym, kulturalnym nie mniej niż „wczoraj”. Nonsens! Nikt nie zmienił życia o północy 31 Grudnia. Są jednak tacy, którzy doszli małymi krokami do celu 31 Grudnia następnego roku. Obyśmy jednak wszyscy docierając do celu byli z niego zadowoleni. Whitney jako mała, czarna dziewczynka marzyła żeby śpiewać na scenie do srebrnego mikrofonu. Dziś mogła żądać „platynowego”, co często z resztą robiła. Ciekawe, kiedy ostatni raz była zadowolona z celu, jaki osiągnęła. Pewnie bardzo dawno temu. Szkoda, że świat traci kolejny nieprzeciętny talent. Czasem więcej znaczy mniej, a mniej znaczy więcej.

Zapomnieni na liście 15 Lutego

Data wpisu: 15.02.2012 | Dodaj komentarz

Natchnęło mnie dziś na Facebooka. Postanowiłam wykorzystać tę niespotykaną we mnie wenę i odezwać się do wszystkich, w kolejności alfabetycznej, z którymi nie odzywałam się od minimum roku. Wysiadłam na literze M, przy Malwinie jakiejś tam, bo jak wyszła za mąż to już nie potrafię z pamięci przywołać jej nazwiska. Nie dlatego, że nie byłam na ślubie, czy że nie rozmawiałyśmy ze sobą w sumie prawie nigdy, bo jest moją daleką krewną, z którą poza więzami krwi jestem teraz połączona również w Internecie. Dlatego, że mnie jej nowe nazwisko w ogóle nie obchodzi, tak jak i jej życie, jej podróże wakacyjne, nowe auto, nowy zarodek w macicy, nowa złota myśl i wrzuta z youtuba. Mam nadzieję, że nikt z tych ludzi nie odpisze i będę mogła z czystym sumieniem wykasować ich… obecność w moim skrawku życia jakim jest Facebook. Traktuję ją (bo dla mnie gdyby Facebook istniała w ludzkim ciele, byłaby kobietą, a dokładniej hybrydą wielu kobiet), a więc traktuję ją jak nowoczesną książkę adresową ze zdjęciami, jak skrzynkę pocztową, w którą wrzucam nowoczesny list, a że kiedyś pisałam tony tradycyjnych listów do Rafała, Pawła i Łukasza, to teraz piszę bardzo niewiele tych nowoczesnych. W trakcie pisania pokazały się 3 czerwone numerki na ikonkach menu! Wow ale super, jaka connection, nie do wiary, a jednak znajomość nie wygasła! Ci ludzie tam naprawdę są za tymi profilami, jeszcze mnie pamiętają, nawet jak nie pamiętają już o mnie… a tu się okazuje, że to Ci co są obok, często zaglądając w moje życie. Znając jego nawyki zaniepokoili się moją spontaniczną, niespotykaną Facebookową aktywnością. Rozczuliło mnie to! Uratowaliście moją wiarę we własny profil! Jednak jest tam ktoś i czuwa! Jak do wszystkich używek i do Fejsa trzeba mieć dystans, z umiarem. Szacunek dla wynalazcy. Totalny! Podobno chodzi w tej samej bluzie, w której wybierał czcionkę na logo F, kilka lat temu. I pierze mu ją ta sama dziewczyna, w zwykłej pralce, bo wydatki na pralnie to niepotrzebne obciążenie domowego budżetu. Czy on wie ilu ludziom odmienił życie na zawsze?

 

– zagubionym rodzinom

– zagubionym przyjaciołom, wrogom i kochankom

– szefom wydajności zasobów ludzkich w każdym przedsiębiorstwie z nieblokowanym dostępem do Internetu

– każdemu z nikłym stopniem rozdwojenia osobowości na tę codzienną i na tę profilową

– ludziom z nieograniczoną ilością czasu

 

…mi czas na pisanie bloga właśnie się ograniczył wysłaniem tych autorskich wiadomości ni z gruszki ni z pietruszki. 15 lutego ustanawiam dniem pamięci o tych zapomnianych na liście znajomych. Każdy wie, której. Pozdrawiam wszystkich, którzy odpowiedzą na zaczepki i pozostaną w gronie moich ekskluzywnych F przyjaciół! ; )

Agnieszka mocno w siodle

Data wpisu: 23.02.2012 | Dodaj komentarz

Muszę dotknąć końską sierść. Poczuć zapach zwierzęcia. Nie jestem przaśną wieśniaczką, ale brak mi psa, konia, lasu. Uwielbiam wracać do Polski i mieć czas na ogródek, spacer na łąkę, po polach. Choć nie merda ogonem za mną ukochana Kolcia, czuję jakby ciągle biegła, od małego, zawsze dwa kroki z tyłu. Wybrałam takie życie, że nie mam otoczenia na psa, pieniędzy na konie, lasu pod domem. Mam za to życie przy plaży ułożone optymalnie, co do dziesięciu minut. Nie marnuję wcale czasu. Zawsze wykorzystuję każdy moment na sprawy, które wydają mi się najbardziej istotne, które powinny zapewnić mi w życiu bezpieczeństwo i stabilizację. Może jestem wieśniaczką i wcale o tym nie wiem. Pojadę do stajni w Jabel Ali. Kiedyś widziałam tam nowego konia, wysokiego, ciężkiego. Niemiecka jockeyka Nadine ujeżdżała go na padoku. Sprawdzę czy jeszcze tam jest, czy łatwo daje się już prowadzić, bo wyglądał jakby go odciągnęli od szkockiego pługa. Nie mam ochoty jeszcze usiąść w siodle. Nigdy dobrze nie nauczyłam się jeździć. Konie zawsze słuchały się mnie bardziej na zajęciach z dziećmi jak uczyłam. Matko, to było tak dawno. Teraz nie zostało prawie nic z tego, na co kiedyś przeznaczałam czas.

A może czas na nowe rzeczy? Jutro zapowiada się ciekawy dzień. Radwańska zakwalifikowała się do półfinałów w Dubaju. Wybieramy się pokibicować rodaczce. Nigdy nie oglądałam tenisa na żywo. Nie przepuszczę takiej okazji. Za stadionem też czasem tęsknię i wiem ile kosztuje wyczynowstwo. Podziwiam każdego sportowca, który nie jedzie na dopingu. Podziwiam Agnieszkę za poświęcenie życia temu wymagającemu zawodowi. Nie mogę doczekać się, żeby zobaczyć ją w akcji. Myślę, że niebawem będzie na samym szczycie. Nie spotkałam w swojej karierze bardziej zawziętej, zdyscyplinowanej polskiej sportsmenki. Sama nią nie byłam. Spotkałam za to wiele zmarnowanych talentów i niewykorzystanych predyspozycji. Może sama nim jestem. Cieszę się, że choć na podwórkowym poziomie liznęłam sportu i z przyjemnością zasiądę jutro na trybunach z biało-czerwonymi znajomymi. Niewielu kibiców chodzi na mecze kobiet. Tym bardziej powinna nas dobrze słyszeć. Może będzie więcej Polonii, bo przecież jest tu nas naprawdę sporo. To powinno pozwolić mi nabrać dystansu do sytuacji w pracy.

Nie dostałam pozwolenia zatrudnić stażystki, która dała z siebie dla mnie wszystko przez ostatnie pół roku, z nadzieją, że ją zatrzymamy. Big rozczarowanie, bo bardzo jej potrzebuję w moim jednoosobowym dziale marketingu. Dziewczyna pierwsze swoje rozczarowanie zawodowe usłyszy w poniedziałek i to ode mnie, a ja dostanę za jakiś czas nową stażystkę, którą do wszystkiego znów będzie trzeba przyuczać i przyzwyczajać. Słabo mi się robi, bo nie mam ochoty ani na to, ani na rozmowy z moją dziecinną szefową, która ostatnio naprawdę podchodzi mi do gardła. Czuję jednak, że krzywda tej dziewczyny wróci właśnie do niej. Nie ważne. Dziś jest już weekend. Na wieczór wybieram jedno ze starych zainteresowań – książkę o Holokauście. Jest już Post, więc to będzie taka moja prywatna, emocjonalna droga krzyżowa z innymi, bo trzeba o nich pamiętać i mówić innym. Szczególnie jak tylu na około nie wierzy…

Różności z przeszłości

Data wpisu: 03.03.2012 | Dodaj komentarz

Pozbierane z kilku kartek. Nie miałam serca wyrzucić. Może kiedyś się przyda.

Organiczni Ludzie

To nie ma nic wspólnego z jedzeniem naturalnej żywności, ani z używaniem ekologicznych produktów i przedmiotów. To określenie ludzi, którzy potrafią żyć w symbiozie z innymi, współpracować, współodczuwać i kreować symbiozy. To szef, który dzieli Biuro i przerwy na lunch ze swoim zespołem. Przed ocenieniem osiągnięć innych pozwala ocenić swoje. Docenia kreatywność i szanuje indywidualizm. Akceptuje różne formy podejścia do pracy. Jest częścią przestrzeni, energii i ideologii projektów, w których uczestniczy. Wyznaje i przestrzega prostych i uczciwych zasad.

 

Dusza, która pragnie być nawiedzona przez Boga, musi wystrzegać się hałasu tego świata.

Chrześcijanin musi być w każdą chwilę gotowy na dwie rzeczy: przyjąć Komunię Świętą i śmierć.

 

Kończy się Ramadan. Pora na mój pierwszy artykuł z Bliskiego Wschodu.

Dla kogoś wychowanego na koloniach w Świnoujściu specyficznie się pisze, siedząc na krzesełkach w nieczynnej kawiarni, niespiętych ze sobą żadnym łańcuchem. Pamiętam z wakacji nad Bałtykiem, że czasem nawet łańcuch i kłódka nie wytrzymywały starcia z ideą niszczenia dla zabawy, lub kradzieży dla zysku. Powinnam zastąpić czymś słowo idea…

A więc, w Dubaju, siedząc w nocy na tych zupełnie wolnych i pozostawionych samym sobie krzesełkach czuję się dumna z rodzaju ludzkiego, bardziej niż w Międzyzdrojach mijając połamane ławki. To wywołuje w człowieku optymizm i takim człowiekiem tu chce się być. Na takie szczegóły zwróciliby Państwo z pewnością uwagę wizytując Dubaj w Ramadanie.

 

Wskazówki na pierwszą randkę, od specjalisty w temacie, sprawdzone:

  1. pozwól mu być mężczyzną
  2. Pozwól mu być zdobywcą
  3. Bądź na dystans bez zbędnego okazywania zainteresowania. Żadnych uczuć w jego stronę.
  4. Bądź kobieca: kobiecość: poruszanie się, jedzenie, pozycja przy rozmowie (odchylone luźno ciało)
  5. żadnego naciskania, wszystko ma wyjść od niego
  6. nie rozmawiaj o pracy bo się nie zakocha
  7. nie gadaj o sobie jak facet, niech on gada
  8. nie zachowuj się głośno
  9. traktuj spotkanie jak miłą rozrywkę, zabawę, nie bądź poważna
  10. masz swoje życie, swój świat
  11. nie bądź nigdy dramatyczna
  12. uwierz w siebie! Jesteś wspaniała, piękna, interesująca. Każdy chce mieć taka kobietę.
  13. jesteś skarbem, dla kogoś wyjątkowego dodane ode mnie już po fakcie nieodwracalnym…
  14. jeśli spotkanie było lepsze niż śniłaś w najśmielszych snach, a on jest chłopakiem z twoich marzeń nie panikuj, nie uciekaj, podziękuj mu serdecznie, tak żeby poczuł się doceniony, dowartościowany. Upewnij się, że on będzie miał pewność, że jest dla Ciebie kimś wyjątkowym, zanim zamkniesz w pośpiechu drzwi do jego auta.

To może być jedyna szansa, jaką dostaniesz od życia, żeby to zrobić…

 

…ale jak nic z randki nie wyjdzie, głowa do góry! Gwarantuję, że coś lepszego jest na horyzoncie.

 

Moje Złote myśli:

  1. nic na siłę
  2. 60 sekund ciszy gdy poczujesz złość, rozczarowanie, irytacje
  3. błądzić jest rzeczą ludzką, wybaczać – Boską
  4. myśl o innych i traktuj ludzi jakbyś chciała żeby o tobie myśleli i cię traktowali
  5. szczęście jest tu i teraz
  6. wizualizuj przyszłość ze szczegółami
  7. ciesz się z działania
  8. rozwijaj intelekt
  9. pomagaj
  10. wywołuj uśmiech, chwal i podziwiaj
  11. naucz się słuchać, rozmawiać i milczeć
  12. inwestuj w to co sprawia ci przyjemność

 

Projekt szczęście

Grudzień – uczucia: co chcę, a czego nie chcę

Styczeń – miłość i szacunek do siebie

Luty – miłość i szacunek do innych

Marzec – duchowość

Kwiecień – więzi

Maj – nowe hobby

Czerwiec – nowy kierunek rozwoju

 

Inspiring story.

“…I was finding less time to write, so I realized I would have to make a change. It’s a cliché, but I thought, at the end of my life, do I want to look back and say I had a go at writing and failed, or I’d never really tried. Just 18 months later his book was finished – and is now a best-seller in 30 countries. So what advice does he have for aspiring writers? Write every day even if it’s rubbish. Bad writing can be improved, but a blank page will always be a blank page.”

“Before I go to sleep” SJ Watson

Pełny talerz

Data wpisu: 21.03.2012 | Dodaj komentarz

Jestem przeszczęśliwa. Dzięki telefonowi BlackBerry mogę pisać na bloga kiedy przyjdzie mi ochota, w każdym miejscu w jakim jestem, bez potrzeby uruchamiania mojego wysłużonego laptopa, tak jak teraz. Jest godzina 22.05, wróciłam z krótkiej przebieżki. Pierwszej od długich tygodni. Pobiegałam jedynie 20 min i od razu czuję przypływ życiowej energii. Wypiłam kawę o 7.15 więc pewnie nie będę spała do 3 rano, ale to super bo mogę tyle jeszcze zrobić. Nie piłam kawy prawie wcale do 28 roku życia. Przeczytałam, że powinnam, bo kawę zaleca się grupie krwi A, więc zamierzam pić jej więcej zyskując tym samym dodatkowe godziny przytomności na czytanie, pisanie i może nawet rysowanie, a co. Skoro udało mi się wrócić do jazdy konnej, nauczyłam się tańczyć tango, to może wezmę znów ołówek do ręki. Cudownie coś robić. Wspominałam, że w ramach przygotowania do Wielkanocy w tym roku postanowiłam przeczytać trzy nowe książki o drugiej wojnie światowej i przejść w głowie z ich bohaterami obozową drogę krzyżowa. Bardzo mnie to zmotywowało do działania. Zazwyczaj nie doceniamy nieograniczonych możliwości, które każdy z nas posiada do momentu, w którym wolność robienia tego co pragniemy zostaje nam całkowicie odebrana. Mi wystarczyło czytanie wstrząsających opowieści, żeby ochota do korzystania z wolności i każdego nowego dnia wróciła z siłą wiosennego odrodzenia. Każdego dnia budzę się jako wolny, zdrowy człowiek. Czuję się bezpiecznie i swobodnie w swoim domu, mogę zjeść to na co mam ochotę, ubrać się w to, co mi się podoba, pomodlić do swojego Boga, iść, pracować, bawić się, kochać, być panią całych 24 godzin, być panią swojego ciała, swojego życia. Jak sobie to człowiek uświadomi, zamiast ciągle narzekać, jak dostrzeże to co ma, zamiast roztrząsać to czego mu brakuje, to dostaje taki sam strzał adrenaliny ze szczęścia jak po wygranej w totka. Gdybym miała zostawić po sobie jakieś przesłanie, to chciałabym, żeby brzmiało: ludzie, cieszcie się z tego co macie, a dostaniecie jeszcze więcej. Nic na to nie poradzę, że w moim życiu to działa. W przypływie szczęścia zrobiłam w końcu swoje portfolio marzeń. Wygląda jak album fotograficzny w pięknej, lśniącej, cętkowanej, skórzanej oprawie. W czekoladowym kolorze, smakowitym jak moje życie. Kupiłam go dziś, żeby uporządkować pragnienia przedstawione na zdjęciach, powycinanych z różnych gazet. To moje plany, marzenia, najgłębsze pragnienia w bardzo wizualnej, fizycznej formie. Już zrealizowane, osiągnięte, zdobyte. Zasługujące na miejsce w moim pięknym albumie. Przyszłość zmaterializowana w teraźniejszości. Wyższa szkoła jazdy teorii „Sekretu”. Wycinki walały się przez rok po szufladach, a wystarczyło kupić album, żeby co wieczór móc wybierać się w najprzyjemniejszą podróż po swoim idealnym życiu przedstawionym na pieczołowicie wyselekcjonowanych fotkach, pomagających je sobie wyobrazić. To musi działać, bo dziś obejrzałam już ten album 4 razy i nawet raz złapałam się na dziękowaniu za tak cudne elementy mego życia, choć przecież to wszystko jest jeszcze przede mną. Niech nikt nie krytykuje tej teorii, kto nie spróbował. No nic, dla mnie to super efektywna zabawa. A więc gra nabiera tempa. Dosłownie. Gra, którą tworzy mój krakowski zespół już niebawem pojawi się w apple store, a wszystkie postaci ożyją na Facebooku. Już jestem w każdej z nich po prostu zakochana. Na obecnym etapie przyszła kolej na mój udział w projekcie i mogę się w końcu wykazać, bo powierzono mi zadanie napisania swoistej biografii każdemu bohaterowi. Andrzej tak je narysował, że historie same układają się w głowie. Niebawem więc będę musiała nauczyć się obsługiwać iPhone. Nie mogę się już doczekać. Fajnie robić coś, co się od razu pokochało. No bo jak nie kochać takich nicponi! Może mogłabym od razu dzisiejszy wpis wkleić jakoś na bloga, ale nie wiem jak. Więc jutro skopiuję go z maila. I wrzucam do pamiętnika, bo chce mieć wspomnienie z tej chwili i narodzin mojego portfolio pragnień. Rwie mnie już do książki i powrotu do historii pana Jerzego Hronowskiego, więźnia Auschwitz nr 227, jednego z najniższych numerów, którym udało się przeżyć to piekło. Chcę o tym wiedzieć i pamiętać, by nigdy już nie powtórzyło się na tej ziemi.

Polecam:

http://prawdziwe-historie-auschwitz-birkenau.blog.onet.pl/

Inter-ego

Data wpisu: 27.03.2012 | Dodaj komentarz

Po raz drugi leżąc w łóżku, używając telefon piszę na bloga. Rewelacyjna metoda. Ja, niezbyt wielka fanka nowinek technicznych, po raz pierwszy doceniam upgrade technologiczny w swojej komórce. Nie mylić z tą komórką, którą obecnie przebudowuję po krowie, w rodzinnym domu. W niej z resztą też pewnie pojawi się parę nowoczesnych udogodnień i będzie to chyba ostania przerobiona komórka na naszej ulicy. Komórka w dawnym sensie tego słowa… Dziś znów spróbowałam spalić jakieś kalorie, nerwy i doły. Zapędziłam się na trawkę koło basenu i złapał mnie deszcz. Haha. Przed deszczem w Dubaju nikt się nie chowa, nie ucieka, nie kryje. Postanowiłam wyjść pod kompletnie wolną przestrzeń nieba i delektować się każdą kroplą tego czterominutowego krupniczku. Lało poprzedniej nocy. Tak soczyście, że mój samochód przed domem wyglądał dziś rano jakby betoniarka wylała na niego tonę brudnego błota. No, ale niestety takie uroki mieszkania na budowie, wokoło niedokończonych drapaczy. Nie ma drogi dojazdowej, parkingów przed budynkami, chodników. Makabra. Za to jest dziura na dziurze, góry piachu, blokujące wyjazd ciężarówki, koparki i autobusy z biednymi robotnikami czekającymi grzecznie za rączki w kolejce do tych pojazdów, bo autobusów jest zaledwie kilka, a robotników setki, poustawianych jak równe linie niebieskich, cienkich, małych żuczków, w roboczych strojach i chustkach na twarzach. Kto się nie załapie na pierwszy transport to musi czekać, aż autobus zawiezie jedna turę i wróci po resztę, a to cenne dwie godziny snu, bo do pracy codziennie przed piątą. Jadąc kiedyś po kogoś na lotnisko, bardzo wcześnie rano, widziałam jak fatamorgany, ciągi takich starych, rozklekotanych autobusów jadących przez bogaty, luksusowy Dubaj na liczne budowy, a z okien wystające głowy na wpół śpiących indyjskich „niewolników”. Wtedy zauważyłam, że w autobusach zamiast klimatyzacji są poprzyczepiane do sufitów małe wiatraki i pomyślałam, dlaczego oni urodzili się w najniższej indyjskiej kaście, a ja w wolnym kraju, który dziewczynie z prowincji dał szansę studiowania na Uniwersytecie w Stolicy. Dlaczego jedni rodzą się w dobrobycie, a inni od początku życia walczą o podstawowe składniki potrzebne do ludzkiej egzystencji? Nie wiem dlaczego nie należę do tamtej grupy, ale to niedokończone rozważanie bez odpowiedzi przemienia się w modlitwę dziękczynną… powtarzaną każdego dnia inaczej. Dziś na przykład na trawce przy basenie. Próbując czegoś nowego. Zawsze fascynowało mnie jakoś takie rytmiczne, spokojne, bardzo równomierne i ciągłe  przemieszczanie energii swojego ciała w różnych pozycjach, jak w tai-chi. Dawno zwróciłam już swoja uwagę na tę technikę, ale wewnętrzne interego powtarzało mi, że to za statyczne, za spokojne i za nudne dla kogoś tak roztrzepanego jak ja, więc sobie tylko od czasu do czas u gdzieś na to tai-chi patrzyłam. Dziś postanowiłam wsłuchać się w siebie, bo jakoś od pewnego czasu nie słyszę siebie wyraźnie. Biegnąc po Marinie usłyszałam: skręć do hotelu na basen. Ściągnij buty i skarpetki. Zacznij się rytmicznie poruszać w różnych kierunkach. Zgraj w jeden rytm ciało z duszą. Przyszło mi to dziś jakoś zupełnie naturalnie, choć przecież aż tyle się nie mogłam nauczyć z filmów akcji. Totalna improwizorka w deszczu, którą była genialna seria rozciągania i rozluźniania, tak po prostu. Teraz bardzo chciałabym mieć trenera w czarnym kimonie pokazującego mi każdy ruch z osobna i tłumaczącego mi tę filozofię. Zastanawiam się dlaczego, skoro w dobie technologii wystarczy włączyć komputer i wygrzebać z Internetu filmik instruktażowy na dowolny temat. Mi chyba bardziej chodzi o kontakt z człowiekiem niż z ekranem monitora, ale gdzie ja mam szukać w Dubaju  instruktora tej wschodniej sztuki tanecznej, bo dla mnie to jak taniec na wietrze w zwolnionym tempie z własnym interego. (Kolejne słowo, które sobie wymyśliłam, żeby określić wewnętrzne ja).

3 Medale

Data wpisu: 06.04.2012 | Dodaj komentarz

Więc za 2 dni Wielkanoc, za 7 Rodzice w końcu zobaczą Dubaj. Pracuję nad 4 biznesami na raz, w czwartki jeżdżę konno, weekendy staram się spędzać na plaży, żeby ładować akumulatory. Poznałam Mamę mojego chłopaka. Za miesiąc nasza pierwsza rocznica. Ten rok to wielki sukces, że nie zwariowałam. Cena? 90 kg, a więc moja znienawidzona waga. Największe osiągniecie? Nie marnuję już czasu na poszukiwanie miłości, co było bardzo meczącym i rozpraszającym zajęciem. Te bankiety, prywatki, grille, zarwane noce, bywanie, randkowanie, poszukiwanie, poszukiwanie, poszukiwanie. Cały ten czas mogę teraz przeznaczyć na wykorzystywanie życiowych okazji, których kiedyś po prostu nie widziałam zaabsorbowana własna samotnością. Owszem, starałam się coś robić z karierą, ale więcej czasu przeznaczałam na spotkania z rożnymi ludźmi, na tak zwane bywanie, z którego zazwyczaj i tak nic nie wynikało oprócz podkrążonych oczu. Środek ciężkości naturalnie przesunął się w kierunku działania. Wcześniej wszystko podporządkowane było uczuciom. Pewnie po 40-stce doświadczę balansu uczuciowego działania. Na razie kolejne kilka lat zapowiada się w końcu z sensem bardzo pracowicie. Bo nie jesteśmy jedynie uczuciami, które jednak uważam powinny być zaspokojone u kobiety w pierwszej kolejności. Jesteśmy też wieloma talentami, którym trzeba dać upust. U mnie miłość była zawsze na pierwszym miejscu, teraz już w końcu na to miejsce wskoczył ktoś właściwy, więc pora zająć się pozostałymi miejscami medalowymi – drugim i trzecim. Cała reszta tak naprawdę nie liczy się tak bardzo. Trzeba zaufać życiu i pozwolić mu układać drobne sprawy. Ważne, żeby wiedzieć czego się chce. Co jest warte złota, co srebra, a co zadowoli się brązem. Złoto, czyli najwięcej uwagi, treningu, skupienia należy się temu co sprawia nam w życiu najwięcej dzikiej radości. Nie mylić z przyjemnością. Mówię tu o podwyższonym z radości ciśnieniu krwi w określonych momentach, sytuacjach. Srebro to spokój. Poczucie, że może nie jest się pierwszym, ale nie było się ostatnim. Warto pomyśleć jakie czyny, zdarzenia, ogarniają nasz umysł i serce spokojem i włączyć je do życiowego treningu. Nie zapominajmy o brązowym medalu jakim jest rozwój. Brąz to sukces z przestrzenią na poprawę, doskonalenie. Pomyśl, na co warto przeznaczyć czas i uwagę, aby zdobyć lepszy krążek. Jak osiągnąć większy spokój, gdzie szukać głębszej, prawdziwszej radości? Mistrzostwo polega na  świadomym przeżywaniu. Czy w sporcie, czy w życiu sukces przychodzi jedynie w oparciu o koncentrację uwagi na szczegółach. Jak wierzę, co jem, co mówię, kiedy jestem sobą, gdzie idę, czemu poświęcam swój tydzień? Bo przecież nam ich tak szybko ubywa. I zamiast narzekać, lepiej wziąć się do roboty. Kolejny sezon medalowy przed nami. Niech będzie to dzień urodzin, Wielkanoc, początek wiosny, ważne wydarzenie, zwykły czwartek. Lepiej późno niż wcale…

Update

Data wpisu: 01.05.2012 | Dodaj komentarz

Nie wiem, od czego powinnam zacząć po włączeniu laptopa. Plan na jutrzejszy dzień? Wystukanie na wirtualnej kartce listy zadań dla każdego projektu na najbliższy tydzień, miesiąc, rok? Sprawdzić Facebook i maile? Odkurzę bloga. Rodzice przylecieli i odlecieli. I oni, i ja mieliśmy fajne wakacje. Było miło i raczej spokojnie : ) Wszystkiego nie zobaczyli więc zostało na następny raz. Szkoda, że po powrocie przywitały ich oszałamiające opowieści i niekłamany zachwyt, polski ostracyzm. A bo to jest się, czym zachwycać… Jakie to typowo polskie i smutne. Ja, dlatego jak wracam, za wiele nie opowiadam. Za to każdego zapraszam, żeby przyjechał i sam się przekonał. Fajnie było pokazać rodzicom po prawie 4 latach moje „nowe”, już nie nowe życie i inny świat. Fajnie było móc mieć ich znów blisko i jakby nie codzienne telekonferencje na skypie, prawie wyłącznie dla siebie. Za miesiąc wylatuję do Polski pobyć w ogrodzie, zobaczyć jak idzie remont, może nauczyć się w końcu od Mamy gotować. Potem szalone tygodnie w Paryżu na kupowaniu nowych kolekcji, z trzydniową wizytą w centrach handlowych Londynu. 2 dni w Madrycie odwiedzić dostawców i do Dubaju, już jako trzydziestolatka… chyba przyjdzie mi wypić szampana w samolocie, ale co tam. I tak nie mam żadnych planów. Świętuję każdego dnia po przebudzeniu. Cieszę się gdzie jestem, kim jestem i z kim jestem, a z tym kimś będę w piątek już okrągły rok. I to bardziej niż cokolwiek innego daje mi poczucie upływu czasu. Jeszcze niedawno jęczałam, że już dłużej nie dam rady sama, załamana, niekochana, że trzy lata samotności bez miłości, to stanowczo za długo… a tu naraz to już takie nieaktualne. Pamiętam pocieszanie koleżanek, że na pewno ktoś mnie zechce w końcu kiedyś hahaha, no i będę jeszcze tęsknić za niezobowiązującym do niczego życiem. Na pewno nie chciałabym wracać do tamtego okresu, a to że mieszkamy w innych Emiratach daje wciąż dużo wolności i nawet czasem trochę samotności, choć to na pewno nie jest ta stara samotność sprzed roku. Pójdziemy na kolację do Argentyńskiej knajpki z tangiem, w której się poznaliśmy. To mi wystarczy, bo to piękna historia miłosna. Poznać tego jedynego na tangu i przetańczyć razem całe życie z jego imieniem wpisanym w swoje, dosłownie : ) Oby dobrze nam się kiedyś żyło już razem na zawsze. Na razie muszę się utemperować, bo moje stare nawyki charakterologiczne wracają, dając nam obojgu czasem mocno w kość, a facet na nie naprawdę nie zasługuje, więc muszę sobie darować i jakoś to opanować. Ciągle uczę się normalnie rozmawiać i radzić sobie z opcją nie po mojej myśli, bez rozładowań elektrycznych. Podoba mi się, że ciągle dostaję nowe szanse na poprawki tych egzaminów u tego samego, cierpliwego faceta. Ten blog to już zupełnie jak pamiętnik, ale nie pamiętam, kiedy ktoś miał czas się do mnie odezwać i podzielić się swoim życiem. Chciałabym pisać na jakieś ważne tematy, ale ważne jest też dla mnie oczyścić swoją głowę i gdzieś to dla siebie zachować. Mój brat pisze w piątek maturę. Nie do wiary. Ostatni w rodzinie. I choć nadal nie traktuje mnie jak jej członka będę przy nim myślami. To mądry chłopak i powinien dać radę z dzisiejszym egzaminem, który podobno jest 100 razy łatwiejszy niż były nasze. Modliłam się o to, co niedzielę, więc powinno być dobrze. Będę też cierpliwie czekać, aż brat się nawróci, przejrzy na oczy i mnie zrozumie. Siostrze też to zajęło trochę czasu, ale wierzę, że tego doczekam, a jeśli nie to jego strata. Każdy ma prawo kochać lub nienawidzić. To kwestia wyboru i ja to szanuję, choć znam wyniszczające konsekwencje hodowania gniewu i urazy. Polecam nie hodować. Zupełnie nie warto, bo zanieczyszczamy jedynie swoje życie zepsutymi odpadkami. Chciałabym, żeby Konrad zrozumiał, że był i jest moim oczkiem w głowie i czekam na odpowiedzialnego, uczciwego faceta, którym może zawsze być.

Nie wiem czy mam zakotwiczyć w Polsce na dwa, czy trzy tygodnie. Trochę się boję takich długich wakacji poza Dubajem, kiedy kręcimy trzy biznesy na raz, ale z drugiej strony, nie uda mi się wszystkiego załatwić w dwa tygodnie. No chyba, żeby wymienili komunikację PKP na szybszą… A więc na pewno Warszawa, Kraków i Poznań, więc nie będzie siedzenia na leżaczku, raczej w przedziale Intercity, jak jeszcze nie splajtował. Jak ja będę targać walizkę na miesiąc czasu? Nie mogę się już doczekać. Wszystko zapowiada się tak bardzo ciekawie. Jutro napiszę coś na inny temat, nieosobisty może. Ciekawe ilu znajomych tu jeszcze zagląda…

Wakacyjnie

Data wpisu: 22.07.2012 | Dodaj komentarz

Jestem znów w Polsce akurat na Euro 2012, koncert Zakopower i urodziny chrześniaka. Warszawa się zmienia. Zapełnia nowymi budynkami wśród starych osiedli i skwerów. Jest ciepło, ale dziś złapał nas deszcz w drodze z Milongi. Odkryłam fantastyczną salę w Pałacu Kultury, jak przedwojenny dancing. Wszystko zgodnie z planem. Jeszcze do teatru chciałabym się wybrać, kupić książki w empiku… Zapomnieć. Tak na dobre, na zawsze a nie na miesiąc, rok, do kolejnej fali uczucia wybuchającej jak Etna po przebudzeniu. I co to ma być w ogóle? Jaki to typ uczucia? Zauroczenie? Przeznaczenie? Ciekawość? Czy gołąb na dachu? Wiem, że może się to zakończyć tylko jego ślubem. Jak dowiem się, że się żeni to wszystko będzie dla mnie jasne, a teraz nic jasne nie jest. Chodzi o to, że on jest inny i ja jestem inna. On żyje w Polsce, ale trochę poza normalnością. Tak jak ja. Jak jestem w Polsce to czuję się inna. Myślę inaczej, widzę rzeczywistość inaczej niż moi rodacy. Z perspektywy tych wszystkich lat spędzonych gdzie indziej. Uwielbiam polskie truskawki, czereśnie, mieszankę wedlowską, serek waniliowy, Pawełki śmietankowe, pierogi wszelkiego rodzaju, kiełbasy, gołąbki i zupy. Jeszcze młodzi ustępują miejsca w tramwajach starszym. Jeszcze starsi całują w rękę panie. Jeszcze sklepy są pozamykane w niedziele. I ludzie mówią sobie na ulicach dzień dobry. Panowie ciągle chodzą w białych  skarpetkach do czarnych pantofelków i sandałów. I ciągle mieszkańcy pomogą odnaleźć poszukiwane ulice. Jak jest w głowach, nie wiem. Z przyjaciółmi pozostawionymi w Warszawie myślimy podobnie. Z mijaną masą na ulicach nie wiem. Czy mogłabym teraz gotować obiad co niedzielę po Kościele, dogadać się z Polakami, znaleźć sobie miejsce w Polsce? Wydaje mi się to jakieś nierealne. Jak zamknięty na cztery spusty rozdział. Tylko, że On to jest Polska na 120% i może jedynie wakacje w tropikach. Więc może lepiej do tego już nigdy nie wracać?  Dziś mecz Polska-Rosja. Lubię sport w każdej postaci. Będę kibicować Polakom, ale uważam, że pracowali za słabo na sukces. U nas w sporcie ciągle nie ma dyscypliny ciężkiej pracy, a sport wyczynowy na poziomie medalowym to 100% talentu i 200% potu wyciskanego codziennie na treningu. Dziś zobaczymy co uda się Rosji z nas wycisnąć. Pozwalam sobie na totalne lenistwo. Z powodu przeziębienia odwołałam wyprawę do Torunia. Na historyczne spacery też jakoś sama nie mam ochoty. Może kiedyś będę pokazywać komuś stolicę i będzie fajniej dzielić z kimś wrażenia. Brakuje mi pewności bycia z właściwym człowiekiem, a to jak choroba.

Już po meczu. Polska dzięki remisowi nadal w grze. Ja mam dziś dzień zmarnowania. Do 15 nie wychyliłam nosa z domu, zmarnowane mam samopoczucie rozerwaniem uczuciowo – egzystencjalnym. Ale wieczorny spacer trochę poprawił mi nastrój. Warszawska starówka w świetle latarni. Jest taka jedna ulica Piwna, na której czuję energię minionych dekad. Ta cała historia Polski nadal bardzo mnie fascynuje. Przetrwanie Polskości, odbudowa Polski, wielka impreza sportowa w kraju to wspaniały rezultat walki i patriotyzmu tak wielu pokoleń. Zasypiam szczęśliwa, że mówię po polsku, że posługuję się na świecie polskim paszportem, że nic i nikt nie jest w stanie zmienić mojej tożsamości. I jeszcze jeden komplement dla kraju. W Stolicy nie zobaczyłam nic bardziej szokującego niż gdzie indziej na świecie, a wiele rzeczy nie szokuje tak jak gdzie indziej.

Poznań. Kolejny przystanek na moich wakacjach. Uwielbiam poznańskie knajpki i nic poza tym.

I już jestem w Paryżu. Tym razem nie mam ochoty na spacery pod wieża Eiffla. Kupiłam plakat do łazienki w jednym z ulicznych sklepików z pocztówkami. Czarno-białe zdjęcie całującej się pary, powieszę nad wanną. Pierwszy raz tę samą parę na pocztówce kupiłam w Warszawie na studiach. Urzekł mnie jej powojenny klimat, ruch i namiętność tych dwojga. Łazienka też będzie czarno-biała. I niebawem już naprawdę będzie. Zburzona i postawiona na nowo. Jak moje miłości, kariery, poglądy. Mam takie uczucie, że nie pozwalając zburzyć babci domu, coś uratowałam dla pokoleń. Nie powinno się niszczyć tego z czym związane jest lub było czyjeś życie. Zareagowałam ze spokojem nawet gdy ojciec oznajmił, że zamierzał wyciąć starą papierówkę, żeby zrobić miejsce młodym sosenkom,  choć w środku rzuciłabym się z siekierą na niego zamiast na to stare, wielkie, słabe, ciągle obsypane jabłkami drzewo, które jest w moim życiu od zawsze. Nie słuchał mnie, żeby wszystko co się tam da, ratować, zamiast niszczyć, lub zmienić. Na szczęście w sprawie papierówki posłuchał znajomych, a do reszty projektu dał mi się przekonać. Teraz biega z uśmiechem za oryginalną dachówką na wymianę pobitej kamiennymi kafelkami na podłogę i drewnianymi okiennicami na wzór tych sprzed wojny. Zgadzam się, że taniej, prościej i szybciej byłoby zrównać z ziemią wszystkie ściany i postawić piękny, nowoczesny budynek mieszkalny, którego nigdy jednak nie miałabym ani ochoty ani natchnienia przemienić w dom. Nie potrafię zrozumieć po co miałabym wracać do czegoś, co nie ma już ani duszy ani żadnych wspomnień. A może chodzi o wyremontowanie nie domu, a dzieciństwa w tym domu? Po rozbiórce nie byłoby czego remontować. W ruinach nie byłoby czego ocalić. A tak przeniesie się schody do piwnicy, okrągły stół wstawi do innego pokoju, sypialnię zmieni w jadalnię i zupełnie zamalujemy to, co kiedyś nie wyszło i ciągle gdzieś tam boli. Swoją drogą białe, prostokątne kafelki, które szukałam do łazienki i kuchni, znalazłam w podziemiach paryskiego metra. Roześmiałam się wspominając awanturę z mamą, że nie kładzie się białych kafelków, bo się będą brudzić. I ja i Paryżanie widocznie uważamy inaczej. Jak da radę utrzymać je czyste w paryskim metrze, to i w naszej kuchni powinny przetrwać. Kuchnia też nijaka tym razem. Bez ostryg i ślimaków, ale za to z tatarem i bagietkami. Francuzi! Teraz o nich. Panowie, ale się wyrobiliście. To zawsze Francuzki były uważane za szykowne i modne. Dla mnie to wy błyszczeliście na tegorocznych targach. Może dlatego, że już się opatrzyłam pięknych kobiet, a widok tylu zadbanych, dopracowanych wizualnie facetów nadal powala mnie na kolana i trzeba go uznać za nową paryską rzeczywistość. Niewiarygodne, że nie chce mi się ruszyć już nigdzie z hotelu, tak dobrze poznałam Paryż i nawet zanotowałam kilka milowych wspomnień, do których, dzięki Bogu, już nie mam potrzeby wracać. Czy chciałabym wrócić do Europy? Po wakacjach w Polsce, targach w Paryżu, przede mną jeszcze 3 dni w Londynie i kilka w Madrycie. Na razie wystarczy. Dobrze mi w Dubaju, bo łatwo go ogarnąć. Nie to, co tłum w metrze, w kolejce po wymarzoną posadę, czy po kawałeczek szczęścia w pięciu prywatnych metrach kwadratowych miejskiej przestrzeni. Zabawnie to zabrzmi, ale tam przy wszystkich ograniczeniach Islamu, czuję się wolna.

Gdzieś w hotelowym korytarzu...

Data wpisu: 10.08.2012 | Dodaj komentarz

Pieprzenie takie. Że pojechała nad morze spotkać się z wirtualnym kochankiem, którego poznała gdzieś przypadkiem, przypadkiem dała mu swojego maila i przypadkiem mailowała erotyczne fantazje przez rok, a potem doświadczyła „największej bliskości” na parapecie w łazience. Oczywiście za plecami męża. No bo najczęściej jest trzeci bohater tej historii. Mąż lub żona. I dlatego chcę się dziś na temat cielesnych uniesień wypowiedzieć, bo jak czytam taki marny artykulik w poczytnej gazecie dla pań, to już widzę te tysiące niedopieszczonych, które marzą o „prawdziwej” bliskości, która dla mnie jest po prostu erotyczną przygodą z nieznajomym i z prawdziwą bliskością nie ma nic wspólnego. Czy naprawdę smaczniejsze są kolacje przyprawione kłamstwami? Czy bardziej podniecające są chwile, w których ktoś drugi jest oszukiwany? Jak można być szczęśliwym, serwując nieszczęście komuś, kto nam zaufał do tej nieprzekraczalnej granicy naszej cielesności? Ok, jak nie jest tak jak było kiedyś, czy nigdy nie było tak jak być miało i nie ma szansy, żeby się zmieniło, to zakończmy związki, podzielmy domy, dzieci i jedźmy z czystym sumieniem do hoteliku przeżywać prawdziwą bliskość przez weekend. Z całego serca mam nadzieję, że te kilka chwil chemicznej podniety będzie trwać wiecznie, bo wtedy nie będzie żalu po drastycznym cięciu. A może właśnie chodzi, żeby nie ciąć? Żeby sobie najpierw poeksperymentować, potestować, bo jak coś nie pójdzie zgodnie z intuicją, to zawsze jest do kogo wrócić… Co się stało, że białe nie jest już białe, a czarne mieni się wszystkimi kolorami tęczy? Co z przysięgami, prawdą, godnością ? I co z tą bliskością? Tą, którą tworzy się latami, dekadami, zaliczając razem kolejne etapy życia, choroby, sukcesy, przegrane. Czy weekend może naprawdę znaczyć więcej niż pierwsza Wigilia przy rodzinnym stole z pierwszym dzieckiem? Bo ja, im więcej przeżywam z człowiekiem, którego zaprosiłam do swojego życia, tym bliżej go chcę być i więcej bliskości czuję. A to, co przeżywam tworzy się nie tylko na parapecie w łazience.

Na zdrowie naszym sportowcom

Data wpisu: 13.08.2012 | Dodaj komentarz

Olimpiada dobiega końca. Nie pisałam, bo oglądałam prawie każdą dyscyplinę. Przeczytałam też kilka komentarzy internetowych hien, że jaka to nasza ekipa do niczego, że niby dlaczego za pieniądze podatników pojechało tylu cieniów bez żadnych szans medalowych. Odpowiadam. Żeby reprezentować kraj na największym święcie sportu. Żeby flaga Polski i nazwa kraju pojawiały się na listach startowych. I wreszcie, odebrać nagrodę uczestnictwa w Igrzyskach za wieloletnią harówkę na wielogodzinnych treningach. Nawet, gdyby to miała być nagroda u schyłku kariery uważam, że należy się od kraju każdemu sportowcowi, który nie raz startował z orzełkiem na piersi za granicami tego naszego kraju. Utkwił mi w pamięci bieg eliminacyjny na 100 m kobiet, z muzułmanką w chuście na głowie, która dobiegła ostatnia, a w kraju jest bohaterką narodową. Bo żeby wygrać nie zawsze trzeba zdobyć medal. Nie doszliśmy nawet do półfinału mistrzostw Europy w piłce nożnej, a pomimo to wygraliśmy te mistrzostwa jako kraj i naród. I nie obchodzą mnie żadne komentarze polityków czy dziennikarzy, bo byłam akurat w stolicy, w strefie kibica i nie bałam się, i śpiewałam wszystkie pieśni stadionowe, i widziałam Czechów, Irlandczyków, Niemców, uczących się tych samych piosenek od Polaków. Na Olimpiadzie nie byłam, bo lubię mieć powtórki biegów i skoków do analizy w telewizorze i urlopu zabrakło i trochę odwagi, a może talentu i ciężkiej pracy. Wiem natomiast z ilu różnych składników i elementów złożone są wygrane sportowe. Nie są na pewno wypadkową tygodnia na siłowni, czy jednego dalekiego skoku. Więc szacunek dla ludzi, którzy poświęcili życie tak niewiernemu kochankowi jakim jest sport. Szacunek dla ich rodzin, przyjaciół, trenerów, którzy poświęcili część siebie, by tamci mogli budować formę, pokonywać słabości, bić własne rekordy i spełniać marzenia. Ja nie poświeciłam do końca, bo (jak miliony przed telewizorem) nie mam takiej determinacji, talentu, wytrwałości i pasji co Ci, których oglądaliśmy z wygodnej kanapy. Owszem, miło byłoby słuchać Mazurka na każdej dekoracji, ale jednym ze składników sportowego sukcesu jest wspierający doping kibiców, a nie katów czekających na wydanie wyroku, krzywdzącej oceny i ścięcie każdej przegranej głowy. Ale niestety w naszym kraju szklanka zawsze będzie nawet nie do połowy pusta… zupełnie pusta… Jak zawsze.

Kościelny DINOZAUR

Data wpisu: 13.08.2012 | Dodaj komentarz

Pisać czy nie pisać? Nie wiem! Pisać, bo nie można być obojętnym. Nie pisać, bo nie można nikogo oceniać. W szczególności księży. Dobrzy księża z prawdziwego powołania sami się obronią ciężką i pożyteczną pracą w parafiach, ale co z tymi nieogarniętymi, niedouczonymi, bez talentu? Kto ich wytłumaczy z braku kompetencji? Kto obroni przed moją miażdżącą krytyką? Watykan milczy i pilnuje, żeby żaden pasterz nie wychodził przed stado. No, może oprócz Rydzyka, ale to już nie duchowny, to osobna instytucja. Moja krytyka ma silne podstawy wyniesione z uniwersytetu katolickiego i spotkań ze wspaniałymi ludźmi – księżmi. Bo dla mnie najpierw jest człowiek, a dopiero potem trener, lekarz, ksiądz. I ja z nimi wszystkimi miałam w życiu wiele szczęścia. Było mi dane słuchać i uczyć się od prawdziwych fachowców : ). Dlatego tym mocniej razi mnie, jak wiele Kościół robi, by zniechęcić do siebie ostatnich wiernych. Coraz więcej niczego nie robiąc i pozwalając by wszedł taki człowiek na ambonę i zaczął wrzeszczeć. Dosłownie drzeć się, tak, że uszy trzeba było zatykać, albo wyjść, żeby nie ogłuchnąć. To wyszłam. Po raz pierwszy w życiu wyszłam ze Mszy. I się popłakałam, bo moja religia jest w ten sposób unicestwiana i co mam powiedzieć znajomym, którzy dawno już w Kościele nie byli? Kiedyś mówiłam, szukajcie wartościowych Księży bo tacy istnieją, ale jak mam takiego znaleźć tu na pustyni? Mówią, że wierni w Kościele odzwierciedlają duchownych. W naszym 5 białych twarzy, 8 wykształconych i kompletna znieczulica na beznadziejnie niski poziom niedzielnych serwisów. Kiedyś jak szłam, to sobie czytałam Pismo Święte podczas kazania, reszta filipino i indyczko naokoło drzemała, ale już się nie da ani medytować, ani spać, ani czytać, bo wszyscy lokalni księża z importu upodobali sobie testowanie mocy kościelnego nagłośnienia i krzyczą, albo krzycząc śpiewają tak, że poziom mojej agresji kwalifikuje mnie do gorącego kotła. Ta rutynowość, ta monotonność, ta pompatyczność ich nauczania nie ma już dawno nic wspólnego z nami, współczesnymi Chrześcijanami. Pamiętam dwa lata temu rekolekcje ze szkockim, starym misjonarzem. Ludzie przynosili własne krzesełka żeby usiąść, bo wszystkie ławki były pozajmowane, a jego sakrament uzdrowienia naprawdę mnie uzdrowił. Następnego roku przyjechał proboszcz jakiejś parafii, specjalista od słowotoku. Sukcesu nie było, wiernych w Kościele też nie. Ludzie potrzebują jak nigdy duchowego wsparcia, treningu, kompasu, gdy wszystkie wartości przestają mieć znaczenie. Chcą słuchać, uczyć się o Bogu, ale w języku partnerstwa, codzienności, którą żyjemy. Dostajemy w zamian zupkę w proszku. Pokarm bez wartości odżywczych. Nasz profesor w koloratce  powtarzał: wymagajcie wiele od waszych księży, żeby się starali, bo jak nie będziecie wymagać tylko przyzwalać na bylejakość ich posługi, to Kościół przestanie istnieć. Prorocze słowa. W Anglii od 10 lat można sobie kupić nowocześnie wyposażony loft w byłym kościele i wychodzić z psem na poranną toaletę, pomiędzy nagrobkami, na dwustuletni cmentarz za murem. Oczywiście trzeba pamiętać o woreczkach na psią kupkę, żeby nie gorszyć sąsiadów z kościoła opodal. Argument był jeden, nie do odbicia. Albo burzymy nieopłacalne puste budowle kościelne, albo komercjalizujemy. No to skomercjalizowano. W Polsce do tego nigdy nie dojdzie, nawet jak kościoły będą straszyć pustkami. Nie ma planu naprawczego katolickiego Kościoła. Więc niech nie dziwi nas widok muzułmańskich mosków na każdym rogu, za bardzo krótką chwilę. A najbardziej medialny problem molestowania to jedynie wierzchołek góry lodowej. Przez 4 lata oszukiwałam się, że warto chodzić co niedzielę do dubajskiego kościoła. Teraz poszukam w sobie prawdy i Boga gdzie indziej. Zacznę od godzinnej lektury i kontemplacji wierszy Księdza Twardowskiego każdego niedzielnego wieczora. Nikt niech mnie nie naśladuje tylko szuka swojej drogi i swoich przewodników duchowych. Ojcze Janie… szkoda, że i Ciebie pożarł kościelny dinozaur. Pomimo cenzury rób to, co robisz doskonale, rozmawiaj z młodzieżą. Ucz prawdy! Pozdrawiam

Żebym Ciebie słyszał

Data wpisu: 21.08.2012 | Dodaj komentarz

Pożyczam dziś od Ciebie słowa ok? .. bo nie wiem co mam powiedzieć

A kiedy nie znajdujesz słów
I tematów nowych brak
Co tylko zechcesz do mnie mów
Tak że tego tak że tak

Od niespodzianej ciszy złej
Ratuj nas nieważne jak
Mniej jest istotny zdania sens
Niż rozmowy fakt

No i popatrz
No i słuchaj
Nie uwierzysz
Co się rodzi
Między nami
I wyobrażasz sobie
Co ja to rzec chciałem

Mów tak żebym właśnie ja
Ciebie słyszał
Żeby nie zapadła w nas
Głucha cisza
W słowach co nie znaczą już
Nic ważnego
Jest ukryte jakieś drugie dno
Siódme niebo

I mów tak do mnie, mów tak do mnie, mów tak do mnie…

Czas należy do nas

Data wpisu: 12.09.2012 | Dodaj komentarz

Odkładam pisanie na koniec, na koniec listy życiowych powinności. Lista jest dłuższa niż kreseczki na tarczy zegarków. Nie starcza kreseczek na wszystkie pozycje. Podobno istnieje teoria o plastyczności czasu. Że niby to my nadajemy mu różne formy. I albo tworzymy go w głowie tak, że starcza nam go na wszystko, albo żyjemy w przekonaniu, że zawsze go nam brakuje. Wyobrażam sobie, że czas to kawałek ciekłej substancji, którą trzymając w dłoniach mogę formować i do woli rozciągać jak mi go potrzeba, albo przywracać do standardowego kształtu jak mi się gdzieś dłuży. W tej teorii zastanawia mnie jeden fakt, że kogo nie zapytam, to każdemu wydaje się, że za rogiem dopiero co był Sylwester i impreza noworoczna jak wczorajszej nocy, a tu już znów prawie koniec roku. Jak to możliwe? Co zrobić, żeby ten stan jakoś zmienić i powiedzieć „Boże nie pamiętam już kiedy był Sylwester, jakby całe wieki temu, ten rok tak wolno płynie, dopiero luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, dopiero wrzesień… dopiero!”  Jak przekonać pracodawcę, że 9h w pracy to więcej niż 1/3 naszej doby i 9 godzin z 16-stu naszego dnia. Jak przekonać samych siebie? Ten rok określiłam mianem orki i siania. Chyba zasiałam za wiele! Z zachłanności oczywiście i ze strachu, że lepiej mieć jakiś biznes na boku jak Szejk zdecyduje, że nie jestem mu już potrzebna. Potrzeba oszczędzania na emeryturę, czarną godzinę i godziwe życie, w połączeniu ze strachem utraty stałego zatrudnienia doprowadziły mnie w tym roku do punktu, w którym przy takiej koncentracji na wyniki zaorałabym i zasiała pole pięciu sąsiadom w Polsce. No i proszę, żyję żeby pracować, a nie pracuję żeby żyć. Czy każdy tyle dziś pracuje? Ludzie, przecież to jest nowoczesne niewolnictwo w obozie konsumpcji. Kto wychowuje nasze dzieci, mieszka w naszych domach, grilluje w naszych ogrodach, wyprowadza nasze psy! O właśnie. Psa nie mam, bo się nie opłaca czasowo i ekonomicznie. Czysta kalkulacja zastąpiła dziecinne marzenie o życiu z psem. Nie dziś, nie tu, nie teraz. Kiedyś… może…  A może nie być przecież kiedyś… Kiedy nauczyłam się w ogóle tak kalkulować zwierzęta? I jak tu się teraz z tego interesu wycofać, jak duma, inwestycje inwestorów, zawziętość i stanowczość to najlepsi strażnicy naszego zawodowego niewolnictwa. Więcej, więcej, więcej! A właśnie, że mniej!!! I właśnie odmówiłam 3 grzejniki Tubus za 5000 zł z górką do domku u babci. Recyklingowe stare, które takie stare wcale jeszcze nie są i działają, i będą działać. Nie będzie stylu retro pod parapetem, nie będzie błagalnego telefonu do klienta po godzinach zwykłej pracy, o kolejne spotkanie w sprawie zegarków z Farmacja, które chcemy umieścić na jego sklepowej półce. I mogę w spokoju przechorować przeziębienie. Niech zegarki reprezentuje inny szczur! Bo to był zły pomysł mieć stałą pracę i dodatkową pracę i jeszcze jedną! Nie odważę się zwolnić i zająć tymi zegarkami w 100%, a żaden biznes nie wyjdzie jak się nie jest oddanym sprawie całkowicie. Może oddam to pole komuś w dzierżawę?? Ale też trzeba by koło tego chodzić, a ja wolę chodzić po plaży w weekend. Daję sobie czas konsekwentnie do końca roku. Jak nic nie wyjdzie z tych dodatkowych interesów to 2013 zaczynam od planowania kolejnej egzotycznej wyprawy! Rozglądam się wokoło. Niczego nie brakuje w tym pokoju,  niczego nie brakuje w tym mieszkaniu. Nie potrzeba mi ani lepszych ciuchów, ani wystawnych kolacji. Potrzebuję dobrej książki, fajnego filmu, ciekawej rozmowy, sportu i katalog Ikea :))))) nie potrzeba mi dodatkowej na to pracy, ani więcej czasu. Właśnie się rozchorowałam, tym razem zostałam w domu i mam cale 16 godzin dnia!!! Mam czas ugotować sobie rosół. Wrzucić zdjęcia z wakacji na Picassa. Pomalować kuchnię babci wirtualnie w Photoshopie i wybrać najfajniejszy kolor. Przemalować w realu paznokcie, sama, za darmo, nie w salonie. Odezwać się do znajomych. Cieszę się tym dniem, takim zwykłym, tak po prostu. Sami wpędzamy się w kierat pracy i stresu i sami musimy się z niego uwolnić. Co jest moją osią życia? Dziś uświadomiłam sobie, że nie chcę, aby były to trzy etaty zawodowe.

Szczęśliwi kalorii nie liczą

Data wpisu: 29.09.2012 | Dodaj komentarz

Olśniło mnie, dlatego od razu siadam i piszę. Weszłam do mieszkania i pomyślałam, jakie ono piękne, zaczęłam je sprzątać i pomyślałam jak bardzo je lubię. I przyszło mi do głowy, że to wystarczy by poczuć się szczęśliwą. Ja jednak, od kiedy sięgnę pamięcią, wchodząc wieczorem po pracy do mieszkania myślę, jaka jestem gruba, brzydka i leniwa, bo znów nie chce mi się biegać, tak jakby jedynie sport i doskonały wygląd dawały przyzwolenie na bycie szczęśliwym. Dziś ukazała się historia pozyskanego przeze mnie brandu, w jednej z modowych biblii. Po raz pierwszy odkąd jestem, od dwóch lat, na tym stanowisku, magazyn wydrukował całą stronę poświęconą naszemu sklepowi. Nie za kasę. Po prostu w tym miesiącu mamy jedną z HOT TOP 10 stories w świecie fashion. To również powód do szczęścia. Tak jak spotkanie z koleżanką, fotografką z Omanu, która realizując swoją pasję, podkręca mnie do działania, bo potrafię, mogę, chcę! To kolejne źródło życiowego zadowolenia. A jednak, mijam w przedpokoju lustro i opuszczam głowę. Zobaczyłam w nim po raz kolejny zdeformowane ciało, czy zdeformowaną duszę? Muszę być szczupła i nic więcej się w życiu nie liczy. I nic więcej nie da mi w życiu poczucia szczęścia. To wszystko inne w około to oczywistość. Odbicie w lustrze to najwyżej ustawiona poprzeczka spadająca z hukiem na zimną posadzkę przedpokoju, brudne kafelki sklepowych przymierzalni, na drobne ziarenka piachu przy leżaku. Nawet piach tutaj jest drobny… tak jak wszystkie pomniejszane do ułamków nieważności życiowe sukcesy, z których nikt nie nauczył mnie jak się powinnam cieszyć i jak nagradzać. U nas w domu nie było nagród. Były dobrze lub źle wypełnione obowiązki i kara… nie obejrzysz „Mody na sukces”, nie wyjdziesz na podwórko, nie pojedziesz na wesele kuzyna. Śmiechu warte małe kataklizmy dzieciństwa. Kiedy, kto wmówił mi, że nie wyglądam tak jak powinnam? Okrutna siostra? Starsze koleżanki na obozach? Kolorowe magazyny z modelkami? Działacze sportowi? Obsesyjnie myśląc o wadze, nie myślę o umyśle, sercu, duszy. Nie umiem być w pełni szczęśliwa. Nie jestem chora na bulimię. Nie jestem chora na anoreksję. Jestem jedną z tysięcy kobiet sukcesu, które opuszczają głowę, czując się nikim, przechodząc koło lustra w przedpokoju, bo ciągle nie osiągnęły wymarzonej wagi…

Chciałabym aby moja duchowość wyzwała na pojedynek cielesność, a ciało skonsultowało z umysłem, dlaczego ciągle nie potrafi przestawić się na tryb eco, green i clean. Umysł od dawna zafascynowany jest tym nurtem, a ciało robi, co chce. Żre, nie rusza się, nie czyta etykietek, nie rozdziela śmieci, nie medytuje i choruje. Mam 30 lat i zastanawiam się kiedy, jak nie teraz, jest najlepszy czas by o siebie zadbać? Po pięćdziesiątce, kiedy będzie trzeba wynieść z domu wszystkie lustra? Zamiast działać siedzę i jęczę. Albo poczuję się happy z tym jak wyglądam, albo zmienię to jak wyglądam i poczuję się happy, albo nigdzie dalej nie zajdę. Źle! Czy tam dokąd chcę dojść, będzie mieć znaczenie moja niedowaga? Czy raczej to, ze bez względu na okoliczności potrafię być SZCZĘŚLIWA?

Pod zniczem

Data wpisu: 12.11.2012 | Dodaj komentarz

Smutno mi się siedzi w pracy, gdy Rodzina poszła na cmentarz uczcić pamięć tych, co od nas odeszli. Tak bardzo bym chciała być tego dnia w Polsce, pochylona nad grobami. Co roku jednak muszę wybierać pomiędzy obecnością na cmentarzu, a obecnością przy Wigilijnym stole i zawsze to starcie emocji wygrywa Boże Narodzenie, o ile w ogóle mam urlop odłożony na koniec roku. Pamiętam jak szorowałam opuszczone groby na komunalnym cmentarzu od dziecka. Jako harcerka w podstawówce, a potem jako licealistka. Z poczucia obowiązku, który dawał mi satysfakcję i w przekonaniu, że kiedyś ktoś wyszoruje i odplewi mój. Myślę teraz o tych wszystkich grobach moich pradziadów, które przestały już istnieć. Najpierw ich ciała, doświadczenia, przeżycia, marzenia i plany odeszły w wieczność, a potem nawet kamienie przykrywające ich trumny. Gdzie spoczęła mama mamy mojej Babci? I kto zabrał jej miejsce? Kolejne pokolenie odchodzące w niepamięć. Godzinami potrafię narzekać na kolor i gładkość swojej skóry, która kiedyś, jak będzie mi dane doczekać, zupełnie zszarzeje i się pomarszczy. Są dni, które atakują moje życie i ulatują z niego jak drapieżne jastrzębie. Są takie, które wleką się jak mozolne żółwie. Wiecznie zasłaniam się brakiem czasu, a przecież nie dostałam żadnego dnia ani krótszego ani dłuższego niż dni Einsteina, Chopina, Skłodowskiej-Curie czy Matki Teresy. Większa świadomość śmierci zwiększa dystans do życia, problemów, wyzwań i przeciwności. Wszystko doczesne kiedyś przeminie. Głębsza wiara zmniejsza strach przed tym przemijaniem. Oni wszyscy gdzieś tam ciągle są… i to mi wystarczy, by nie płakać nad grobami tych, których mi w życiu najbardziej brakuje. Ilu ludzi odczuje mój brak pewnego dnia? Ta cyfra nie musi być współmierna do liczby znajomych na Facebooku. Ilu ludzi odczuwa mój brak już dziś? Nie liczę kilku nowych zaproszeń na Facebooku od ludzi z podstawówki czy liceum, którzy nie pofatygowali się nawet dołączyć jednego zdania w wiadomości, a jedynie z ciekawości, na wylot, przewertowaliby od czasu do czasu mój profil. Po co mi oni? Skoro nawet dobrych znajomych strach o cokolwiek w dzisiejszych czasach poprosić, bo nikt nie ma czasu ani ochoty na załatwianie jakiś tam twoich spraw.

Boże, jak dawno nigdzie wokół siebie nie usłyszałam – nie ma sprawy, pewnie, z przyjemnością, czy jeszcze coś można zrobić? Daj znać jak tylko będziemy mogli jakoś pomóc. Ludzie unikają tych obszarów jak tyfus zabijający ich cenny czas i energię. A ja nadal łudzę się, że to najlepsi przyjaciele. Ale czy przyjaciel wpędzałby w wyrzuty sumienia, w poczucie wstydu, czy zażenowania ilekroć podaję Ci rękę z pomocą? Czy tak wygląda prawdziwe ludzkie wsparcie? Nie oglądam się na to i pomagam tam gdzie mogę, mając wyrzuty, że wciąż za mało. Nawet jak po drodze ktoś rzuca kłody pod nogi tylko po to, żeby pokazać kto tu rządzi.

Jutro czyszczę Facebook, pojutrze czyszczę atmosferę w mieszkaniu. Raz, a dobrze. Zaczynam poszukiwania wymarzonego zawodu, dobrych ludzi, prawdziwych przyjaciół i pięknych chwil.  Wszyscy, którzy nie pamiętają o moim istnieniu nie muszą sobie w ogóle przypominać, a ci, którzy pamiętają nigdy nie zostaną zapomniani!

Prawda i tylko prawda

Data wpisu: 12.11.2012 | Dodaj komentarz

Myśli krążą od Warszawy do Dubaju, przez Liban do Zakopanego. Już zawsze będą przemierzać ten szlak od czasu do czasu. Wiem, że dobrze zrobiłam nie wracając do Polski. Od roku nie mogę wyremontować domu po Babci, bo granicę zabudowy jakiś leniwy niedouk wyznaczył mi w kuchni. I nie ma mocnych w Polsce na nic. Kowalski siedź i płacz, krzycz, walcz, proś i lataj od Kajfasza do Jonasza a urząd miejski walczy z urzędem wojewódzkim kosztem Kowalskich. Do tego zwolniony robotnik, złapany na wykradaniu narzędzi i materiałów zrobił donos podpisany wymyślonym nazwiskiem i adresem z kosmosu, i Kowalska załamała się psychicznie. Po co wracać? Dla mnie to, co się w kraju dzieje, jest już czystą abstrakcją, bo jak zrozumieć zachowanie rządu w sprawie spapranego każdego aspektu śledztwa, dotyczącego katastrofy smoleńskiej i takie ostentacyjne lekceważenie obywatelskiego prawa do rzetelnej informacji? Boję się myśleć o tej niepojętej dla mnie manipulacji. Wszystko w Polsce jest manipulacją. Ceny, pensje, wykształcenie, prawo, bezrobocie i poziom znajomości języków obcych. A tu gdzie jestem przynajmniej mogę gadać co chcę i nikt mi nie pomoże popełnić samobójstwa. Jeśli wyjdzie kiedyś inna wersja niż ta, którą propaguje polska władza u władzy, to zrzeknę się obywatelstwa tego kraju, bo nie będę chciała mieć już nic wspólnego z tymi co przytakiwali. Ludzie, domagajcie się wierzytelnych wyjaśnień każdej nieścisłości. Domagajcie się prawdy, jaka by nie była. To wasze prawo, które obecny rząd wam odebrał, zostawiając śledztwo w rękach Rosjan. Kiedyś ktoś gdzieś za to odpowie. Zostawiam w tym miejscu swoją opinię dla potomnych, którzy kiedyś będą nas z bierności oceniać…

TUPOLEW

Data wpisu: 17.11.2012 | Dodaj komentarz

Polacy wstali z łóżek i pojechali na sobotnie zakupy, złapią za odkurzacze w ferworze przedniedzielnych porządków, ugotują obiady i pójdą z dziećmi na spacer, bo mają generalnie gdzieś jakiej narodowości będą kiedyś ich wnuki, byleby w kraju był dobrobyt. Miłej niedzieli Państwu życzę, domagając się od Rządu wyjaśnień, bo pojawiły się informacje o trotylu na Tupolewie i umarł pirotechnik, który badał wrak! Nie pierwszy tak blisko powiązany ze Smoleńskiem zgon… Czy czytał ktoś z Państwa oficjalną wypowiedź Rządu polskiego w tej sprawie? Czy czytał ktoś o jakimkolwiek oficjalnym stanowisku Rządu, w jakiejkolwiek innej kontrowersyjnej sprawie dotyczącej Smoleńska? Ja szukałam dziś rano i nic takiego nie znalazłam i niezmiernie mnie to dziwi, bo w innych demokratycznych krajach jest konferencja prasowa, w każdej tak istotnej sprawie, na której dziennikarze mogą zadać wszelkie pytania, a przedstawiciel Rządu odpowiada… Domagam się międzynarodowego śledztwa, które zakończy wszelkie moje domysły w tej sprawie. A Państwo mogą spać spokojnie?

Wszech-możliwości

Data wpisu: 19.11.2012 | Dodaj komentarz

Nie mam dzieci, nie mam zwierząt, nie mam absorbującej pracy, nie mam żadnych hobby, nie udzielam się w żadnych stowarzyszeniach, nie mam ulubionych autorów, filmów, rodzajów muzyki. Nie mam żadnych nowych płyt i żadnych rytuałów. Kiedyś jeździłam robić zdjęcia słoniom na Sri Lance, potem jeździłam konno i jeździłam do siłowni prosto po pracy. W empiku przesłuchiwałam godzinami nowości i starości, wertowałam albumy z przeróżnymi zdjęciami i przeglądałam pisma z architekturą. Pracowałam w fundacji, miałam ukochanego psa i parę rysunków ołówkiem w szafce. Wszystko to gdzieś w innym życiu, w innym wydawałoby się wcieleniu… W którym miałam jakoś więcej czasu na życie. I pasje. Poza Dubajem. Dubaj dał mi niczym nieograniczony luksus, słońce 360 dni w roku, plażę przed domem i zabrał wszystko, całą aktywność. Absolutnie nie rozumiem dlaczego. Nie mam depresji, nie leżę godzinami w łóżku i nie jestem zadowolona z nic nierobienia. Więc czemu tak bardzo się ograniczyłam? Jakbym po przybyciu tu już wszystko osiągnęła i nic więcej nie chciała osiągać. A z drugiej strony czuję jakby sufit był za nisko, a z 4 stron ograniczały mnie szklane ściany. Widzę ile możliwości jest poza nimi, widzę wszystko to, co chciałabym robić, ale nie umiem zmotywować się do żadnego ruchu. Dlatego patrząc w lustro coraz mniej siebie poznaję. Może lenistwo jest chorobą, na którą zapadłam? A może zaraziłam się nim tutaj od kogoś? Może od partnera, który nie widzi nic złego w schemacie odpoczynek, praca, jedzenie. E. nie ma takich samych potrzeb więc trochę słabo do niego pasuje określenie partner. Towarzysz może, albo opiekun. Biznespartner. Widzę, że tyle jest do zrobienia. Widzę, że inni tyle robią, a mnie coś wryło w piach. Może się wypaliłam, może coś mnie wypala. Może kiedyś o wszystko musiałam walczyć, a teraz już walczyć nie muszę bo wszystko jest na wyciągnięcie palca. Wydaje mi się że wyczynowy sport był moim motorem do działania, a teraz jak go nie ma, nie mam do niczego motywacji ani energii. Sport organizował moje życie i sprawiał, że chciało mi się chcieć. Po 4 latach w bezruchu widzę jak zmieniła się moja osobowość gdy już nie mam treningów, gdy już nie muszę myśleć o ciągłej poprawie rezultatów. To chyba popularny syndrom spadku z top aktywności do totalnej bezczynności. Słyszę często narzekanie młodych ludzi, że by chcieli ale nie potrafią, boją się, nie wierzą. To dość popularne w obecnych czasach przepełnionych wszech-możliwościami. Powodów jest wiele. Spaprane dzieciństwo, kompleksy, wymaglowany strach, przejaskrawiane przeciwności. Bez względu na powód, wiele osób chciałoby coś zmienić, osiągnąć, naprawić, ale tkwi latami w tym samym punkcie. I to jest ogromna tragedia tych ludzi, ich rodzin i otoczenia. Wiesz, że tylko Ty jesteś panem swego życia, a czujesz, że ktoś inny pociąga za sznurki. Muszę odzyskać zapał do działania, do kochania i życia pełnią życia. Muszę odnaleźć własne przeznaczenie, bo gdzieś mi tu umknęło.

Zima

Data wpisu: 23.11.2012 | Dodaj komentarz

Zaczęłam przeglądać zimowe zdjęcia na pulpit i dziś boleśnie tęsknie za Polską. Żeby tak mieć psa, z którym można iść na długi spacer. Żeby tak mieć las i pole za domem. Dużą, jasną kuchnię i wszystkie przybory do pieczenia. I żeby móc zaprosić przyjaciół na grzańca. Depresyjne zmęczenie, o którym pisałam, znów wzięło górę i leżę już w łóżku z BlackBerry w rękach. Swoją drogą wygodne to cholerstwo niesamowicie. Zastanawiam się więc czy nie poprosić Mikołaja o IPad z polską klawiaturą, ale z moją znajomością technologii pewnie i tak leżałby nieużywany. Do tego lubię mieć wokół siebie niewiele przedmiotów i jedynie te absolutnie niezbędne, a przy laptopie i BB, IPad wydaje się kolejnym, zbędnym urządzeniem. Jak ktoś myśli inaczej, proszę mnie przekonać. Na chwilę obecną nic nie potrzebuję. Mam wszystko w nadmiarze i nie pojmuję jak ludzie mogą otaczać się w nieskończoność przedmiotami. Gromadzić latami wszelkie śrubki, szmatki i każdy inny śmieć. Człowiek tak niewiele potrzebuje do wygodnego życia i wyznaję zasadę, że lepiej 3 piękne bluzki niż 30 byle jakich : )))) Ale ostro powiedziane! Dzięki Bogu w Dubaju odechciało mi się wielkich regularnych zakupów. Lata pracy w sklepach i leczenia londyńskiej depresji kartą kredytową nauczyły mnie umiaru. Lubię mieć przejrzystość umysłu i szafy. Już nie potrzebuję posiadać, żeby się uśmiechać. I teraz kupuję tylko na specjalne okazje. Uważam to za ogromny luksus i błogosławieństwo, że nie jestem uzależniona od posiadania. Dzięki temu spokojnie mogę się dogadać z moją praktykantką, która w wieku 22 lat chodzi w firmowych majtkach i jeździ Jaguarem wartym 54-krotność jej skromnego, studenckiego wynagrodzenia. To jest właśnie prawdziwy Dubaj. Dzieci bajecznie bogatych rodziców, które nie muszą zarabiać. To dziecko akurat jest bardzo skromne i ułożone. Uczy się zawodu z wdzięcznością i niekłamaną satysfakcją. Ma serce Pocahontas i status córeczki Ambasadora, ale ma też własne ambicje, co bardzo w niej cenię. Mi z pewnością nie chciałoby się ruszyć palcem mając w szafie, garażu i torebce same designerskie gadgety w prezencie od rodziców. Znam wielu ludzi, którzy przywaleni są ciężarem swego ”dobytku” i nigdy nie mają czasu, żeby go porządnie uprzątnąć ani ochoty, żeby cokolwiek wyrzucić. Więc magazyn staroci, rupieci i skorup wrasta w ich życie, uniemożliwiając dopływ świeżego powietrza, zabierając twórczą przestrzeń i miejsce teraźniejszości. Jako tułacz i emigrant nigdy nie zrozumiem gromadzenia, bo całe życie starałam się by mój dobytek mieścił się w jednym pokoju i w max. 4 walizki, łatwe do szybkiego transportu, zostawiając za sobą wiele sukienek, garnków, obrazów i książek.

Tęsknota

Data wpisu: 23.11.2012 | Dodaj komentarz

Obiecałam sobie, że nie będę szukać informacji o tym, czy jesteś szczęśliwy. Ale przy okazji nadchodzącego Bożego Narodzenia to jakieś takie normalne, a tu cisza jak makiem zasiał. Jak to cisza przed burzą to pewnie zaraz gruchnie wiadomość, że się żenisz, będziesz miał małego rogala, albo że przeprowadzasz się w końcu w prawdziwe własne ściany. Każdy z tych newsów napełni moje serce wielką radością i spokojem, że jednak nie byliśmy częścią jednej legendy. Bo myśleć o Tobie samym, niekochanym, nietulonym, niewspieranym niczyimi ramionami jest mi bardzo trudno w zimie. Pewnie teraz jestem już migoczącą blado plamką w bardzo odległej, zamazanej galaktyce wspomnień. I nawet nie wiem czy ugryzłeś choćby jednego pączka, za którego jeszcze uprzejmie podziękowałeś, jak na dobrego człowieka przystało, bo że jesteś dobry i zwykły to nie ulega wątpliwości. Widziałam, słyszałam, czułam pod skórą jaki jesteś. I wcale nie byłeś wtedy niedostępny tylko wręcz jakoś dziwnie bliski. Wiem, że chciałeś taki wtedy być. Moje wspomnienie też już powoli się przeciera, jak flanelowa, ulubiona nocna koszula, w którą zawijam się jak jest mi źle. Nie możesz mieć mi za złe, że reanimuję wspomnienie tej jednej chwili za każdym razem gdy blednie w odcieniach świeżych miłości, nowych, mocnych życiowych wrażeń, silnych doświadczeń. To Twoja poniekąd wina, że zostajesz w pamięci na lata i wieki może… Więc życzę Ci doświadczenia tych wszystkich wspaniałych Bożonarodzeniowych uczuć i opiekuńczych ramion w życiu, bo to wielka siła jak są.

Piąty rok w Dubaju

Data wpisu: 05.12.2012 | Dodaj komentarz

Nasumi – „A jak Ty się tam znalazłaś? ”

Cyferki w strategii marketingowej na pulpicie nie chcą mi się już składnie dodawać, to Ci Nasumi odpiszę i zrelaksuję się trochę.

Małe polskie miasteczko na obrzeżach Polski.

Podstawówka i przygoda z lekką atletyką.

Liceum i pierwsze medale.

Kadra i studia socjologiczne w Warszawie.

Pierwsze porażki zawodowe i pierwsza miłość : )

Wyjazd za chłopakiem do Londynu.

Praca w sklepach i treningi w londyńskim klubie.

Kontuzje pleców i serca – koniec motywacji.

Potrzeba zmiany.

Wiara w sekret i przyciągnie – polecam!

Propozycja pracy w sklepie w Dubaju.

22.12.2010 rok

Za 17 dni miną 4 lata od podjęcia najlepszej decyzji w moim życiu : )

To wszystko wydarzyło się za sprawa… „Sekretu”. Sama książka napisana jest stylem dla dzieci, ale każdy kto zaczął zgłębiać temat wie, że to na prawdę działa. Od kiedy tylko pamiętam marzyłam o domu nad morzem, a kiedy biegałam po mokrym tartanie w Londynie, w przeszywającym do szpiku kości chłodzie wyobrażałam sobie dzień, w którym, wczesnym rankiem, w weekend będę sobie truchtać po plaży w promieniach słońca, wzdłuż lazurowej wody. Uniwersa przyciąga do naszego życia to, w co wierzymy i tak pokierował okolicznościami, by urzeczywistnić moje wyobrażenia. Praca w Dubaju mnie sama znalazła i nie było bardzo trudno się tu zaaklimatyzować, bo tylko niewiele aspektów życia, w moim odczuciu  jest tu gorszych niż w Europie. Mi brakuje rodziny i lasu.  Nie brakuje mi: załatwiania spraw po znajomości, strachu przed przemocą, pijaństwa na ulicach, narkomanii w podstawówkach, pornografii na wystawie kiosku ruchu, długich kolejek w urzędach, obrażonych na świat i życie ludzi, braku szacunku do prawa i policji, wąskich, dziurawych ulic, polskich cen i polskich płac. Zawodowo, co roku latem muszę być w Europie: Berlin, Paryż, Londyn, Madryt. W tym roku zrobiłam test Sarbicka i porównałam ceny caffé latte z wakacji w Warszawie z cenami w tych 4 miastach. Londyn oszalał, reszta trzyma tę samą cenę i tu doznałam szoku, taka sama jak w Dubaju! A w żadnym z tych krajów nie mam szans na pensje i standard życia z Dubaju. Więc porzuciłam chęci na powrót zawodowy do Europy. W Dubaju mam coraz więcej… wolności. Samodzielne mieszkanie pierwszy raz w życiu i drugi wolny pokój dla gości, co jest dla mnie oszałamiającym osiągnięciem, które celebruję od tygodnia : ) Więcej tolerancji dla innych, uwzględniając w tym moją obcojęzyczną miłość. Luksus zakupu bezpośredniego biletu lotniczego do Warszawy od lutego : ) Kolejnym krokiem jest niezależność zawodowa, żeby móc ten bilet kupić kiedy mi się tylko zatęskni za gołąbkami mojej Mamy i pierogami u Stasi w Krakowie. Od dawna o takim życiu myślę i los właśnie tak układa mi karty… albo jak kto woli, sama je sobie tak układam!

Żywność GMO !!!

Data wpisu: 05.12.2012 | Dodaj komentarz

Żywność GMO – genetycznie zmodyfikowana.

Proszę obejrzyjcie wszystkie 5 video z poniższego linku.

Poznałam Dr. Rata w 2010 roku, interesując się historia Drugiej Wojny Światowej.

Dziś jago wykład z 2010 roku jawi mi się jako spełniająca się czarna przepowiednia.

To odpowiedź na pytanie co się dzieje w Europie.

Jeśli na to pozwolimy to zginiemy!

Prawda w oczy kole

Data wpisu: 03.01.2013 | Dodaj komentarz

21.12.2012

W końcu wystartowaliśmy. Po 5 godzinach opóźnienia lecę do domu na Święta. Umęczona całonocnym koczowaniem na lotnisku i ostatnimi tygodniami pracy marzę o kilku dniach w domu. W prawdziwym domu. A jeszcze prawdziwszy, bo własny remontuje się ambitnie. Mam nadzieję, że po roku przestoju, związanego z nieudolnością polskich urzędów, następne Święta wyprawimy znów, jak 25 lat temu, u babci. Nawet remont na odległość sprawia mi niesamowitą frajdę, choć wybieranie kolorów i tkanin wznosi mnie na wyżyny własnej wyobraźni. Jadę ocenić pierwszy efekt w skończonej sypialni. To na razie jedyne 3m2 powierzchni nadającej się do zamieszkania. Reszta od roku wygląda jak po wojnie. Obraz nędzy i rozpaczy. Od początku zakładałam, że zachowam jak najwięcej w oryginalnym stylu. Takim jaki pamiętam z dzieciństwa, a reszta będzie prosta, oszczędna, biała i skandynawska. Usunęłam sufit na poddaszu i zostawiłam widoczną drewnianą konstrukcję dachu. Na kominie położyłam szary kamień, bo cegła byłaby za ciemna w takich małych pomieszczeniach. Na podłodze szaro-kremowy panel pinia alpejska. Kiedyś będą prawdziwe deski. Dobudówka ma tak wyglądać, żeby komponowała się z oryginalną bryłą budynku. To da nam trzy dodatkowe sypialnie. I w sumie z małego poniemieckiego domku będzie fajna letnia rezydencja z 4 sypialniami, jadalnią i gościnnym. Wspaniale jest przywracać temu domowi duszę, robiąc mu radykalny lifting. Ma być wiejsko, przytulnie i wygodnie. Dom nieskończony, a ja myślę już o ogrodzie : ) z grillem i malinami. Taki kontrolowany busz. Bez oczek wodnych z krasnalami Hahaha. Najważniejszy w kuchni będzie wysoki barek łączący dwa pomieszczenia. W jadalni biały, duży kredens, kominek i stary, okrągły stół po babci, przy którym cała rodzina, ta bliska i ta daleka świętowała wszelkie okazje. Nie tak jak dzisiaj – komentarz na facebooku. Kiedyś komentarze zostawiało się przy tym stole. W gościnnym najważniejsze będą wygodne kanapy ze stolikiem kawowym. W łazience klimat będzie robić czarno-biała podłoga w szachownicę i skorodowana wanna na nogach. Każda sypialnia będzie miała inny klimat. W mojej okno wychodzi na wielką wiśnię dlatego na kominie powiesiłam zdjęcie kwitnącej gałęzi tego drzewa. Piękne zdjęcie w odcieniach różu, bieli i szarości. Jedna ze ścian w jadalni będzie granatowa. Jadę uzgadniać z ekipą nowe szczegóły. Po 3 podejściach znaleźliśmy w końcu super chłopaków, którzy – mam nadzieję – nie wyniosą się do ukończenia całego projektu. Poprzedni albo odwalali chałturę, albo kradli, doprowadzając rodziców do płaczu i załamania. Mama stała się prawdziwym kierownikiem budowy. Wspaniale wszystkiego pilnuje. Tylko dzięki Rodzicom takie przedsięwzięcie na odległość jest w ogóle możliwe. Remontowanie to moja największa pasja. Chciałabym zajmować się tym zawodowo, ale w Dubaju nie ma za wiele do remontowania, a do tego jest ogromna konkurencja, ale mam nadzieję, że los pokieruje tak moim życiem, że kiedyś pasja przerodzi się w karierę. Wylądowaliśmy w Bukareszcie na tankowanie. To jest najdłuższa podróż z Dubaju do domu. Tak bardzo chciałabym już siedzieć w samochodzie do Żagania. I zjeść jakiś obiad. I zobaczyć się z rodzinką. Dzieciaki na pokładzie dają w kość, bo też mają dość tej podróży. Za oknem samolotu pada śnieg. Nigdy nie przestanę celebrować życia. Po to ono jest. Dobrze mieć rodzinę…

27.12.2012

…I już po Świętach i po złudzeniach. Idę pustą ulicą do domu mego dzieciństwa. W oknach sąsiadów widzę migocące światła choinek. W moich oczach szklą się łzy. Czym ja sobie zasłużyłam na te wszystkie kłody rzucane pod nogi? Za co? Za to, że mam marzenia i mnie na nie stać? Za to, że mam odwagę je realizować? Że mam fajne, udane, bogate życie, na które sama pracuję? Ciosy od najbliższych bolą najbardziej. Brak rozmowy, porozumienia, życzliwości, taktu, manier. Nie potrafię tego ogarnąć. Wszystko przemawia za rozsądkiem, za wsparciem, ale rzeczywistość jest inna. Obelgi, wyzwiska, szantaż emocjonalny. Rozdarte serce. Połamane bezsilnością ręce, które rwą się do pomocy i pracy. W odpowiedzi – nie wtrącaj się, nie ruszaj, zostaw jak jest. Ja wiem wszystko najlepiej, wy jesteście nic nie warci. Czy to demencja starcza mojego ojca, czy jego chora duma, czy zepsute patologią serce? Nie było wymarzonych Świąt z szacunkiem, zrozumieniem i miłością. I nigdy nie będzie! Nie w tym domu, nie z tymi ludźmi. Oni nie widzą nikogo poza sobą. Nie interesuje ich drugi człowiek. A w szczególności ten, co ma więcej, widział więcej, myśli i zachowuje się inaczej. Taki człowiek musi być zniszczony choćby słownie. Od lat te same konflikty i zarzuty. Ile można?

Polskie przepisy

Data wpisu: 03.01.2013 | Dodaj komentarz

Dziś pękło mi serce. I złamała je nie jak kto inny, tylko polska biurokracja. Najpierw złamała je mamie, potem ojcu, a na końcu, po roku – mnie. Robię wszystko, żeby być blisko Polski. Duchowo, finansowo, fizycznie, a Polska robi wszystko, żeby mnie odepchnąć za granice, z których nie będzie już do niej powrotu. Od roku walczyliśmy z nieprawidłowo wyznaczoną linią zabudowy, która okazało się, że przechodzi przez naszą kuchnię, uniemożliwiając dobudowę jednego pokoju dla rodziców na stare lata, żeby się zmieścili z niepełnosprawnym wujkiem na dole. Chodziliśmy gnani od urzędu do urzędu, żeby dziś po roku czasu dowiedzieć się, że być może czas na zatwierdzenie naszego projektu już minął i będziemy musieli zaczynać wszystko od nowa. Rodzice załamani nerwowo, dom rozkopany w środku, ale co to kogo obchodzi. Trzeba było wynieść się na Cypr, a nie remontować niemiecką ruderę, w której urodziła się moja mama i jej rodzeństwo, zmarł mój dziadek, a potem babcia, a ja uczyłam się chodzić i pisać. Jak mam pozytywnie afirmować, skoro afirmowałam od roku? Jak mam pozytywnie myśleć  skoro nie umiem zrozumieć jak państwo może postępować przeciw swoim obywatelom w tak perfidny sposób? I to przeciw spracowanym, chorym ludziom, którym nie wiadomo jak długo będzie dane mieszkać jeszcze w tym domu. Prawo i przepisy są martwe, a zwykły człowiek w Polsce nic nie znaczy. Co on obchodzi panią urzędnik grzejącą wygodny stołek od 9 do 16 z przerwami na kawkę i papieroska u pana starosty. Ręce mi opadły. Zwykły cel wyremontowania rodzinnego domu grożącego totalnym zniszczeniem, kawałka czyjejś ukochanej Polski, czyjejś nadziei na powrót, czyichś wspomnień i marzeń jest niweczony polskimi przepisami spapranymi przez konowałów zatrudnianych w urzędach. I nikt nie może nic poradzić. Siedź człowieku na kupie gruzu i płacz, bo nic innego ci zrobić nie wolno. W twoim domu, na twojej posesji. Nawet jak dokumenty są nieprawidłowe nikt nie wyraża skruchy, nikt nie ofiaruje pomocy. Wszędzie musisz walczyć o swoje prawa i nadal jesteś nieproszonym petentem. Wysadziłabym te urzędy w powietrze. I całe prawo w Polsce. Dała je w ręce fachowcom niech napiszą wszystko bez kuriozalnych błędów od początku dla dobra obywateli, a nie przeciwko im. Nie dla utrudniania życia tylko ulepszania. Nienawidzę za to Polski, że zabija wszelkie przejawy pomysłowości, chęci działania, przedsiębiorczości chorą biurokracją i niewiedzą urzędasów. Ja mówię mamie, no jak to, tak nie może być, trzeba tak i tak, a mama dziecko ale u nas się nie da. To inny świat, w którym zdrowy rozsądek jest wrogiem ludu. Uciekaj stąd i nigdy nie wracaj. Boże, a ja tak bardzo chciałam mieć kawałek Polski dla dzieci, żeby nauczyły się języka, historii, swoich korzeni. Sama chciałam pamiętać skąd jestem. Wstyd mi za moje miasto, za kołtuństwo i interesowność. Nie mam sił, bo gdzie indziej już dawno moi rodzice mogliby się przeprowadzić do odnowionego domu. Przykro mi, że mnie tam nie ma i wszystko jest na ich ramionach. Serce mi pęka, że to wy musicie wysłuchiwać bezsensownych komentarzy niedouczonych przedstawicieli władzy. Że to przed wami zamykają drzwi. Ze mną nie mieliby tak łatwo. W czasie kiedy wy walczycie z każdą przeciwnością ja tu siedzę i zarabiam pieniądze, które przesyłam do Polski, opłacam polskie ekipy budowlane i wydaję w polskich sklepach na polskie okna, meble i wszystko inne. Naprawdę załamałam się dzisiaj, a mnie tak przywalić jest trudno. Cały rok zmarnowany i jeśli nie skończę tego domu do następnego Bożego Narodzenia to będzie to największa moja duchowa porażka, bo wierzyłam tak bardzo w sens i powodzenie tego projektu. Już widziałam w tym roku lampki na choince w ogródku za oknem z rozkopanej jadalni. Błagam nie róbcie mi tego, nie zabierajcie mi tej radości, która pomaga mi tu oszczędzać każdy grosz. Już wybrałam kafelki, kuchnię, zasłony. Żyłam tym cały rok i serce mnie boli, ze wszystko teraz stanie na Bóg wie jak długo. Przecież rodzice nie będą już młodsi. Każdy rok jest darem losu. Ja też chcę mieć już w końcu swój kawałek podłogi i rozpakować się po 10 latach tułaczki. Wszyscy radzili stawiać nowy dom, a ja zdecydowałam się remontować ten stary, bo w nim bije moje serce. Teraz przyszło mi płacić za to zdrowiem psychicznym. Co z tego wszystkiego zostanie? Wszystko idzie jak krew z nosa i końca tego krwotoku nie widać. W końcu się wykrwawię. Nie mogę opanować łez gdy pomyślę, że to już drugi rok się zaczął i straszą nas, że będziemy zaczynać od początku. Nikt nie ma na to już siły ani ochoty. Winni powinni być za to ukarani. W odpowiedzi w końcu na właściwy wniosek o zmianę tej nieszczęsnej linii zabudowy otrzymaliśmy odpowiedź, że urząd ma kolejne 6 miesięcy na rozpatrzenie sprawy.  Kolejny sezon budowlany przejdzie nam koło nosa ale to nie jest problem panów pod krawatem.

W odpowiedzi

Data wpisu: 30.01.2013 | Dodaj komentarz

Urząd zamknął sprawę, bo termin na zaakceptowanie projektu minął, a minął z powodu tego, że ten sam urząd nie poprawił w terminie źle, przez ten sam urząd, wytyczonej linii zabudowy. Sprawa o poprawne wytyczenie linii zabudowy już się toczy i będzie się wlec może i do jesieni. Nie mamy prawa nic tknąć w domu, bo była już jedna kontrola… Robimy nowy projekt obejmujący tylko wyremontowanie obecnych pomieszczeń. Może się uda ruszyć w marcu, a potem na raty zrobimy jakoś tą resztę, jak przesuną tę nieszczęsną linię. Byliśmy po pomoc prawną i przy konfrontacji z Rodzicami w urzędzie, urzędnicy wyśmiali ich od lekko powiedziawszy nieogarniętych, bo przecież podobno każdy tłumaczył im właściwe procedury od samego początku, tylko oni – prosta masa robotna – nie pojęła o co chodzi i stworzyła jakieś niepojęte historie na własną niekorzyść. A jak było inaczej to prosimy to nam udowodnić, nagraniem głosowym, video, podpisem bezstronnych świadków uczestniczących w takowych konwersacjach z nami URZĘDNIKAMI!!!…

Dziękuję za wszystkie komentarze, które wywarły na mnie ogromne wrażenie, bo generalnie, za każdym razem gdy rozmawiam z moim pokoleniem rodaków rocznik ’82 i niżej o chorobach wyniszczających Polskę, to każdy wie co dokładnie jej dolega, gdzie boli i gdzie jest na to lekarstwo, ale… przeraża to, że nikt nie chce podjąć się radykalnej kuracji. Wydaje mi się, że Polak czuje się sam bezsilny i wie, że nic sam nie zdziała, bo go zadeptają ci przy korycie, a nie ma czasu zrzeszać się w zorganizowane grupy, bo za bardzo pochłania go codzienna „walka o przetrwanie”. Zgadzam się, że nasze pokolenie ma inną psychikę i jest bardziej otwarte, ale to nie nasze pokolenie niestety rządzi tym krajem, a ci co zaczynają się przebijać, obawiam się, że będą mieć wokół siebie bardzo nieodpowiednich nauczycieli. Z drugiej strony jak przypomnę sobie niedawną Rewolucję w Egipcie i innych krajach, jeszcze 100 lat za Polską i potężną rolę Internetu, jaką odegrał w tych przewrotach, to pragnę by coś tak samo mocno wyrwało nasz Naród z tego letargu, ale po tych wszystkich wydarzeniach w polityce, które ujrzały światło dzienne i zostały przez Naród tak po prostu zamiecione pod dywan, nie ma na to najmniejszej szansy. Powód widać doskonale właśnie z perspektywy stada kóz na Saharze. Łatwiej poświęcić kozę w Rewolucji, niż ciułanego mozolnie latami Forda czy Hondę. Namiastka dobrobytu, dostępnego dla Polaków stosunkowo od niedawna, groteskowo uwiązała nam gardła i zakryła oczy… Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się nad powrotem do Polski, ba nad powrotem do mojej małej rodzinnej mieścinki, w charakterze… Burmistrza. Dowiedziałam się właśnie, że go w końcu ludzie w referendum odwołali, a w lutym będą nowe wybory. Nie mogłam wczoraj spać. Jestem socjologiem, znam dobrze chorobę naszego miasta, wiem jak się ją powinno leczyć zarówno medycyną ludową jak i zagranicznymi zastrzykami kapitału. Czy znaleźliby się w moim mieście ludzie idei? Ludzie czynu? Ludzie chcący leczyć to miasto i ludzie chcący jego uleczenia? Czy udałoby się wyrwać nasze miasteczko z machiny ogólnokrajowego bankructwa, cwaniactwa i korupcji? Czy miasto pozwoliłoby mi w pełni działać? Czy wrogowie pojawiliby się szybciej niż zwolennicy? Podróżowałam po całym świecie. Obserwowałam inicjatywy innych prowincji w nauce, sporcie, przemyśle, kulturze. Zarządzam budżetem 1 mln euro i potrafię z niego wycisnąć 10 mln zysku. Fajniej byłoby to robić dla swojego miasta, dla swojej ojczyzny. Ale czy komuś na tym, oprócz mnie, zależy? Jutro jest kolejny weekend. Tygodnie mijają bardzo szybko. Na spokojnie się nad tym wszystkim zastanowię, bo wiem, że w moim życiu brakuje wyższego celu.

Stracona notka

Data wpisu: 02.02.2013 | Dodaj komentarz

Jest mi tak bardzo smutno. Obudziłam się i zaczęłam pisać. Potem wcisnęłam publikuj i nic nie zostało opublikowane… Było o dubajskiej pogodzie i o tym, że znów pada deszcz i że rodzice wracają z przysięgi od brata i o polskich porach roku i porach życia. Że w taką pogodę jest jak w Polsce i że chce mi się naleśników i kakao. Niby o niczym, a jednak o wszystkim i boli, że przepadło. Może team bloga to jakoś odzyska. Ciągle uczę się tego nowego formatu i nie skopiowałam treści. Nie potrafię jej odtworzyć ani napisać o tym samym jeszcze raz, bo ja piszę sercem, niepowtarzalne chlip, chlip…

Nowy początek starej pasji

Data wpisu: 01.03.2013 | Dodaj komentarz

Jestem geniuszem. Zmieniłam klawiaturę w arabskim laptopie na taką, z polskimi znakami i jestem w domu. Mogę pisać po polsku, nie męcząc czytelników brakiem kropeczek, kreseczek i ogonków. Jednak pisanie na laptopie to najbezpieczniejsza forma dla mnie, bo gwarantuje, że nie stracę tego, co napisałam, tak jak ostatnim razem. A dziś absolutnie muszę napisać. Przede wszystkim, wracam do siebie po dłuższej chorobie. Przez pierwsze dwa lata pobytu w Dubaju, prawie nie chorowałam, ale teraz kurz i pył dają się mi we znaki i raz do roku wszystko osiada na płucach. Przy zmianie sezonów dopada duszący kaszel, ale to podobno uroki tego klimatu. Słońce sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi bez dopalaczy, przynajmniej do czasu pierwszych oznak szybszego niż gdziekolwiek indziej starzenia. Potem albo to zaakceptujesz, albo skalpel, bo raczej to proces już nieodwracalny. Taka cena za luksus. Ale nie o starzeniu dziś, a może właśnie o tym. Muszę uwiecznić ten dzień, dzień w którym zdecydowałam czego chcę od życia. Dzień, w którym wydoroślałam i zmądrzałam. Czy taki dzień spotyka każdego? Nie, bo znam pięćdziesięciolatków, którzy nadal nie wiedzą, czego chcą od życia, mając coraz mniej czasu, żeby zrealizować prawdziwe pasje. Ja mam taką pasję od dzieciństwa. I nie jest to tylko pisanie, ani jazda konna. Pamiętam jak pomalowałam szafki w swoim pokoju na żółto-niebiesko, bo nie wystarczyło mi już ich przestawianie. Nawet fajnie mi wyszły. I pamiętam, że od zawsze marzyłam o chwili, w której będę remontować dom mojego dzieciństwa. Więc co ja robię w sklepie jako sprzedawca? Płynę na fali losu, jak rozbitek, zamiast być sternikiem własnego życia. Ktoś mnie zobaczył i zawołał na stadion, potem socjologia była najłatwiejsza do studiowania, trenując sport. Wyjazd do Londynu, bo narzeczony robił karierę, a w sklepie, robiąc zakupy wpadłam w oko kierownikowi, doradzając jakiejś Japonce fason okularów słonecznych. Wyjazd do Dubaju, bo zadzwonili z propozycją z największego centrum handlowego na świecie. I mimo, że zawsze chciałam pracować na własny rachunek, nigdy nie pracowałam, bo pensja coraz większa i apetyczniejsze benefity. Każdy, robiąc co innego niż tak na prawdę lubi, dla kogoś innego niż powinien, dojdzie w końcu do ściany. Niektórzy przy niej pozostają waląc głową do końca, raz mocniej, raz słabiej. Inni przeżyją depresję, rozczarowania, po to by zmądrzeć i się odważyć zrealizować swój talent, swoje pasje, swój przepis na życie. Kto czytał moje wcześniejsze posty wie, że najpierw przychodzi zmęczenie i wielkie niezadowolenie ze wszystkiego, tego jak wyglądam, gdzie mieszkam, co robię, z kim się zadaję. Potem smutek i zwątpienie w siebie, bo to kara za życie niezgodnie z własnym powołaniem. Potem złość i bezradność, że chcę a nie mogę, że nie wiem jak, nie umiem nic postanowić, zmienić i wyegzekwować od siebie. Własne ja okazuje się największym wrogiem, najokrutniejszym krytykiem i najsilniejszym przeciwnikiem. I wtedy, albo zaczynamy dreptać w koło, albo przychodzi katharsis, natchnienie, inspiracja i odwaga by o siebie zawalczyć. Nasze życie może w ułamku sekundy zmienić choroba, nieszczęście, drugi człowiek, przeczytana książka, obejrzany film, podróż. W moim wypadku jest to miłość człowieka, którego zaczęłam krzywdzić swoim depresyjnym stanem. Kogoś, kto kocha mnie miłością niestawiającą żadnych warunków, absolutnie akceptującą i totalnie wspierającą. Bezpieczną, dobrą, uczciwą, oddaną. Gdybym ją zniszczyła, dreptała bym ciągle w koło moich demonów, moich wad, moich słabości, wokół strachu przed małżeństwem, macierzyństwem i wiernością. Czas to ogarnąć i oswoić i podejść do wspólnej przyszłości poważnie. Zacząć planować wspólne życie, a nie życie pod czyjeś dyktando. Dziś zobaczyłam jasno swoją przyszłość. Ujrzałam siebie realizującą się w miłości do swojej rodziny, swojego męża, do swojej pracy, swojego domu i do swoich hobby. Od dawna nie poczułam większej siły i harmonii w sobie i we Wszechświecie. A najsłodszy jest spokój, który się czuje odkrywając własne powołanie. Chciałam dziś właśnie o tym napisać, żeby zapamiętać ten stan na zawsze. A teraz, do drogi w nowym kierunku. Remontując dom w Polsce, na odległość, ogarnęłam już wiele tematów takich jak okna, kominki, dobudowy i przebudowy. Jedna sypialnia jest już wykończona no i tak kompletnie nieopierzony ptak to nie jestem. Zaczęłam nawet oswajać AutoCad. Tylko że wszystko jakoś tak mozolnie mi idzie. Może pora dać ogłoszenie na lokalnym serwisie, że utalentowana stylistka wnętrz pomoże w metamorfozie twojej przestrzeni. Myślę, że złapanie jakiegokolwiek zlecenia będzie elektryzujące i bardzo motywujące. Może o to chodzi, żeby nie zastanawiać się za wiele, tyko działać, krok po kroku. Związać swoje życie zawodowe z wnętrzami jest mi pisane. A z ostatniej chwili, warto dodać, że Burmistrz, Starosta i Rada Miasta zostali odwołani przez mieszkańców mojego miasta. Komplikuje to sprawę mojego remontu, bo musimy czekać na nowe władze, żeby zakończyć problem z linią zabudowy, ale cieszę się, że niekompetencja została w końcu ukarana przez ludzi. Nawet przez moment przyszło mi do głowy, żeby się pakować i kandydować w następnych wyborach… bo mam wizję przywrócenia mojemu miastu twarzy. Nie miałabym nic przeciw zamieszkaniu w domu mojego dzieciństwa jak już ten remont się w końcu skończy i jakbym miała ciekawe i pożyteczne zajęcie w tygodniu. W weekendy ogród i remontowanie u sąsiadów. Bo nie zrezygnuję już z tej pasji.

Czas na zmiany

Data wpisu: 27.04.2013 | Dodaj komentarz

Już jestem! Nie było mnie bardzo długo, ale już jestem. Bardzo się stęskniłam za pisaniem i moim blogiem. Przerwa była spowodowana turbulencjami zawodowymi. Od stycznia mamy nowego szefa, który jest mega ignorantem i rozwalił nasz zespół emocjonalnie serwując nam codzienny rollercoaster. Ignoruje nas, a nasze projekty spycha na margines ważności. Spowodowało to drastyczny spadek satysfakcji i zaangażowania. Przychodzę do pracy z odruchem wymiotnym i nie chce mi się podnieść palca, żeby otworzyć maile, nie mówiąc już o stworzeniu jakieś nowej kampanii, czy osiąganiu mega sukcesów. Nic mi się nie chce. Osiem godzin nic nie robienia, w grobowej atmosferze, męczy bardziej niż pracowita harówka z sensem. Po pracy mam doła, że marnuję czas, że to co się dzieje rozwala efekty moich dwóch lat sukcesów i stopuje mnie, a było tak dobrze i wesoło. Nie mam psychicznej siły na życie po pracy. Wracam do domu przybita i mechanicznie coś tam wykonuję. Nie ma mowy o niczym artystycznym, ambitnym, czy fascynującym, bo praca, w której spędzam więcej niż pół życia, przestała mnie zupełnie mnie interesować. Decyzja zapadła. Daję wypowiedzenie pierwszego listopada, pakuję manatki z Dubaju, przenoszę dobytek do Abu Dhabi i pierwszego grudnia wracam na miesiąc do Polski przygotować pierwsze Boże Narodzenie w wyremontowanym domku Babci. Moja przygoda w Dubaju dobiega końca…. ale ma mega optymistyczne zakończenie! Po bardzo krótkiej i bardzo „remontowej” Wielkanocy w Polsce wszystko z remontem jest na bardzo właściwej drodze. Tato znalazł nowe miejsce na swój warsztat i przeprowadził się, kompletnie opróżniając cały teren wokół domu i starą stodołę. Teraz wszystko razem może być zrównane z ziemią i wymurowane w tym samym miejscu od nowa. Dom się powiększy o ogromny salon z kominkiem, aneksem kuchennym i antresolą do spania, z otwartą przestrzenią pod wysokim sufitem, idealnym na trzy metrową choinkę. Nie byłam na Wielkanoc w Polsce 7 lat… To nie była taka Wielkanoc jak powinna, bo za dużo stresu kosztuje nas ten remont, ale nie ma zwycięstwa bez bitwy. Najważniejsze, że ekipa wie co ma robić, sprawy papierkowe udało się załatwić. Nie martwimy się wciąż nieprawidłową linią zabudowy, bo i bez dodatkowej dobudowy mamy co remontować i miejsca powinno teraz już dla wszystkich wystarczyć. Do października powinno być skończone !!! : ) W sierpniu zrobię kontrolną wizytację i wiem, że będę już mieszkać u babci, z nową łazienką i kompletnie ukończoną częścią domu. Nie mogę doczekać się zakupów w Ikei hahaha i zobaczenia na własne oczy tego, co na razie jest posklejanymi zdjęciami na kartkach papieru, wycinkami materiałów, skrawkami tapet, wzorów, kamieni. Na telefonie, na skypie, na mailu projektuję ten dom kawałek po kawałku, większość elementów wybierając z internetu, wierząc, że wszystko się razem nie pozagryza, a wręcz przeciwnie, stworzy harmonijną całość ze skandynawską duszą, przystosowaną do polskich warunków. Od stycznia bezrobotna, po miesięcznej przerwie rekonwalescencyjnej w kraju, będę gotowa na Nowy Rok i nowy rozdział mojego życia w Abu Dhabi z człowiekiem, którego kocham nad życie i którego pragnę w tym roku poślubić podczas skromnej, romantycznej ceremonii w cerkwi na Santorini. W maju będą dwa cudowne lata naszej znajomości, miłości i dojrzewania do życia razem. To będzie nasz trzeci tango festival, bo dzięki tangu było nam dane się spotkać. Życie na odległość miedzy Dubajem a Abu Dhabi przestało nam wystarczać, w grudniu kończą się nam umowy na mieszkania, więc jedno musiało podjąć decyzję. Postanowiłam dać szansę nowemu miastu. Zaczynam swój własny biznes więc będę mieć więcej swobody zawodowej i łatwiej mi będzie żyć w AD niż jemu codziennie jeździć do pracy 1.20h bardzo wcześnie rano, a potem wracać późnym wieczorem bez energii na życie. Abu Dhabi to nie to co Dubaj. Nie ma tego standardu i urody. Jest bardziej konserwatywne, stare i zaniedbane, ale to tylko na jakiś czas, bo to chyba nie Emiraty są nam pisane. Oboje chcemy mieć domek z ogrodem i prawdziwych przyjaciół na grillu w sobotę. Będzie trzeba znaleźć ten domek. Na razie szukam hotelu w Santorini, który będzie się nadawał na wesele : ) To jest w sumie obecnie moje główne zajęcie w „pracy”, ale nie poprawia mi to zawodowego nastroju nic a nic, bo więcej byłam w stanie osiągnąć poza pracą, gdy byłam zawalona ciekawymi, ambitnymi projektami zawodowymi. Teraz korzystając z przestrzeni w biurze i organizując sobie wesele nie cieszy mnie to tak bardzo jak powinno, ale byleby do grudnia… : ) Wszystko potoczyło się bardzo szybko, i marazm uczuciowy przemienił się w wulkan miłości po moim powrocie z Wielkanocy. Dużo się działo z remontem, w pracy kicha, trzeba mi wsparcia i obecności, a nie rozmów przez telefon. Więc decyzja była jedna. Do końca roku musimy być razem. Nie chcemy wielkiego wesela, nie chcemy mega stresu i organizacji tego wszystkiego dla innych. Chcemy żeby to był nasz dzień, przeżyty w bliskości i świadomości z garstką najbliższych nam osób, które nas dobrze znają. W dniu naszego ślubu chcemy być przede wszystkim dla siebie i ze sobą. Wybraliśmy Santorini jako kompromis pomiędzy Polską a Libanem. Nie mamy problemu ze znalezieniem na prawosławnym Santorini cerkwi, a atmosfera tego miejsca będzie najwspanialszą dekoracją naszego dnia. Wakacje z najbliższymi połączone z uroczystością ślubną na magicznej, greckiej wyspie. Marzenia się spełniają…. Ten rok jest pełen dynamicznych zmian. Przewraca do góry nogami życie. Odmienia je zaskakującymi zwrotami akcji i nieprzewidzianymi wydarzeniami. Taki jest dla mnie ten 2013. I mija bardzo szybko. Już kwiecień, już wiosna, już tyle się wydarzyło, a jeszcze wszystko przed nami ! Po rewolucji nastanie czas pokoju, stabilizacji, relaksu i cieszenia się wspaniałymi rezultatami tego przewrotu. Tak czuję. Odkąd dzielę życie z tym najważniejszym na świecie człowiekiem, niczego się nie boję, nic nie jest w stanie mnie przestraszyć czy zranić do głębi, bo wiem kim jestem dla niego i dla siebie. Moja wartość rozkwita na nowo.

Puzzle

Data wpisu: 05.05.2013 | Dodaj komentarz

Nie poszłam dziś do pracy. Jest niedziela, jest prawosławna Wielkanoc, którą zaczęłam również obchodzić, jest tęsknota za wszystkim co znam z przeszłości. Dziś nie zachwycam się Dubajem, choć za oknem właśnie chowa się do morza słońce w kolorze dojrzałych pomarańczy, a woda ma odcień pastelowego błękitu zmieszanego z opiłkami złota. Wystarczy podejść do okna… Taki widok mam w sypialni od pięciu lat i z pewnością nie zrozumie mnie nikt, kto widzi szarą, odrapaną ścianę z własnego okna, ale to jedynie widok i nie widok jedynie w życiu się liczy. Liczy się wielopokoleniowe dziedzictwo, z którego można czerpać garściami, zapraszając do Wielkanocnego stołu babcię, dziadka, czy starszą, samotną sąsiadkę. Obcowanie z ludźmi należącymi do innego pokolenia, to skarbnica wiedzy i darmowy bilet do przeszłości. Ich doświadczenie i historia, której byli naocznymi świadkami uczy lepiej niż nie jeden podręcznik. Niestety coraz rzadziej żyjemy w wielopokoleniowych rodzinach. 1, 2 ewentualnie 2 + 1 to dzisiejszy patent na szczęście. Ja przez 3 lata żyłam w układzie 1, a przez dwa ostatnie 1 + 1 na weekendy, i w święta najbardziej odczuwam nijakość takiego układu. Brakuje mi domu wypełnionego rozmowami, gwarem, ruchem, życiem po prostu. Chciałam napisać, że takiego domu nigdy mieć już nie będę, ale zapomniałam, że jestem panią własnego życia i mogę przecież ukształtować je tak, żeby taki dom kiedyś mieć. W szczególności, że jeden się już remontuje powoli. Nie chcę w tym domu być sama, dlatego czas na rodzinkę i prawdziwych przyjaciół. Nie na wszystkich można liczyć. Ludzie nie mają czasu się odwiedzać, siedzieć i gadać, nikt nie śpiewa już kolęd, czy maluje woskiem jajek. Z Krakowa do Warszawy jest za daleko, a co dopiero z Londynu do Poznania. Gdzie się podziało życie w gromadzie, w rodzinie? Czy ono jeszcze istnieje w Polsce, bo w Dubaju nie ma na takie szans. Czy ludzie spędzają ze sobą czas dla przyjemności, celebrując tradycje, pamiętając historię? Zastanawiam się nad tym organizując własne wesele. Obawiam się, że ludzie, którzy są dla mnie ważni nie znajdą czasu i nie znajdą powodu, żeby przyjechać. Bo jestem daleko i nie mamy już częstego kontaktu, bo wszyscy pracujemy od rana do nocy, bo mamy mega kredyty, mega potrzeby, mamy absorbujące dzieci, duże domy do posprzątania i sprawy do załatwienia. Nie ma czasu dla drugiego człowieka, zawsze jest coś ważniejszego. Ja wiem, że tak nie chcę i zastanawiam się co zrobić, żeby moje życie było inne. Definitywnie pomoże wolny zawód, praca, która jest hobby i możliwość podróżowania, żeby móc odwiedzać wszystkich i zapraszać do siebie. Składam sobie wszystko jak układankę z puzzli. Zamówiłam taki obrazek, jaki najbardziej mi się podoba : ) Nie jest za trudny, nie brakuje kawałków… krok po kroku, wyłania się z teraźniejszości piękny widok na przyszłość. Od stycznia zaczynam wszystko po raz kolejny na nowo, już w roli żony. Nauczyłam się, że aby się rozwijać, coś musi się skończyć i coś nowego zacząć. Z kimś takim jak E. w życiu nie mam czego się bać i po raz pierwszy nie boję się realizować marzeń. Przykro mi, że nie wszystkie najbliższe mi osoby chcą być częścią tych marzeń. Ale tak było zawsze. Nic nowego. I nic nie poradzę na przepaść między nami. Przestałam się po prostu tak bardzo tym już przejmować i robię swoje, żyjąc własnym życiem. Z pewnością pomaga fakt, że życie jest bardzo krótkie, a dni mijają tak bardzo szybko. Co chwilę ktoś bliski odchodzi na zawsze i kiedyś nikogo z nas już nie będzie. Nie będzie tych wszystkich dylematów, które teraz mamy, żadnego problemu, żadnego żalu, czy narzekania. Nie będzie więcej szans. Rozliczymy się i będzie coś innego. Nie chcę rozliczać się z pracy, której nie lubię, z faceta, którego nie kocham na maksa, z domu, który nigdy nie był taki jaki sobie wymarzyłam, że będzie. Chcę podpisać się czytelnie swoim imieniem pod wszystkim co przeżyłam na własny rachunek.

Wiara czyni cuda

Data wpisu: 26.06.2013 | Dodaj komentarz

Wszystko toczy się tak szybko. Dzień za dniem mija, a rok przynosi nowe wyzwania i nowe przeżycia. Jeśli coś jest dla ciebie dobre, właściwe i zgodne z twoja głęboka wolą na pewno będzie łatwe do osiągnięcia i proste. Tak jest z organizacją mojego ślubu. Wszystko dosłownie układa się samo. Idealną suknią przecenioną 70% zobaczyłam w przerwie na lunch. Jak tylko wymyśliłam że chcę duży kwiat we włosach na kolejnej przerwie na lunch odkryłam sklep z akcesoriami do włosów i moją purpurową piwonię : ). Nawet śliczne, kremowe balerinki nie kazały się długo szukać i były w sklepie obok naszego firmowego, firma online sprzedająca welony okazała się mieć siedzibę w Polsce i przemiłą obsługę, którą pomogła mi zamówić za 30% ceny taki welon jaki sobie upatrzyłam w realu. Ach, jakie to sympatyczne zaskoczenie odkryć online w Dubaju profesjonalną stronę z akcesoriami ślubnymi należąca do Polaków. http://www.wed-shopping.com/ serdecznie polecam. Wszystko tylko dlatego, że towarzyszy mi absolutna pewność co do tej decyzji. Pewność, o której nie miałam pojęcia że kiedyś się pojawi. Uczucie, że wychodzisz za mąż za naprawdę idealnego faceta warte jest każdego samotnego dnia i zawodu serca w przeszłości. Nigdy nie straciłam wiary, że Bóg przeznaczył mi wspaniałego człowieka i zaprowadzi mnie do niego tylko Jemu znanymi drogami. Tak samo jest z wymarzoną pracą, wspaniałym domem i ciekawymi podróżami, bo wierzę, że wszystko to jest na mojej drodze. Inaczej przecież nie warto byłoby wstawać z łóżka, by iść przed siebie. Nie można bać się nowych szlaków, nieudeptanych jeszcze ścieżek, nieznanych kierunków. Wystarczy zaufać doskonałemu planowi, który dla każdego został napisany. Nigdzie nie jest przecież powiedziane, że człowiek musi cierpieć i płakać, żeby osiągnąć pełnię szczęścia. Umartwienia, łzy, nieszczęścia jako droga do zbawienia to zła interpretacja, bo czy jakikolwiek kochający rodzic, utalentowany kreator, projektant rodząc dziecko, czy tworząc arcydzieło chciał, żeby dziecku działa się krzywda, a jego dzieło było niszczone, poniewierane i deptane? Wszystko we wszechświecie zostało stworzone z myślą o człowieku i jego szczęściu oraz pomyślności. Wszystko na Ziemi jest dobre w swej naturze. Ludzie jedynie nadają rzeczom złe zastosowanie lub negatywne znaczenie. Sami siebie ograniczamy. Nikt inny nie ma wpływu na nas samych, bo jesteśmy panami swoich myśli i decyzji. Nawet jak jesteśmy pod negatywnym wpływem to nadal mamy wolną wolę, żeby zmienić sytuację, a jak nie mamy wolnej woli możemy zawsze walczyć o jej przywrócenie. Naprawdę wszystko jest w naszych rękach, a raczej głowach. Pozdrawiam romantycznie.

Lato w Dubaju

Data wpisu: 30.07.2013 | Dodaj komentarz

Pisałabym i pisała. Zdecydowanie za mało piszę. Jest 23.03 i wieczór tylko dla mnie. Zapaliłam świeczki i włączyłam Donnę Sumer. Klimaty warszawskiej Klubokawiarni. Kiedy to było… W czasach jej wielkiej świetności. Wspaniale, że było mi dane tam bywać, bo wiele fajnych nocy przeżyłam w Klubo. Ogólnie to niesamowicie ciekawe mam to życie i dziś korzystam z niego na maksa. Z tego, że mam czas dla siebie i pieniądze, żeby zrobić sobie np. pierwszy laser i w końcu pozbyć się blizn po trądziku. Na marginesie, zabieg porównywalny do rozgrzanego żelazka przyłożonego do twarzy, ale wytrzymałam i już mniej parzy po 4 godzinach. Rezultat rewelacyjny. Zmniejszone pory, jaśniejsza cera. Do pełni szczęścia potrzeba mi jeszcze 3 zabiegów, ale jak nie przed ślubem to kiedy 🙂 najlepszy czas, żeby rozpromienić cerę. Wspaniały jest ten wieczór i piszę żeby to utrwalić. Mam plan, żeby zacząć się obserwować, bo okazuje się, że prawie wcale się nie znamy, a każdy działa na zasadzie jakichś schematów i jak się je odkryje i pozna to łatwiej je kontrolować. Nie wiem jak często i kiedy w miesiącu napadają mnie momenty obżarstwa, a czuję, że kryje się za tym zawsze ten sam mechanizm. Poznaj swego wroga brzmi stare, chińskie powiedzenie. Nie jestem dla siebie wrogiem, ale pewne moje przyzwyczajenia stoją mi na drodze pełni szczęścia. Na przykład wiem, że nigdy nie powinnam rozmawiać z Mamą gdy coś mnie w ciągu dnia już wyprowadziło z równowagi, bo na pewno się na niej wyżyję i nie będę w stanie się powstrzymać, a jednak czasem zapominam o tej zasadzie i wpadam w ten sam schemat. Awantura, wyrzuty sumienia, następny dzień do kitu. Nie żeby Mama zawsze była bez winy, ale każda awantura po prostu wykańcza mnie psychicznie, więc zdrowiej będzie poznać siebie lepiej i wprowadzić małe treningi. Tylu ludzi żyje gdzieś obok swoich lepszych ja w zupełnej nieświadomości, powtarzając wciąż te same błędy. Wszystko można zmienić, tylko trzeba to poznać, zaakceptować i zacząć nad tym pracować. Akceptować znaczy zdawać sobie sprawę, ze coś się dzieje. Jest milion sposobów na chandrę. Masz swoje? Znasz swoje. Ja znam kilkanaście, które podziałałyby pozytywnie na mnie, ale jedynie kilka stosuję i to od czasu do czasu. Może zawojuję sobie taką receptę lekarstw na doła i będę ją nosiła zawsze przy sobie. Czemu nie! Dziś na pewno działa. Po pierwsze, w końcu podjęłam kroki, żeby znów coś zmienić. Zmienić swoją skórę. Od dawna tego chciałam, od dawna o tym mówiłam i zero akcji, aż do dziś. Super uczucie. Znów się dzieje to, co chcę żeby się działo. Zamiast gadania i narzekania dość zwlekania. Do tego ulubiona muzyka i świece zapachowe to jakby ktoś masował mi umysł. A tak niewiele brakowało, żebym zapleśniała przed telewizorem cały wieczór poświęcając go na jakiś absurdalnie pusty program o celebrytkach z Teksasu. Pisać jednak zachciało mi się nadmiernie i oto rezultat kompletnie odmienionego nastroju, po dołującym tygodniu. Taki wieczór wspaniale wprowadza w weekend. Więc do dzieła, stwórzcie własne recepty na ponure dni i noście je zawsze przy sobie, gdybyście potrzebowali lekarstwa. Teraz chce mi się tańczyć. Elena wyszła z mieszkania (bo do października będę mieszkać z lokatorką) na tą duchotę. Na zewnątrz jest już bardzo wilgotno. Pora opuścić Dubaj na dwa miesiące bo nie idzie wytrzymać. Można koszulkę wykręcać wracając z supermarketu do samochodu. Chwała tym co używają dezodoranty. Niestety, w niektórych kulturach to nie występuje, a powinno, nawet pod postacią przymusu. Niestety latem Dubaj tonie w woniach… To tak na marginesie. Tonie tez w przecenach obecnie. I dobrze, bo zamiast jednej kupiłam trzy sukienki ślubne z czystym sumieniem. Jedną do Santorini, jedną do Polski i jedną do Libanu. Wszystkie da się po ślubach zrecyklingować na wieczorowe. Biel nawet w nocy teraz jest w modzie. E. też skorzystał i wystąpi w boskim garniturze Armaniego. Pewnie kupilibyśmy go i tak, nawet w normalnej cenie, bo jest obłędnie idealny. Więc nie ma co narzekać na ten Dubaj. Ja nigdy nie narzekam. Przeżyłam tu wspaniałe 5 lat. Bez porównania z tymi spędzonymi w Londynie. A komu się nie podoba to niech spada. Każdy może żyć gdzie mu wygodnie, więc dlaczego narzekać i tak po polsku ujadać? Jest czysto, bezpiecznie, cicho, nowocześnie, bogato, łatwo, przyjemnie i słoneczne. Oczywiście nie ma zieleni i wielu przyjaciół, a ludzi obchodzi tylko praca lub zabawa, ale to są sprawy drugorzędne biorąc pod uwagę bezpieczeństwo, wysokość pensji, poziom służby zdrowia. Dzięki pracy dla Arabów wyremontowałam dom w Polsce, spełniłam marzenie aby żyć przy plaży. Wyprostowałam swoje życie. Tu też poznałam swojego księcia z bajki. Teraz jestem gotowa na nowe przygody.

Paryż-NY-Miami

Data wpisu: 30.07.2013 | Dodaj komentarz

Siedzę na lotnisku i obserwuję ludzi. Każdy jest inny. Każdy ma swoją historię i dokądś zmierza. A z drugiej strony każdy należy do tego samego gatunku. Ja jednak widzę przede wszystkim różnice. Różny kolor skóry, różna budowa ciała, różny status ekonomiczny i poziom inteligencji. Uderzające jest jak niewielu ludzi się uśmiecha. Nie widzę wokół nikogo w promieniach szczęścia, radości, podniecenia. Jak bardzo przywykliśmy do wszelkich udogodnień i wynalazków, a niektóre nie mają nawet jeszcze 100 lat. Świat pędzi do przodu, a ludzie rodzą się i umierają. I dlaczego ktoś rodzi się w Afryce, a ktoś na baryłce ropy? Przegrany już na starcie. Ja urodziłam się w warunkach umiarkowanych. Ani złych, ani dobrych. Przeciętnych po prostu. Z szansami 50 na 50. I co tu narzekać. Nie muszę nosić chusty ani żadnej płachty. Nie muszę wychodzić za mąż w wieku 12 lat za 60-letniego przyjaciela mojego ojca. Nie muszę siedzieć w domu i rodzić dzieci. Mogę być astronautką, pilotką myśliwca. Mam prawo głosu. Mogę prowadzić auto, mogę na nie sama zarobić i je sobie sama kupić, a potem sprzedać i przeznaczyć pieniądze na cokolwiek, zgodnie z własną wolą.

Podróż szybko minęła. Nawet jeden przemiły niski pan zamienił się ze mną na miejsca, bo nie zmieściłam się w środku rzędu samolotu Air France. Negatywne strony posiadania nieprzeciętnie długich nóg. Przespałam lot i pobudziło mnie dopiero 59 euro na liczniku taksówki, która zaparkowała przed moim hotelem. Przestępstwo normalnie, taka cena za dojazd do miasta z tego lotniska i korek okropny w piątek rano, bo przecież Europa dopiero dziś po południu zaczyna weekend, ale miło zobaczyć znów Paryż budzący się do życia o 7.00 rano. Szczęściara ze mnie, bo udało mi się poznać to miasto dość dobrze i to prawie za darmo, głownie w podróżach służbowych. W tym roku już chyba po raz ostatni w życiu przyjechałam tu na targi, bo siedzę w paryskiej kawiarni na rogu Luwru i zastanawiam się co dalej. Wypowiedzenie z kariery w sprzedaży we wrześniu, ślub w październiku, grudzień w wyremontowanym domku Babci, a w styczniu przeprowadzka do Abu Dhabi. Po drodze jest nasza gra gang boom bang. I moje zobowiązanie, że się zaangażuję w rozwój tej inwestycji, ale nie mogę dłużej zagłuszać swojego powołania do renowacji i pisania. Jestem pisarką i renowatorką. I nigdy nie byłam bardziej pewna swoich pasji. Niestety zobowiązałam się do rozwoju gry i muszę temu podołać. To też może być droga do spełnienia marzeń zawodowych, bo żeby remontować trzeba mieć dużo funduszy. Gra więc jest buforem finansowym. Ach ten Paryż… Jaki wspaniały poranek. Nigdzie nie gonię, nic nie muszę. Mogę siedzieć w tej café i pisać do południa. A potem obejrzeć po raz kolejny impresjonistów w Luwrze. W tym roku przyleciała ze mną nowa buyerka zatrudniona w naszej firmie i to ona ma mieć ostatnie zdanie przy składaniu zamówień. Po 2 latach odstawili mnie na parking i tak sobie wegetuję tydzień po tygodniu, byle przetrwać do września. Cieszę się bardzo, że miałam możliwość jeszcze raz przyjechać na targi, tym bardziej, że w tym roku na Paryżu się nie kończy i w następnym tygodniu lecę do Nowego Yorku i Miami. Tak mogę zakończyć karierę w strojach kąpielowych. W Dubaju jest już piekielnie gorąco, a tu chmurki i sweterkowa temperatura. Można odsapnąć i otulić się szalem. Dobrze, że mogłam na chwilę się zatrzymać w tej knajpce. Ostatnio czułam coraz bardziej nasilającą się presję remontu, gry, pracy, organizacji ślubu…. Zgubiłam gdzieś całe pozytywne nastawienie i chyba byłam już na krawędzi depresji wynikającej z niemocy i poczucia utknięcia w niechcianej rzeczywistości. I po raz kolejny jak zwykle pomogła rozmowa z drugim człowiekiem. Wrócił dystans, uśmiech i chęci naprawienia sytuacji. Czasem za wiele od siebie i innych wymagam zamiast podchodzić do problemów z dystansem.

W Luwrze robię przerwę przed obrazem Renoir ”La Lecture”. Po prawej stronie zimowy pejzaż Moneta. Uwielbiam impresjonistów. Zdecydowałam się resztę dnia spędzić w muzeum Orsay, przed ulubionymi obrazami z tej szkoły malarstwa.

Po pierwszym muzealnym dniu w Paryżu reszta pobytu upłynęła mi na targach. Kolekcje strojów kąpielowych na następny sezon były obiecujące. Znalazłam też dwa nowe brandy idealnie pasujące do naszego portfolio. Nie będzie jednak mi dane sprawdzić jak się będą sprzedawać za rok, bo nie będzie mnie już w firmie. We Francji uderzyły mnie ceny. Za omlet z 3 jajek w zwykłej café na rogu wołają 15 euro. Szok. Ale nic nie przebije dzisiejszego poranka, bo kiedy wsiadłam do taksówki na lotnisko, zamówionej do hotelu dowiedziałam się, że już się należy 12 euro za dojazd do klienta. To była zwykła miejska taksówka. Jak ten kraj może funkcjonować? Arogancja na każdym kroku i niechęć do turystów. Kloszardzi, żebracy i absolutne minimum za mega kasę. Europa staje na głowie. Współczuję Europejczykom z klasy średniej, bo mam wrażenie, że nic nie mają od życia więcej niż to absolutne minimum. Martwię się o przyszłość, bo gdzie żyć jeśli wszędzie tak trudno? Bliski Wschód to tykająca bomba. Nie mogę słuchać wiadomości z Libanu, który znów stoi nad przepaścią konfliktu religijnego, a co dzieje się w Syrii, Egipcie, Turcji. Jak długo będziemy czuć się w Dubaju bezpiecznie? Tym razem Paryż nie zdołał mnie oczarować. Może z pięknymi miastami jest tak, jak z partnerem. Im lepiej się znacie i częściej widzicie to oczarowanie ustępuje miejscu nagiej prawdzie i brzydoty wychodzą na światło dzienne. Pewnie długo nie wrócę do Francji. Zobaczymy jak będzie w Stanach. Za godzinę ląduję w Nowym Yorku ukradzionym Indianom. Już to mi nie pasuje. I nigdy nie miałam ochoty tu przylecieć. Ale to część podróży służbowej, więc skorzystam z krótkich wakacji. Za tydzień w Miami będą również targi i szef wspaniałomyślnie zdecydował się żebym jechała. w samolocie obejrzałam ”Argo” Bena Afleck’a i szacunek dla niego, bo zrobił bardzo dobry film na mocnej historii. Takie historie pokazujące sens czyjejś pracy i istnienia w ogóle mocno mnie poruszają. Skazać ludzi na śmierć lub zaryzykować wszystko i im pomóc, pomagać, tworzyć coś co jest dobre i potrzebne, a nie materialistyczne i konsumpcyjne. Niektórzy ludzie wstają rano i mają misję, a niektórzy wstają i mają dylemat jak klapki będą się sprzedawać w tym sezonie, lub co zjeść na śniadanie i czy w ogóle jest sens wstawać. Rutyna, rutyna, rutyna. Największy morderca sensownego życia. To przez nią tak trudno coś zmienić. Wsiąkamy w nią i przesiąkamy nią. Ale ile razy już o tym pisałam. Wiem, że kolejny raz mam szansę coś zmienić. Czasem myślę, że coś nawet tyciego, jakaś maleńka akcja społeczna wyzwoli mnie z poczucia marnotrawienia swojego życia i potencjału. Nie chcę swojego życia spędzić tylko na zarabianiu i wydawaniu. Teraz tak to mniej więcej wygląda. Nic nie daję innym, a w każdym miejscu niezależnie od lokalizacji można robić coś pożytecznego. Np. jedno popołudnie w tygodniu poświęcić na pomaganie.

Jutro wylatuję z Nowego Yorku pełna wrażeń. Pozytywnych wrażeń. W porównaniu z Paryżem i Londynem to miasto jest obecnie nr 1 w moim sercu. Jest dobrze zorganizowane, bardzo różnorodne i przyjazne. Bardzo przyjazne. Na każdym kroku jak pytają o drogę każdy się zatrzyma i pomoże. Nie widać tylko dzieci w wózkach, więc pewnie Manhattan nie jest dobrym miejscem na dzieci. Zatrzymałam się w Greenwich village, w artystycznej części miasta, która mi się bardzo spodobała. Najbardziej stary wiadukt kolejowy zamieniony w ścieżkę do biegania i spacerowania wśród zieleni, powyżej poziomu miasta. Codziennie bym sobie tam biegała. Generalnie te 4 dni były mi potrzebne do nabrania świeżości w patrzeniu na swoje życie. Fakt jest taki, że tęsknię za Eliasem, za Żaganiem i psem, którego nie mam i za dzieckiem którego nie mam. Generalnie to ciągle chodzi o sens w życiu, którego szukam. Aha, zapomniałabym o modzie. Uwielbiam modę Nowego Yorku. Rozumiem już co znaczy uliczny szyk i ten z NY bardzo mi się podoba.

Jak szybko ta podróż minęła. 3 tygodnie, w trzech innych miastach. Paryż, New York, Maimi. Dobrze wracać do Dubaju, do domu. wszędzie dobrze, ale w Dubaju najlepiej. Przede mną 13 godzin w powietrzu. Najdłuższy lot w życiu. Dużo przemyśleń i postanowień. Pora przestać terroryzować rodzinę i zatroszczyć się o Mamę. Chcę żeby czuła się dobrze. Muszę rozłożyć remont na raty, bo przerósł moje możliwości. Ale nie szkodzi. Kiedyś go skończę na pewno.

Marzenia się spełniają : )

Data wpisu: 20.10.2013 | Dodaj komentarz

Ten krążek, złoty krążek szczęście niesie…

Dlaczego Santorini?

Bo chcieliśmy wybrać miejsce neutralne, które będzie kompromisem pomiędzy Polską, a Libanem, pomiędzy dwiema rodzinami, a z obu krajów odległość jest bardzo podobna. Do tego to kolebka kultury, cywilizacji, sztuki. I nie było problemu ze znalezieniem kościoła prawosławnego, bo mąż jest wyznania prawosławnego. O zapierających dech w piersiach widokach nie wspominając…

Zamiast hucznego ślubu na 200 osób postawiliśmy na czterodniowe wakacje z rodziną, w bardzo wyjątkowym miejscu i prywatną, prostą, świadomą ceremonię. To był strzał w dziesiątkę. Każdy na Internecie radził wybrać wioskę Oia, którą słynie z najpiękniejszych zachodów słońca. My zdecydowaliśmy się na stolicę Santorini – Fira, bo blisko lotniska i zdecydowanie mniejszy tłok, a widoki z naszego tarasu tak samo piękne. Wybraliśmy prawosławną katedrę, nie żaden malusieńki kościółek z niebieskim dachem, bo wysprzątanie i przyozdobienie takich kościółków byłoby o wiele droższe i trudniejsze koordynacyjnie, do tego zamknięte na codzień często mają nieprzyjemny, intensywny zapach. Nie mając wedding planerki, a jedynie życzliwą i pomocną managerkę naszego hotelu Vivi, ułatwiliśmy sobie przygotowania wybierając przepiękną, małą katedrę w środku miasta. 3 minuty spacerkiem od naszego hotelu Aigialos. No i co katedra, to katedra. Piękno złotych ikon i malowideł nie potrzebowało żadnej dodatkowej dekoracji. Vivi pomogła załatwić formalności, my przywieźliśmy ze sobą dwie duże świece udekorowane kwiatami i organa, przetłumaczoną na polski, angielski i arabski ceremonię zaślubin, która w Grecji prowadzona jest w języku greckim, na miejscu załatwiliśmy chór męski i tylko nikt nam nie powiedział, że korony też mamy mieć swoje. Na szczęście Vivi udało się je zdobyć i z lekkim opóźnieniem wkroczyliśmy do kościoła. Ja, katoliczka, nie miałam pojęcia o ceremonii prawosławnej. Tyle co obejrzałam na YouTube, ale życzliwość wszystkich naokoło tego dnia sprawiła, że było po prostu pięknie, a siostra – świadkowa pewnie długo będzie wspominać jej rolę w nakładaniu obrączek, bo słyszałam bicie jej serca z odległości 2 metrów. Miałam wiele wątpliwości co do samej uroczystości, bo znacznie różni się od katolickiej, dlatego w Sylwestra będziemy mieli ślub cywilny z przysięgą małżeńską w Polsce, ale po przeżyciu zaślubin w Santorini okazało się to niepotrzebnymi obawami. Wesela w Warszawie nie będziemy odwoływać natomiast ja, z czystym sumieniem, mogę przyznać, że ceremonia prawosławna okazała się dla mnie tak samo ważna jak ta katolicka. Nawet w języku, którego nie rozumieliśmy. Ale przed ślubem kościelnym były najpierw 4 miłe dni w Firze, podpisaliśmy papiery, wybieraliśmy wina na przyjęcie weselne i widoki na sesję zdjęciową. Rodzina zjechała się w piątek i wieczorem w Aigialos hotel zrobiliśmy kolację przywitalno-zapoznawczą, bo nie wszyscy mieli okazję w ciągu 2,5 roku się poznać. Nie ma w Firze bardziej romantycznego, greckiego, i uroczego hotelu. Wszyscy czuli się jak w filmie ”Mama Mia”. Lokalizacja z widokiem jak z widokówek, krzewy obsypane różowymi kwiatami, które były inspiracją naszego koloru przewodniego. Pokoje z tradycyjnymi meblami i tarasami, z których można było niemal dotknąć zachodzące słońce. I jeden z najlepszych szefów kuchni w mieście serwujący potrawy, których nie powstydziłaby się kuchnia Bristolu. Wspomnę tylko rybę pieczoną w papierowej torbie, czy zapiekankę z pora. Wszystko bardzo smaczne, greckie, i wykwintne. Szkoda, że był to wieczór przed dniem ślubu i z obawy o rozmiar sukni ślubnej nie było mi dane wylizać talerzy. Ostatecznie przyjęcie weselne zdecydowaliśmy się przenieść do restauracji Asirticco, 50m od Katedry, ze względu na salę taneczną i osłonę przed potencjalnym nocnym chłodkiem. Na wyspie od strony morza hotele i restauracje mają zakaz grania głośnej muzyki. Cudownie było zatopić się dosłownie w niemalże medytacyjnej ciszy skał i morza. To było pierwszym uderzeniem po przyjeździe. W mieście nie sposób o taką wszechogarniającą ciszę, która koi, uskrzydla, leczy. Cudownie było się w nią zatopić i przygotować do tego pięknego sobotniego dnia. Prawie wszyscy straszyli nas paskudną pogodą w październiku, że może padać, być bardzo chłodno, a wiać szaleńczo to już będzie na pewno, a tu kolejny cud. 30 stopni, słońce, jak pełnia lata. Rodzinka pojechała się kąpać w morzu, każdy się opalił i modlił, żeby w sobotę było trochę chłodnej. I było. Od rana do godziny 13 nad wyspą unosiła się gęsta, przepiękna mgła, która sprawiła, że mogłam bez gorączki biec przygotować kościół i salę weselną. Po 13 jak ręką odjął, mgła opadła i mieliśmy słońce, aż do naszego pierwszego tańca o zachodzie. Do tematu naszego wesela na Santorini podeszliśmy niestandardowo, bo szybko okazało się, że za słowo wedding trzeba na wyspie słono zapłacić, dlatego woleliśmy sami przywieźć w nadbagażu lekkie dekoracje do kościoła i na salę, co wyszło i tak o wiele taniej niż pomoc lokalnej branży. Organza, sztuczne płatki róż, wstążki i świeczki wyczarowały ślubny klimat i nie kosztowały majątku. Nawet ekipę video ściągnęliśmy z Polski, bo najtańsze lokalne, dwudziestominutowe nagranie kosztowałoby nas 1500 euro. Ekipa greenart-studio ze Świnoujścia pobiła wszystkich greckich i innych videografów razem wziętych, dając nam najpiękniejszą pamiątkę naszego życia – wspaniałe wspomnienia ukryte w historii Penelopy i Odysa. Nagrywanie z nimi było przygodą, przyjemnością, radością i satysfakcją. Marek, Marcin , Krzysztof byli wspaniałymi uczestnikami naszej historii i nie wyobrażamy sobie, żeby kto inny miał ją zapisać na filmie. Mieliśmy wielkie szczęście, że wśród naszych przyjaciół jest wspaniała fotografka, Ania James, która również była przy nas w tych najważniejszych chwilach ze swoimi niezawodnymi aparatami, zatrzymując utalentowanym okiem wszystkie najpiękniejsze momenty w obiektywie. Z taką ekipą i scenerią ten film i zdjęcia muszą przejść do historii obrazu haha. I to akurat nie cud, bo ja zawsze miałam szczęście do bardzo wyjątkowych ludzi : ) Nawet mniej życzliwy ksiądz akurat wyjechał i zostawił nas pod opieką Ojca Antonio, skromnego, przemiłego staruszka, który pięknie powiedział o miłości do świata i innych ludzi, życząc nam, żebyśmy byli ogrodnikami tej miłości i uprawiali ją owocnie, daleko w świecie wśród innych ludzi. Ten dzień nie byłby tak wyjątkowy bez mojej siostry, która była wspaniałą świadkową i wielką pomocą oraz bez Reni Bledaki i Belli , które zajęły się makijażem i naszymi fryzurami. Nawet moja teściowa nigdy niezadowolona z usług różnego rodzaju stylistek wyszła oczarowana i uśmiechnięta od ucha do ucha. Ja wiedziałam, że wybrałam najlepszą makijażystkę na świecie już po makijażu próbnym w czwartek. Ania fotografując wiele panien młodych też wyraziła słowa uznania, bo najważniejsze to nie przesadzić i nie przerysować piękna, które każda kobieta naturalnie ma w sobie w takim dniu. W swojej prostej, greckiej, kremowej sukni, z odkrytymi plecami, w balerinkach i delikatnej biżuterii, z różowym bukietem przewiązanym kremową wstążką, spiętym barokową broszką, czułam się pięknie, wygodnie i wyjątkowo. Założyłam coś starego – pierścionek z rubinem babci Maryli, coś pożyczonego – welon, na którego zakup, kartę kredytową pożyczyła mi Ania, a niebieskie były greckie dachy i niebo i morze…

Po lekkim śniadaniu z rodziną, przygotowaniach, drodze do kościoła pod rękę ze „starym” i „nowym ” Tatą, polskim błogosławieństwem przed kościołem, tłumem turystów głośno klaszczących w dłonie na mój widok, Alankiem niosącym obrączki i Chloe niosącą koszyczek z płatkami, po ceremonii w starej, prawosławnej, greckiej Katedrze, zaserwowaliśmy wino i przepyszne kanapki na najwyższym tarasie hotelu, a o zachodzie słońca na tarasie poniżej, przed naszymi wzruszonymi do łez najbliższymi, zatańczyliśmy pierwszy taniec, którym nie mogło nie być tango do zaaranżowanej przez nas piosenki Carusso. Nasz przyjaciel Maestro Fakundo, z samej Argentyny okazał się nieoceniony przy tworzeniu tej wyjątkowej choreografii. Przyjemnością było tańczyć w ten wieczór, w tym blasku pomarańczowego słońca, w objęciach wyczekanego, ukochanego, wspaniałego męża, który prowadził mnie w tańcu czułymi podpowiedziami kolejnych kroków, zdecydowanym ramieniem, wrażliwymi oczami. W powietrzu unosiło się wzruszenie, pojednanie i wszechogarniająca radość wszystkich wokoło. Nawet lampiony przywiezione specjalnie na tę okazję nie chciały odlecieć : ) Na sali weselnej czekał już chleb i sól z Polski, kolacja, przepyszny tort o smaku owoców leśnych, upieczony przez Panią Agnieszkę (bo nawet cukierniczkę na wyspie znaleźliśmy z Polski), muzyka wyselekcjonowana przez całą rodzinkę i przygotowana przez mojego brata, który tej nocy doskonale sprawdził się w roli DJ’a. Były wzruszające przemówienia, libańskie tańce folklorystyczne, śpiewanie po polsku. Alanek zaprezentował swój wielki talent taneczny, pod którego urokiem pozostawała cały czas nawet mała Chloe. Na stole na szczęście leżały dwie podkowy, a ja dostałam od Taty podobiznę swojego galopującego Huliusa. Nie był to jedyny prezent, ale najważniejsze było to, że byliśmy razem, przez moment, w zgodzie, w radości, w sympatii. Z dala od problemów, z dala od codzienności ze sobą. Obie rodziny tak inne, tak daleko, podzielone językiem, religią, kulturą, przy jednym stole połączone tego dnia miłością swoich najstarszych dzieci. Marzenia się spełniają. I to dopiero początek…

Jeśli mogłabym pozostawić tu radę którejś Pannie Młodej to nigdy nie śpiesz się ze ślubem i wyjdź za mąż za człowieka, który szanuje Ciebie i ludzi w około i który jest twoim najlepszym przyjacielem. Wtedy dzień Waszego ślubu będzie idealny, a życie dobre i zgodne. Skoncentruj się na was i waszej miłości i tak zorganizuj cały dzień, żebyście nie musieli się stresować tysiącem tak naprawdę nieważnych detali, żebyście nie musieli nigdzie pędzić i trzymać się misternego scenariusza. Żebyście mogli się zatrzymać, złapać za ręce, spojrzeć w swoje oczy, przytulić. Pobyć sami, nie zapominając o sednie tej ceremonii. Pomyślcie o sobie i o tym co tak naprawdę chcecie Wy, a nie inni. Jak będziecie szczęśliwi, zrelaksowani i obecni, wszyscy wokół was będą czuć się tak samo. Zorganizowanie pięknego dnia nie musi być ani bardzo kosztowne, ani bardzo absorbujące, ani męczące. Jak możecie idźcie na łatwiznę tam gdzie się da. Zaoszczędzicie stres, czas i pieniądze, bo ten cały zgiełk i szał potrzebny jest tylko, żeby istniał ślubny biznes, a nie żeby ludziom dał gwarancję szczęścia. Jaki by to dzień nie był, bądźcie obecni w każdej jego minucie, bo minie szybko jak poranna mgiełka po upojnej nocy, odsłaniająca rzeczywistość małżeńskiej codzienności. Życzę wiele wesołości w tej rzeczywistości. A co nie wyszło idealnie, to się na filmie wytnie : ))))))))

Polecam całym sercem!

www.theaniajames.com Ania James fotografia

www.greenart-studio.com  Marek Piguła I Video Team

www.beauty-santorini.com Renia Bledaki make up I Bella fryzury

www.aigialos.gr hotel na Santorini, managerka Vivi

info@assyrtico-restaurant.com Restuaracja Assyrtico na przyjęcie weselne, managerka Lia Papadea

Toast Taty Panny Młodej

My dear Kornelio and  Eliasie. I have been waiting for this moment for thirty-one years, and I must say that it is one of the most difficult things I have ever had to do. A toast to my daughter. She was a gift from God and I will always be grateful to have been given the honor of being her father. I’m very proud of her! She’s dreamed of this day since she was a young girl, and now her dream has come true, complete with her very own Prince Elias.May God continue to bless her and her  husband and grant them safety, love, and happiness all the days of their lives. Elias I am confident that you will take care of my daughter. Kornelio, Eliasie, I wish you much love and happiness in your new life together.  Elias Welcome to the family.

Toast Siostry Panny Młodej

First, I want to start off by saying congratulations to Bride and Groom! I toast my sister to honor her wedding day.  I love you, sister, you will be part of my life forever.  The memories of all we shared will be with me always. I’m glad of your happiness and I’m thrilled today to add a new brother  to our family. May the love you share today grow throughout the years. I hope you enjoy the rest of your celebration today as well as the rest of your lives together!Welcome to the family,Elias. Please raise your glass to my sister and my new brother in law.

Życzenia od Najbliższych

W tej uroczej chwili gdy sakramentalne słowa „tak” oznaczają zwycięstwo miłości Bozia niech Wam błogosławi, ród Wasz w świecie niech rozsławi. Żyjcie w szczęściu i radości, powiększajcie stan ludności. Kornelia i Eliasowi życzę z całego serca Dziadek.

W Dniu Ślubu Serdeczne Życzenia w każdym dniu szczęścia, zdrowia i radości oraz wszelkiej pomyślności składa Chrzestny Lucjan.

Niech całe Wasze życie będzie piękne jak Wasz ślub i niech miłość da Wam siłę wyjść zwycięsko z wszelkich prób. Niech Wam się darzy, niech się Wam powodzi, całe życie bądźcie szczęśliwi i młodzi! Błogosławieństwa Bożego życzą Rodzice

„Kocham Cię nie wiedząc jak, ani kiedy, ani skąd. Kocham Cię tak po prostu, bez kompleksów czy też dumy. Kocham Cię, ponieważ nie znam innej drogi niż ta, na której nie istnieje „ja” ani „ty”, gdzie jesteśmy tak bliscy, że Twoja dłoń na mojej piersi jest moją dłonią, tak bliscy, że Twoje oczy zamykają się gdy ja zastąpiłam. ” Pablo Neruda

Młodej Parze życzenia wielkiej i szczerej miłości przez całe wspólne życie! W dniu ślubu Konrad!

Scenariusz do naszego filmu Odyssey

Panna Młoda: Many years come and go. Many winds travel through the island. The wind blow my hair when I carry water in the jar every day looking in the sea and waiting for you. I dream that one day gods will allow you to come back into my arms and they will fill up the jar with our love.

Pan Młody: My love every day I pray that the wind blows fast and hard so that I reach home sooner, to be with you forever my beautiful wife.

Jako żona... zapiski poślubne

Data wpisu: 17.11.2013 | Dodaj komentarz

Obudziłam się dziś i świat wydał mi się jakiś taki większy, przyjemniejszy, znów do ogarnięcia. Po powrocie z Grecji, po uroczystości ślubnej, która trwała za krótko, po rozstaniu z najbliższymi, z którymi nie było nam dane spędzić więcej czasu niż te 4 dni, ogarnęła mnie jakaś ogromna depresja spowodowana niedosytem czasu spędzonego, piękna doznanego, radości przeżytej w tym wyjątkowym czasie i w tym wyjątkowym miejscu. Powrót do rzeczywistości był bardzo bolesny i nie pomógł fakt, że wróciłam już jako żona najwspanialszego mężczyzny jakiego kiedykolwiek spotkałam, bo wciąż, do końca listopada, jesteśmy oddzieleni 140 km drogą. Jako żona nie czuję jeszcze żadnej życiowej zmiany, o którą pytało mnie po powrocie tak wiele osób i nie poczuję niczego, dopóki nie będę z mężem jeść razem śniadań, prać wspólnie skarpetek, i zasypiać codziennie obok siebie. Na razie bycie żoną jest trochę surrealistycznym doznaniem. Niby teraz żona to ja, ale jak to ? Już? Teraz? I co? I nic. Nic nowego się na razie nie dzieje : ) Mamy już nowe mieszkanie. Skończyliśmy je już prawie urządzać. Już prawie się przeprowadziłam do tego Abu Dhabi, ale do końca miesiąca chodzę jeszcze codziennie do pracy w Dubaju. I leczę to jakieś przygnębienie, którego efektem jest zupełne lenistwo życiowe, brak ruchu, okropna dieta i 5 kg do przodu miesiąc przed weselem w Polsce. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że najlepszym lekarstwem na chandrę okaże się praca charytatywna. 12 godzin na nogach przy stoisku na festynie parafialnym, z moją kontuzją kręgosłupa zwaliło mnie z tych nóg następnego dnia, ale zasilenie fundacji pomagającej dzieciom pokaźną sumką postawiło mnie z powrotem na nogi. Dobroczynność może uzależniać, bo miałam taki przypływ pozytywnej energii i radości, że zaczęło mi się dziś rano po weekendzie, znów chcieć. Proste rozwiązanie długo uwierającego problemu z inwestycją w zegarki, która zupełnie nie wypaliła. Patrząc codziennie na kartony pełne produktu, który dawno powinien być sprzedany, a inwestycja odpracowana z profitem, pogłębiałam się w poczuciu osobistej porażki i klęski, bo to ja namówiłam swoją nową rodzinę na tę inwestycję, która okazała się z braku naszego czasu i należytego zaangażowania zupełną klapą. Ze względu na to, że jest już prawie koniec roku, a niewiele dobrego zrobiłam zdecydowaliśmy się sprzedać zegarki biedniejszej lokalnej społeczności po kosztach, a całość uzyskanych środków przekazać na pomoc fundacji parafialnej. Widzieć uśmiechnięte buzie zadowolonych klientów, którzy zakładali nowe zegarki na ręce, a potem łzy w oczach naszego Proboszcza to było w sobotę prawdziwe szczęście. Pozbyłam się kartonów, balastu, poczucia winy, a zyskałam przekonanie, że inwestycja jednak zwróciła się z nawiązką. Morał z historii jest taki, że jej celem może wcale nie było nasze finansowe wzbogacenie, tylko duchowe doświadczenie, które zapamiętamy na zawsze. Fajne odkrycie, odnajdując istnienie profitów innych niż walutowe. Może nawet ważniejszych w życiu, niż więcej kasy w portfelu. Przecież 5 lat temu miałam o wiele mniej niż mam teraz, a jednak żyłam szczęśliwie, dlatego teraz też nie zbiednieję spisując „na straty” jakiś biznes, który wydawał mi się dobrą okazją. Przynajmniej spróbowaliśmy i już wiemy na 100%, że nie chcemy być sprzedawcami w pospolitym tego słowa znaczeniu : ) To już nie dla mnie. A co będzie dalej, czas pokaże, bo nasza gra jest już w Rovio i niebawem zacznie się już niepospolicie sprzedawać. To mój plan zawodowy na najbliższy rok. Ktoś musi ten Gang poprowadzić do zwycięstwa : ) Wracając do roli żony, jedyne na co mam nieodpartą ochotę to zmienić wszystkie swoje kostiumy. Czy to normalne? Po powrocie z obrączką na palcu, nie mam w co się ubrać. W niczym starym nie czuję się dobrze. To chyba jakaś psychiczna reakcja. Teraz najchętniej ubierałabym się w kolory ziemi, naturalne, wygodne tkaniny, etniczną biżuterię. Jakaś komedia normalnie. To chyba dlatego, że zmieniła się już moja hierarchia w stadzie i podświadomość wysyła sygnały, że pora na macierzyństwo a nie na sexy ciuszki. Na razie jednak kupię tylko parę nowych koszul, bynajmniej nie ciążowych. Na nie przyjdzie pora za rok, po nacieszeniu się najpierw małżeństwem.

Układ zamknięty

Data wpisu: 11.01.2014 | Dodaj komentarz

Po ślubie przeniosłam się z Dubaju do Abu Dhabi i postanowiłam nie wracać do Polski już nigdy na stałe.  Powodem jest „Układ zamknięty” i komentarze Polaków pod wywiadem w tym linku: 

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13688420,Na_podstawie_jego_losow_powstal__Uklad_zamkniety__.html

Jak ktoś filmu jeszcze nie widział to serdecznie polecam. Wierzę, że tylko wymiana pokoleniowa może coś zmienić, jeśli moje pokolenie nie nasiąknie tym samym złem, co pokolenie naszych rodziców. W Polsce mogą ze mną zrobić co chcą, ale nie mogą już zakazać mi emigracji. Dlatego swoją firmę otworzyłam też w innym kraju. Kiedyś wydawało mi się, że ludzie, którzy opuścili Polskę nie są patriotami, a teraz wydaje mi się, że swoją decyzją wyrazili najgłośniejszy sprzeciw dla tego, co dzieje się w kraju, bo gdybyśmy mieli wybierać krainę płynącą mlekiem i miodem, a życie w uczciwej Polsce, z pewnością większość z nas już jutro by wróciła. Niestety jestem kreatywna, ambitna, myśląca i nie będę ryzykować swojego rozwoju w kraju, w którym nadal dzieją się takie rzeczy! Tyle razy zastanawiałam się, żeby wrócić i zająć się polityką, ale to strata czasu, gdy na około ciągle czają się hieny przygotowane do ataku dla własnych korzyści. Dlatego zgadzam się na „totalitaryzm” Emiratów, bo tu przynajmniej wiadomo kto rządzi. Rządzi Sheikh i jak się nie podoba to samolot czeka i możesz wracać skąd cię wiatr przywiał. Ale co ma się nie podobać? Nikt nie stoi mi na drodze, nikt mi źle nie życzy, nikt mnie nie okrada. Do swojego Kościoła też mogę chodzić. Stać mnie na porządne auto i pomoc w domu. Dziękuję za takie filmy, które czynią mnie spokojniejszą o decyzję jaką podjęłam. Oglądam Polskę jak na zawodach gladiatorów, wysoko z trybun. Kibicuję jej z całego serca, z zaciśniętymi mocno za nią kciukami. Nie jestem już niewolnicą na tej arenie, na której przelewa się krew tylu niewinnych ludzi. Jestem już obywatelką świata, obywatelką prawdy, szacunku, wolności i tolerancji. Na tym paszporcie zależy mi najbardziej. Nie ma on flagi jednego kraju…

Maria Ludwinek z domu Brylińska 17.01.1924 - 02.12.2008

Data wpisu: 12.01.2014 | Dodaj komentarz

Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

W domu Marii było nie wiele bogactwa, tego za którym gonisz ty, pędzę ja.W kuchennej szafce zawsze była herbata, dla każdego kto pukał do drzwi.

Krzesło w kuchni wytrwale przyjmujące każdego, kto potrzebował wytchnienia, otuchy, wakacyjnego odpoczynku…

Ten dom, przepełniony szczerą życzliwością, skromnością i pracowitością jego gospodyni, będąc dalekim od luksusów, był zawsze bliski drugiej osobie, był zawsze otwarty dla innych.

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Wojna, bieda, niesprawiedliwość, choroba, śmierć…

Każda najmniejsza krzywda odbijała się smutkiem niebieskich jak niezapominajki oczu.

Ręce Twoje tuląc do spracowanej piersi jak żadne inne potrafiły pocieszać.

Żadna niesprawiedliwość nigdy nie zaznała aprobaty krystalicznego, przepełnionego współczuciem serca.

Te oczy nawet gdy były przepełnione sumtkiem nigdy nie oczekiwały dla siebie uwagi. Zawsze jednak były gotowe nieść pocieszenie, tak jak ręce zawsze gotowe wymodlić łaskę radości.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Dzieci tylko spokój nas uratuje. Wielu słyszało te słowa. Święte słowa…

Pod tym majestatem życiowej mądrości, spokoju i cichego wypełniania obowiązku godnego życia ugięło się wiele sporów i nieporozumień.

W cichym szepcie wieczornych modlitw wypełniło sie życie godne i niepospolite. Bez blasków, szumu i tak popularnego gadulstwa słuchaliśmy słów naszej ukochanej Marii, uderzających w sedno dobroci i wiary.

 Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Żona, mama, babcia, prababcia, ciocia, koleżanka, sąsiadka syciła nas wszystkich. Nie tylko strawą dla ciała, jako wspaniała gospodyni, ale i strawą dla ducha jako patriotka i wyznawczyni jednego Boga. Kto raz spróbował pierogów z jagodami, słuchając opowieści rodzinnych, wie o czym tu mowa, a kto nie spróbował, tak wiele nieodwracalnie stracił.

 Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Jej miłosierne serce, na wzór samego Miłosiernego Jezusa, czyniło dobroć i radość nie oczekując wdzięczności. Celująco pokazała nam jedną z najtrudniejszych życiowych lekcji. Lekcję o wybaczaniu z głębi serca. Wypełnijmy zadanie domowe z tego tematu rzetelnie, aby Ona Maria była z nas dumna.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Na śmierć, w której jest czas na świadomy rachunek sumienia, pożegnanie z bliskimi, uporządkowanie spraw doczesnych, w której umysł zachowuje czystość, trzeba sobie zasłużyć czystością serca. Panie Jezu dziękujemy za tę łaskę dla Marii.

Spraw by Jej dobre serce było wzorem dla nas, byśmy i my dostąpili Twego oblicza.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Bardzo mnie zawsze boli, gdy umiera tak dobry, prawy człowiek. Świat bowiem bardziej ludzi takich potrzebuje, niż Niebo. Akceptacja śmierci i protest przeciw niej to dwie nieusuwalne strony naszego życia. Boże wlej w nasze serca pokój wypełniający tę wielką stratę.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Odchodzi pokolenie Marii. Odchodzą ludzie tak wyjątkowi w historii naszego narodu. Czy my potrafilibyśmy dzisiaj walczyć o Polskę? Znieść nieludzką pracę przymusową gdziekolwiek? Oni potrafili! Ich młodością, strachem, tęsknotą, cierpieniem historia napisała słowa Polska Niepodległa. Nigdy nie można nam o tym zapomnieć. Maria miłowała pokój, dlatego nie zamknęła drzwi domu nawet wtedy, gdy stanął w nich niemiecki przedwojenny właściciel. Egzamin z tolerancji zdany wzorowo. Mario Tobie dziękuję za moją Ojczyznę.

Nie sposób oswoić się ze śmiercią. Nie sądzę, aby ktokolwiek potrafił. Pożegnanie osoby bliskiej jest jak droga w dół po znanych, lecz pogrążonych w mroku schodach. Chodziłeś nimi milion razy i wiesz ile stopni jeszcze przed tobą, ale gdy chcesz stanąć na następnym, okazuje się, że go już nie ma. Potykasz się i nie możesz w to uwierzyć. I od tej pory będziesz się tam potykał często, ponieważ, jak wszyscy, do których przywykłeś, ten brakujący stopień stał się rzeczywistością.

Moja droga rodzino, przyjaciele, towarzysze i świadkowie mojego życia dziękuję Wam za obecność dzisiaj gdy dobry Pan powołał mnie przed Swoje oblicze. Amen

HOW TO BECOME A CEO

Data wpisu: 12.01.2014 | Dodaj komentarz

HOW TO BECOME A CEO

I have discovered some simple truths about what it takes to become a successful CEO.

  • A blueprint or recipe to achieve the prestigious post of CEO simply does not exist. Every CEO’s story is unique and no amount of research has revealed any fixed pattern that guarantees the top job.
  • You need to be inspirational with the ability to effectively manage and mentor your teams. You need to develop a cohesive vision and strategy and clearly relay it to your teams to earn their respect and their willingness to follow through and perform.
  • You need to be a good communicator and negotiator. You need to be the chief problem solver, crisis manager and fire fighter, whenever the need arises.
  • What really distinguishes a great CEO is his understanding and ability to manage five key dynamics, with the ability to make quality decisions, to ensure the success and health of the company.

 These dynamics are:

THE BUSINESS MODEL

Having a schematic of how the company creates and captures value is imperative as it is the blueprint on which the entire business stands. Without a sound business model, the CEO will end up struggling for survival, as he or she would have failed to generate sufficient value for all the key constituents: customers, suppliers, shareholders and employees.

 THE ROAD MAP

A CEO is required to constantly find viable answers to the three fundamental questions (a) where are we? (b) where do we want to go? (c) how will we get there?  These answers lead to developing a clear-cut road map or strategy. CEOs who fail to find implementable answers to these three questions often land their company in difficulties.

 THE DELIVERY

A CEO is required to streamline execution to eliminate wastage and deliver on time, quality and within budget. This is the key that separates a good CEO from an average CEO. Effective delivery and execution is the foundation of success for which a CEO needs a keen eye for detail to discover and eliminate obstacles.

 THE SCORECARDS

Any successful business needs critical information to measure progress such as budgets and variance analysis, which are key to CEO level effectiveness. Without accurate and in-time score boards, a CEO ends up playing a blind game and depends more on ‘hope and chance’ to manage the company’s financial performance.

 THE CULTURE

A CEO needs to foster a culture for reliable and dependable teamwork; without a high-performance culture, the company will tend to operate at a mediocre level. A CEO needs to ensure the health of the culture either through his own abilities or through engaging the services of a competent business coach.

Being a CEO is exciting and rewarding and, at the same time, carries a lot of responsibilities and expectations and continuous, unrelenting pressure from all sides. To survive and thrive, you will surely need to develop the key qualities of patience, resilience and tenacity.

 from gulfbusiness.com

 

A teraz o czymś innym

Data wpisu: 05.02.2014 | Dodaj komentarz

Dziś piszę jak zawsze dla siebie przede wszystkim, choć z pisaniem to ma niewiele wspólnego, bo tylko dotykam ekranu opuszkami palców. Kocham ”Łzy” i Anię Wyszkoni. Słuchałam jej w najmroczniejszych momentach i nie wiem dlaczego akurat dziś jadąc samochodem wrzuciłam jej zaoraną już prawie płytę. Chciałam chyba wybrać jakąś piosenkę dla znajomej, która nie wie jak zmienić swoje życie, ale teraz dedykuję jej całą płytę. Ja jej słuchałam jak uciekałam z domu, jak odwoływałam ślub, jak ta znajoma wystawiła mnie do wiatru. I udało mi się ogarnąć. Cholera, weź się dziewczyno w garść, bo jęczysz nad sobą od 4 lat jakby ktoś cię więził, zmuszał do prostytucji, i kopał po nerkach. Masz rodzinę, na którą możesz liczyć, masz wspaniałego syna, dla którego warto odejść i zacząć od nowa. Masz dwie sprawne ręce, nogi i trochę rozumu. Nie takie sobie radziły same. Ale musisz nauczyć się przyznawać do błędów, prosić o pomoc, a potem okazywać wdzięczność. Z tymi cechami będzie Ci o wiele łatwiej. Nie mogę uwierzyć, jak ktoś może taplać się w błocie od 5 lat i najpierw widzieć w nim ocean możliwości, potem wodospad szczęścia, a na koniec łudzić się nadal, że może jednak nauczy się w tym gównie pływać i jakoś przetrwa. Taka postawa jest mi obca, odległa. Nie czuję współczucia dla głupich ludzi, bo trzeba nazwać rzeczy po imieniu. Jeśli każdy na około radził dobrze – uciekaj – to każda kolejna minuta jest gehenną na własną prośbę. Szkoda tylko małego. Mama postanowiła zafundować mu powtórkę z własnego dzieciństwa. Agresję, którą obie nasiąkałyśmy codziennie. Negatywizm, który był w powietrzu, pomieszany z wiecznym żalem, pretensjami, syczeniem, milczeniem, jak tlen potrzebny do życia. Jak można podawać ten sam zatruty tlen swojemu dziecku, świadkowi, stronie, przyszłemu terroryście, bo na pewno będzie w jakimś sensie terrorystą. Albo będzie terroryzował siebie, albo innych. Czas pokaże. Znajoma terroryzowała siebie, ja terroryzuję innych. Nie pomagam nikomu jak mnie o to nie poprosi. Mam taką dewizę w 2014. Ale jak poprosi to pomogę na pewno. A teraz o czym innym. Czysty przypadek, który był najsłodszym przypadkiem w moim życiu. Jedziemy na koncert, ja, Robert, Suzan. Mówię ale fajnie, a najbardziej to lubię piosenkę x. Artysta wychodzi na scenę i zaczyna koncert właśnie od tej piosenki. Przysięgam, nigdy nie miałam odwagi mu o mojej ulubionej piosence napisać i na pewno to ich manager układa kolejność przebojów. Aha nie, to nie pierwszy najsłodszy życiowy przypadek. Pierwszy to ten, kiedy ów artysta odpowiada na pytanie ”co robisz w weekend?” – ”w weekend gram koncert w takiej małej miejscowości.” – ”Oooooooo ciekawe, to moja miejscowość Hahaha”. Tak oto rodzice zobaczyli owego artystę na żywo szybciej niż ich córka. A potem tato dzwoni na komórkę ”- no co nic nie dzwonisz, no i jak było?” – Tato, jedziemy autem, zadzwonię potem.” Hahaha. Jego banan był nie do zapomnienia, bo była taka cisza w samochodzie, że wszystko słyszał. Fajne wspomnienia. Stabilizacja zamiast samotnych nocy i dni z nosem w szybie gdzie ten artysta. Jestem pewna, że to dobry wybór, ale szkoda że nie ma nikogo z kim mogłabym podzielić się wspomnieniami. Może kiedyś napiszę książkę. Na razie piszę tego marnego bloga, od czasu do czasu. Kiedyś miałam przynajmniej o czym pisać, ale odkąd mam męża, moje życie nie dostarcza tak wielu wrażeń. Boże, jak ja bardzo chcę remontować… Malować, sadzić, tapetować, kafelkować. A robię jakieś podchody z grą, z wykładami na uniwerku. Aha, bo zaprosili na wydział marketingu i będę mieć godzinną pogadankę ze studentami. Jestem już taka mądra czy taka stara? Jak widzę ile dzieci czeka na adopcję, ile zamków czeka ma renowacje to chcę mieć inne życie.

 

Gdzie ta ambicja?

Data wpisu: 15.02.2014 | Dodaj komentarz

Jest 21.00. Siadłam do komputera o 9.00 rano. I nie zrobiłam nic, co sprawiłoby mi prawdziwą frajdę, ale znów odkryłam swoją Amerykę. Wygodne i bezpieczne życie rozleniwia! Jakim sposobem kiedyś trenując 3 godziny dziennie, skończyłam studia, jeszcze dorywczo pracując? Jak to się stało, że zarabiam tyle ile moja dentystka w Polsce, rozwieszając ciuchy na wieszakach? Jakim cudem mam basen pod domem, jak kiedyś farelką dogrzewałam zagrzybiałą łazienkę u Babci? Bo było trudno, bo nic nie było, bo bardzo się chciało tego wszystkiego. I ten apetyt napędzał człowieka, gnał do przodu, motywował do działania. Mówi się, że jak człowiek nie idzie do przodu to się cofa. No to ja się właśnie cofam. Wspaniały mąż nie oczekuje, że będę wyglądać jak gwiazda filmowa. Stać mnie na mercedesa więc nie muszę go już mieć, żeby każdemu udowodnić, że mnie na niego stać. W sumie to nie muszę pracować jak powiem, że mam już na prawdę tak porządnie dość. Do Kościoła też chodzić przestałam, bo Bóg nie upomina się o uwagę, nie karze trudnościami. Nawaliłam podejmując wyzwanie, które nie wypaliło. Kiedyś byłoby to po prostu niemożliwe. Dziś wiem, że zaangażowałam się w nie tylko na pól gwizdka, bo mi się zupełnie już po prostu nie chciało. Szok, że można mieć więcej, zacząć myśleć o czesnym dla dzieci, wakacjach na Haiti i sukienkach od Prady w rozmiarze 38, teraz kiedy powinno być łatwiej osiągać sukcesy, na gruncie całego życiowego doświadczenia, a zamiast tego jest totalne wypalenie i obojętność. Wyjdzie, nie wyjdzie, schudnę, nie schudnę, awansują, zwolnią, nieważne. Bo piękny dom, piękny mąż, piękne konto w banku… Podziwiam tych wszystkich, którzy osiągnęli w życiu uczciwie sukces i nie stracili motywacji, ambicji, chęci, potrzeby. Bo mi się nawet nie chce pomalować paznokci, chociaż mam jakieś 20 różnych kolorów w zaschniętych od starości buteleczkach. Szkoda, bo się teraz marnują. Tak jak to, co było kiedyś dla mnie tak ważne. Sprawne, szczupłe ciało, aktywny tryb życia, akcje społeczne, znajomi. Dziś wystarczy mi mąż, telewizor i święty spokój w biurze. I tak oto jest już połowa lutego 2014 roku. Za pięć miesięcy będę mieć oficjalnie 32 lata. Najlepszy czas mojego życia właśnie przecieka mi przez palce. Przed nosem uciekają nowe projekty, jak pociągi w nieznane, a ja siadłam na stacji i tak siedzę, nie mając ochoty już nigdzie dalej jechać, bo chyba już udowodniłam sobie wszystko. Mogłam zrobić magistra, mogłam pokonywać nieopisany strach przed startami, mogłam poznać najfajniejszego faceta w Polsce, mogłam zamieszkać w Dubaju, mogłam zagalopować, mogłam przetrwać w jednej firmie ponad 3 lata, mogłam wyremontować dom Babci, mogłam na Santorinii wyjść za mąż za Księcia. Teraz pora na bycie sobą. Jak bardzo bym tego właśnie chciała. Zaakceptować, że lubię jeść i być gruba po prostu. Zaakceptować, że szkoda zawodowego czasu na cokolwiek, co nie jest związane z architekturą wnętrz i rzucić w cholerę te gry. Zaakceptować, że powinnam rozwijać pisanie, mieszkać na wsi bez telewizora i wyprowadzić się z tej pustyni. Ale… strach przed społeczeństwem, zobowiązania, wygoda, dostatek… Kajdany, którymi przykuta jestem do ławeczki na tej stacji.

Zapomnij o celu!

Data wpisu: 24.02.2014 | Dodaj komentarz

Dwa papierowe kubki kawy i mam czas dokończyć myśl z poprzedniego wpisu. Nauczyłam się jak wyłączyć kliki klawiszy w tablecie, żeby nie obudzić męża (4 miesiące po ślubie i ciągle nie mogę się do tego słowa przyzwyczaić) i mogę klikać z łóżka do czwartej rano. To mąż pomógł mi odpowiedzieć na pytanie postawione w ostatnim wpisie „gdzie ta ambicja?”. Stwierdził mianowicie, że problem leży u podstaw motywacji do działania. Jednych motywuje cel taki jak 10,000 zł pensji, 45 kg wagi, piątka na piątym dyplomie, a innych motywuje samo działanie, czyli interesująca praca, zdrowy tryb życia, nauka. Ci drudzy rzadziej się wypalają. Fascynujące! Ja jestem zadaniowcem. Nie mam frajdy z codziennego ćwiczenia w różnych wariantach. Mam frajdę z wagi 78 kg. Efekt jojo murowany. Chyba tylko przy remontowaniu nie dążę do ostatecznego celu, tylko cieszę się całym procesem. Dorzucam więc nowe postanowienie noworoczne:

  1. zapomnij o celu, czerp power z samego procesu dodatkowo w tym roku koncentruję się na tych kilku mantrach 
  2. każdy chce dla mnie dobrze
  3. a ja będę cię dotąd kochać, aż ty mnie pokochasz
  4. jaki ton, taka muzyka
  5. nie oceniaj
  6. każde moje słowo jest bardzo dużo warte
  7. komu wiele dano, od tego wiele wymagać będą

Chcę odzyskać radość z podejmowania nowych wyzwań, procesu rozwiązywania zadań, realizowania pomysłów, codziennego zdrowego stylu życia. Analizując osiągnięcia Steve’a Jobs’a, Richard’a Branson’a, Bill’a Gates’a wiem, że Ci ludzie nie koncentrowali się na wynikach, tylko na samym procesie – misji. Jak myślisz, że masz misję łatwiej jest ją mozolnie realizować krok po kroku. Chyba więc pora określić konkretną misję w życiu i dzień po dniu czerpać przyjemność z jej realizacji! 

Nowa niepełnosprawność

Data wpisu: 24.03.2014 | Dodaj komentarz

Co za różnica czy piszę, czy nie, jak i tak nikt tego już nie czyta. Nikt z moich przyjaciół. A ja od paru tygodni myślę jakoś dużo o śmierci, nie specjalnie, ale samo tak mnie nachodzi. Czuję, że umrę. Dziwne, nigdy tak nie czułam. Może to typowe, jak się sufit opuścił na samą głowę i nie ma się jak pleców wyprostować. Może chodzi o śmierć towarzyską, bo życia takowego nie mam, albo może o śmierć ambicji, bo takowe mnie też opuściły. Albo, na pewno, to śmierć cieszenia się pracą, hobby, dniem. Bo się nie cieszę tak jak kiedyś. Za to muszę wszystko zrobić na czas. Wywiązać się ze wszystkich zobowiązań, które wzięłam sobie na plecy. I heja. O już kwiecień? Jak miło… Pomieszczenie mojej duszy zmniejszyło się czterokrotnie. O 1 byt każdego miesiąca. Znów odkryłam coś nowego w tej naszej socjologii życia. Nową niepełnosprawność, którą chce się postrzegać jako coś zupełnie normalnego. Przykucie… nie, nie do wózka inwalidzkiego. Przykucie do laptopa. Od 4 miesięcy jestem niepełnosprawna w ten sposób, bo laptop wypełnił moje życie po brzegi i tonę, bez czasu na sport, hobby, zakupy, jakieś tam drobne przyjemności, telefon do przyjaciela. Od rana pracuję. Wysyłam setki, tysiące maili. Jedna praca full time, druga part time, facebook – 3 strony firmowe, jedna własna, maile w sprawie najdłuższego remontu w historii renowacji domków poniemieckich. Skype z ekipą budowlaną. Grafiki do pracy, zdjęcia z weekendu, blog. Ta technika to nie jest błogosławieństwo, to jest kalectwo. Po dwóch tygodniach wykręciło mi palce od pisania cały dzień na klawiaturze. Przygarbiłam się jeszcze bardziej, a że laptop łączy mnie ze wszystkimi z domu, to przestałam się w ogóle ruszać i pewnie stówka jest już na wadze. Tak wiele dziś na tym laptopie zrobiłam i tak niewiele, mam wrażenie, zrobiłam w życiu przez te pierwsze miesiące nowego roku. To nie są zrealizowane, odhaczone zadania, które sprawiają mi frajdę, a z drugiej strony czuję jakbym wsadziła siebie, w kierat, z którego nie ma ucieczki. Mój mąż zainwestował w mój pomysł na zarobienie pierwszego miliona, i teraz przychodząc z biura, oczekuje relaksu i zwrotu inwestycji, a ja nie przypuszczałam jak ciężko będzie patrzeć na niego oglądającego co wieczór TV,  znad ekranu mojego rozgrzanego do czerwoności ekranu laptopa, bo myślałam, że jego udziałem w tym pomyśle nie będzie tylko wyłożenie kasy, ale pomoc w zadaniach, z którymi nie zawsze potrafię sobie poradzić. Wiem, że ma prawo do takiego podejścia, bo zainwestował naprawdę dużo i ja teraz powinnam włożyć swoją część, czyli pracę na drugi etat. Bolą mnie oczy, bolą mnie dłonie, bolą mnie plecy. Boli mnie brak aktywności pozakomputerowej. Ale to jest stan przejściowy, bo jestem pewna, że ewolucja i do tej niepełnosprawności się przystosuje. A społeczeństwo będzie windować najwyższe standardy ekonomiczne świata, zamieniając się w technologiczne mutanty.

Wykład na Uniwersytecie

Data wpisu: 31.03.2014 | Dodaj komentarz

Mam 20 minut do momentu, kiedy pojawią się pierwsi pracownicy w biurze w Dubaju. Poświęcę je na podsumowanie wczorajszego dnia. To jest właśnie przywilej pracy w domu. Te dodatkowe kawałki czasu, kiedy nie trzeba się malować, prowadzić samochodu, biec po lunch do supermarketu. Można zaoszczędzić sporo chwil, które do tej pory wykorzystywałam na dodatkową pracę, ale już niebawem to się zmieni i będzie też czas na hobby. O negatywnej stronie takiej sytuacji pisałam poprzednio. Godziny nad laptopem z ograniczoną ilością ruchu zabijają mój kręgosłup i roztyły moje ciało. Czy zawsze w życiu musi być coś za coś? Na szczęście napięcie w jakim żyłam ostatnie dwa tygodnie, związane z szukaniem piątej ekipy remontowej, z decyzją czy zostać w dotychczasowej pracy jeszcze dwa męczące miesiące, i w końcu z przygotowywaniem się do pierwszego uniwersyteckiego wykładu, na który zostałam zaproszona, zaczęło opadać i dziś wypełnia mnie nowa, twórcza energia. Wczorajszy wykład z marketingu dla 170 studentów pierwszego roku na Midllesex University w Dubaju był dla mnie wydarzeniem przełomowym. Wielki zaszczyt zostać zaproszoną. Wielki stres mówić po angielsku przez godzinę 30 minut do dzieciaków, których pierwszy język to angielski. Najważniejsze, że ich nie zanudziłam i były brawa, pytania po sesji i gratulacje. Nawet problemy z mikrofonem udało mi się obrócić w żart.  Prezentacja miała dużo slajdów z małą ilością tekstu, ilustrowaną zabawnymi, zapamiętywalnymi zdjęciami i wieloma przykładami z mojego doświadczenia. Wykład przerywały video z moimi ulubionymi reklamami. Studentom taki format bardzo przypadł do gustu, pozostawiając mnie w odczuciu, że na codzień spotykają profesorów, którzy bezbarwnie, nudno i bardzo sztywno wykładają swoje tamty. No, ale nie dziwię się profesorom, bo jaka płaca, taka praca. Zachowanie tych dzieciaków pozostawia też wiele do życzenia, i gdybym została na uczelni to za każdym razem mówiłabym do pierwszych sześciu rzędów, wypraszając z sali kolejne czternaście. Bo na końcu ludzie gadali, bawili się telefonami, bujali w obłokach, przeszkadzając tym co chcieli się czegoś dowiedzieć. Ale nie wszyscy zachowywali się beznadziejnie, więc dzisiejsza młodzież nie jest aż taka zła. Mnie nie zjedli, a przecież z pewnością robiłam błędy stylistyczne, i było czuć moją tremę. Wzięłam sobie do serca powiedzenie Mai Angelou „Nauczyłam się, że ludzie zapomną co mówiłeś, zapomną co zrobiłeś, ale ludzie nigdy nie zapomną jak pozwoliłeś im się czuć.” I radę Ewy, która powiedziała mi „pamiętaj – jaki ton, taka muzyka”. Wczoraj, każdy, włączając mnie, bawił się dobrze. Na początku czułam się trochę jakbym szła na maturę ustną. Stres ogromny, bo maturę z biologii oblałam na cyklu rozwojowym tasiemca. W ogóle ta biologia była pomyłką i zakres zagadnień po prostu mnie przerastał. Gdybym jeszcze raz miała wybierać, na pewno zainwestowałabym więcej w historię. Z perspektywy lat ta dziedzina ciągle mi towarzyszy, a biologia jest jak odległa wyspa, na którą trafiłam przez pomyłkę, trochę jak rozbitek bez kompasu. Wczoraj, po wykładzie jeden student zapytał mnie jak to się stało, że jako socjolog trafiłam do marketingu i jaka jest moja rada zawodowa dla niego. Człowieku, mam 10 lat więcej co ty, więc nie pytaj mnie o żadne życiowe rady, bo właśnie przymierzam się do totalnej rewolucji i zmiany zawodu. A tak na poważnie, socjologia, psychologia, nauki humanistyczne pomogą każdemu zwierzęciu marketingowemu, czy nawet dziennikarzowi. Żeby być doskonałym w marketingu trzeba mieć osobowość oraz bardzo ogólne i szerokie pojęcie o świecie, bo marketing to nieustanny dialog ze społeczeństwem, który musi być aktualny i intrygujący, a żeby być dziennikarzem, trzeba umieć pisać po prostu. Reszty można nauczyć się w praktyce. Dlatego po zdaniu na oba kierunki wybrałam, za namową redaktorki „Elle”, socjologię. Powiedziała mi po naszej wyprawie na łódki, na Mazury: ”- Nell, przychodzą do mnie studentki dziennikarstwa, pokazują swoje próbki pisarskie i starają się o staż w naszej redakcji. Ty piszesz lepiej niż one wszystkie razem. Rób socjologię, to będziesz wiedzieć o czym pisać.” Agnieszka, to była najlepsza rada zawodowa jaką kiedykolwiek dostałam. Choć dziennikarką nie jestem, socjologiem jestem na każdym kroku sprzedając, planując strategie marketingowe, nawet remontując dom z uwagą na grupę, która będzie w nim mieszkać. Ten wykład to dobre podsumowanie moich 10 lat pracy w sprzedaży i marketingu. 5 lat w Londynie, 5 lat w Dubaju. O polskich doświadczeniach nie będę wspominać. Fajnie, że mogłam podzielić się z kimś swoją wiedzą, przekazać ją w dostępnej formie, tak jak sama chciałabym się uczyć. Po Uniwersytecie poszłam do kościoła podziękować Bogu nie tylko za to, że dał mi tyle tych talentów, ale przede wszystkim za to, że nie pozwala aby się marnowały i daje mi takie fantastyczne okazje. Mogłam odmówić, bo strach, bo bariera językowa, możliwość ośmieszenia, bo praca i czas zainwestowane w przygotowanie wykładu i siebie, bo przecież i tak mam tyle zajęć i mogłam poleżeć na basenie. Jednak nie mogłam odmówić, skoro to przyszło do mnie bez mojego udziału, skoro dostałam od losu tak wiele i ktoś docenił moje doświadczenie! Bardzo też wierzę, że przekazywanie wiedzy, dobrej energii, dóbr materialnych dalej, wraca do nas stokrotnie. To tak, jakby utrzymywać harmonię w przyrodzie – dostałam, oddaję. To jak pierścień zamknięty, rozszerzający swoją objętość im więcej się oddaje. Szkoda, że nie wszyscy wierzą w tę prawdę. Ale w co wierzysz, takim się objawi w życiu. W przyszłości jeśli będzie mi dane powtórzyć to doświadczenie, na pewno bardziej wyluzuję, bo nie taki wilk straszny jak go malują. Fajnie, że pierwszy wykład jest już za mną. Jestem gotowa i otwarta na kolejne.

Ciekawy link o Dubaju

Data wpisu: 02.06.2014 | Dodaj komentarz

To zobaczysz tylko w Dubaju.

35 niezapomnianych zdjęć.

Warto obejrzeć w poniższym linku 🙂 

http://www.buzzfeed.com/simoncrerar/things-you-will-only-see-in-dubai

Detoks w ogródku

Data wpisu: 02.06.2014 | Dodaj komentarz

Stało się. Już nie jestem niczyim pracownikiem. Jestem sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Po 12 latach uwolniłam się od korporacji. Po 32 latach odważyłam się na samodzielność zawodową i rozwijanie pasji jaką są renowacje wnętrz. Z pewnością wspierający mąż i stabilizacja życiowa pomogły w podjęciu tej decyzji. Mogę powiedzieć teraz, że na wszystko przychodzi właściwy czas. Z pewnością potrzebowałam pokonać drogę, którą przebyłam. To ona właśnie ukształtowała to, kim dziś jestem. Choć nie było zawsze łatwo, przyjemnie i wesoło, nie obwiniam nikogo o nic i każdemu jestem wdzięczna. Tym wspierającym i rzucającym kłody pod nogi współpracownikom. Każdy z nich miał swój udział w procesie dojrzewania do decyzji, abym w końcu stanęła na własnych nogach i zaczęła robić to, co lubię najbardziej.
Teraz muszę tylko nauczyć się budzić z przeświadczeniem, że nic nie muszę, tylko mogę i chcę. Bo nie muszę już pędzić do biura, uczestniczyć w bezsensownym marnotrawieniu czasu i potencjału. Mogę w pełni decydować o kształcie mojego dnia i o kształcie mojego biznesu. Co za wolność i siła. Trochę obezwładniające uczucie. Muszę się przyzwyczaić. Już zaplanowałam na połowę czerwca dwumiesięczny wyjazd do Polski. Chcę skończyć remont u Babci i zrobić zdjęcia na swoją nową stronę www.facebook.com/comfortzonemiddleeast. Od czegoś trzeba zacząć. Zostały dwa tygodnie do wyjazdu. Temperatura jest już piekielna, więc tym bardziej marzy mi się polskie lato z burzami. Zaplanowałam na te dwa miesiące tyle rzeczy. Lista najlepiej opisuje to za czym najbardziej tęsknię:

Skosić trawę
Zapisać przepis na pampuchy, pierogi, gołąbki, krupnik, szczawiową, kopytka Mamy
Ugotować wszystkie powyższe potrawy
Zrobić tort rodzicom
Pojechać na jagody albo na grzyby
Pojechać nad jezioro
Posiedzieć w dużym, starym, zimnym kościele w letniej sukience, w upalny dzień
Wyspowiadać się po polsku
Zjeść kręcone, śmietankowe lody włoskie
Iść na targ i kupić świeże warzywa od rolników
Pojeździć na rowerze
Zjeść smażoną rybkę nad Bałtykiem
Powyrywać chwasty i podlać ogród
Odwiedzić rodzinę w Toruniu
Wyjść do ogrodu i słuchać nadciągającej burzy
Pójść do polskiej fryzjerki
Zapalić znicze na cmentarzu
Kupić nowe książki do czytania
Odwiedzić stadion w Zielonej Górze i prezesa Szczęsnego
Obejrzeć polski film w kinie

Dwa miesiące. Najdłuższy pobyt w Polsce od 10 lat. Tyle sobie dałam, żeby odpocząć i zakończyć kolejny projekt, którym jest ciągnący się od trzech lat remont domu mojego dzieciństwa. Chcę zregenerować baterie. Być jak najwięcej na zewnątrz. I po prostu pobyć w domu, bo dziesięciodniowe przyjazdy urlopowe nigdy nie były wystarczające, zawsze przepełnione pędem i pośpiechem. To będzie też czas aby przygotować ciało do macierzyństwa. Długo zwlekałam z posiadaniem dzieci i jak już zapadnie taka decyzja to chcę być zdrowa, w najlepszej możliwej formie, bez zbędnych kilogramów, cholesterolu i innych trucizn, a trochę się tego nazbierało. Detoks w ogródku. Mogłabym lecieć już jutro.
Ciągle mam uczucie, że muszę sprawdzić maile z pracy haha. A tu nie ma już żadnych maili niecierpiących zwłoki. Kurczę, trochę boję się dać sobie prawo do odpoczynku, bo zawsze wydaje mi się, że i tak pracowałam za mało, osiągnęłam niewiele. Zaraz nakładam sobie na barki kolejne zobowiązania, zadania, zlecenia, pomysły. Żeby tylko być pomocną, zaradną, pracowitą i ambitną. Żeby nie być uznaną za leniwego pasożyta. Wszystko to te kody, te próchna przeszłości. Niestety, nadal jestem w ich ciągłej niewoli. Jak to się objawia? Już tłumaczę. Chcę iść na basen, ale nie żeby odpocząć, zrelaksować się i poleżeć na słońcu, tylko żeby popływać, zrobić 30 długości, a więc wykonać jakąś pożyteczną pracę i nikomu (czytaj: swojemu wyobrażeniu o sobie) się nie narazić, bo z wielką trudnością przychodzi mi udzielić sobie pozwolenia na nicnierobienie. I tak oto uwolniona z kajdanów korporacji, jestem nadal więźniem swoich myśli i zobowiązań jakie sama na siebie nakładam. Analizując swoje dotychczasowe życie, jestem bardzo ciekawa co przyniesie kolejne 30 lat. 

Anioły informatory

Data wpisu: 11.09.2014 | Dodaj komentarz

Oj dzieje się, dzieje. 2 miesiące pobytu w Polsce przedłużyły się do 3, bo nie wszystko na budowie szło zgodnie z terminarzem, rozpiską i moim planowaniem. Z wcześniej publikowanej listy „must” wykreślam to, co udało mi się zrobić dla siebie podczas tych 3 miesięcy.

Skosić trawę

Zapisać przepis na pampuchy, pierogi, gołąbki, krupnik, szczawiową, kopytka Mamy

Ugotować wszystkie powyższe potrawy

Zrobić tort rodzicom

Pojechać na jagody albo na grzyby

Pojechać nad jezioro 

Posiedzieć w dużym, starym, zimnym Kościele w letniej sukience, w upalny dzień (z naszego mnie wygonili, bo zakonnica zamykała w niedziele po mszy drzwi…)

Wyspowiadać się po polsku

Zjeść kręcone, śmietankowe lody włoskie

Iść na targ i kupić świeże warzywa od rolników

Pojeździć na rowerze

Zjeść smażoną rybkę nad Bałtykiem

Powyrywać chwasty i podlać ogród

Odwiedzić rodzinę w Toruniu

Wyjść do ogrodu i słuchać nadciągającej burzy

Pójść do polskiej fryzjerki

Zapalić znicze na cmentarzu

Kupić nowe książki do czytania

Odwiedzić stadion w Zielonej Górze i prezesa Szczęsnego

Obejrzeć polski film w kinie

Miałam trochę stresu, że nie wszystko udało mi się zrobić, ale jadę znów w listopadzie, robić podwórko więc nadrobię to co się da, a reszta za rok. Najważniejsze, że zrobiłam coś czego nie planowałam, a co jest chyba najważniejszą nauką tego roku. Ludzie, my nie pijemy mleka i nie jemy zdrowiej pszenicy. My jemy chemię i pestycydy. Dużo taniej, ogólnodostępnej żywności i upraszczanie życia, to dwie największe zguby ludzkości. W pierwszym przypadku pozwalamy unicestwiać nasze zdrowie, a w drugim pozwalamy unicestwiać swój umysł. Szok! Przeczytałam w instrukcji zmywarki, że urządzenie samo w trakcie zmywania zadecyduje czy wybrałam właściwy program mycia i jak woda będzie za brudna to automatycznie przełączy się na dłuższy tryb pracy, a więc nawet nie muszę za długo myśleć i analizować jaki program nastawić, skoro zmywarka „myśli” za mnie. Na pewno widzieliście te samochody, które już same parkują. Niebawem nie będziemy musieli w ogóle używać szarych komórek. A czy pamiętacie, że one, jak mięśnie, nieużywane po prostu zanikają? Cieszymy się, że wszystko takie łatwiejsze się robi, a tak na prawdę to nowa niewola, bo nie będziemy w stanie podjąć sami najprostszych decyzji i staniemy się owcami prowadzonymi przez kogoś na rzeź. Zanikają w nas podstawowe instynkty. Pakowałam w siebie tyle śmieci żywieniowych i nie reagowałam na bunt organizmu. Efekt – w rok po ślubie przytyłam 20 kg, rozwaliłam sobie kolana i tarczycę. Ale, dzięki Bogu, za aniołów – informatorów. Najpierw książki Beaty Pawlikowskiej o podświadomości, a potem długie rozmowy uświadamiające z przyjaciółką, która otworzyła mi oczy i poleciła opiece naturopatki z prawdziwego zdarzenia. Serdecznie polecam blog www.tlustezycie.pl. Natalia podarowała mi najpiękniejszy prezent jaki mogłam sobie wymarzyć. Szansę na poczęcie zdrowego, radosnego człowieka, przez właściwe przygotowanie się do tego cudu. Gluten, cukry i nabiał przestały dla mnie istnieć. I jak zawsze nie mogłam opędzić się bez potrzeby zatopienia ust w bagietce czy serniku, to teraz mnie to po prostu nie rusza. Nie jest dla mnie po prostu zjadliwe. Na pewno pomaga świadomość jaka narodziła się we mnie w podejściu do jedzenia. Musi być nieprzetworzone, czytaj: nienapakowane chemią, świeże, z wiadomego źródła, niemodyfikowane. Po prostu Eko przed duże E. Moja droga dopiero się zaczyna. Jeszcze niewiele wiem, ale świadomość, że nie chcę mieć niepełnosprawnej starości z własnej głupoty wystarczyła, żeby powiedzieć STOP! Piję specjalnie dla mnie wybrane przez bioenergoterapeutę mieszanki ziół, jem zmieloną kozieradkę z miodem na przeczyszczenie jelit i całego układu. Zamiast kwasu foliowego, trudno przyswajalnego przez organizm, łykam foliany. To wszystko jest wynikiem tego wakacyjnego wyjazdu do Polski. Długa droga przede mną, zanim znów zmieszczę się w suknię ślubną i przygotuję organizm na ciążę, ale najważniejsze, że to nie chwilowa zmiana, tylko nowe życie. Złapałam się na tym, że zawsze walczyłam z Mamą i wyrzucałam jej, że truje się papierosami, a sama wpychałam w siebie chleb ze sztucznym zapachem, kolorem, spulchniaczami, fluorescencyjne marchewki, itd, itp. Świat się tak przeraził głodem drugiej wojny światowej, że za cel obrano produkcję ton żywności, bez jakiegokolwiek nadzoru jakości, za to przy restrykcyjnym nadzorze kosztów. Rolnika, który szedł w pole zasiać buraka, który potem go musiał doglądać, pielęgnować i martwić się czy nie zgnije przez deszcze, lub nie uschnie przez suszę, zastąpili chemicy w laboratoriach, produkujący na masową skalę za bezcen chemiczne odpowiedniki buraczanego koloru, smaku, zapachu. Ja dziękuję. W ogrodzie sadzę drzewa owocowe, ze szczepek drzew, które zasadził jeszcze mój dziadek, zamiast niejadalnych cyprysów, które sąsiad formuje u siebie w fikuśne kule i stożki. Sadzę maliny pod płotem i sieję zioła, zamiast pięknych, ale niejadalnych roślin. Natalia , dziękuję za oświecenie. To jest moja inwestycja w przyszłość moich dzieci. Szkoda miejsca na zielsko jak można sobie wyhodować coś eko total. Ze sportem wiem, że też przesadzałam, dlatego pewnie rozwalona lekko tarczyca. Hormony poświrowały od maratonów 2 razy w tygodniu okraszanych soczystymi potami na siłowni. A potem zrywy wypalenia i nic nierobienia. Mój organizm musiał non stop czuć się jak na wojnie i walczyć o przetrwanie, atakowany chemią, dietą, obwodem kardio, kremem na rozstępy na bazie Bóg wie jakich związków przenikających do mojej krwi. I pomyśleć, że wygoniłam innego sąsiada co przyniósł mi uwędzonej pod dachem swojskiej kiełbasy, bo uważałam, że chce za nią majątek. No tak, cena w Tesco byłaby taka sama, gdyby kiełbasa w Tesco miała tyle samo prawdziwego mięsa, co ta od sąsiada. Człowiek uczy się całe życie. Konsekwencje rocznego zaniedbania są opłakane, ale mówi się, że trzeba upaść na same dno (w moim przypadku to dno szafy, w której w nic już się nie mieszczę), żeby przejrzeć na oczy. Pomału wstaję, z nocnymi kurczami w rękach i na bolących kolanach.

A o remontowaniu będzie kiedy indziej. Nie wiem w sumie, czy w ogóle będzie, bo kto miał do czynienia z polskimi ekipami budowlanymi, to wie jak jest. Generalnie to Polska mnie zadziwiła, bo było tak jakby nikt nie chciał zarobić pieniędzy i wręcz miałam uczucie, że robi mi się nieziemską przysługę przyjmując zlecenia. O obsłudze klienta nie wspomnę, bo jest zerowa. Wszędzie klient to petent, a szef sklepu nasz pan. Wykańczające to wszystko nerwowo było bardzo. Zero czasu dla siebie. Pobudka o 7 rano i spanie grubo po północy. Najważniejsze, że już prawie wszystko skończone. Jeszcze tylko wykończenie garażu, kostka na podwórku i ogrodzenie. Stodołę będę wykańczać, jak sama dojdę do siebie. Było fajnie pomieszkać w Polsce i przypomnieć sobie wszystkie powody, dla których wyjechałam… 

Tusk Donald i Legoland

Data wpisu: 14.09.2014 | Dodaj komentarz

Teraz będzie bardzo smutno i poważnie. Może dla jednych kontrowersyjnie, a dla innych nudno. Będzie o tym czego dowiedziałam się w Polsce, a co było dla mnie oczywiste od dnia katastrofy smoleńskiej. Wtedy, z perspektywy już 10 lat za granicą, z perspektywy egzystowania w zupełnie innych realiach bezpieczeństwa i państwowości jestem przekonana, że doszło do zamachu, a Tusk, Kopacz i Komorowski maczali w tym palce, ściśle współpracując z instytucją odpowiedzialną za tą katastrofę. Jeśli to jest prawdą, było dla mnie oczywiste, że Tusk przed końcem swojej kadencji będzie musiał ewakuować się z rządu i z kraju, żeby się ochronić i odebrać swoją zapłatę i nagrodę za zdradę Polski. Dla Kopaczowej, która publicznie kłamała, stanowisko Marszałka Sejmu przyznane przez Tuska było właśnie taką zapłatą i nagrodą. Gdy w wiadomościach gratulowali Premierowi nominacji na stanowisko szefa Rady Europejskiej dla mnie nie było to żadnym zaskoczeniem, tylko potwierdzeniem wszystkiego.

Unia Europejska dąży do całkowitego konstytucyjnego podporządkowania sobie wszystkich krajów członkowskich i uzależnienia ich od dyrektyw Unii Europejskiej (czyli właścicieli największych koncernów w Europie) i miała dość wojującego z nią prezydenta państwa, którego w Europie w ogóle miało już nie być. Pani Merkel dogadała się z Putinem i Tuskiem pociągając za odpowiednie marchewki. Obiecała Tuskowi, że się nim zaopiekuje, jak sprawa przycichnie i będzie zbliżał się koniec jego kadencji. Słowa dotrzymała. Tym samym Pan Tusk dostał immunitet nietykalności. Z Rosją sprawy jej się skomplikowały po wywołaniu przez USA konfliktu na Ukrainie, w którym wszyscy mamy nieodmienne wrażenie, że Rosja czuje się bardzo bezkarna. Pani Kopacz – nowym Premierem, też było do przewidzenia w tym makabrycznym scenariuszu.  

A ja się pytam:

  1. Czym zasłużył sobie nasz Premier na takie stanowisko w Unii Europejskiej? Co tak znaczącego osiągnął w rządzeniu swoim krajem, że dostąpił takiego awansu w Unii?
  2. Czym zasłużyła sobie kłamczucha Pani Kopacz na stanowisko najpierw Marszałka, a potem Premiera?
  3. Kiedy Polacy przestaniecie zajmować się wyszydzaniem poszczególnych partii politycznych, a zaczniecie domagać się prawdy od WSZYSTKICH?

Anna Przybylska

Data wpisu: 13.10.2014 | Dodaj komentarz

Jesteśmy na Santorini. Cieszymy się pierwszą rocznicą ślubu. Naszą radość gasi śmierć Ani Przybylskiej. Znak, że śmiertelnie zachorować może każdy, w każdym momencie. Bogaty, biedny, znany, nieznany, nałogowiec i weganin, sportowiec, młody, stary, ten co się regularnie bada i ten co nie bada się wcale. Znaczyłoby to, że zachorować i umrzeć to w sumie normalna sprawa. W obliczu tego, każdy zdrowy dzień to dar nie do przecenienia. Mógł nas ogarnąć nieprzejednany żal, bo młoda matka małych dzieci, bo taka fajna, pozytywna osoba, dla wielu ideał kobiecości. Dajmy sobie prawo do tego smutku. Zróbmy miejsce na te emocje. Przegadajmy je z przyjacielem, partnerem. Wypłaczmy. Przemyślmy. Wykrzyczmy na łące jeśli czujemy taką potrzebę. Wybiegajmy. Żałoba, nawet po kimś nam bliskim jedynie z ekranu, ma prawo zaistnieć. Jej długość nie powinna być określana żadnymi standardami psychiatrii, które z roku na rok ulegają zmianie. Jest tak indywidualną sprawą jak rodzaj osobowości jaki mamy. Teraz wszystko trzeba sklasyfikować i ustalić standardy, do których dopasowują każdego. Jak się sam nie dopasujesz do standardu „zdrowiej” żałoby, która powinna trwać, według wytycznych medycznych max. dwa tygodnie, to ci psychiatra lub farmaceuta pomoże odpowiednim zestawem „witamin”.  Masakra jakaś i chce się krzyczeć „ratunku!”. Bo kiedyś ludzie byli bardziej wyczuleni na przeżywanie emocji, a nie ich zajadanie, zapijanie i zakrywanie innymi nałogami. Mógł nas ogarnąć nieprzejednany strach. O matko, to ja tu się tak staram żyć dobrze i też mogę zachorować i umrzeć niespodziewanie? To, pomimo diety bezcukrowo-bezlaktozowo-bezglutenowej, picia 3 litrów zdrowej wody niegazowanej, psychoterapii odkodowującej złe kody podświadomości, religijnego odrodzenia, wyprostowanych ścieżek, ja też mogę najzwyczajniej w świecie, niespodziewanie umrzeć? To po co ja się tak staram? To, to wszystko jest zupełnie bez sensu i strata mojego cennego czasu, bo to wszystko kosztuje mnie tyle pracy i zachodu… a tu Bóg i tak da mi w nagrodę najbardziej złośliwe raczydło. No właśnie nie wiem jak to jest. Na ile, zdrowym trybem życia, możemy się ustrzec przed tymi chorobami? Ania pisała kiedyś, że się bardzo dużo stresowała i był czas w jej życiu, kiedy miała dużo negatywnych myśli w sobie. Czy to wystarczyło? Przecież nie sposób ogarnąć się zupełnie: fizycznie, psychicznie, duchowo i wyłączyć wszystkie stresory.  A może właśnie należy dążyć do tej doskonałości i najwyższej harmonii w sobie, bo mamy jeszcze na to czas? Ja jestem na etapie rozkodowywania kodu strachu, który został we mnie zakodowany dawno temu. Ten kod powodował, że całe życie walczyłam, aby zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. Niekończące się bitwy z każdym napotkanym na mojej drodze wrogiem, a wrogiem może okazać się każdy. Każdy może mnie oszukać, wykorzystać, skrzywdzić, zranić. Lepiej więc jak pierwsza będę atakować, trzymać się na baczność, bronić swoich pozycji i swoich zdobyczy. Od świtu do nocy i podczas niespokojnego snu. Bo świat jest niebezpieczny. Ludzie toczą wojny, gwałcą, okradają, oszukują na każdym kroku, wykorzystują naiwnych ludzi na pierwszych stronach dzienników, w każdych wiadomościach. Koncerny farmaceutyczne straszą tysiącami potencjalnych chorób, których trzeba się bać, a żeby się nie bać to trzeba zażywać tony chemicznych substancji sprzedawanych przez te koncerny „dla zdrowia” ludzkości. Otwierasz gazetę z modą, a tu artykuł, wyjaśniający przyczyny zdrad i wynika z niego, że się kwalifikujesz zarówno na zdradzaną jak i na zdradzającą. Boisz się obu sytuacji tak samo mocno, bo wydawało ci się, że kochasz i jesteś kochana, ale przecież dziś nigdy nic nie wiadomo. Sobie nie należy wierzyć, a co dopiero „obcemu”, który zdeklarował całe życie do śmierci. Kto w ogóle jeszcze wierzy w takie bajkowe przysięgi? W tej samej gazecie najnowsze, niezbędne wyznaczniki statusu społecznego i jak nie będziesz ich mieć to szef pomyśleć może, że nie jesteś nic warta. Codziennie obawiasz się biedy po prostu, bo co to będzie bez stałej pensji? Strach się nie bać niczego, bo może psychiczna już jesteś, bo przecież każdy normalny człowiek się czegoś boi i dziś nie można czuć się bezpiecznie. A ja przestałam w to wierzyć. Zrozumiałam tę iluzję dzięki wielu „aniołom prawdy” i po prostu przestałam w nią wierzyć. Chcę naprawić moje postrzeganie tego świata i mojego życia. Chcę czuć się bezpieczna i chcę przestać walczyć. Na pewno na początek warto przeczytać serię Beaty Pawlikowskiej. To dobry elementarz, żeby zacząć uczyć się nowej geografii, biologii i fizyki twojego umysłu i otaczającego świata. On jest po prostu taki jaki nasza podświadomość pozwala nam zobaczyć, na podstawie wszystkich kodów podświadomości, które zostały w nas zapisane od dnia narodzin. Przez te kody postrzegamy rzeczywistość dookoła nas. Dlatego ten sam zielony las dla jednych będzie oazą natury, ciszy i relaksu, a dla drugich ten las będzie siedliskiem kleszczy, komarów, i wrzeszczącego ptactwa.

Dobiega końca nasz urlop w Grecji. Ateny to wybuchowa mieszanka wandalizmu, biedy i starożytnego piękna. Aż nie do wiary, że kraj mający tak wspaniałą przeszłość i tak wiele do zaoferowania znajduje się w stadium rozkładu. Przeczytałam ostatnio bardzo ciekawy artykuł nawiązujący pośrednio do tematu piękna w naszym codziennym otoczeniu. Autor porównuje miejscowości wzdłuż granicy polsko-niemieckiej. Dbałość o czystość, estetykę architektury i piękno ulic zwyczajnych miasteczek jak ręką odjął po stronie polskiej. Weźmy na przykład taki Gubin / Guben. Ten sam potencjał, zupełnie inna rzeczywistość. Jakimś cudem Niemcy rozumieją, że w zadbanej przestrzeni żyje się lepiej. To zostało potwierdzone naukowo. Dlatego sadzą kwiaty w donicach na parapetach. Dbają o elewacje budynków i trawniki przed domem. Sami z siebie. Bez oglądania się na burmistrza i radę miasta, bez oczekiwania na fundusz gminy. Działają na własnym terenie, wychodząc z założenia, że spacer po zadbanej ulicy wzdłuż zadbanych ogródków przyniesie korzyść wszystkim mieszkańcom i przejeżdżającym gościom. Podoba mi się bardzo ten estetyczny altruizm, którego również w Grecji bardzo brakuje. Nie rozumiem jak można namalować graffiti na kolumnach antycznej świątyni, która przetrwała do naszych czasów? Budowli, która przyciąga do twojego miasta tysiące turystów dających pracę na pewno komuś w twojej rodzinie lub w gronie znajomych. Świadome niszczenie tego dziedzictwa jest największą formą egoizmu i bezmyślności. W drodze na Akropolis całe uliczki są zamalowane. Plaka, dla mnie jedna z najpiękniejszych dzielnic stolicy, kiedyś z pewnością prominenta i urocza, dziś jest jedną wielką galerią graficiarzy odstraszającą ruinami opuszczonych domów. Jaki inwestor wyda 2 mln euro na zakup i kolejny 1 mln euro na renowację tutaj czegokolwiek, jak strach w nocy zostać w tej okolicy? I to wszystko dzieje się w drodze do Akropolis, zapierającego dech w piersiach swoim starożytnym rozmachem i pięknem. Wracając na własne podwórko, nie rozumiem już mentalności Polaków z małych miasteczek jak moje. Dlaczego tak trudno doprowadzić do porządku ogród, na który codziennie patrzy przez płot sąsiadka pijąca kawę na swoim balkonie, który akurat wychodzi na tę samą stronę? Jeśli ci nie przeszkadza chaos i syf wizualny, dlaczego nie weźmiesz pod uwagę tej sąsiadki i faktu, że może jej ta kawa smakowałaby lepiej z widokiem na czystą przestrzeń? Dlaczego tak niewiele w naszym otoczeniu myślimy o innych? Zadbajmy tak jak Niemcy o nasze klatki schodowe, trawniki, płoty i elewacje. Naprawdę nie kosztuje to wiele. Protestujmy, jak firma drogowa obcina połowę drzewa w całym szpalerze rosnącym od lat przy remontowanej ulicy. Na mojej ulicy nikt nie zaprotestował i mamy teraz 16 klonów z połową korony, wyglądających tak jak przełupane na pół jabłko. Płakać się chce nad bezmyślnością tych co okaleczyli te drzewa. Gdzie był jakiś nadzór zieleni?  Czy ktoś w ogóle za to odpowiada? Wg Pawlikowskiej, nie ma co szukać winnych na zewnątrz, bo sami odpowiadamy za swoje życie i swoje otoczenie. Mogłam zainteresować się projektem remontu naszej ulicy. Mogłam wyjść i zaprotestować. Za późno włączyłam myślenie. Niemiec pewnie zareagowałby o wiele wcześniej, a ja, Polak mądry po szkodzie. Wracam do Polski pod koniec października. Może namówię rodziców na posprzątanie tego ogrodu i napiję się kawy na balkonie sąsiadki z widokiem na stary sad dziadka.

Życie w Emiratach, w luksusowym Dubaju i brzydkim Abu Dhabi.

Data wpisu: 02.11.2014 | Dodaj komentarz

Fajny poranek. Wstaliśmy o 6.00 rano, bo mąż ma gościnne wykłady na Uniwersytecie w Dubaju i zabrałam się z nim. Mogę zjeść śniadanie w jednym z kilkunastu centrów handlowych, które jak Oazy na pustyni mogą zaspokoić wszelkie potrzeby. No ok, nie przesadzajmy. Przynajmniej te podstawowe potrzeby. Pracowałam w sklepach kilka lat i dla mnie szału nie ma. Nie podniecam się na myśl o zakupach, wyjściu do kina, czy kolacji w restauracji. To najpopularniejsze rozrywki jakie funduje Emirat. Przypomniałam sobie natomiast wszystkie te fajne śniadania z koleżankami. W Abu Dhabi mieszkam już prawie rok, ale nie mam jeszcze swoich ulubionych Oaz w centrum. Nie mam też nowych znajomych, oprócz sąsiadów, a estetyka miasta (raczej jej brak) i zawikłany system ulic, zniechęcają mnie do ruszenia się z domu. Jak wykłady pójdą dobrze to może pewnego dnia znów zamieszkamy w Dubaju, bo tu czuję się jak w domu. Poruszam się szybko i sprawnie, uwielbiam wszystkie sklepy dekoratorskie, mam polskich i niepolskich znajomych. W Dubaju, żyje się trochę bardziej posh i lux, ale tego akurat mi nie brakuje. To z pewnością wspaniałe miasto, choć w Abu Dhabi odkryliśmy ostatnio super plażę, na Yas, z najbardziej turkusową wodą w morzu, jaką kiedykolwiek widziałam. No i łódką można popłynąć na jedną z kilkunastu dzikich wysepek wokoło miasta, które dają poczucie totalnego wakacyjnego relaksu. Jeden weekendowy dzień na takiej wysepce i czujesz się jak na tygodniowych wakacjach. Piszę o tych dwóch miastach, bo myślę, że są ludzie, którzy chcą o nich wiedzieć więcej. Kilka miesięcy temu, zastanawialiśmy się czy nie zapuścić korzeni gdzieś indziej. Byliśmy w wielu miejscach na świecie i nadal nic nie równa się poczuciu bezpieczeństwa, wygodzie i zamożności Emiratów. Decyzja zapadła. Zostaniemy tak długo, jak długo będziemy mieć wizę = pracę. Ja nie muszę już mieć wizy, bo tylko mąż może zasponsorować żonę, ale mąż musi mieć pracę, inaczej – wylot. Kiedyś zakup nieruchomości gwarantował pozwolenie na pobyt, teraz nawet mając mieszkanie, poproszą Cię o opuszczenie kraju, jak stracisz pracę, lub, nie daj Boże, popełnisz jakieś przestępstwo. Dlatego jest tak bezpiecznie. Policjantów się szanuje i bardzo respektuje i tak powinno być. Każdy ma za wiele do stracenia, żeby robić coś poza prawem, bo prawo tu jest nieubłagane. Często każe wielokrotnie za to samo przestępstwo. Zostańmy przy nieruchomościach. Kupujesz coś na kredyt hipoteczny, chyba  z najmniejszym procentem na świecie! (dlatego wielu Polaków kupuje), tracisz stabilność finansową, nie masz na spłatę, bank zabiera mieszkanie, i na tym zazwyczaj kończy się kara w innym państwie. Tutaj trafiasz dodatkowo za kratki. Tak samo jest jak złapią cię na prowadzeniu auta pod wpływem. Jak masz w paszporcie wyznanie islamskie, to obowiązkowo chłosta, a potem grzywna i kratki. Kiedyś policja złapała właściciela mieszkania, w którym wynajmowałam pokój, Egipcjanina. Chłopak na prawdę bardzo niewiele pił. Wtedy na imprezie, wypił jedno piwo, widziałam, pech. Wrócił po 2 tygodniach i przez kolejne dwa nie wychodził ze swojego pokoju. Powiedział kiedyś, że było to najboleśniejsze upokorzenie w jego życiu. Wyobrażam sobie. A więc to się jednak dzieje. Co do innych faktów, to nie za bardzo można o tym wszystkim gdziekolwiek przeczytać, bo nie można, o ciemniejszych stronach Emiratów po prostu pisać. Mi to nie przeszkadza, bo staram się, żeby moje życie nie było narażone na te ciemniejsze strony. Z pewnością to co widzę, nie sposób przykryć pod jakąkolwiek ilością złota. Chyba najpoważniejsze jest wyzyskiwanie tu innych narodowości z biedniejszych części świata. Chyba nigdzie indziej nie ma takiej przepaści między pensją sprzątaczki, a pani menadżerki, u której ona sprząta. Ostatnio pojawiły się nawet spoty społeczne w telewizji informujące, że niepłacenie pensji jest przestępstwem. W Arabii Saudyjskiej jakiś czas temu, też mieli spoty dotyczące, o zgrozo, fizycznego i psychicznego znęcania się nad służbą… Bogactwo nie zawsze idzie w parze z humanizmem i ogładą. Staram się pomagać jak mogę. Pewnie mogłabym robić więcej. Wygoda uczy lenistwa. Smutny to aspekt i mam nadzieję, że coraz mniej jest tu robotników  pracujących za baniak wody i ryż, którym pracodawcy przetrzymują paszporty. Na marginesie, dzięki Bogu, że urodziłam się w Polsce. Dziękuję każdego dnia za wszystkie możliwości, jakie dostałam od życia. Bardzo podobają mi się inne spoty społecznościowe puszczane w TV, zawsze w godzinach szczytu oglądalności dotyczące dbania o zdrowie, ochrony przed rakiem piersi, sportu. Są one finansowane przez odpowiednie ministerstwa. Daje to odczucie, że państwo stara się dbać o obywateli. Brakuje mi tu bardzo pracy fizycznej. Jestem z tych co lubią przekopać ogródek, pomalować ścianę,  wypucować auto. Tu nie ma takich możliwości, albo potrzeby. Nawet benzyny nigdy nie nalałam sama do swojego auta, bo każdy jest obsługiwany na stacji benzynowej w cenie tankowania. Fajnie, że mam już dom w Polsce na ukończeniu. Tam zawsze będzie co robić i będę mogła się wyżyć. Można bać się konsumpcjonizmu, który czasem przeraża, ale można to też kontrolować i się mu nie dawać. Kiedyś myślałam, że nie ma tu zdrowej żywności, ale od kiedy przeprogramowałam się na purytańsko organiczny styl życia, okazało się to jedynie iluzją, bo zdrowej żywności, kosmetyków i ubrań jest cała masa. Nie mam z tym najmniejszego problemu. Zdecydowana większość produktów dostępnych na świecie jest tu do zdobycia.  Jak się ma balkon wychodzący na odpowiednią stronę świata, to można sobie nawet polski Polsat cyfrowy zamontować, jak budynek pozwoli montować cokolwiek, bo żaden nie pozwala nawet prania na balkonach suszyć. Nie umiem wyjaśnić dlaczego. Może widok czyichś majtek suszących się na 41 piętrze zakłóca estetykę? Mieszkania są zazwyczaj ogromne, więc z suszeniem w jakimś koncie nie ma problemu. M1 kosztuje jak M5 w posh Warszawie, ale za to, to często 100 m2 przestrzeni.  Po M3 można jeździć rowerem. Duża była ta pustynia, to co mieli klitki budować. Pomimo, że to państwo islamskie, prezydent Sheikh wyznaczył ogromny teren i oddał go w posiadanie innym religiom. Nazywam go dzielnicą kościołów, bo jest tam ich cała masa. Od katolickiego po metodystów, cerkiew, kościół koptycki, nie sposób wszystkich wymienić. Jedne pustawe, inne przepełnione, tak jak katolicki. Msza po angielsku wyglądam identycznie jak ta po polsku. Nawet „Ojcze nasz” ma taką samą melodykę. Nabożeństwa w wielu językach; angielskim, hindi, arabskim, filipińskim, etc. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc jest msza po Polsku w małej salce. Wtedy najlepiej widać ile naszego narodu żyje w Emiratach. Salka pęka w szwach. W zwykłą niedzielę tych ludzi nie widuję, a szkoda bo jak się okazuje, w Emiratach, gdzie prawem i obyczajowością rządzi Islam, można wyznawać inne religie i chodzić do swojego Kościoła. Jestem jedną z niewielu „białych” tzn. europejskich twarzy. Mszę wypełniają Filipińczycy i Hindusi. Zawsze trochę mi przykro, że „biali”, tak bardzo cywilizowani emigranci, tak bardzo „uodpornili się” od Mszy świętej i sakramentów. Specjalnie nie napisałam od instytucji Kościoła. Bo Msza z sakramentami i problemy kleru dla mnie to co innego. Pierwsza jest absolutnie niezbędna w życiu religijnym. Ale to temat na osobny felieton. Ze służbą zdrowia też nie ma problemu. Każdy z wizą ma ubezpieczenie od pracodawcy. Każda pierwsza wizyta u lekarza kosztuje standardowo 50 zł, a wszystkie badania i lekarstwa otrzymuje się za darmo. Nie wszyscy specjaliści są objęci w ubezpieczeniu. Zależy to od stanowiska pracy. Dentysta prywatnie jest makabrycznie drogi, dlatego ja nadal zęby leczę w Polsce. Nawet ginekologa dobrego można znaleźć prywatnie. Państwowo badanie wygląda trochę inaczej, niż w Polsce. Nawet do osłuchu płuc nie ściąga się koszulki by nie pokazać za wiele golizny lekarzowi. W szpitalu Islam również wyznacza granice. Często w dobrym tonie dla kobiety jest udanie się na wizytę z mężem, jak go ma. Arabki same do lekarza nie pójdą. Europejki i owszem. Nikt ich nie wygoni. I tak zawsze w pokoju będzie kobieta pielęgniarka. Medycyna jest na wysokim poziomie. Do tego dochodzi ta estetyczna, bardzo droga i bardzo popularna i prawdziwe oazy relaksacji- salony masażu z prawdziwego zdarzenia, bo prowadzone przez Tajki, Azjatki, Filipinki, które na prawdę się na tym znają. Nidzie nie miałam lepszego masażu, niż w tych willach zamienionych na prawdzie oazy Yin i Yang z kaskadami wody, odgłosami natury, ziołową herbatą z imbirem na pobudzenie i aromatem świecy ustawionej w płatkach jaśminu pod wezgłowiem łóżka. U nas „ na wiosce” SPA Dr. Eris nie ma, dlatego proponowałam to wszystko masażystce z mojej rodzinnej mieścinki, żeby oswoić trochę obskurność jej gabinetu. Powiedziała, że próbowała, ale w Polsce sanepid zakazał wszystkiego, a właściciel lokalu nie godzi się na przemeblowanie. Cały relax po jej doskonałym zabiegu mi opadł i wróciło przygnębienie tą chorą administracyjną polskością. Sanepid w tym wypadku zastosował szpitalne standardy, zamiast po ludzku pozwolić na naturalne bambusowe parawany i organiczne maty w gabinecie Pani Ani. Viva Polska! Wracam do Emiratów i zapraszam tu wszystkich.

Wszystkich Świętych po polsku

Data wpisu: 02.11.2014 | Dodaj komentarz

248677_1351806286_ad47_p

„…Termin na odpłacanie zaciągniętych u nich wszelakich długów upłynął z chwilą ich śmierci.”

Żyj z całych sił
I uśmiechaj się do ludzi
Bo nie jesteś sam
Śpij, nocą śnij
Niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi
Teraz śpij

Niech dobry Bóg
Zawsze cię za rękę trzyma
Kiedy ciemny wiatr
Porywa spokój
Siejąc smutek i zwątpienie
Pamiętaj, że

Jak na deszczu łza
Cały ten świat nie znaczy nic a nic…
Chwila, która trwa
Może być najlepszą z Twoich chwil…

Idź własną drogą
Bo w tym cały sens istnienia
Żeby umieć żyć
Bez znieczulenia
Bez niepotrzebnych niespełnienia
Myśli złych

Jak na deszczu łza
Cały ten świat nie znaczy nic a nic…
Chwila, która trwa
Może być najlepszą z Twoich chwil…

… Zawsze za granicą pierwszego listopada. Po dziesięciu latach poszłam na cmentarz, który sprzątałam w dzieciństwie, w dzień Wszystkich Świętych. Poruszona śmiercią wielu wybitnych i wielu bezimiennych, cierpiących, wygnanych, głodnych. Poruszona śmiercią na co dzień. Umierają w nas wartości, empatia, delikatność, wiara, szacunek, miłość. Tamten dom jest tego najlepszym przykładem. Krzyk, przekleństwa, nienawiść wymierzana w twarz tych najbliższych, tych najbardziej oddanych. Normalna rozmowa umarła dawno temu. Żyje ton wyższości, arogancji, chamstwo. Ci, którzy mieli ochraniać, troszczyć się i pomagać, obmawiają przed innymi. Jedyna na świecie osoba, która źle o niej mówi do sąsiadki, to jej własny ojciec, któremu przez całe życie starała się pomagać. Poświęca swoje luksusowe, bezpieczne, radosne, piękne życie, które z mozołem mrówki budowała daleko. Przyjeżdża z nadzieją, bo nadzieja umiera ostania. Dziś będzie inaczej. Będę mówiła spokojniej, ciszej, łagodniej. Nie dam powodu do złości, gniewu, poniewierania. Zrobię swoje. To czego nikt inny nie miał czasu, pieniędzy czy ochoty zrobić. Posprzątam wszystko, żeby żyło się lepiej i ładniej, bo mi się udało, bo wiem jak to zrobić. Przecież nie może być nic złego w zebraniu i wywiezieniu złomu z ogródka do skupu. Przecież wszystko spokojnie można ustalić, przecież jeszcze mówi po polsku i rozumie nawet szept. Nie trzeba do niej krzyczeć i okraszać komunikatu wiązanką przekleństw. Zwykłą polszczyznę też zrozumie, tak samo jak pani w spożywczym, u której on codziennie ładnie się wita i kupuje chleb. Kiedyś walczyła tymi samymi nożami o szacunek, poczucie bezpieczeństwa, miłość, ale to zabijało jeszcze bardziej. Szkoda życia dziewczyno! Nic i nikt nie zmieni nikogo. Możesz tylko zmienić siebie. Możesz przestać im narzucać swoją wolę, pomysły, obecność i uczucia. Skoncentruj się w końcu na sobie i harmonii. Buduj piękno tam gdzie możesz, tam gdzie ciebie i piękno chcą, a tam gdzie nie chcą strzepnij kurz z butów, uśmiechnij się i życz powodzenia z głębi serca. Każdy ma prawo zabijać siebie, ale nie ma prawa zabijać innych. Poszłam na cmentarz sama. Spotkałam się z koleżankami. W spokoju. Trochę przeraził mnie ten cały jarmark zniczy i kwiatów przed bramą. Czy ci sprzedawcy nie mają nikogo zmarłego do odwiedzenia? Czy ludzie nie mogli kupić sobie zniczy dzień wcześniej? Po co komu 6 doniczek chryzantem na pomniku? Chryzantemy też umrą, a pomnika nie odwiedzi już nikt do kolejnych świąt. Zawsze byłam zwolenniczką regularności, niż pojedynczego zrywu pamięci. To też takie bardzo polskie. Dziś płaczemy nad grobami najbliższych, jutro tych co jeszcze żyją obok nas zmieszamy z błotem. Kiedyś im też kupimy najpiękniejsze chryzantemy i największe znicze, a termin na odpłacanie zaciągniętych u nich wszelakich długów upłynął z chwilą ich śmierci. Spłacajmy długi za życia. Rodzice opiekujcie się swoimi dziećmi i pozwólcie dzieciom opiekować się sobą. Opieka polega na tym, że złego słowa się nie powie, że gniew nie ma prawa bytu tam gdzie miłość. Złych słów język nie wypowiada. Człowiek może się przytulić  często i mocno. Zostanie zrozumiany i przygarnięty. Opiekun to ktoś, kto może być wzorem dla tego, który jest pod opieką. WZOREM, idolem, bohaterem. Doceniajcie jeden drugiego, pomimo ludzkich ułomności, bo spokojem, wrażliwością i miłością można osiągnąć każde porozumienie i kompromis. Dlaczego najbliższa rodzina traktuje się najgorzej? Tylko chore pojęcie miłości daje przyzwolenie na jakąkolwiek przemoc. To moje dzieci, moja żona, mój mąż, więc mam prawo traktować ich jak śmieci. Termin na odpłacanie zaciągniętych u nich wszelakich długów upłynie z chwilą ich śmierci…

Bye Bye London

Data wpisu: 12.12.2014 | Dodaj komentarz

Dzień dobry z Londynu, a raczej do widzenia, bo wyjeżdżam z tego przytłaczającego miasta. Nie czułam się tu dobrze. Byłam na tyle głupia, żeby wyjść przed klub bez płaszcza w mróz i wracam do Polski z grypą. Pierwszą, od czasu gdy przestawiłam się na zdrowy tryb życia. Z pewnością śmieciowe jedzenie jakie mnie też podkusiło nie pomogło mojej odporności. Jeszcze jedno potwierdzenie faktu, że po jedzeniu słodyczy i przetworzonych produktów mam mniej ochoty do życia. Gdyby siostra z ukochanym siostrzeńcem nie mieszkali w Londynie, nie przylatywałabym już tu wcale. 5 lat życia w Wielkiej Brytanii wystarczy. Ceny są wręcz kosmiczne. Patologii nie widziałam większej nigdzie na świecie. Brudne ulice, brudni ludzie. Laski w sandałkach, krótkich spodenkach i dzieci bez czapek, a czasem bez kurtek w mróz. Mieszkania pod wynajem ze współlokatorem grzybem. Jak ludzie mogą mieszkać w takich warunkach? W zeszłym roku zastanawialiśmy się z mężem nad kupnem mieszkania w Londynie i jakąś tu przyszłością. Był plan, że nasze dziecko się tu kiedyś urodzi, ale sorry, nic z tego. Wolę Polskę, Abu Dhabi, a nawet Kubę bardziej. W Londynie można żyć fajnie jak się jest multimilionerem, w obrębie ściśle określonych bogackich stref. Jak w zoo, do którego zaglądają turyści z plecakami, i złodzieje z łomami. Mam tyle przemyśleń z tej wycieczki. Spotkałam znajomych w tych samych marnych warunkach mieszkaniowych co 6 lat temu, z drugim dzieckiem w sypialni i dziesięcioma mieszkaniami pod wynajem w Polsce. Ja żeby się rozwijać i bogacić potrzebuję pięknej przestrzeni w około. Bieda i brud mnie przygnębiają i podcinają skrzydła. Im takie warunki nie przeszkadzają, bo mogą oszczędzić więcej i zainwestować w Polsce na przyszłość. Teraz żyjemy w okropnym mieszkaniu, żeby potem, kiedyś żyć jak króle. A co jak kiedyś nie będzie i dane nam będzie jedynie to marne dzisiaj, bez wakacji, czystej łazienki, schludnej kuchni? Dla mnie zdrowy tryb życia oznacza również wyzbycie się fałszu, agresji, złości, kłamania. Niestety w Londynie kłamałam na prośbę. Koleżanka z mężem od 6 lat bawią się w kotka i myszkę; zdradza – nie zdradza; raz on raz ona. Każdy na około wie jak jest, oni też, ale ciągle potrzebują udawać, kombinować i okłamywać wciągając w to innych. Kiedyś mnie to tak nie bolało. Teraz gdy staram się żyć bardzo organic, rozwala mnie to na łopatki. Burzy harmonię, spokój. Odbiera radość. Jak można tak robić? Tak się obciążać, udawać, manipulować, wykorzystywać? Sama grzeszę, nie jestem święta. Ale teraz jakoś bardziej mnie to dotyka, rani, osłabia. Lepiej mi w czystości, bieli. Ludzie naokoło mnie są bardzo nieszczęśliwi, pogubieni, niespełnieni. A ja chcę krzyczeć Boga wam trzeba! Co mam innego im mówić? Nie umiem do tego przekonać nikogo, bo ja po prostu to wiem. Sama widzę, że im więcej Boga w moim życiu tym lepiej to życie się toczy, a im mniej tym więcej problemów, szajsu, szamba. On na prawdę mi pomógł nie raz, jak tylko prosiłam, przyznając się do niemocy. Bo On po to jest, żeby się nami opiekować i prowadzić przez wspaniałe życie, ale trzeba w tym życiu używać głowy. Znajoma nie używa i znów miała wypadek. Tak bardzo tęskniła do byłego faceta drania, że jej podświadomość spowodowała wypadek samochodowy, żeby mogła do niego zadzwonić, biedna, połamana. Będziesz dla mnie w końcu dobry, bo „umieram” już prawie. Niesamowite, że nasza podświadomość zrobi na prawdę wszystko, by dać nam to, czego „najbardziej potrzebujemy”. W tym wypadku opieki i miłości kogokolwiek, nawet za cenę własnego zdrowia, czy życia. Wymienić głowy nikomu nie mogę. Zmęczyły mnie bardzo te odwiedziny. Na pewno były potrzebne siostrzeńcowi, który stara się funkcjonować najlepiej jak umie między głupim ojcem a nerwową matką. I mi były też jednak potrzebne, żeby zobaczyć w jak innym momencie życia już jestem.

1 Stycznia = Emocjonalne konto na ZERO !

Data wpisu: 04.01.2015 | Dodaj komentarz

 

Koniec roku 2014. Roku wielkiej zmiany. Zapowiadali, że będzie intensywny, turbulentny, dynamiczny, a zmiany na lepsze będą rodzić się w bólach, ale jeśli podejmiemy wyzwania, tego roku zmiany przyniosą sukces. Te prognozy sprawdziły się u nas w 100%. Moja przeprowadzka w styczniu do Abu Dhabi. Urządzanie nowego mieszkania, aklimatyzacja w nowym otoczeniu. Pierwszy rok pod wspólnym dachem z moim cudownym mężem. Pierwsza fajna Wielkanoc w Libanie. W czerwcu zakończenie pracy najemnej w Dubaju i trzymiesięczny pobyt w Polsce, którego efektem jest finał pierwszej fazy trzyletniego remontu domu. Zostało wnętrze garażu oraz ogród w 2015 i wnętrze stodoły na 2016. Z dumą stwierdzam, że wyszło fajnie, przytulnie, wygodnie i ładnie. Spełniłam największe marzenie mojego 32 letniego życia. Po drodze zaczęłam czytać Beatę Pawlikowską, co rozpoczęło proces zmian w mojej głowie. Do tego doszły zmiany w ciele, gdy przeszłam na dietę paleo i zmieniliśmy z mężem cały styl życia. Jemy organicznie, używamy naturalnych kosmetyków, szkło, drewno i ceramikę. Wyeliminowaliśmy plastik, parabeny, BPA, kawę, alkohol, gluten, nabiał, biały cukier, jajka i nigdy nie czułam się lepiej. Zdiagnozowali mi też w 2014 niedoczynność tarczycy. Zaczęłam obszerne leczenie, aby w 2015 urodzić zdrowe dziecko. Bo podejście do ciąży, porodu i macierzyństwa, których zawsze się obawiałam, też się w tym roku zmieniło. Odkryłam hypnobirthing i zamierzam wykorzystać tę metodę. W Polsce wyremontowany dom stał się najlepszą wizytówką moich umiejętności aranżacji wnętrz i zdobyłam pierwszych polskich klientów. Praca w Polsce to doskonały powód, żeby częściej bywać w kraju i nacieszyć się domem, oraz wszystkimi porami roku, których w Emiratach nie ma. Nie było łatwo dokonać wszystkich tych zmian. Niektóre miałam problem zaakceptować. Inne po prostu się wydarzyły. Wszystkie okazały się zmianami na lepsze. Zwiastunem lepszego życia, które przed nami w 2015. Piękna, harmonijna cyfra. Idealnie wyśrodkowana, zbilansowana, mocno osadzona, stabilna, spokojna. Taki będzie kolejny rok. Po dodaniu jego cyfr wychodzi 8. Dwa okrągłe, zdrowe brzuszki, czego sobie i wszystkim przyszłym mamom właśnie w tym roku życzę. Nie mam żadnych noworocznych postanowień, bo nie czekam z nimi do Sylwestra. Życie wymaga ciągłego działania. Każdy dzień w kalendarzu jest idealny do zapoczątkowania czegoś nowego, zrobienia czegoś lepiej. Sylwestrowa noc jest dobrą okazją, żeby odciąć grubą kreską wszystkie niepowodzenia, żale i smutki zeszłego roku. Zamiast pisać listę nierealnych przyrzeczeń, lepiej zrzucić z siebie balast wszystkich rozczarowań i porażek, które zabolały. Nie warto wchodzić z nimi w Nowy Rok. Możecie wyczyścić to emocjonalne konto. Przestać się zadręczać biznesem, który nie wypalił, niedotrzymanym słowem, kłótnią, za którą już wielokrotnie padło słowo ”przepraszam”, utratą przyjaciela, niespełnioną miłością. Pierwszy stycznia to pierwsza szansa na NOWE. Mamy kolejne 12 miesięcy, żeby być dobrymi ludźmi. 

Abu Dhabi broken

Data wpisu: 08.01.2015 | Dodaj komentarz

Szok, złość, smutek, zawód, rozczarowanie, zaduma, refleksja, puenta. Fasada miasta, w którym od roku mieszkam upadła. Zobaczyłam jego prawdziwe oblicze i się przeraziłam. Abu Dhabi różni się od Dubaju przede wszystkim tym, że w Dubaju większość mieszkańców stanowią obcokrajowcy. To oni „narzucają” styl bycia i zachowania Arabom, którzy w Dubaju, będąc w mniejszości LOL, muszą się bardzo często dostosować. W restauracji, gdzie dzieci obcokrajowców siedzą grzecznie przy stoliku, rozwrzeszczane arabskie dziecko nie ujdzie uwadze gości. Jest szansa, że arabscy rodzice poczują zawstydzenie i zareagują stosownie. W Abu Dhabi grzeczne dziecko obcokrajowców stanowi wyjątek nie tylko w restauracji, a arabscy rodzice nie muszą reagować na jego wybryki, bo są niestety w większości; pustego, powierzchownego, tępego, niewychowanego, niekulturalnego społeczeństwa. Co najlepiej ilustruje płytkość tej 43-letniej narodowości? Młode pokolenie!
Wybraliśmy się wczoraj, na długo wyczekiwany przeze mnie, film „Unbroken”, opowiadający historię biegacza Olimpijskiego, który w bestialskiej niewoli japońskiej doczekał końca II Wojny Światowej. Poruszające świadectwo niezłomnej ludzkiej siły ciała i ducha skonfrontowane z powierzchownością rozwydrzonej, rozpuszczonej arabskiej młodzieży. Sala była wypełniona po brzegi. Filmu nie sposób było obejrzeć w skupieniu. Gówniarze gadali na cały głos, śmiali się, telefony nie przestawały dzwonić, wstawali z miejsc i debatowali między sobą zasłaniając ekran. Obcokrajowcy na początku grzecznie, po cichu zwracali uwagę. W mniejszości niestety szybko zostali zepchnięci do narożnika. Zero respektu, zero szacunku, egoizm i egocentryzm na taką skalę, że żal tego kraju. Bo co ci ludzie osiągną w życiu? Kim będą za naście lat? Jakie dzieci wychowają, kiedy nikt nie wychował ich samych? Zero zainteresowania historią, która obcokrajowców wcisnęła w fotele i wycisnęła nie jedną łzę. Zero respektu dla reszty widzów na tej sali. Okropne doświadczenie. Louis zmarł w 2014 roku. Był do niedawna jeszcze wśród nas. To nie jakiś starożytny bohater. 68 lat i przepaść między ludzkimi charakterami głębsza niż Rów Mariański. Wyszliśmy z kina do najnowszego, ogromnego centrum handlowego Yas Mall, nogi mi drżały. Naokoło młode Arabki z tonami zakupów, wymalowanymi na różowo ustami, trzaskające selfie telefonami w diamentowych oprawach. Bezmyślnie przesuwające palcami po ekranach smarfonów. Snujące się jak nimfy po kolorowych korytarzach świecących witryn. Otyli chłopcy z colą i czapeczkami za tysiące dirham na afro czuprynach. Krzyczący do siebie i popychający się między przechodniami. Egocentryczni, egoistyczni, znudzeni, rozbuchani, rozpuszczeni, bez znajomości świata, historii, kultury. To nie wina tych dzieciaków, że takie są. Głupi rodzice produkują, bo o wychowywaniu nie ma tu mowy, głupie dzieci. Ten świat jest taki pusty i zepsuty. Wszechobecny konsumpcjonizm i egoizm muszą zebrać w tej nacji żniwo. Myślę, że pewnego dnia ropa się skończy i Emiraty się skończą. Te dzieci pewnego dnia wrócą na pustynię, która się na nich zemści, bo już dawno zapomniały podstawowych jej praw i nie kultywują umiejętności przetrwania. Nie będą posiadały już żadnych umiejętności gwarantujących przeżycie. Serce mi pękało na sali kinowej. W duchu przepraszałam Louisa, za tą ignorancję i brak szacunku. Wyszłam z przeświadczeniem, że obrócę powierzchowność tego narodu we własny życiowy sukces. Wykorzystam to, co nam oferują jeszcze bardziej, za to że nie potrafili usiedzieć w skupieniu dwóch godzin, lub po prostu wyjść z sali po cichu. Nie czytajcie recenzji tego filmu w internecie!!! Piszą je krytycy, czyli ludzie, których zajęciem jest ocenianie innych. Gdyby nie Angelina Jolie, Louis Zamperini nie miałby możliwości, za życia, pobłogosławić idei filmu opowiadającego o jego niezłomności. Cieszę się, że ten film powstał. Nie znałam tej historii. Teraz przeczytam książkę i o Louisie kiedyś opowiem swoim dzieciom i wnukom. Postaram się, aby miały więcej wrażliwości i ogłady, niż arabska młodzież w Abu Dhabi.

Małysz i bułka z masłem

Data wpisu: 15.01.2015 | Dodaj komentarz

Uwielbiam zapach tartanu na stadionie, lekko rozmiękczonego słońcem. Przypominają mi się wszystkie letnie zawody, w których startowałam od czerwca do września. Rozgrzewki, podczas których rozciągałam każdy mięsień, a plecy przylegały do pomarańczowej nawierzchni bieżni. Wtedy całym sercem wierzyłam w swoich trenerów, kadrę i slogan, że sport to zdrowie. Zawsze sądziłam, że nie odniosłam światowego sukcesu, bo trenowałam niewystarczająco ciężko. Po latach doszły inne aspekty, z których dopiero niedawno zaczęłam zdawać sobie sprawę. Napiszę o tym ponieważ tak niewiele się zmieniło i nadal w Polsce pokutują te same praktyki. Pierwsze oprzytomnienie przyszło na stadionie w Londynie, na treningu u olimpijczyka Grega Richardsa, do którego trafiłam w wieku 24 lat. O 10 za późno. U niego rozgrzewka wyglądała tak, jak nieraz mój cały trening w Warszawie. Rok zajęło mu uczenie mnie podstawowego ruchu mojego ciała od nowa, eliminując mozolnie błędy, wyuczone latami pod okiem polskich „specjalistów” od lekkiej atletyki. Zażenowana patrzyłam na młodziczki poruszające się na płotkach, czy na rozbiegu do rzutu oszczepem zupełnie inaczej niż ja. Lepiej, zgrabniej, efektywniej. Przecież ja też kiedyś zaczynałam tę przygodę zupełnie zielona, ale nie sama. Byli w Polsce obok mnie trenerzy, którzy albo nie wiedzieli czego mają mnie nauczyć, albo nie chcieli się wysilić, żeby nauczyć mnie tego dobrze. Bo ja bardzo chciałam nauczyć się tego wszystkiego. W Londynie okazało się, że naukę trzeba zaczynać od początku. Trochę to trudne w wieku 24 lat i pewnie gdybym tak bardzo chciała, jak wtedy kiedy miałam lat 13, to bym się nauczyła i osiągnęła lepsze mistrzostwo, ale mi się już wtedy chyba tak bardzo jednak nie chciało. Po latach przyszło kolejne oprzytomnienie. Może już wtedy miałam uszkodzoną tarczycę i brakowało mi hormonów, które są jak drążek pomagający akrobacie w zachowaniu balansu na linie. Niedobór lub czegoś za dużo i spadasz w przepaść…anemii, depresji, przemęczenia, rozregulowania, spowolnienia. Ale czy ktoś kiedykolwiek zbadał mi tarczycę w przychodni sportu? Nieeeee. Dopiero, przyjmując Letrox w wieku 32 lat, widzę jak normalnie powinien funkcjonować mój organizm. Odkrywam każdy zbalansowany dzień, jakby ktoś dosłownie odwiązał mi z pasa oponę, z którą biegaliśmy na obozach w Szklarskiej. Mam energię, mam siłę, mam spokój, mam optymizm, który po prostu jest, a nie musi być wywoływany Ptasim Mleczkiem, czy seksem. Przed Letroxem czułam się inaczej. Wszystko było cięższe o ciężar tej opony. Eureka, tylko że Letrox nie pomoże mi już zdobyć choćby Mistrza Polski. Wróćmy na chwilę do tych obozów w Szklarskiej, czy u Mamińskiego w Międzyzdrojach. Wszystkie zgrupowania miały wspólny mianownik. Niezdrowe żarcie. To co lądowało na stołach w stołówce nie było pożywieniem dla młodych, utalentowanych sportowców, bo jeździłam tam z kadrą wyselekcjonowanych dzieciaków. Chleb z margaryną i marmoladą. Żeby chociaż masło od krowy i powidła od babci… Ziemniaki z sosem i mięso. Kompot posłodzony białym cukrem. Jednym słowem – polski standard. Nikt nigdy nie wytłumaczył mi co powinnam jeść i jakie suplementy przyjmować. Kazali unikać pustych kalorii. Puste słowa. Teraz wiem, że nie tylko o kalorie tu chodzi. Widzę różnicę w moim życiu od kiedy nawróciłam się na zdrowe produkty, od kiedy specjalista ułożył mi dietę dla mojego organizmu i potrzeb. Po części tłumaczy to, dlaczego polska lekka wypada na świecie tak słabo. Nie można zrobić z dziecka mistrza nie dbając o jego organy wewnętrzne, nie dostarczając zdrowego, zbalansowanego pożywienia i wspierających suplementów, oddając go pod opiekę pseudo-trenerom, z mniejszą wiedzą niż moja. Kto weryfikuje pracę tych ludzi? Kto rozlicza z talentów, które zniszczyli lub zmarnowali? Rezultaty ich pracy powinno się oceniać na zawodach po wynikach ich podopiecznych. I omijać szerokim łukiem tych, którzy nie mają na koncie mistrzów, bo mądry trener to 50% naszego sukcesu. Wybierając sport dla swojego dziecka, klub sportowy, trenerów zadbajcie o to, żeby było pod prawdziwą opieką, żeby miało szansę się rozwinąć i nie marnowało ostatnich lat sportowej kariery na oduczaniu się złych nawyków, a resztę życia na leczeniu rozwalonego organizmu. Sukces w sporcie to nie tylko talent. To również zdrowe odżywianie, balans gospodarki hormonalnej (którego nikt sportowcom nie bada), wykluczenie składników chemicznych, toksyn, równowaga całego organizmu. Z takim zapleczem o wiele łatwiej pójść na trening i dać z siebie wszystko co mamy. Przydałoby się sprawdzić czy Małysz jedzący bułkę z bananem przestał być już wyznacznikiem sportowych trendów żywieniowych w Polsce. I niech nikt się nie łudzi. Sport to zdrowie jedynie w małych, zbalansowanych dawkach jak taniec, joga, miejski rower, spacer. Nie potrzeba naszemu organizmowi godzin wyciskania ciężarów, kilometrów wybiegiwanych na trasie, przygotowań do triatlonów. Taki intensywny wysiłek to ogromny stresor dla naszego organizmu, który ponad wszystko ceni stan balansu i harmonii. Zawodowi sportowcy nie potrafią cieszyć się ruchem, bez mierzenia, ciśnięcia, podkręcania. Wszystko robią na czas, lepiej, szybciej. Pamiętam jak pierwszy raz w Dubaju poszłam ze znajomymi pobiegać na plaży. Wołali za mną „zwolnij, nie jesteśmy na zawodach”. Nie potrafiłam zwolnić. 3 lata, po zakończeniu kariery sportowej, zajęło mi nauczenie się i cieszenie z lekkiego truchtu, bez stopera na ręce. Przez 13 lat ćwiczyłam, żeby być lepsza, szybsza, skoczniejsza, silniejsza, osłabiając tak naprawdę swój organizm, który codziennie myślał, że szykujemy się na jakąś wojnę, czyli warunki ekstremalne, ciężkie, zupełnie wyjątkowe dla normalnego człowieka. Absolutnie tego nie żałuję, bo sport wyczynowy pomógł mi dojść tu gdzie jestem i stać się tym kim teraz jestem. Był i jest wspaniałą przygodą. Szkoda tylko, że nikt nie nauczył mnie zasad zdrowego życia, które na pewno bardziej chroniłyby mój organizm przed destrukcją i pomogłyby mi osiągnąć trochę więcej.

Comfort Zone czy Czarna Dziura?

Data wpisu: 18.02.2015 | Dodaj komentarz

Właśnie skończyłam pisać mini artykuł do https://www.facebook.com/comfortzonemiddleeast o aranżacji wnętrz w stylu rustykalnym. Moja Comfort Zone rozwija się doskonale i (zaskakująco) większość klientów jest z Polski, z mojego rodzinnego województwa lubuskiego, a nie z Emiratów, gdzie ciągle mieszkam. Nie mogłoby być lepiej, bo teraz mam powód, żeby wracać do domu częściej. Przy okazji robienia wnętrz polskim klientom, uczę się polskiej mentalności i estetyki od początku. Z dystansu trzynastu lat emigracji  (o matko, to już 13 lat) jest to bardzo fajne doświadczenie! Nie mam już tych samych emocji co rozgniewana na kraj bez perspektyw studentka. Mam dystans, którego jeszcze bardzo rodakom brakuje. Śmieszne czasami jak nieludzko i nieprofesjonalnie ludzie traktują „zleceniobiorców”. Z tą polską pretensjonalnością…. całuj mnie po butach, bo dałem ci pracę. Nie piszę tu o firmach i korporacjach z największych miast, tylko o mini przedsiębiorcy Kowalskim, który postanowił poradzić się mnie przy remoncie swojego domu, żeby było czym się pochwalić w trzydziestotysięcznym miasteczku. Ja kocham to co robię, więc robię to zawsze z uśmiechem i zachodnim profesjonalizmem. Dzięki Bogu za ten dystans emigracyjny i moje socjologiczne wykształcenie. Widzę i rozumiem więcej. Ale nie o tym dziś chciałam napisać, bo pewnie każdy, kto wykonuje jakiekolwiek usługi w Polsce, doświadczył tego braku niematerialnej, ludzkiej wdzięczności, uznania i szacunku do czasu i wysiłku włożonego w takiego Kowalskiego.

Kilka dni temu znajoma podesłała mi jedną z tych tablic motywacyjnych publikowanych na facebooku, na której było napisane „Jeśli chcemy wzrastać i się rozwijać, zawsze musimy opuścić naszą strefę komfortu” i zapytała mnie dlaczego nazwałam swoją firmę aranżacji wnętrz Comfort Zone / Strefa komfortu? Bo jej to się kojarzy z czymś negatywnym i blokującym rozwój.

Długo myślałam nad nazwą i zdecydowałam się ją wszystkim wyjaśnić oraz publicznie, może po raz pierwszy w tej materii, nawiązać polemikę do powyższych słów John’a Maxwell’a, bo się z nimi absolutnie nie zgadzam.

Co oznacza comfort zone dla mnie? Jest to strefa, w której każdy człowiek czuje się maksymalnie komfortowo. Jest zrelaksowany, zadowolony, jego organizm funkcjonuje prawidłowo i znajduje się w stanie balansu i harmonii. Jest to strefa, w której człowiek może się swobodnie rozwijać, osiągać sukcesy i podejmować nowe wyzwania. Może być to strefa przestrzeni w domu, w ogrodzie, w górach, nad morzem. Może być to strefa zawodowa w wymarzonej profesji. Maxwell rozumie to pojęcie zupełnie na opak. Jego słowa są tak często publikowane na wszelkiego rodzaju kanałach motywacyjnych, że strefa komfortu straciła pierwotny sens. Teraz strefa komfortu utożsamiana jest z zapadającą się sofą przed telewizorem, paką czipsów w rozmiarze XL i puszką piwa, albo z domem po którym snuje się dziewczyna w piżamie i bamboszach o 15 w południe, z rozmazaną maskarą, puszką lodów w ręce i słuchawkami na uszach. Mam przed oczami jeszcze jeden wizerunek, tym razem korporacyjny. Biuro podzielone na małe boksy. W jednym z nich szczelnie zasłonięty stertą papierów i paprotką w doniczce siedzi IT manager i gra w najnowsze gierki w godzinach pracy, bo szef wyszedł na zebranie. Biurowy boks można zamienić na garaż, w którym ukrywa się przed swoją rodziną, z telefonem w ręku dla chwili relaksu na czacie, zmęczony życiem facet. To jego strefa komfortu. I to właśnie do tych stref komfortu nawiązuje ta tablica motywacyjna. Do takich ludzi ma przemawiać. Bo oczywiście, jak coś ma się zmienić w ich życiu na lepsze to muszą wstać z kanapy, ściągnąć piżamę, wyłączyć online games i przenieść się z czatu w real. ALE TO NIE SĄ ICH STREFY KOMFORTU! To raczej czarne dziury, które zasysają ich resztki życiowej energii. Przeredagujmy natychmiast tą tablicę. „Jeśli chcemy wzrastać i się rozwijać, zawsze musimy opuścić naszą czarną dziurę”- przestrzeń fizyczną, duchową czy intelektualną, która nas osłabia, cofa, czy choćby spowalnia, wywołuje stan chorobowy, paraliżuje aktywność, otępia, gasi zmysły.

U Maxwell’a współczesne strefy komfortu, a u mnie czarne dziury, to np. jedzenie wszystkiego co lubimy, bez względu na składniki i zdrowotne konsekwencje. Cukier i sztuczny chleb, które uwielbiałam czy to strefa komfortu, czy ciemna dziura? Jedzenie odżywczego, naturalnego, ekologicznego pokarmu, który dostarczy energii, witalności i jasności umysłu, zamiast przetworzonych, chemicznych, uzależniających produktów to strefa prawdziwego komfortu.  

Mój dom to czarna dziura, bo co z tego, że zazdroszczą mi go sąsiedzi, jest mi w nim miło i przytulnie, że nawet go lubię, ale całe życie pragnęłam mieszkać nad morzem, we Francji, na wiosce. Strefa komfortu to przestrzeń wokoło nas, która dodaje nam skrzydeł, wznosi poza swoje ramy, wypycha dalej. Jest poduszką do zamortyzowania każdego potknięcia.

15 lat pracuję w sklepach. Wyuczyłam się wszystkiego o sprzedaży, awansowałam na dyrektora, mam ciepłą, dobrą posadkę i oszczędności. Wyrobiłam sobie plecy i czuję się komfortowo, ale całe życie chciałam być architektem. Kupuję magazyny wnętrzarskie, buszuję po sieci, w głowie remontuję mieszkanie sąsiadom. Sklep, w którym pracuję to czarna dziura, w której tkwię, a nie prawdziwa comfort zone. Nie zapewni mi on z pewnością takiego samego kopa do życia, poziomu satysfakcji, czy ostatecznego życiowego spełnienia jak zawód architekta.

Tablica motywacyjna mówi, że aby się rozwijać musimy opuścić swoje comfort zones. A ja zamienię comfort zones na black holes (czarne dziury) i dodam, że jeśli chcemy wzrastać i się rozwijać, to musimy poszukać, znaleźć i zacząć żyć w swoich prawdziwych comfort zones! Tylko w nich zdrowie fizyczne i psychiczne, rozwój, wzrost, szczęście i spełnienie będą osiągane codziennie w naturalny, łatwy i długotrwały sposób.

Z torcika, którym jest życie w strefie komfortu, ja wykroiłam dla siebie przestrzeń fizyczną. Tym chcę się zajmować do końca życia, bo to kocham robić po prostu. Nie ma opcji, żeby nawalić życiowo z kimś i w czymś co się kocha całym sobą, ale z pewnością nawali się, prędzej czy później, zdrowotnie, emocjonalnie czy finansowo, z tym i w tym czego się nie kocha. To gdzie mieszkamy, czym się otaczamy na co dzień, na co patrzymy, czego używamy ma kolosalne znaczenie i wpływ na nasze samopoczucie. Chaos kolorów, przedmiotów, stylów, tekstur wokoło nas nie tworzy harmonii, spokoju, pozytywnej energii. Warto zaprojektować swoją przestrzeń wg sztuki aranżacji wnętrz, żeby doświadczyć błogosławieństwa wspaniałego samopoczucia w prawdziwej, rozwijającej strefie komfortu. Dlatego nazwałam tak firmę, która ma ludziom właśnie w tym pomagać. 

Zdrowe jedzenie, miejsce pracy, którą kochamy, rozwijanie swoich najgłębszych pasji, przeprowadzka w miejsce, o którym zawsze marzyliśmy, wszystkie te strefy osobistego, intymnego i witalnego komfortu to pokoje naszego pałacu szczęścia. Niektóre pokoje są wyremontowane, zadbane i funkcjonują prawidłowo. Inne czekają na generalny remont, a do innych dopiero musimy poszukać kluczy…. Nigdy nie jest za późno! To wszystko jest na prawdę możliwe, bez względu na dramatyczność sytuacji, w jakich się teraz znajdujecie. Wszystkie decyzje podejmujecie codziennie w swojej głowie. Życzę każdemu odwagi przemeblowania swoich „komfortowych domów”, bo jeśli nie zapewniają nam rozwoju i wzrostu, może okazać się, że to ogromne czarne dziury…

Podzielcie się ze mną w komentarzach swoimi czarnymi dziurami, które zamieniliście na strefy prawdziwego komfortu! Jestem bardzo ciekawa waszych życiowych remontów. Może kogoś tu zainspirują do przemeblowania, lub choćby gruntownych wiosennych porządków : ) 

hoo

5 LAT PO KATASTROFIE SMOLEŃSKIEJ NADAL NIE WIEM CO SIĘ STAŁO!!!

Data wpisu: 11.04.2015 | Dodaj komentarz

Każdy, kto wskazuje, że po pięciu latach od katastrofy pod Smoleńskiem właściwie nadal nie wiemy, co się tam stało, jest przez część mediów, komentatorów i publiczności natychmiast klasyfikowany jako oszołom, zwolennik „teorii spiskowych” i wstrętny pisowiec. Naprawdę? Nie dajmy się zwariować – pisze Łukasz Warzecha w felietonie WP.

Bogdan Rymanowski zrobił wywiad rzekę z Małgorzatą Wassermann, córką Zbigniewa Wassermanna, posła PiS, jednej z ofiar katastrofy. Książka właśnie się ukazała, nosi tytuł „Zamach na prawdę”. Małgorzata Wassermann jest opanowaną, elegancką młodą kobietą, prawnikiem, właścicielką kancelarii adwokackiej w Krakowie. Prowadzi sprawy, broni klientów, występuje przed sądem. Funkcjonuje w normalnym obiegu. A zarazem z wielką determinacją dąży do wskazania wszystkich wątpliwości i niekonsekwencji w dochodzeniu przyczyn katastrofy. I robi to w książce napisanej wspólnie z Rymanowskim z bezwzględną, brutalną wręcz, celnością.

Bogdan Rymanowski z kolei pracuje w TVN, stacji, którą trudno posądzić o sympatię do Antoniego Macierewicza czy Jarosława Kaczyńskiego. Ma dobrą renomę, napisał kilka ciekawych książek, w tym choćby „Ubeka”. W jego „Kawie Na Ławę” występują politycy wszystkich ugrupowań. Jest człowiekiem zrównoważonym, rozsądnym. Zadaje Małgorzacie Wassermann dociekliwe, spokojne pytania, które mogłaby jej zadać każda osoba o otwartym umyśle. Gdy trzeba, wciela się w stanowczego oponenta, aby poznać przeciwne argumenty.

Ani Wassermann, ani Rymanowski nie pasują w żaden sposób do wizerunku zwolennika „teorii spiskowych” (jak chce go pokazać Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”) czy inni członkowie smoleńskiej sekty. Bo trzeba należeć do sekty, aby – przy braku podstawowych badań i dowodów – już kilka lat temu orzekać jednoznacznie o przyczynie katastrofy. Podczas spotkania promującego „Zamach na prawdę” córka Zbigniewa Wassermanna opisała swoje spotkania z członkami smoleńskiej sekty. Mówiła, że gdy próbuje namówić ich na rozmowę o faktach, o tym, co budzi wątpliwości (jak choćby fakt, że rosyjska telewizja filmowała po katastrofie słynną brzozę bez śladu wbitych w nią fragmentów samolotu), o tym, co wiadomo na pewno, a czego nie wiadomo, o nie wykonanych badaniach czy sekcjach, w odpowiedzi słyszy: „Ja się jakimiś spiskami zajmować nie będę! Ja w żaden zamach nie wierzę!”.

5 lat od katastrofy smoleńskiej.

To bardzo charakterystyczna wypowiedź. Po pierwsze dlatego, że zwolennicy rzekomo racjonalnej wersji wydarzeń i przeciwnicy „teorii spiskowych” nie potrafią wejść w rzeczową polemikę. Nie umieją swojego „rozsądnego” sposobu myślenia bronić. Po drugie – że to właśnie w ich przypadku kluczowe jest słowo „wiara”. Nie zbadali wszystkich możliwości, nie pochylili się nad każdą wątpliwością, ale z góry odrzucają część z wariantów. Wierzą w jedno, w drugie nie wierzą. Nie jest to przecież postawa racjonalna, bo katastrof lotniczych nie wyjaśnia się wiarą, ale faktami.

Kto uważa, że wszystkie fakty są znane i bezsprzeczne, zaś polskie państwo zdało egzamin, a zarazem ma umysł na tyle otwarty, żeby poznać inny punkt widzenia, powinien sięgnąć po wywiad Rymanowskiego z Małgorzatą Wassermann. Jednak ostrzegam: jeżeli dotąd żywili Państwo przekonanie, że z wyjaśnianiem katastrofy smoleńskiej wszystko jest w porządku, to poczujecie się jak Neo wyrwany z Matrixa przez Morfeusza. Rozumiem doskonale, że to może być przykre, bo takie przebudzenia bywają szokujące i nieprzyjemne. Niektórzy wcale nie chcą być obudzeni, tak jak Cypher we wspomnianym filmie braci Wachowskich. Wielu jest w Polsce takich Cypherów, którzy mówią o tym, że w coś wierzą, a w coś nie, zaklinają rzeczywistość i zatykają uszy na pojawiające się co chwilę wątpliwości. Nie mogę powiedzieć, żebym miała do nich wszystkich żal. Ja ich nawet rozumiem, bo ich postawa jest zrozumiała z psychologicznego punktu widzenia. Jest też przewidywalną reakcją na natłok dezinformacji – nieustający chaos generowany przez te media, które, jak się zdaje, wcale prawdy nie szukają. Człowiek, który na co dzień polityką się nie interesuje, ma dość, zatyka uszy i nie jest w stanie wchłonąć więcej szumu. To naturalne.

Liczę jednak, że do części spośród nich dotrze mimo wszystko to, co spokojnie relacjonuje Małgorzata Wassermann. Szczególne wrażenie robią jej relacje z tych wydarzeń, do których opinia publiczna nie miała dostępu: z Moskwy, ze spotkań rodzin z premierem Tuskiem. Lektura tych historii dowodzi, że tak naprawdę nie ma dwóch wersji czy dwóch opinii. Ocena działań polskiego państwa jest po obu stronach sporu ta sama: że była to kompletna porażka, klapa, że Rosjanie robili nas w bambuko jak chcieli, że polski rząd sam im na to pozwalał. Mało tego – cieszył się, że został zwolniony z odpowiedzialności za cokolwiek (i taka skandaliczna opinia została wygłoszona przez jednego z jego przedstawicieli).

Zatem obie strony sporu dzieli nie ocena Smoleńska, ale wyłącznie fakt, że jedna strona mówi otwarcie o klęsce, a druga z pełnym wyrachowaniem i hipokryzją jedno mówi głośno, a drugie – prywatnie. Tak jak zaangażowany przez rządzących w pacyfikowanie smoleńskich rodzin ks. Henryk Błaszczyk, który na boku przyznawał, że Polska poniosła w sprawie Smoleńska całkowitą porażkę, a w TVN mówił o znakomitej współpracy z Rosjanami.

I to jest być może najstraszniejsze. Niewielka w sumie elita cyników z pełną świadomością wprowadza w błąd masy ludzi, okłamując ich co do skuteczności polskich działań, a być może i co do ustaleń oraz faktów. A już na pewno co do wniosków, jakie z nich można wyciągnąć. Pamiętamy przecież, jak Ewa Kopacz kłamała, mówiąc o przekopywaniu ziemi na metr w głąb lub o obecności polskich lekarzy w czasie sekcji zwłok.

Powie ktoś, zniechęcony: to polityka. Oczywiście, że polityka. I cóż w tym dziwnego albo złego? Katastrofa smoleńska od początku była głęboko zanurzona w polityce. Polityczna była gra premiera Tuska wokół wizyty prezydenta w Katyniu, polityczna była jego decyzja, aby oddać wszystkie sznurki w tej sprawie Moskwie i polityczne jest słuszne oczekiwanie, że do prawdy może nas zbliżyć tylko zmiana władzy.

Nie wiem, jak Państwo, ale ja jestem po prostu ciekawa, co się naprawdę stało z samolotem prezydenta. Dlatego, że chodzi o moje państwo. O ludzi, którzy pełnili w nim najważniejsze funkcje. O ludzi, spośród których kilkanaście osób znałam osobiście. O relacje mojego państwa z potężnym, wrogim sąsiadem. O motywacje polityków sprawujących władzę, którzy podejmowali zadziwiające, trudne do wytłumaczenia decyzje. Jestem ciekawy, bo to wszystko uważam za ważne. Fakt, że nie przemawiają do mnie oficjalne raporty i tłumaczenia nie czyni mnie oszołomem i fantastą. Ani też zaprzysięgłym zwolennikiem tezy o zamachu — choć nierozsądnie byłoby ją odrzucać. Tu nie ma jakiegoś zero-jedynkowego wyboru. Ktokolwiek tak maluje sytuację, fałszuje rzeczywistość. Ciekawość, stawianie pytań, otwartość na argumenty — to wszystko nie jest radykalne, ale racjonalne. Ujrzymy to jasno, jeżeli tylko odważymy się obudzić i opuścić Matrix.

Mieszkam w Dubaju to nie mam prawa głosu!

Data wpisu: 11.05.2015 | Dodaj komentarz

11218928_10200337150388115_2010785814607230477_n

Cieszę się, że mam tego bloga, bo jak coś mnie wewnętrznie gnębi, to zawsze tu mogę się wyżyć. Dziś wybory prezydenckie w Polsce. Oby Polacy mądrze wybrali. Za 1,5 godziny będę znała wyniki w komisji obwodowej nr 229 w Abu Dhabi, której pracę mam zaszczyt obserwować. Zgłosiło się około 300 Polaków z 2000, którzy podobno tu mieszkają na stałe. Ja staram się brać czynny udział w tym co dotyczy Polski. Pomimo tego, że od 12 lat mieszkam poza granicami kraju… GŁOSUJĘ. Pomimo tego, że muszę specjalnie się rejestrować i jechać do ambasady polskiej czasem i 1,5 godziny w jedną stronę. Pomimo tego, że są tacy co by mi chętnie to prawo głosu odebrali, bo… nie ma mnie w Polsce…

Ten wpis dedykuję wszystkim, którzy myślą, że w Polsce mnie nie ma i nie mam prawa głosu.

Każdy ma prawo mieszkać tam gdzie chce, gdzie czuje się najbardziej komfortowo, ale to nie musi wypływać na to kim się czujemy i mamy nadal prawo czuć się Polakami.

Mieszkając za granicą, Polska pozostaje zawsze i pozostawać będzie dla mnie moją Ojczyzną, moim krajem, kawałkiem serca, moim domem, do którego wracam i planuję kiedyś wrócić na stałe. Zawsze starałam się tę Polskę godnie reprezentować, opowiadać o niej komu się da, pokazywać, zachęcać do turystycznych odwiedzin, inwestycji, etc. Mam kontakt z Polonią, ambasadą, celebrującą święta narodowe i polskimi grupami, inicjatywami, etc.

Mam polskie obywatelstwo, zapisane w polskim paszporcie. Mówię i myślę po polsku i bez względu na to gdzie mieszkam nie pozbyłam się odpowiedzialności za Polskę. Interesuję się jej stanem i losem.

Do Polski przywoziłam i przywożę wszystkie swoje oszczędności. Wydaję je w kraju. Inwestuję, pożyczam innym. Daję ludziom w Polsce na okrągło pracę. Poczynając od pań, które troszczą się o mój dom i ogród po wykwalifikowany zespół programistów, budowlańców, fryzjerów, kosmetyczek, lekarzy, etc. Wyprawiam święta, wesela i wszystkie inne uroczystości, które też napędzają polską gospodarkę.

Od zawsze interesowałam się losem naszego kraju, a polityką jako częścią większej całości bardziej przy okazji każdych wyborów. Piszę o tym też na blogu, publikuję posty na Facebooku. Przedtem byłam w harcerstwie, samorządzie szkoły i kadrze narodowej. Nie interesuje mnie sama polityka jako partie, tylko wszystko co wpływa na losy kraju. Religia, kultura, ekonomia, polityka.

Co do głosowania na byle kogo, aby tylko postawić gdziekolwiek krzyżyk, to nie wiem co jest gorsze, czy nie głosować wcale, czy oddać głos jak w rosyjskiej ruletce. Może się okazać, że w tym drugim przypadku weźmiesz udział w okradaniu i oszustwach wybierając nieświadomie złodzieja czy oszusta. Sprawdzając informacje o każdym kandydacie można wybrać tego, który najmniej zrobił złego, co nie gwarantuje, że i on kiedyś nie okaże się złodziejem, ale na dzień wyborów musimy bazować na tym co wiemy o nim na dzień dzisiejszy. Tylko przyszłość pokaże czy wybraliśmy dobrze. Na szczęście za 4 lata możemy wybierać ponownie. Słyszałam, że niektórzy nie idą na wybory i się tym w ogóle nie interesują, bo nie chcą uczestniczyć w walkach, przepychankach, ubliżaniu innym i okradaniu. Nie wiem jak pójście na wybory i wybranie najlepszego dla Polski Twoim zdaniem kandydata równa się braniu udziału w okradaniu i oszukiwaniu. Przecież nie bierzesz udziału w żadnej kampanii ani komitecie wyborczym. Wybieranie prezydenta swojego kraju nie równa się braniu udziału w opluwaniu czy ubliżaniu nikomu. Ale niebranie udziału w ogóle lub stawianie krzyżyka przy kimś złym może przyczynić się, moim zdaniem, do złego losu Polski i Polaków.

Są tacy, którzy zapominają o Polsce mieszkając w Krakowie i tacy, którzy pozostają Polakami w każdym innym miejscu na świecie. 

Dziecko w szybie

Data wpisu: 05.06.2015 | Dodaj komentarz

11704_10200272319207376_5299723483393450946_n

Na Facebooku, już jakiś czas temu, jako tzw. cover photo, opublikowałam czarno-białe zdjęcie zamyślonego, małego chłopca, wyglądającego przez zamalowaną graffiti szybę w wagonie metra. Szukałam zdjęcia, które najlepiej zilustrowałoby moim „przyjaciołom” jak się czuję w chaosie, który powstał na Ziemi. Nie wiem czy to za sprawą braku kontaktu z grupą moich starych znajomych, czy za sprawą przedwyborczych publikacji, którymi zaczęłam intensywnie się interesować, czy za sprawą politycznych książek i filmów jakie kupiłam, czy przez trzęsienie ziemi w Nepalu. Stałam przed dylematem z Pawlikowską. Zanurzyć się w to bagno, czy żyć w spokoju? Świadomie postanowiłam odwiedzić ciemną stronę świata. Dziś w końcu mogę o tym jakoś napisać, bo już jestem z powrotem, tzn. za dużo emocji kosztowała mnie ta podróż, by jechać dalej. Jestem za emocjonalna na brudy tej Ziemi, a Pawlikowska po praz kolejny miała rację, pisząc, że słuchanie wiadomości ze świata zatruwa nas tak samo jak parabeny i aspartamy. Powalił mnie dosłownie ogrom patologii politycznej i korupcji w naszym rządzie, zaciemnienie Polaków, którzy nie potrafią sami odnaleźć prawdy, ludzka nienawiść i brak kultury, interesowność, egocentryzm, znieczulica w każdej jednostce, w każdej instytucji. Dosłownie wszędzie. Rozwaliłam się zupełnie. Najpierw brak porozumienia z mężem w sprawie adopcji, potem kryzys własnej tożsamości i to zaangażowanie w wybory. Po drodze smutna świadomość, że moi przyjaciele nie skontaktowali się ze mną od czasu mojego wesela 1,5 roku temu i rodzinne wakacje na granicy emocjonalnego horroru. Chcę już zmienić na facebooku cover photo. Chcę wstawić las i dziewczynę ćwiczącą jogę. Nie chcę żyć w takim chaosie, ale nie chcę być jak dziecko we mgle. Zaczęłam terapię. Nigdy, przenigdy nie spodziewałam się, że to nastąpi. Bo czytanie „Kodów Podświadomości” i „Potęgi umysłu” to jedno, a wizyty u terapeuty to drugie. Miałam tylko dwa spotkania i zastanawiałam się, czy jest mi to naprawdę potrzebne? W szczególności, że pani psycholog zasugerowała wywiad z dzieciństwa i z relacji rodzinnych na następnym spotkaniu, na co ja odparłam, że dzieciństwo mam już przerobione, wybaczone i zapomniane, a relacje są w końcu bardzo poprawne. Zaledwie tydzień po tym, płynęliśmy łódką na drugi brzeg kanału gdy Tato powiedział, że to dziecko nie zachowywałoby się tak okropnie, gdyby dostało wystarczająco mocno. Odpowiedziałam mu w twarz: tak jak my dostawałyśmy? Wy dostałyście za mało, odparł on. Zapytałam: na jakiej podstawie, jakie fakty z mojego dorosłego życia przemawiają do niego za tym, że on nadal uważa, iż dostawałam za mało? Wiedziałam już, że muszę umówić się na całą serię wizyt, a te wakacje, są kolejnym wielkim rodzinnym nieporozumieniem, bo po prostu my do siebie nie pasujemy. U nas jest zawsze jakoś tak, że każdy ma oczekiwania nie do spełnienia i świadomie lub nie pogrąża jeden drugiego. Wzmocniło to we mnie jedynie poczucie chaosu w całym świecie i potrzebę natychmiastowej medytacji. Na razie odchorowuję, dosłownie, mega przeziębieniem (czytaj: przeciążeniem systemu). Dawno nie chorowałam. Świadczy to tylko o intensywności ostatnich dwóch miesięcy. Świadomie unikam wszelkiego typu ludzi, którzy przejawiają do innych jakąkolwiek agresję, bo sama mam z tym problem i trudno mi się w takim towarzystwie kontrolować. Nienawidzę chamstwa, głupoty i egocentryzmu, bo przeszłam trudną i długą drogę, aby sama to z siebie wyplenić. Dwa tygodnie z ludźmi skazanymi na swoje towarzystwo przez więzy krwi, dla zachowania pozorów rodzinnej bliskości, a nie koniecznie przez sympatię i miłość do siebie nawzajem to horror emocjonalny. Postanawiam mieć dzieci i zaangażować się we własny dom. Tworzyć go takim, jaki zawsze chciałam, żeby był. Na terapii będę naprawiać cykl dawania i brania, żeby „chorobliwe rozdawanie siebie” zamienić na „bezinteresowne dzielenie się z ludźmi” jak o coś mnie poproszą. Bez proszenia nie będzie wyskakiwania z pomocą, poradą i wsparciem przed szereg. Wyjątek zawsze stanowić będą dla mnie dzieci i ich krzywda, kiedy będzie można jej jakoś zaradzić. Przede mną uporządkowanie jeszcze własnej tożsamości. Co mieć, a czego nie. Jak żyć, żeby czuć się ok. Uczę się od jakiegoś czasu koncentracji na sobie, na pogłębianiu swojej wiary, zamiast wytykaniu innym niewiary, naprawianiu własnego zdrowia, zamiast leczeniu innych. Przychodzą potknięcia i upadki, ale zdecydowanie idę do przodu. Po co to wynaturzanie tutaj? Takie intymne sprawy prane na forum publicznym? To nie żadne forum publiczne, tylko takie gadanie w kosmos, bo nie ma żadnych polubień, żadnych komentarzy, żadnego kontaktu z czytelnikiem. Więc nawet nie ma pewności czy to ktokolwiek, oprócz najbliższych, czyta. Prawda jest taka, że w dobie komunikacji komórka, skype, whats up, facebook, email milczą. Nie mam komu powiedzieć o swoich uczuciach. Mąż nie zasługuje na moje zmartwienia. Tu zaczyna się rola telefonu do przyjaciela, ale oni mi powiedzieli, że połączenia z Dubajem są za drogie, dlatego to zawsze ja dzwoniłam. W naszych relacjach nie pomógł nawet wiecznie zielony znaczek na darmowym skypie – jestem dostępna. Obwiniałam się za te utracone pseudo-przyjaźnie bardzo. Robiłam co mogłam, żeby kontakt podtrzymywać, a tu takie puste echo. Na drugim spotkaniu Pani Violetta wspomniała o zaburzonym cyklu dawania i brania. Ciekawe co z tej terapii wyniknie.

Na facebooku publikuję już tylko ciekawe linki, żadnych osobistych zajawek z własnego życia gdzie byłam, co robiłam, co jadłam, co kupiłam. To plan usunięcia z życia tego nowoczesnego chaosu, w którym:

– fizyczny kontakt z przyjacielem, zastąpiono facebookowym lajkiem

– wychowanie dzieci spoczywa na grach online i youtube zamiast na rodzicach

– trzeba posiadać okulary za tysiąc złotych i plazmę, żeby dobrze wyglądać i żyć wygodnie, oszczędzając na zdrowej żywności

– trzeba mieć dyplom magistra nie zdając sobie sprawy z tego co to emulgatory

– po Mszy Św. wraca się do domu i obmawia sąsiadów

– z każdej strony bombarduje nas krzyk zamiast dialogu

– internet staje się domem, w którym spędza się więcej czasu niż w tym z rodziną

– agresja jest tak powszechna, że już nic nikogo nie dziwi

 11149274_10204417335570261_4884902627310795157_n

8 lat puszczania mydlanych baniek

Data wpisu: 18.10.2015 | Dodaj komentarz

Mieszkam w Dubaju i z tej perspektywy pisałam już przed wyborami prezydenckimi mój emigracyjny punkt widzenia.

http://emigrantka.com.pl/mieszkam-w-dubaju-to-nie-mam-prawa-glosu/

Teraz „druga tura” walki o kraj, bo udział w wyborach parlamentarnych trzeba nazwać walką z bronią jaką jest długopis, jaką dali nam w ręce wszyscy walczący o demokrację nasi przodkowie! Zagłosowanie na prezydenta, nie jest wystarczające, bo zdecydowana ilość władzy znajduje się w rękach naszego Parlamentu. Dlatego Prezydent bez mądrego i sprawnego Parlamentu może się wysilać do woli, ale i tak rządzenie będzie mu szło jak po grudzie, jak mu będą ciągle „kłody pod nogi rzucać”. Czy Polska w obliczu wielkich zmian na arenie europejskiej (wojna na Ukrainie, sprawa emigrantów) może pozwolić sobie na kolejny nieudolny rząd? Bo 8 lat rządów PO nazywam łaskawie nieudolnymi, tylko po to żeby ten wpis pozostał na poziomie…

Po przeczytaniu książki dziennikarza śledczego Wojtka Smulińskiego „Niebezpieczne Związki Bronisława Komorowskiego” na pewno nie będę głosowała na PO. Czekam właśnie na zmianę rządu i na rozliczenie Komorowskiego ze wszystkich dowodów jakie zebrał Smuliński! Jestem pewna, że Komorowski odpowie za wszystko, czego „dokonał” dla Polski, łącznie z trywialnym w porównaniu z poprzednimi zarzutami „wypożyczeniem” z Kancelarii naszych narodowych dóbr. I nie chodzi tu o to, że kocham afery, że lubię patrzeć jak się kogoś niszczy, że mam ochotę na kolejny spektakl polityczny, tylko o to, że nie można chować głowy w piasek, jakby nic się nie stało, dla świętego spokoju. Chcę w końcu żyć w kraju, w którym żaden przestępca nie będzie czuł się bezkarnie, a ja jako zwykły obywatel poczuję się w końcu bezpiecznie… i nikt mi nie przyjdzie „zrobić samobójstwa” jak napiszę lub będę chciała powiedzieć za dużo… Te komunistyczne metody wzbogacania się kosztem państwa polskiego MUSZĄ SIĘ RAZ NA ZAWSZE SKOŃCZYĆ! One były zrozumiałe gdy rządziło Polską pokolenie naszych rodziców, przesiąknięte i wychowane w przemocy komunistycznej rzeczywistości. Ta rzeczywistość, wciąż obecna w skrzętnie skrywanych kuluarach, musi zginąć. Teraz w końcu czas na nowe rządy, wolne od stalinowskiej metody matactw, przekrętów i zbrodni w imię własnych interesów. Motywacja do napisania tego postu pojawiła się, gdy przeczytałam kilka zachwalających pod niebiosa internetowych komentarzy odnośnie rządów PO. Przypomnijmy więc sobie sylwetki partyjne PO.  Nie jestem żadnym politykiem, jestem Polką i z tej jedynie perspektywy pamiętam minione osiem lat.

Pani Kopacz jest dla mnie i pozostanie, do momentu rzetelnego wyjaśnienia spraw, kłamczuchą złapaną na kłamstwach przed kamerami wielokrotnie, przytaczając choćby to o kopaniu ziemi na metr… Nie przyjaźnię się z kłamcami, dlaczego więc mam zostawić w jej rękach przyszłość mojego kraju, którą chcę żebyśmy w końcu zaczęli budować na uczciwości? Tusk lada moment wyleci spod ochronki Merkelowej za swoją bezwstydną nieudolność. Jest chyba jedynym polskim emigrantem, który wyjeżdżając do pracy z kraju, za bardzo się nie napracował na taką pensję, jaką mu dali. Pani Kanclerz odpłaciła mu już wszakże stanowiskiem unijnym za „profesjonalizm” choćby w śledztwie smoleńskim. Okres ochronny Tuska w UE się kończy, wygląda na to, że cierpliwość Merkelowej do Polaków także. O Panu Tusku dość obszernie napisałam w poście poniżej.

http://emigrantka.com.pl/tusk-donald-i-legoland/

Wróćmy do minionych 8 lat. Afera podsłuchowa zamieciona pod dywan, tak jak każda inna. Ile ich było… straciłam rozeznanie…. Owszem kraj trochę się rozwinął przez ostatnie 8 lat, ale czy w miarę swoich wszystkich możliwości? Czy też między innymi dzięki kasie milionów emigrantów pompowanej do kraju? Nie jesteśmy ponad trzydziestoośmiomilionową bandą głupków i nierobów, za to ciągle mamy braki postkomunistyczne. Jasne, że kraj jakoś tam się przez osiem lat rozwinął, ale czy wystarczająco szybko, dobrze i mądrze? Ja patrzę na kraje, które przez 8 lat osiągnęły więcej niż Polska, nie mając wcale większego niż Polska potencjału, bo dlaczego zawsze zadowalamy się minimum? Dlaczego pozwalamy sobie mydlić oczy załatanymi na kilka lat drogami (o zgrozo, jakość ich wykonania i przetargi). Strach odwiedzać chorych w szpitalach państwowych, bo serce pęka jak sale wyglądają, co tam dają do jedzenie nawet dzieciom (głośna sprawa na internecie jakiś czas temu). Wspaniale, że nawet Pendolino już jeździ, ale dlaczego zawsze wszystkiemu towarzyszyła przez 8 lat afera, przekręt, strata kapitału, śmiech Zachodu i niesmak? To tylko pierwsze z brzegu sprawy, które się NIE udały. Odetchnęłam gdy na internecie (bo „publiczna” TV nic nie pokazuje!) widzę tak znienawidzonego, do niedawna, przez dużą część Polaków, kandydata PIS na prezydenta, dumnie, godnie i pięknie reprezentującego w końcu Polskę i jej interesy. Dlaczego ja w ogóle muszę logować się do internetu, żeby zobaczyć co robi ten nowy Prezydent?

https://www.facebook.com/andrzejduda?fref=ts

Dlaczego telewizja publiczna, której płacę abonament, mi tego nie pokazuje? Nie pokazuje najważniejszej osoby w moim Państwie, pracującej jak pszczoła w ulu, na którą sama nie głosowałam, ale której jestem ciekawa? Nie wszyscy przecież korzystają z internetu. A warto polubić stronę Prezydenta, nawet jako jego przeciwnik, tylko po to, by z pierwszej ręki znać kalendarz jego działań dzień po dniu. Wtedy będzie każdemu łatwiej wystawić oceny. Brawo Duda za powrót do rozmów z grupą Wyszehradzką!!! Dlaczego naszym „partnerem” ma być tylko UE, tak jak chce PO ??? Mamy sąsiadów, z którymi łączy nas wiele. Po co trzymać wszystkie jajka w jednym koszyku i skakać tak jak nam Merkel zagra. Przecież Dr. Rath w bardzo przystępny sposób każdemu tłumaczy co to jest i po co powstała Unia Europejska. Jak można się jeszcze łudzić i pozwalać mydlić sobie oczy? Przypominam jego wykład poniżej.

W obliczu tego wszystkiego trzeba nam rządu przede wszystkim suwerennego, broniącego interesów kraju, Parlamentu patriotycznego, który nie dopuści (jak pozwala PO) do kolonizacji w Europie krajów „słabszych”. Trzeba rządu, który nie będzie bał się rozliczyć ze złem przeszłości, bo tylko tak można budować wolność i przyszłość dla kolejnych pokoleń.

I, błagam, nie porównujmy swojej emigracji do emigracji uchodźców, o której jest teraz tak głośno w Europie. To nie jest ta sama emigracja. Jestem jak najbardziej za zintensyfikowanym pomaganiem uchodźcom w ich ojczyznach i przyjmowaniem ich wg rygorystycznych i przestrzeganych praw każdego niepodległego kraju. Przecież my też w Emiratach musimy przechodzić wiele określonych procedur, zanim pozwolą nam tu zamieszkać. Przyjmowanie uchodźców siłowe, rozbojowe, narzucane przez kogoś, bez poszanowania określonych praw i możliwości danego kraju to nic innego jak najazd. Biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z emigracją z zupełnie innego kręgu kulturowego i religijnego, bardzo dalekiego od naszych korzeni, w obliczu narastających zagrożeń terrorystycznych, co najmniej nierozważne jest uleganie w tej kwestii jakiejkolwiek presji. A co z Polakami zesłanymi na wygnanie, od wieków usilnie błagającymi o powrót do kraju? Czyż nie im należałoby się pierwszeństwo i pomoc państwa? Przede wszystkim bezpieczeństwo Polski i Polaków, bo temat dobrze znany jest tym, co byli w krajach ogarniętych chaosem kulturowym. Jeśli takie krajach jak Francja, czy Anglia nie dają sobie rady z emigrantami to powinniśmy z ich polityki wyciągać wnioski i lekcje dla naszego kraju, bo owszem, islamizacja Europy to zagrożenie już bardzo realne, ale o tym kiedy indziej.

Więc proszę Was, idźcie na wybory parlamentarne, zagłosujcie mądrze i odpowiedzialnie i nie zadowalajcie się minimum zamydlającym nam oczy i usypiającym skutecznie naszą czujność. 

Niebieska metamorfoza

Data wpisu: 11.11.2015 | Dodaj komentarz

Na facebooku kolejna strona proponuje metamorfozę. Jaką dietę zastosować, żeby schudnąć. Jakie ćwiczenia żeby zmienić swoje ciało ze sflaczałej dętki w zgrabną modelkę. Jaki botoks, jakie ciuchy teraz modne, doklejane rzęsy, włosy i paznokcie. Specjaliści od wizerunku, bogowie aplikacji społecznościowych radzą: aspiruj do grona chudszych, bogatszych, piękniejszych i sławniejszych. Goń ich, naśladuj, upodabniaj się. Będziesz szczęśliwszy… Bzdura!!!

Nikt nie namawia na świętość. Nikt nie reklamuje zrobimy ci metamorfozę serca,  żebyś, zamiast do gazety, dostał się do nieba. Ja takowej szukam. Każdy na około chce zmieniać powierzchowność bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Zmarszczki, fałdki, stare ale jeszcze całe jeansy do wymiany, żeby się spodobać. No i koniecznie zdrowa dieta eko i organic za wszelką cenę, bo zdrowie i nasze ciało najważniejsze. Niestety nic nie jest ważniejsze niż metamorfoza serca, bo źle się w nim dzieje i od tego trzeba zacząć każdą fizyczną przeróbkę. Kto mi odświeży moje wartości, ideały i cnoty? Kto mi o nich przypomni? Bo tak się składa, że życie trwa zaledwie chwilę, a przed nami cała wieczność i nie będzie się liczyć, że wygładziliśmy sobie zmarszczki, czy przerobiliśmy talię, albo żywiliśmy się jedynie mięsem jeleni z farmy ekologicznej w Nowej Zelandii, gdy po drodze serce przeszło metamorfozę w kamień.

Wierzymy, a jakże! Każdy w coś tam wierzy! Jedni w pieniądze, że kupią sobie szacunek, inni w zdrowie, że celem jest ustrzec się wszystkich chorób, jeszcze ktoś w naukę, że świat musi iść do przodu, czy w samego siebie, bo tak pisali w książkach coachingowych, lista bez końca. Przy okazji wierzymy też w jakiegoś tam Boga.

Bogu też zrobiliśmy metamorfozę, bo teraz ile ludzi tyle wizerunków Boga… Bzdura!!!

Każdy kto jest sfiksowany na swoim punkcie w jakikolwiek sposób, czyli zagmatwany w traumach z przeszłości, nietolerujący swojego wyglądu, jakiejkolwiek ułomności, mający ciągle niewystarczająco czegoś, oskarżający kogokolwiek o cokolwiek, nadal nie rozumie, co jest najważniejsze. Bóg i Twoja relacja z Bogiem. Tu i teraz, zawsze na pierwszym miejscu, ponad wszystkim, niepodważalnie, absolutnie, całościowo. Nie u tych specjalistów z facebooka, ale u dobrego Księdza, bo tacy istnieją, na dobrych rekolekcjach np. u Dominikanów powinniśmy rozpoczynać każdą metamorfozę.  

Rób sobie te fizyczne metamorfozy, rozwody, kursy szczęścia, badania, diety, ale nie mów mi, że znasz Boga. Gdybyś miał z nim prawdziwą relację to On zrobiłby Ci wszystkie potrzebne metamorfozy, i sendo w tym, że niekoniecznie przyjemne. Nie rozwodziłbyś się, tylko pozwolił Mu operować przede wszystkim swoją ułomność serca. Dbałbyś o siebie całościowo bo jesteś Jego świątynią, ale w chorobie potrafiłbyś dostrzegać sens i potrzebę. Rozwijał swoje talenty, bo taki masz obowiązek. I nie miał problemu ze stanięciem na końcu kolejki po egoistyczne zachcianki.

Jakiś czas temu poprosiłam Św. Faustynę o metamorfozę. Mówiła: ”zapominaj o sobie, nie zapominaj o tym czego oczekuje Bóg i myśl najpierw o innych”. Ale na bilbordzie jest jajajaja, w serialu i gazecie jajajaja, na instagramie i facebooku jeszcze więcej jaj, a super szczęśliwi specjaliści radzą: ty, tylko ty, przede wszystkim ty i zawsze ty. I zmieniają ludziom serca w kamienie, które są trudne do wydalenia jak zatwardzenie. Co mam powiedzieć komuś, kto chce być taki jak celebrytki znane z niczego, kiedy ja chcę być taka jak Jezus, bo Mu wierzę i w Niego wierzę całym sercem, całym umysłem i całym ciałem. I to daje takiego kopa do pracy nad sobą i zmiany, że pewno niedługo nikt mnie pozna. : ) 

Dietę paleo wybrałam nie ze strachu przed chorobami, tylko z obowiązku dbania o ciało, które jest świątynią mojego Boga. A jak On zdecyduje, że choroba jest mi potrzebna, to przyjmę i chorobę. 

Uprawiam sport, bo chcę mieć siłę i witalność do wypełniania Jego woli. 

Zamykam usta we wzburzeniu nie dlatego, że nie umiem o siebie zawalczyć, tylko dlatego że walczyć już nie muszę, bo Jezus na krzyżu wygrał to, co najważniejsze było dla mnie do wygrania.

Nie staram się dążyć do idealnego życia, bo w niedoskonałościach ćwiczą się cnoty najmilsze Bogu. 

Nie zabiegam usilnie o akceptację i przyjaźnie, bo mam zawsze najwierniejszego towarzysza w sercu, po przyjęciu Komunii Świętej. 

Nie chcę naśladować nikogo oprócz Jezusa. Nikt nie jest doskonalszym ideałem do naśladowania pod każdym względem. 

Nie chcę patrzeć na ludzi przez pryzmat ich różnych ułomności, tylko przez pryzmat miłości z jaką Jezus patrzył na każdego. 

Nie jestem święta, ale Święta chcę być, bo każdy może. Tylko nie mylić z panoszącą się świętoszkowatością. Nie wiem czy mi się uda, ale będę mogła powiedzieć przed Sprawiedliwym, że się starałam.

Faustyna pokazała mi na sobie metamorfozę tego, co ludzkie w to, co święte. Który makijażysta, trener fitness, czy projektant ciuchów pomoże mi osiągnąć… Niebo ? 

Kobiety grajmy w jednej drużynie!!!

Data wpisu: 15.12.2015 | Dodaj komentarz

Dziś bez komentarza. Pożyczyłam z jakiejś gazety.

Mężczyźni są mistrzami networkingu: tkają sieci połączeń. Mają wielu kumpli, znajomych, kolegów, którzy ich wesprą w razie problemów zawodowych. Kiedy ogląda się mecz można zauważyć, że w dobrych drużynach kilku graczy buduje akcję: podają sobie piłkę, ustawiają się na pozycjach tylko po to, by ten, który jest najlepszym strzelcem, mógł zdobyć gola. Ten gol jest przecież dla całej drużyny. Fascynujące jest to, że ci gracze mogą się prywatnie nienawidzić. I gdy tylko znajdą się w szatni, zwymyślają jeden drugiego albo się pobiją. Ale na boisku to nie ma znaczenia: bo jest wspólny cel. Tę umiejętność współpracy, gry zespołowej kształci się w mężczyznach od dzieciństwa. A kobiety są wychowywane inaczej, jako indywidualistki mają kłopot w życiu zawodowym. Nie potrafią „budować akcji” ze współpracownikami, których nie lubią. Łatwo się obrażają i „strzelają focha”. Kiedy mężczyzna traci pracę, obdzwania znajomych i nieznajomych, mówi wprost: „szukam czegoś nowego. Masz coś?”. A kobieta zadzwoni do kilku bliższych koleżanek, zapyta: „Co u ciebie? Co słychać?”, przez kwadrans będzie krążyła wokół tematu, zanim powie, o co chodzi. I jeszcze będzie miała wyrzuty sumienia, że wykorzystała przyjaciółkę i że tak nie wypada. Czego możemy nauczyć się od mężczyzn? Po pierwsze, wiary w siebie! W jednej firmie szefowa dała zadanie podwładnej i podwładnemu i wyznaczyła termin. Kobiety zazwyczaj zgłaszały się dzień wcześniej, przepraszająco mówiąc: „Nie jest to może to, czego oczekiwałaś… Jest jeszcze czas, poprawię…”. A mężczyźni dwa dni po terminie rzucali ma stół kilka kartek i obwieszczali: „To jest rewolucyjne, dzieło mojego życia. Będziesz zachwycona.!” …

Dzień w Polsce kontra dzień w Abu Dhabi

Data wpisu: 10.01.2016 | Dodaj komentarz

Zacznę dzisiejszy dzień od pisania. Na świeżo, na szybko. Byłam w Polsce 4 tygodnie. Wyjeżdżałam do Abu Dhabi mówiąc: i po co ja tam w ogóle wracam? W Polsce mam klientów na wnętrza, perspektywę trenowania młodych w wieloboju, rodzinny duży wygodny dom, umeblowany tak jak chcę, ogród, zwierzęta, ludzi których znam, szanuję i lubię, cztery pory roku i każdego dnia inną pogodę po podniesieniu roletek, spowiednika, który mnie prowadzi, rodzinę bliższą i dalszą, a w Abu Dhabi mam męża, który do Polski przeprowadzić się nie chce, więc wracam. Wróciłam i coś mnie olśniło.

Dzień w Polsce.

Rano. Pukanie do drzwi. Ekipa budowlana zaczyna dzień. Trzeba biegiem ogarnąć obowiązki i rozdelegować zadania, albo pomiar u klienta o 8.00 rano zrobić, bo tylko taki termin mu odpowiada, albo wyjazd do Zielonej Góry, do sklepów budowlanych, bo w naszym miasteczku ich nie ma. Wtedy zachodzi cały dzień. Czasem kolejka o 7.00 na badanie krwi. U nas robią tylko między 7.00 a 10 rano. Ja płacę, ale laboratorium robi też badania ze skierowania, więc jak nie przyjdę o 7.00 to się nie zmieszczę do środka budynku nawet. Dlaczego pracują tylko do 10.00, zapytałby ktoś inteligentny? Do dziś tego nie wiem! Śniadanie może jakieś po 11.00. Jutrzni już nie ma sensu odmawiać. Skończył mi się ekologiczny imbir do mojej porannej mikstury zdrowia, a sklepów ekologicznych też u nas nie ma, więc nic nie piję, a już czuję że odzywa się gardło na mrozie -12.

Do południa ściganie spraw niezałatwionych, spóźnionych, zapomnianych i przekładanych. Nie przeze mnie tylko przez sprzedawców, monterów, fryzjerów, lekarzy. Do tego każdy coś ode mnie chce, a tak mało albo nic nie daje. Sąsiadka przychodzi na lekcje angielskiego, albo matematyki, kotu skończyła się karma. Zepsuł się piec, zaginęła gwarancja. Dramat goni dramat ; )

Z obiadem też kiepsko. Jedyne ekologiczne mięso jakie jem, przychodzi kurierem, a potem czeka na obiad w zamrażarce, bo w promilu 100 km nikt ekologicznego mięsa nie sprzedaje. Głód jak zapomnę rozmrozić. Z warzywkami ciut lepiej. Pani, w jednym na całe miasto zdrowym warzywniaku, kupuje warzywa od chłopa z małego, lokalnego gospodarstwa, w którym rolnik jest za biedny, żeby stać go było na opryski i sprzedaje tylko to, co sezonowe z kopców, ale imbiru nie ma… Mleko kokosowe w kartonie też tylko przez internet. Ze zdrowym jedzeniem bieda, dlatego często wrzucam w siebie coś na szybko, niezdrowo, spada mi cukier, łapię ciastko, utyłam.

Po południu często jest tak, że chcę pomóc, coś jeszcze zrobić. Przyjmuję zaproszenie na obóz sportowy jako drugi trener techniczny. Wracam do aktywnego sportu. Już nie jako zawodnik, tylko po raz pierwszy jako trener. I rzeczywistość nie pozostawia złudzeń. Wszędzie cię chcą do pracy za darmo. Jesteś naj, ale charytatywnie. Dlaczego? Dlaczego w Polsce jest przekonanie, że człowiek nie zasługuje na wynagrodzenie? Za zakwaterowanie i wyżywienie na obozie mam zapłacić. Spoko! Nic się nie zmieniło przez 10 lat. Pieniędzy na sport nadal nikt nie ma.

Po 16.00 dopada mnie deficyt słoneczny i mózg po prostu przestaje mi pracować. Najchętniej poszłabym już spać, bo myśleć mi się nie chce, ale pracować trzeba jeszcze jak koń, bo tyle jest rzeczy do zrobienia. Kiedyś chyba właśnie było tak, że w zimie po 16.00 to już tylko kolędy się śpiewało, szydełkowało, albo pod pierzyną grzało. I to było zdrowe, naturalne, a teraz ten roczny rytm jest tak zakłócony….

Wieczorem dom pustoszeje. Rodzice wracają do siebie. W sypialni puste łóżko. Zamiast całusa, sms na dobranoc do męża. Rozmyślam nad zagładą Polski i świata jaką spekulują „neutralne i obiektywne” media publiczne, zasypiam grubo po północy, bardzo, ale to bardzo zmęczona i smutna.

Dzień w Abu Dhabi.

Śpię tyle ile potrzebuję. Zaczynam Jutrznią i eko kubkiem mleka kokosowego z kartonu, z łyżeczką kurkumy, cynamonu cejlońskiego, goździków, szczyptą pieprzu, startym świeżym imbirem, czosnkiem i sokiem z połowy cytryny. W lodówce mam obiad na śniadanie. Taki urok paleo życia : ) Jak dziś jest dzień zakupowy, to jadę po świeże jedzenie. Z samego rana nastawiam rosół z kości na 7 godzin, niech pyrka. Wystarczy na 5 dni, po kubku codziennie. Jak gotuję rosół, albo mam nastrój domowy, pracuję albo piszę bloga przy biurku w domu, a jak już patrzeć na mieszkanie nie mogę, to jadę do biura dla freelancerów, które jest dla wszystkich po prostu za darmo. Odbudowuję poziom witaminy D i zjeżdżam na basen. 15 min na leżaczku bez balsamów i okularów. Czuję się jak rosnąca roślinka wystawiająca każdą komórkę do tej życiodajnej energii. Nie interesują mnie żadne afery i kataklizmy. Mój świat jest piękny, dobry, przyjazny i na pewno przetrwa, a to zaledwie piętnastominutowa kąpiel słoneczna. To nawet  jeszcze nie weekendowe pływanie łódką między lazurowymi wysepkami.

W czasie lunchu, mam czas na lunch. Ugotować go i zjeść niespiesznie. Nigdzie mi się nie śpieszy. Nie mam na plecach kilometrowej listy zadań. Mam dużo pomocy, od ekipy technicznej dbającej o naprawianie wszelkich usterek w naszym wynajmowanym mieszkaniu, od Daviki, która raz w tygodniu ogarnia mieszkanie, Mary Jo, która raz w tygodniu przychodzi mnie pomasować. Włączam swoją muzykę, zapalam swoje eko świeczki, kładę się na swoim ręczniku i wolę to 100 razy bardziej, niż każde SPA. Tu po prostu taki „luksus” jest powszedni, osiągalny i nie zrujnuje finansowo.

Od 17.00 czekam już na męża. Chcę mu pokazać skończony projekt, pogadać podczas kolacji o całym dniu i świecie. Dziś dowie się, że w środę wychodzę poznać nowe polskie znajome, bo chcę rozpocząć Nowy Rok nowymi przyjaźniami, chcę nawiązać kontakt z jakimś lokalnym klubem sportowym, dlatego zaczynam uczyć się terminologii lekkoatletycznej po angielsku. Muszę znaleźć sposób włączenia się w pomoc głodnym dzieciom w Afryce. Dowiedziałam się, że 23.01 jest Msza Św. w naszym kościele po polsku…

Wieczorem idziemy do kina, albo na stadion pod domem. Staramy się zasypiać o 22 więc po nocy włóczymy się bardzo sporadycznie, ale i tak pewnie moglibyśmy zrobić jeszcze z tysiąc innych rzeczy, których nigdzie indziej zrobić się nie da, które mają swój urok i sens tylko tutaj w Emiratach, gdybym nie zaczynała włączać tęsknego myślenia o Polsce i gloryfikować dni spędzanych tam. 

*** OSZUŚCI*** FIRMA KRZAK*** FIRMA SŁUP

Data wpisu: 07.02.2016 | Dodaj komentarz

Internet Theft

*** UWAGA*** UWAGA*** UWAGA

Nic tylko usiąść i… pisać, ale ręce mi opadły.

W zeszłym roku zostałam okradziona. Najpierw w Poznaniu, w Łodzi, a potem w Gdańsku działała mafijna grupa wyłudzająca pieniądze na trefne ogłoszenia sprzedaży aut i maszyn rolniczych. W Polsacie, w Interwencji był o tym program! 

Okradli setki osób z całej Polski na miliony złotych, bo są bardzo przebiegli i super zorganizowani. Tworzą firmy-słupy takie jak np. „Bieliński” i wystawiają na sprzedaż na OTO MOTO i innych witrynach maszyny rolnicze i auta sprowadzane z zagranicy. Wszystko doskonale przykryte.

UWAGA !!!!

Zlokalizowaliśmy ich ponownie tym razem w Gorzowie Wielkopolskim!! http://kaczmara.otomoto.pl/  http://www.kaczmara-maszyny.pl/

ZNÓW OSZUKAJĄ SETKI LUDZI JAK KTOŚ IM ZNÓW UWIERZY!!!

Prokuratura NIC NIE ROBI, ŻEBY TO SIĘ SKOŃCZYŁO zarówno w Gdańsku, Poznaniu i Łodzi gdzie działali wcześniej!!! Bezkarność i bezczelność tej grupy nie zna granic. Policja zamiast bronić obywateli przed takimi oszustami, zamyka uszy i oczy, a na końcu nawet drzwi…

Takim krajem jest Polska. Hello !!! Polska! Nie Kuba, Rosja czy Chiny. Polska!!! Serce Europy. Działa sobie taka mafia miesiącami, latami, w biały dzień, bezczelnie, nawet zbytnio nie zacierając śladów, bo nasi detektywi zaszli za nimi baaaaardzo daleko. Wyłudziła baaaaaaardzo grube miliony od S-E-T-E-K, powtarzam setek, nie kilku osób. A prokuratura… o niczym nie chce wiedzieć. Zanieśliśmy im gotowe dowody i logiczne wnioski na tacy. Wyrzucili je do kosza prawie na naszych oczach, nazywając nas głupcami! Pewnie! Naiwniaki łatwowierne, oceniające każdego miarą własnej uczciwości dali się nabić w bambuko, to niech teraz nie płaczą tylko skulą ogon, bo wstyd nawet! Cwanemu nadal w Polsce lepiej niż uczciwemu? Ciekawe komu będzie lepiej w dzień Sądu Ostatecznego, bo że takowy i dla oszusta w końcu nadejdzie, nie mam wątpliwości.

BŁAGAM !!!

Wrzućcie ten artykuł na swój Facebook. Powiedzcie rodzinie, znajomym. Nigdy, przenigdy nie kupujcie czegoś co jest bardzo drogie, a czego nie można zobaczyć na żywo. Trudno, padną ci uczciwi dilerzy, ale jak nie znasz, nie widziałeś – NIE PŁAĆ ŻADNEJ ZALICZKI!!!!  Może chociaż jedną osobę da się ostrzec i uratować od straty oszczędności życia.      

Zapomniany wpis przedświąteczny

Data wpisu: 18.02.2016 | Dodaj komentarz

12041808_10201238524361901_1908518041_n

Są takie dni, że nawet kotu pozwalasz zostać w domu na noc i nie musi zakopywać się w kocu na sieni, żeby nie było mu zimno. Dziś jest taki dzień, i chociaż mąż pewnie będzie kichał za parę dni przez kocie kłaki w sypialni, nie miałam serca Tigera dziś wystawiać na przedsionek. Taki piękny ten kociak. Nie mogli piękniejszego mi wyrzucić dobrzy ludzie do ogródka. Jak go Tato zobaczył to powiedział, że taki idealny dla mnie szary, pasować będzie do paneli w domu, bo cały dom mam w szarościach hahaha. A przez grube, ciemne pręgi na łapkach dostał natychmiast imię Tiger. No i tak został. Chciałam zwierzaka, no i ktoś go wyrzucił. Często tak mam, że jak czegoś z głębi serca mi potrzeba to mi się to jakoś magicznie materializuje i nawet za wiele robić nie muszę. Ten tydzień jest cały jakiś właśnie taki magiczny. W poniedziałek świeciło tak pięknie i jasno słońce, że wybrałam się na spacer w odwiedziny do mojej szkoły podstawowej. Szkoła nie do poznania, ale o tym będę pisać innym razem. Swoją drogą jakie to cudne uczucie nie wiedzieć jaka będzie za oknem pogoda po podniesieniu rolet. Może padać, albo nie, chmury mają tysiące różnych opraw i za każdym razem to jest niespodzianka. Nie tak jak w Abu Dhabi. Tam niewiele zaskakuje. Potem jeszcze siłą rozpędu pojechałam do swojego liceum. Miałam przemiłe spotkanie z naszą wychowawczynią, której w jakieś 15 min zdołałam opowiedzieć całe moje postlicealne życie. Chciałam bardzo przeczytać swoją maturę z polskiego, ale okazało się, że Pan Dyrektor lata temu wyczyścił archiwum szkoły i przyjdzie mi umrzeć w niewiedzy dlaczego dostałam słabiutką ocenę mierną za wypracowanie o wojnie, bo jaki inny temat mogłam wybrać. Muszę chociaż odszukać w pamiętniku jaki to był temat dokładnie. Wiem, że wstęp przygotowałam sobie już w domu, gdyby cokolwiek podeszło pod tematykę literatury wojennej. Jako stwierdzony dyslektyk, byłam zwolniona z ortografii i interpunkcji. Na maturze miałam nawet czas napisać wstęp i zakończenie Marcinowi M., siedzącemu ławkę za mną, który dostał 3+ : ). Pisałam wypracowania na piątki. Pamiętniki pisałam nałogowo. Próbną napisałam na 4+. Moja dwója pozostanie zagadką. Szkoda, ale widocznie mogę bez tej wiedzy dalej żyć. Po drodze, nie mogłam nie zajrzeć na salę gimnastyczną, na której trenowałam tyle czasu. Doznałam lekkiego szoku gdy pod schodami, w dokładnie tym samym miejscu, w którym je zostawiłam odchodząc z liceum, stały nasze stare, zdezelowane płotki. Poprosiłam Pana Dyrektora czy mogę je zabrać, bo są już zardzewiałe, obdrapane i bezużyteczne dla szkoły, a dla mnie mają niewypowiedzianą wartość sentymentalną i z przyjemnością je uratuję jako pamiątkę po trenerze Ludwiku i dowód marnych warunków w jakich było dane mi trenować. Cierpliwie czekam na odpowiedź i wierzę, że będę mogła je niebawem odrestaurować.

Tamtego dnia myślałam o sensie moich treningów i przygodzie ze sportem i przyszło mi do głowy, że w sumie to na nic był ten sport. Dziś pomagając w angielskim dowiedziałam się, że w mieście obok prężnie trenuje grupa lekkoatletyczna. Pojechałam na trening, i nie mogłam usiedzieć na miejscu. Trener zaproponował żebym pomogła na wzwyż-u, no to pomogłam. Byłam mega rozentuzjazmowana. Taką halę przy szkole to widziałam kiedyś jedynie w Niemczech. Sama skakałam przez sznurek, a tu piękne płotki, profesjonalny zeskok do wzwyż z prawdziwą poprzeczką, nic tylko trenować. Nigdy nie mówiłam nikomu co wiem o wieloboju i każdej jego dyscyplinie. Nie wiedziałam, że potrafię. Zawsze byłam tylko zawodniczką, nigdy nie byłam po… drugiej stronie medalu. Nie byłam mistrzynią, ale było mi dane uczyć się od dobrych trenerów. Pierwszy raz w życiu poczułam, że mogłabym tę wiedzę techniczną komuś dalej przekazać. Że cała moja nauka nie poszłaby w las. Przypomniałam sobie właśnie, że gdy zachorował nasz trener i był już w bardzo ciężkim stanie, grupa przychodziła do mnie po rozpiski treningowe, korekty. Wszyscy chcieliśmy jakoś zakończyć letni sezon, każdy radził sobie jak mógł. Potem nadeszła niepowetowana strata. Umarł nasz kochany trener Ludwik Zając, pasjonat i znawca i zaczęła się moja tułaczka sportowa i pasmo niepowodzeń, aż do dnia kiedy poznałam Grega Richardsa. Mój pierwszy i ostatni trener, byli na szczycie najważniejszych osób w moim życiu. Przekazać komuś cokolwiek z tej wiedzy jaką od nich dostałam byłoby moim wyrazem wdzięczności i „wyrównaniem sportowych rachunków” :)))) Co za nieprzewidywalne zakończenie roku. Koniec, a za razem początek. Nie pamiętam bardziej intensywnego pobytu w Polsce. To tylko 4 tygodnie tym razem, a tyle się zrobiło. 60-te urodziny Taty i imprezka na 20 osób, z rodzeństwem w komplecie. Była okazja w końcu pobawić się razem i poznać dziewczynę brata oraz niespodziewanego chłopaka siostry. Swoją drogą oboje okazali się wspaniałymi ludźmi. Oby tak dalej 😉 W poniedziałek po imprezowym weekendzie była zaraz operacja Taty po to, żeby uporządkować rozregulowany rytm jego serca. Chciałam kupić dom do remontu na inwestycję, ale na szczęście Ewa poznana x lat temu w pociągu okazała się moim dobrym aniołem odnalezionym na starej wizytówce i jako spec od nieruchomości odradziła mi ten kosmiczny pomysł. Za to ruszyłam dokończenie stodoły obok domu po Babci. Tylko, że zamiast meblować zostawiam wolną przestrzeń, aby działać. Jeden dom mi wystarczy. W stodole będę wyprawiać przyjęcia rodzinne, modlić się, organizować warsztaty jakieś, albo zrobię sklep z meblami. Niby to takie teraz oczywiste, a do tego też musiałam dojrzeć. Suma sumarum znów wiszę na telefonie i internecie szukając wykonawców, cegieł i płytek podłogowych. Dla siebie nic już chyba w życiu nie wyremontuję, bo to takie męczące i absorbujące. Dom zajął mi trzy lata, ale na szczęście było warto, bo dobrze go w nieruchomościach wycenili. Na pewno kasy całej zainwestowanej nie odzyskam nigdy, bo dom nigdy na sprzedaż nie będzie, no i przeinwestowałam robiąc go dla siebie, ale spełnienia i satysfakcji z każdego detalu nikt mi nigdy nie zabierze. Dla mnie uratowanie tego jedynego domu to rezultat bezcenny. Teraz ta świeża historia ze sportem. Jeszcze na targach w Poznaniu pomogłam CocoNat sprzedać jej przepyszne bezglutenowe wypieki. Trochę zraziłam się kazaniem O. Jana i postanowiłam szukać dalej. Miałam fajną rozmowę ze swoim kierownikiem duchowym. Przeżyłam bitwę o Trybunał. Złożyłam tonę zamówień przez internet. Naturalne kosmetyki przez internet, książki przez internet, zabawki, nawet mięso eko z Befsztyk.pl przez internet, bo u nas nigdzie bezglutenowego nie ma. Przede mną rekolekcje i ciąg dalszy obrony praw do myszy. Niezorientowanych zapraszam na facebook Gang Boom Bang. Nawet zawiozłam dwa razy wujka do świetlicy seniora, żeby zapoznał się z ludźmi i nie siedział samotnie całymi dnia i w domu. Przy okazji wysłuchując historii życia i cierpienia jednego z podopiecznych. Ubrałam w światełka czterometrowe choinki przed domem i jedną żywą w domu. Aha, no i przecież jeszcze Święta trzeba zorganizować. Pierwsze w Polsce po remoncie. Pierwsze w Polsce z mężem Australijczykiem/Libańczykiem. 

Odwiedziła mnie piękna dziewczyna

Data wpisu: 22.02.2016 | Dodaj komentarz

Z ABU DHABI  

Nie obawiajcie się tu zamieszkać. Jak tylko jest taka okazja, na pewno warto. Słońce, dobre zarobki, bezpieczeństwo, wygoda życia i tylko 6h lotu do Polski, to podstawowe aspekty. Do tego jesteśmy jeszcze my, inni Polacy. Mamy swoje grupy, strony www, i facebooka:

https://www.facebook.com/groups/polacywabuzabi/?fref=ts

Jest nawet raz w miesiącu Msza w Kościele st. Joseph po polsku. Spotykamy się ze sobą jak mamy ochotę. Wymieniamy doświadczeniami. Pomagamy sobie. Naprawdę można tu poznać innych fajnych Polaków. Są mamy Polki, dzieci idące do szkoły i bobasy, wegetarianie, eko, paleo i AIP, imprezowicze, sportowcy, wyczynowcy, mieszane małżeństwa, patrioci i niepatrioci, pijący i abstynenci. Każdy znajdzie nowych przyjaciół, jak będzie mu się chciało ruszyć i coś w tym temacie zrobić. Ja, po dwóch latach social suchoty, postanowiłam rozpocząć nowy rok nowymi znajomościami i tak z jednego śniadania na mieście, które ogłosiłam na FB zawiązała się grupa super dziewczyn razem ćwiczących, chodzących do kościoła i na plotki.

BLOG 

Dziś chciałam jakoś udekorować swojego bloga, bo wszyscy mówią, że taka konkurencja w necie teraz i że trzeba obrazki ciekawe i koniecznie krótko pisać i komentarze mieć… STOP ! Weszłam na „konkurencję”. Ależ tam kolorowo, głośno i busy. Gdzie tam ja czarno-biała, goła do takich blogów z pierwszych stron… googla. Dotarło w 30 sekund. Ja nie piszę, żeby brać udział w kolejnym wyścigu, chociaż już, już prawie stawałam na linii startu. Ja nie piszę, żeby być nr. 1 w jakiejś tam kategorii…. nawet kategorii swojego bloga do teraz określić nie umiem. Nie czuję potrzeby dekorowania treści. Czasem odzywa się dysleksja i robię spektakularne błędy, za które przepraszam tych, dla których ortografia polska jest najwyższą formą świętości. Do tego ostatnio coraz częściej jakoś zdarza mi się przestawiać w słowach literki. Nie umiem ustawić w komputerze, z arabską klawiaturą, automatycznego sprawdzania pisowni w j. polskim. Próbowałam… Z chęci dowiedzenia się prawdy o swojej dwójce z pisemnej matury z polskiego odwiedziłam po 16 latach LO. Chciałam przeczytać swoją pracę i sprawdzić, czy chodziło o błędy, których dyslektykom mieli nie brać pod uwagę, czy jednak o kontrowersyjną treść. Czasem spędzało mi to sen z powiek. Niestety, nigdy się już tego nie dowiem, bo naszych matur już nie ma w archiwach. Spóźniłam się 12 lat… Na szczęście pomimo dwójki nadal uwielbiam pisać, czasem zwyczajnie, czasem kontrowersyjnie. Oderwałam się od Polski i znajomych. Bloga zaczęłam pisać w Dubaju, żeby nie musieć pisać długich maili każdemu z osobna na temat mojej nowej rzeczywistości. W lipcu 2010 roku dałam sobie taki prezent urodzinowy. Jeden z najlepszych. Fajnie mieć takie archiwum siebie z minionych lat. Och jakie te wpisy były inne… Ktoś chce sobie przypomnieć mój pierwszy wpis?

http://emigrantka.com.pl/urodziny/

Ale zrobiło mi się teraz sentymentalnie…

Spróbowałam zebrać to wszystko w całość, bo ktoś mówił, że można by to wydrukować. Żmudnie wklejałam do Worda wpis po wpisie. Potem zaczęłam je czytać i nie mogłam przebrnąć przez te początki w Dubaju. Nie wszystko co napisałam, nie wszystko co wtedy przeżyłam mi się podoba. Okazało się, że jakieś wspomnienia z przeszłości nadal poruszają dziwne struny moich uczuć. Nie chcę do tego wszystkiego, co było kiedyś, już wracać. Jestem na zupełnie nowym etapie życia, w którym towarzyszy mi wspaniały człowiek. Jestem już gdzie indziej duchowo i cieleśnie. Nie chcę odgrzewać tamtych kotletów. Piszę dość emocjonalnie, więc czytaniu na nowo towarzyszyłyby stare emocje. Po co mi to. Strata czasu. Naprawdę w tym momencie tak uważam. Może dlatego, że bardzo długo żyłam przeszłością, tą dobrą i tą bardzo złą, aż w końcu zrozumiałam i nauczyłam się, że nie o to w życiu chodzi. Mam plany dotyczące przyszłości i chcę w nowym roku po prostu żyć nowym rokiem, więc moim rzeszom wiernych czytelników i fanów musi wystarczyć jedynie ten blog. Żartuję 🙂 Nie mam żadnych fanów. Ale to nieważne, bo jak już pisałam powyżej, nie po to wcale piszę. Zobaczyłam na FB kilka dni temu rewelacyjne video z przesłaniem, żeby nie marnować życia na robienie czegoś, czego się nie lubi. Tylko poświęcić się absolutnie temu co się uwielbia. Wierzę, że każdy jest na coś odgórnie zaprogramowany. Trzeba to tylko w sobie odnaleźć. Potrzebna do tego odwaga, wiara i czystość umysłu oraz ciała, bo w szumie medialnych śmieci i śmieciowego jedzenia trudno szukać. Kasa przy tym zupełnie się nie liczy, bo robiąc to, co kochamy, osiągamy w tym w końcu mistrzostwo, za którym naturalnie podąża zysk. Szkoda, że co innego nam mówią w szkole. Idź na stomatologię, chirurgię plastyczną, etc. Zarobisz dużo kasy. Ale sedno w tym, że nie o kasę w życiu chodzi. Ok, wystarczy. Więcej można poczytać sobie o tym w stu książkach Pawlikowskiej. Ona wyczerpująco wszystko objaśnia, lepiej niż ja.

nell (5) 

Czyściłam komputer i wpadłam sobie w oko siedem lat temu. Zatęskniłam za tamtym ciałem. Włączyło mi się myślenie: czy to jest już pora na botox? Może fraxel trzeba by chociaż powtórzyć? I zdecydowanie lepiej się czuję szczuplejsza. Wedy pewnie też miałam tonę kompleksów i milion problemów. Ciekawe, czy cieszyłam się tamtym ciałem? Pisałam pamiętniki. Musiałabym się przez nie przekopać. Może znalazłabym w nich odpowiedź. Opieprzyłabym siebie porządnie gdyby okazało się, że nie uśmiechałam się wtedy do siebie w lustrze z zadowoleniem. Botoxu chyba jednak nigdy sobie nie zrobię. Nie potępiam, jeśli wygląda naturalnie, ale generalnie unikam chemii, no i ten proces nakłuwania… brrrryyy. O pomaganiu naturze fajnie i otwarcie pisze i opowiada Agata Młynarska. Na razie pomyślę co zrobić z tymi zbędnymi kilogramami, bo po pierwszej utracie masy na paleo w zeszłym roku nie pozostało już śladu tylko i wyłącznie przez moją niekonsekwencję. Lżejszym ludziom lżej w życiu po prostu fizycznie. Mi siadają kolana, no i mam dwie szafy. W jednej rzeczy na + kg, w drugiej na – kg. Większy wybór wisi w tej pierwszej. Nawet seksu chce mi się częściej jak ważę mniej. Też tak macie? Tylko chudnąc, droga w dół jest o wiele trudniejsza, niż droga w górę. Na innych drogach najczęściej obowiązuje odwrotność. Wspinasz się mozolnie, a potem z górki to już spacerek. Ale pewnie są i tacy co chcieliby przytyć a nie mogą. Zdecydowanie jednak żadnych diet. Muszę przypilnować jedynie bardziej paleo, bo paleo to styl życia, nie dieta. Żadnego walczenia z kilogramami, bo walka to stres i złe emocje. Żadnego doła bo jestem taka gruba i nieatrakcyjna. Po prostu odwiedziła mnie piękna dziewczyna, olśniła, przypomniała, że JA TEŻ MOGĘ TAK WYGLĄDAĆ i zmotywowała znów do większej świadomości. Czasem jest to przyjaciółka, czasem książka, albo jakaś celebrytka fitness. Nieważne kto lub co, ważne, żebyście dawali się zainspirować. Dziś zainspirowałam sama siebie. Tak też można jak ma się gdzieś schowane super wspomnienia, albo super fotki. ; ) 

Samouczek do łapania przestępców gospodarczych. Ja mogłam, każdy może!

Data wpisu: 24.02.2016 | Dodaj komentarz

Internet Theft

Zabieram się za to pisanie od kilku dni. Sprawa nieświeża, ale jeszcze śmierdzi. Status pokrzywdzona. Potrójnie. Zawód: detektyw, dziennikarka, terrorystka słowna, bohaterka… Skosztowałam wszystkiego po trochę angażując się w tę sprawę. Nie mogłam siedzieć na tyłku z założonymi rękoma, nie mogę przemilczeć…

Pierwszy raz

Zostałam oszukana kupując auto, które miało być sprowadzone z zagranicy. Znalazłam ogłoszenie na Otomoto. Sprawdziłam na wylot firmę Bieliński w Gdańsku, sprowadzającą samochody i maszyny rolnicze oraz budowlane z całej Europy. Wpłaciłam zaliczkę za auto. I to była moja przepustka z naiwnego świata, w którym sobie spokojnie żyłam, do polskiego Matriksa. W swoim świecie oceniałam ludzi miarą własnej uczciwości. W Matrixie zostałam nazwa głupią i naiwną. Utrata patriotycznej dziewiczej naiwności okazała się bardzo kosztowna.  

Jeszcze przed terminem dostawy auta dostałam maila od sekretarki Bielińskiego, że to jest przekręt, że składa już zeznania na policji, a auta ani pieniędzy nie będzie. Przekazała mi kontakt do 10 innych pokrzywdzonych. Zaczęłam dzwonić i cały dzień słuchałam ludzkich tragedii. Byli tacy co wpłacili nawet 200,000 zł… Przy tym moje 12,400 to jak czkawka po kolacji w drogiej restauracji. Marne to jednak pocieszenie. Wśród pokrzywdzonych byli ludzie, którzy po prostu nigdy w życiu nikogo nie okradli, nie oszukali, nie wykorzystali żyjąc i pracując uczciwie i tak też podchodzili do innych. Byli biznesmeni, fachowiec z budownictwa, rolnik. Była też nauczycielka, która straciła pracę, a żeby dojeżdżać codziennie 50 km do drugiej szkoły potrzebowała auto. Wpłaciła wszystkie oszczędności życia. Nie ma auta, nie ma pracy, są myśli samobójcze. Była też pani krzycząca i płacząca, bo namówiła i przekonała bardzo opornego, nieufnego męża niemal groźbami, do zapłaty tej zaliczki. Mąż miał stan przedzawałowy i zagroził rozwodem. Byłam wtedy na Lednicy u Ojca Jana Góry. Uczyłam na lednickich wakacjach angielskiego. Pamiętam z tego dnia te długie rozmowy, każdą z osobna. I to jak zapytałam koleżankę, czy ona wie jak ci przestępcy mogą się ułożyć wygodnie wieczorem na poduszce do spokojnego snu? Regina jest bardzo racjonalna i stwierdziła, że oni na pewno dziś spać nie będą, tylko balują gdzieś w Berlinie lub Holandii z prostytutkami, stawiając całej dyskotece kolejkę. W końcu wyłudzili grube miliony… Na wieczornej Mszy gdy Ojciec pytał o intencje, poprosiłam na głos, żeby oszuści się opamiętali, a pokrzywdzeni w tym sama ja, mogli pogodzić się ze stratą i wybaczyć. Nikt się niestety jednak nie opamiętał…

Policja nawet nie chciała na komisariacie przyjąć zawiadomienia o przestępstwie od moich rodziców, bo było jeszcze kilka godzin wg umowy do dostawy auta.

Następnego dnia Matriks zaczął się w pełni materializować. Zadzwonił do mnie Neo i opowiedział historię jak z trillera Patryka Vegi. Był w pierwszej grupie oszukanych w Łodzi, kilka miesięcy temu. Stracił 200,000 zł. Miał detektywów, powiązał oszustów z Łodzi z firmą Bieliński. Ten sam głos odbierał telefon, umowy wyglądały identycznie. Ta sama procedura, etc. Głupi by powiązał. Poszedł Z DOWODAMI na policję, żeby coś zrobili, zanim będzie za późno. Policja niestety spraw nie powiązała. Nie ma poszkodowanych, to nie ma sprawy w Gdańsku policjant oznajmił. Oszuści przysłali mi umowę. Podpisałam, wpłaciłam zaliczkę, a ze mną dziesiątki innych osób. Neo wiedział co się stanie, poinformował odpowiednie organy, przedstawił dowody. Program komputerowy, który jest wgrany polskiej policji okazał się tym razem dla Neo nie do złamania. Już po akcji, kiedy jednak poszkodowani przez firmę w Gdańsku zaczęli spływać do policji, Neo przedstawił mnie dziennikarce z Polsatu. Było dla mnie oczywiste, że wystąpię w jej programie z twarzą i nazwiskiem. Musiałam coś zrobić, ostrzec innych chociaż w ten sposób, i pokazać, że się nie wstydzę ani nie boję.

Drugi raz

Prokuratura nie przysyłała mi nic nowego w tej sprawie. Moja grupa poszkodowanych zamilkła. Może modlitwa została wysłuchana i wybaczyli, może wzięli kolejnych detektywów i adwokatów? Nie wiem. Wiem, i dla przestrogi napiszę, że ten jeden najbardziej rozpoznawalny detektyw w Polsce pracuje po obu stronach, po prostu dla tych, którzy więcej płacą. Głupi pomysł iść do niego. Mi policjant powiedział od razu na dzień dobry: proszę pani, nikogo nie złapią, a nawet jakby wpadł jakiś pionek, to pieniądze na pewno nie będą do odzyskania, bo sprawy gospodarcze są na szarym końcu listy spraw do załatwienia. Tak prosto w twarz, plaskaczem, pokrzywdzonej, załamanej, wściekłej, prawda prosto w oczy o wymiarze sprawiedliwości w Polsce, o tych co niby mają nas chronić.

Na szczęście Neo miał oczy otwarte. Oszuści zostali zlokalizowani po raz trzeci, tym razem w Poznaniu. Mechanizm ten sam. Firma jednoosobowa, założona na bezdomnego spod Biedronki za flaszkę wódki. Akcja Neo z policją ta sama. Dowody na komisariacie. Kazali siedzieć cicho. To siedzieliśmy. Myślałam, że przygotują w końcu jakąś akcję-obławę jak w filmach, że jak coś zrobimy to wszystko popsujemy, że teraz na pewno już policja ochroni zawczasu nowych naiwniaków. BUM! Z naiwności nie sposób się tak łatwo wyleczyć. Czy policja ma w tym jakiś interes? Nie ruszyli palcem! Neo nazwany idiotą. Kolejna grupa poszkodowanych, oszukanych na miliony. Sprawy z Łodzi, Gdańska, Poznania niepowiązane.

I tu do akcji wchodzi kolejny element. Nie ma programu w Polsacie! NIE MA! NIE MA! Dlaczego? Bo Małgośka zjeździła z kamerą znów pół Polski na poumawiane spotkania z poszkodowanymi (szacunek dla jej pracy!), a strusie schowały głowy w piasek. Bo taki wstyd, co rodzina powie, znajomi.. albo strach, bo może przyjadą i zabiją… Normalnie jak SS w wojnę! Nikt z całej ogromnej grupy nie zdecydował się wystąpić. Nie ma programu – więc nie ma presji na prokuraturę, nie ma zainteresowania sprawą, nie ma rozgłosu, nie ma wygranej! Ludzie! Wygrywają dalej oszuści! Mieliście dziadków, albo kogokolwiek znaliście, czy choćby czytaliście o kimś co w wojnę jak Niemcy przyszli to walczył o siebie, o innych, o sprawiedliwość, o wolność? Polaków się boicie? Złodziei? Przestępstwo gospodarcze to jedna kategoria winy, najniższa w naszym posranym systemie sądowniczym, a przestępstwo kryminalne to inna, grubsza z tej najcięższej półki. Jakoś nikt, kto wystąpił wcześniej nie miał represji. Ale jak to w Matriksie bywa, na to też jest programik komputerowy sterujący obywatelami. Bardzo powszechny w Polsce, a mianowicie… Krzywda mi się stała. Niech ktoś mi pomoże, niech za mnie wszystko zrobi, niech mi głowy nie zawraca, niech mnie na nic nie naraża i nic ode mnie nie chce. Nie jestem odpowiedzialny/alna za ten kraj, za nic i nikogo, za prawo, policję, przyszłych poszkodowanych. Jestem wściekły/a na ten syf. Powiem każdemu, ale co ja mogę zrobić? NIC! NIC! NIC! Słuchajcie głupi nie bądźmy! Jest taki Neo i ta emigrantka. Im to jakoś bardziej na duszę upadło. Oni zrobią za nas wszystko, a jak zawołają po odbiór straconych-odzyskanych pieniędzy to pierwsi staniemy w kolejce, bo nam się przecież należy! Słuchajcie, a może by tak napisać do tej prokuratury taką prośbę od pokrzywdzonych, żeby jej i jemu pierwszym oddali pieniądze jak coś odzyskają, za to co zrobili oboje w tej spawie… Czyś ty oszalał/ała???!!!! Ktoś ich prosił w ogóle żeby się tak angażowali? Ja ich nie prosiłem/am. Niech stoją teraz po kasę w kolejce jak inni. Słuchaj, znam kogoś w tej prokuraturze w sumie, to może zajmę ci kolejkę trochę bardziej z przodu. Oooo tak? Bardzo chętnie! Dzięki ogromne…

Trzeci raz

Skończył się 2015. Zaczął nowy rok. Wiosna idzie, koniec roku podatkowego, trzeba rozliczenia do urzędu składać. Ludzie będą kupować maszyny rolnicze i budowlane, żeby od podatku odliczyć. Wejdźmy na OtoMoto. BUM! Firma Kaczmara! Dowody na komisariacie. Ta sama odpowiedź policji, ten sam mechanizm oszustów. Neo na skraju wycieńczenia emocjonalnego, nawet on już wali głową w mur nie do przebycia. Tym razem jednak to jest o ten jeden raz za wiele. O tę jedną kroplę bezczelności za dużo. Oszuści oszukali mnie raz, policja, która nie zrobiła nic w sprawie z Poznania oszukała mnie drugi raz, a teraz to już jest absolutna bezczelność, na którą nikomu nie pozwolę! Neo tym razem nie będę siedzieć cicho!

Była decyzja, że nie informujemy sekretarek z biura Kaczmara na razie co się dzieje. Za to natychmiast opublikowałam na OtoMoto identyczne ogłoszenia jak te oszustów i zapłaciłam za ich promowanie, wyróżnienie i w ogóle cały pakiet na pierwszych stronach portalu. Zdjęcia, dane pojazdów, ceny były identyczne, tylko treść ogłoszenia inna – UWAGA OSZUŚCI !!! … może tak kogoś chociaż ochronię. W trzy dni, ogłoszenia wyświetliło ponad 1200 osób. Napisałam do OtoMoto na wszystkie dostępne formy kontaktu, żeby zablokowali ogłoszenia Kaczmara, bo jak tego nie zrobią to za ich pośrednictwem kolejni ludzie potracą oszczędności życia. Do dziś nie dostałam z OtoMoto żadnej odpowiedzi, za to usunęli moje ogłoszenia przed terminem i zablokowali mi konto, nie zwracając pieniędzy, które zapłaciłam za publikacje, o co upominam się u nich od tygodnia. Może jest tu jakiś prawnik, który chciałby ich pozwać?

W ten sam dzień zaczęłam bombardowanie listem otwartym do Prezydenta i Premier oraz apelem o pomoc wszystkie strony na facebooku jakie mogłam: biuro kancelarii prezesa rady ministrów, posłów Jacka Wilka, Małgorzatę Wasserman, polityków Kukiza i Korwina Mikke, Monikę Olejnik, dziennikarza śledczego Wojtka Smulińskiego, rozgłośnie radiowe, stacje TV, gazety. Biuro Wasserman odpisało, że przedstawi jej maila w najbliższym możliwym terminie i na tym się skończyło. Radio Zet kazało dzwonić na czerwony telefon. Zadzwoniłam i na tym się skończyło. Biuro Kancelarii Prezesa Rady Ministrów kazało przysłać maila. Reszta – żadnej reakcji DO DZIŚ!!!  

Wysłałam naglącego maila, do biura Pani Premier, informującego o całej sprawie w najdrobniejszych szczegółach. Żadnej odpowiedzi. Więc na drugi dzień zadzwoniłam. Odebrała jakaś Pani bez nazwiska i się zaczęło, że to nie jest ich zadanie, nie ich kompetencje etc. Wściekłam się i ją sterroryzowałam sumieniem i odpowiedzialnością personalną do końca życia za każdą indywidualną życiową tragedię każdego nowego poszkodowanego od tego momentu jeśli odłoży ten telefon i nic nie zrobi z mailiem, który wysłałam. Krzyczała ze jestem bezczelna, że ją obrażam, odłożyła telefon, ale… po pięciu minutach dostałam maila w kopii z biura do rzecznika prasowego komendy głównej policji: „Uprzejmie przesyłamy zgodnie z kompetencjami.”

Postanowiliśmy z Neo zaalarmować sekretarki. Były wystraszone, chciały uciekać z biura, do tego przekazały już „szefowi”, że ktoś dzwonił z donosem, że jest oszustem. Na telefonie z jedną pomagałam drugiej uspokoić szefa, żeby zdobyć czas. Wygenerowały od niego 3 dni.. na akcję policji, gdyby ktoś w końcu zdecydował się ruszyć palcem.. Tym razem sekretarki okazały się mądrymi, odważnymi dziewczynami, bo w poprzednich sytuacjach biura funkcjonowały sobie w najlepsze obsługiwane przez jakieś totalnie nieogarnięte panny. Warto wspomnieć tu o procesie rekrutacji, żeby inne nie miały złudzeń na przyszłość. Jeśli kiedykolwiek zostaniesz zrekrutowana przez telefon do pracy w biurze, podpiszesz umowę faksem lub mailem, kluczyki do wyposażonego biura odbierzesz na recepcji i nigdy w życiu nie zobaczysz szefa, to na bank pracujesz w firmie słup/krzak i bierzesz udział w jakimś oszustwie.

Tym razem było „tylko” 11 poszkodowanych, bo sekretarki były na tyle kumate, że same zorientowały się o co chodzi, przestały podpisywać umowy i poszły na policję. Niestety trafiły na ten sam program komputerowy sterujący policją, co my. Na policji w Gorzowie, ul. Myśliborska, pokój 27 posterunkowy nic nie zrobił, bo… jak nie ma poszkodowanych to nie ma sprawy, nic nie może, zaśpiewał starą przyśpiewką i kazał im wracać do pracy bo jest 50% szans, że to uczciwy pracodawca a one mają bujną wyobraźnię… Mój komentarz do tego chyba jest zbędny, bo byłby bardzo smutny i zapewne wulgarny.

Boże, co ja się te dziewczyny naprzekonywałam, żeby pomogły mi ruszyć tę sprawę, bo w końcu jest na to szansa! Siedziały tam, udawały przed szefem, że podpisują umowy i czekały na instrukcje ode mnie lub od policji, która miała nadal wszystko gdzieś! A ja nie wiedziałam już co mam tym sekretarkom mówić.

No to za telefon do rzecznika policji w Warszawie. Odebrała bardzo miła pani Katarzyna Kazburska: szefa nie ma w biurze, ale jak tylko wejdzie to osobiście przekażę maile i poinformuję o sprawie. Kazała dzwonić za godzinę. Potem powiedziała, że sprawę przesłali do biura spraw karnych.

No to za tel. do biura spraw karnych. Miła pani powiedziała, że maile są u pani dyrektor, która zaraz wyznaczy osobę prowadzącą. Po godzinie dostałam info że sprawa trafiła z rąk pani dyrektor do biura spraw gospodarczych, do naczelnika Pawła Wróbla. I mam dzwonić za 10 min do niego bezpośrednio na biurko.

No to za tel do Wróbla. Godzina, nie odbiera nikt. Już miałam zwątpić totalnie. Po godzinie odebrał. Arogancka rozmowa, ale wymusiłam to, po co dzwoniłam od rana! Powiedział, że natychmiast dzwoni do naczelnika spraw gospodarczych w Gorzowie przedstawić sprawę i zarekomendować natychmiastowe działanie, bo sam więcej nie może. W końcu, pierwszy raz od dwóch dni, odetchnęłam, ale następnego dnia rano coś mi nie dawało jeszcze spokoju.

Z Googla znalazłam naczelnika w Gorzowie Andrzeja Wieczorka i znów za telefon. Jak mnie słuchał to chyba miał oczy jak złotówki! Nikt z Warszawy do niego nie zadzwonił, a siedział do 19.00 przy biurku wczoraj. Dał mi swój email. Wysłałam mu całą korespondencję w kopii ze wszystkimi szychami z Warszawy, posłami i dziennikarką Polsatu.

Zadzwoniłam też natychmiast do policjanta, który prowadzi moją sprawę w Gdańsku. Miał już nieoficjalny cynk z innego źródła, że firma Kaczamra w Gorzowie to znów ci sami oszuści, ale działanie nie jest na jego szczeblu, tylko na szczeblu jego szefostwa. Matrix proszę Państwa! Kazałam mu dzwonić do Pana Andrzeja z Gorzowa i go zaznajomić jak najszybciej ze sprawą, zarekomendować jakieś działanie. Do dziś nie wiem dlaczego Naczelnik Wróbel nie zadzwonił do Gorzowa tak jak mi telefonicznie obiecał. Pamiętam jeszcze jak nalegał, żebym się już rozłączyła, bo im szybciej się rozłączę, tym szybciej on będzie mógł zadzwonić do Naczelnika spraw gospodarczych w Gorzowie.

Ja już nic więcej zrobić nie mogłam. Przecież nie złapię tych przestępców „gołymi rękami”, wirtualnie z Emiratów Arabskich!

Po pół godziny dostałam odpowiedź od gorzowskiego naczelnika spraw gospodarczych – jedyną pisemną odpowiedź jaką dostałam na dziesiątki wysłanych maili… „Dzień dobry. Dziękuję za materiały. Pani zawiadomienie przekazałem już swojemu przełożonemu celem nadania dalszego biegu. Czynności sprawdzające w tej sprawie zostaną niezwłocznie zlecone miejscowej policji przez prokuratora Prokuratury Rejonowej w Gorzowie Wlkp. Z poważaniem. A. Wieczorek.” Poinformowałam sekretarki, że pan Andrzej wysyła policjantów do nich i sprawa nabrała tempa, że są bezpieczne i jest w końcu szansa złapać tych bezczelnych oszustów.

Zadzwonił do mnie Neo, myślał że już wiem, ale ja po dwóch dniach batalii na telefonie totalnie opadłam z sił i byłam nieprzytomna. Zatrzymali jakiegoś pionka we Wrocławiu, klienci jeszcze dzwonili z ogłoszeń w momencie zatrzymania…

Teraz zaczyna się nasza nowa batalia o to, żeby prokuratura powiązała wszystkie sprawy, rozbiła całą grupę, obcięła jej wszystkie macki i przywaliła bolesne wyroki. Jak tego prokuratura nie zrobi to będzie śmiech na sali i nowe wyłudzenia na ten sam patent za kilka miesięcy. Niezbędne jest nagłośnienie sprawy przez media, żeby mobilizowały stróży prawa do wytężenia poczynań, bo jak widzicie Matrixa u nich ciężko przeprogramować… a z resztą czy to nie medialna historia?

Na telefony z Abu Dhabi wydałam majątek, dwa dni byłam chora… Powinni mi pierwszej zwrócić to 12,400 zł które ukradli mi oszuści.. jak coś się im uda odzyskać, a wszyscy poszkodowani powinni podpisać taką petycję. Upsss.. : ))))) zapomniałam, że to przecież Polska…, o której ta historia powiedziała mi bardzo wiele.

Aha! Jeszcze coś wydaje mi się ważnego i „już lądujemy” jak mawia genialny Ojciec Adam Szustak. Matrix też działa na Facebooku, na którym wierzyłam w wolność słowa. Okazało się jednak, że tam, na państwowych i partyjnych stronach cenzura jest wszechogarniająca jak macki kolejnej ośmiornicy. Wyspowiadałam się już przed Wami z naiwności, więc bądźcie łaskawi ci co mądrzejsi, bo ja naprawdę nie wiedziałam, że nasze komentarze na stronach partii, polityków i Rządu są widoczne… TYLKO DLA GRONA NASZYCH ZNAJOMYCH! Komentarzy „niezaakceptowanych” przez Wielkiego Brata, nikt z poza naszej Fejsbukowej rodzinki nie zobaczy. Z pewnością jest to konieczność narzucona przez kreatorów wizerunku przeszłej, teraźniejszej i zapewne przyszłej elity rządzącej w każdym kapitalistycznym kraju, bo takie są realia wygrywania, ale w takim razie po co w ogóle śledzić te ich strony, posty i komentarze, skoro trafiają do nas przecedzone przez gęste sito? Masz stronę na Facebooku to uszanuj wolność słowa, opinii oraz poglądów i weź na klatę WSZYSTKO, miodek z dzióbków, słowicze trele i pomyje, a jak nie to wynocha robić propagandę gdzie indziej!

Na stronie lubuskiej policji 16.02.2016 ukazał się artykuł, do którego napisałam poniżej sprostowanie, na które do dziś nie dostałam od zespołu prasowego żadnej odpowiedzi…

Wspólne działania policyjnych specjalistów zwalczających przestępczość gospodarczą z komendy miejskiej i wojewódzkiej w Gorzowie Wlkp. pozwoliły na dotarcie do 39-latka z Legnicy. Mężczyzna odpowiedzialny jest za wyłudzenie ponad 400 tysięcy złotych od 11 osób. Wpłaty stanowiły zaliczkę na zamawiane samochody ciężarowe, które nigdy do klientów nie miały trafić. Sąd zastosował wobec zatrzymanego trzymiesięczny areszt. Dużą skutecznością wykazali się policjanci z Wydziału dw. z Przestępczością Gospodarczą Komendy Miejskiej Policji w Gorzowie Wlkp. wraz ze swymi kolegami z Komendy Wojewódzkiej Policji. Sygnał o nieprawidłowościach odebrali we wtorek /9 lutego/, a już w czwartek na terenie Wrocławia zatrzymali mężczyznę odpowiedzialnego za wyłudzenie ponad 400 tysięcy od 11 osób. Dynamika działań tym bardziej godna odnotowania, że dotyczyła sfery gospodarczej, gdzie bez analizy dokumentów, charakterystyki profilu firmy, czy dokładnej wiedzy o funkcjonowaniu określonej działalności gospodarczej o sukces wykrywczy jest bardzo trudno. Działalność 39-latka opierała się na oferowaniu do sprzedaży samochodów ciężarowych, maszyn rolniczych i sprzętu ciężkiego. Wartość niektórych  pojazdów wynosiła nawet ponad 200 tysięcy złotych. Oferty sprzedaży zamieszczane były na portalach aukcyjnych. Atrakcyjne ceny przyciągały właścicieli firm z całej Polski. Jedenastu z nich uwierzyło w fikcję stworzoną przez 39-latka z Legnicy, który swoją działalność prowadził w Gorzowie Wlkp. Tam też pracowały dwie osoby, które nigdy nie widziały swojego szefa, a kontakt z nim odbywał się korespondencyjnie, mailowo i telefonicznie. Także ofertę pracy, pod koniec ubiegłego roku, znalazły w internecie i z niej skorzystały. O przestępczym procederze szefa nie miały pojęcia. Ten zatrzymaniem był całkowicie zaskoczony. Dzięki szybkiemu działaniu policjantów z Gorzowa Wlkp. nie doszło do kolejnych wyłudzeń. Zebrany materiał dowodowy pozwolił na przedstawienie mężczyźnie 11 zarzutów. Tyle osób w przeciągu zaledwie trzech tygodni wpłaciło zaliczki opiewające każdorazowo na kwotę od około 20  do 74 tysięcy złotych, nie otrzymując zamówionego pojazdu. W niedzielę /14 lutego/ Sąd przychylił się do wniosku Prokuratury Rejonowej w Gorzowie Wlkp. i zdecydował, że 39-latek najbliższe trzy miesiące spędzi w areszcie. Grozi mu do 8 lat pozbawienia wolności. Sprawa jest rozwojowa. Śledczy z Wydziału d/w z Przestępczością Gospodarczą KMP w Gorzowie Wlkp. w prowadzonej sprawie będą sprawdzać, czy pokrzywdzonych przestępczym procederem 39-latka nie jest więcej. Opracował: kom. Marcin Maludy

SPROSTOWANIE

Piszę w nawiązaniu do poniższego artykułu

http://www.lubuska.policja.gov.pl/go/serwis-informacyjny/aktualnosci/15177,Wyludzil-ponad-400-tysiecy-od-11-osob.html

Jestem zbulwersowana tym, jak policja Gorzowska szybko przywłaszczyła sobie palmę chwały w tej sprawie!

Żądam natychmiastowego sprostowania treści tego artykułu.

Nie prawdą jest, że:

1. Sekretarki nie miały pojęcia o tym, że szef jest oszustem, gdyż same zgłosiły się na policję z takim podejrzeniem, ale zostały z ul. Myśliborskiej, Pokój 27 odesłane z kwitkiem z powrotem do biura.

2. Dzięki szybkiemu działaniu policjantów z Gorzowa Wlkp. nie doszło do kolejnych wyłudzeń.

Do kolejnych wyłudzeń nie doszło dlatego, że przezorne sekretarki przestały podpisywać umowy, a ja poświeciłam osobiście dwa dni na zainteresowanie tą sprawą Gorzowskiej policji.

Policjanci w Gorzowie w końcu zareagowali, bo wystosowałam list otwarty do Prezydenta, Premier, posłów, rzecznika policji w Warszawie, biura spraw karnych!!! Pan Naczelnik Paweł Wróbel z BSG w Warszawie z pewnością się chętnie wypowie.

Złapaliście oszusta który jest jedynie czubkiem góry lodowej tylko dlatego, że wisiałam na telefonie z sekretarką i błagałam, żeby przytrzymać „szefa” w niewiedzy dopóki ktoś w końcu raczy się pofatygować od Was do tej sprawy. Potem dzwoniłam do Waszego naczelnika Pana Wieczorka, i Zbigniewa Cybulskiego z Gdańska. Tylko dlatego, że sekretarki okazały się inteligentne, odważne i uczciwe, a zwykła obywatelka postanowiła oszustom tym razem nie popuścić w Gorzowie nie doszło do kolejnych wyłudzeń.

Chciałabym, żeby było to jasne. Mogę przedstawić całą korespondencję i rozmowy w tej sprawie jakie mam w swoim posiadaniu gdyby moja uprzejma prośba o sprostowanie nie wystarczyła.

Z wielkim zainteresowaniem będziemy śledzić przebieg tej sprawy, żeby zobaczyć jak skutecznie zniszczycie tę ośmiornicę i jakie kary spotkają oszustów. Mam nadzieję, że napiszecie wtedy też stosowny artykuł. Dopiero wtedy będzie można uczciwie napisać, że prawidłowo wykonaliście swoje obowiązki.

Jeśli szanowna Gorzowska Policja chce sobie przypisać palmę chwały i zgarnąć sobie nagrodę od przełożonych to nie omieszkam CAŁEJ POLSKI wyprowadzić z błędu występując w Telewizji, pisząc artykuły i posty jak na prawdę było w tej sprawie! Bo uważam, że takie przedstawienie tej sprawy jest dla wielu zaangażowanych w nią osób krzywdzące.

W tym Wielkim Poście, życzę całemu zespołowi prasowemu Gorzowskiej Policji i prokuratury WIĘCEJ POKORY!!! Z POWAŻANIEM

40 dni żeby naprawić kompas

Data wpisu: 01.03.2016 | Dodaj komentarz

Z ABU DHABI

Nasz Wielki Post podobny jest trochę do Ramadanu, w którym też chodzi o post, modlitwę i jałmużnę. Na tym podobieństwa się kończą. Z Wikipedii: Dziewiąty miesiąc kalendarza muzułmańskiego. Dla muzułmanów jest święty, gdyż w tym miesiącu rozpoczęło się objawianie Koranu – archanioł Gabriel (arab. Dżibril) ukazał się Mahometowi, przekazując kilka wersów przyszłej świętej księgi islamu. Co roku Ramadan cofa się w kalendarzu o jakieś 10 dni. Post to inaczej ochrona przed karą Allaha. 30-dniowy post obowiązujący wyznawców islamu ma na celu pomóc wiernym w odróżnieniu fałszu od prawdy. Podczas jego trwania należy pokutować, a w zamian doświadcza się odpuszczenia grzechów. Ci, którzy poszczą, wchodzą do raju z bramy „ar-Rajan” (gdzie raj ma 8 bram, piekło 7, a odległość między bramami wynosi 70 lat). Podczas trwania ramadanu od świtu do zmierzchu muzułmaninowi powyżej 10 roku życia nie wolno spożywać żadnych pokarmów, pić żadnych napojów, palić tytoniu, używać kosmetyków, uprawiać seksu. Można jedynie, gdy jest wysoka temperatura, przepłukać gardło wodą. Dużo czasu należy poświęcać modłom. W ramadanie muzułmanie zwykle spożywają dwa posiłki – iftar po zachodzie słońca oraz suhur przed świtem. Jednym z najważniejszych zasad postu jest obowiązek jałmużny. Jałmużna może być symboliczna, np. wystarczy przekazać drobną kwotę na cel społeczny, pomóc osobom starszym, samotnym matkom lub uchodźcom. Jeśli wierny podczas ramadanu dopuścił się umyślnego stosunku płciowego, musi on nadrobić ten dzień, jak również pokutować. Polega to na uwolnieniu niewolnika, a w przypadku braku takiej możliwości na pokucie przez kolejne dwa miesiące. Jeśli ponownie nie ma takiej możliwości, należy nakarmić 60 biednych ludzi. Jeżeli wierny nie ma możliwości zrealizowania ani jednej z trzech wymienionych pokut, nie ponosi on odpowiedzialności, gdyż nie jest w stanie jej ponieść, zgodnie z zasadą nie ma odpowiedzialności bez możliwości – wg islamu Allah nie wymaga od człowieka niczego więcej nad jego możliwości. Pokuta nie obowiązuje kobiet. Jeśli post złamie kobieta brzemienna albo karmiąca piersią, obawiająca się o stan zdrowia swój lub dziecka, za każdy odpuszczony dzień musi nakarmić jedną biedną osobę. Ta sama zasada dotyczy mężczyzn i kobiet w podeszłym wieku. Przestrzegania postu nie można praktycznie skontrolować – wg wierzeń stanowi on lekcję najszczerszego bezinteresownego poświęcenia dla zyskania łaski Allaha, który jako jedyny wie, czy wierny zachowuje post, czy też nie. 

Muzułmanom łatwiej pościć, bo zamykają wszystkie restauracje i kawiarnie do zmroku. W ciągu dnia można jeść i pić tylko w ukryciu. Nawet w samochodzie bez przyciemnionych szyb nie powinno się żuć gumy czy pokazywać z butelką wody mineralnej. Zdecydowanie wbrew chrześcijańskiej zasadzie, aby nie obnosić się ze swymi postami, tu widać poszczących, wymachujących ostentacyjnie sznurami koralików podobnymi do naszego różańca, nazywanymi subha, tasbih lub misbahaa. Ciekawe, że modlitwą jest już samo przesuwanie paciorków w palcach. Nawet państwo pokutnikom pomaga skracając godziny pracy o dwie. Nie warto w Ramadanie liczyć na jakiekolwiek zaangażowanie muzułmańskich pracowników w cokolwiek, bo oni poszczą, więc oczywistością jest, że nie mają siły i ochoty na nic. Lepiej załatwić więc wszystkie pilne sprawy przed Ramadanem. O zachodzie wybrzmiewa z głośników meczetów modlitwa i… hulaj dusza… postu nie ma! Jest za to kolorowy festiwal obżarstwa z muzyką i dziećmi snującymi się między stołami bufetowych restauracji jak ćmy do 4 nad ranem. Większość Emiratczyków podczas Ramadanu i tak przesypia czas od wschodu słońca do południa, skracając tym samym w dozwolony sposób doznania tego jakże dziwnego postu.  

kartki-wielkanoc-e-kartka-na-wielkanoc-305

BLOG 

Przyszło mi do głowy, że zamiast kartek z życzeniami Wielkanocnymi powinniśmy wysyłać sobie kartki z życzeniami Wielkopostnymi. Jeśli nie wiesz co to kartka świąteczna wstaw w zamian „sms” ;), bo pewnie każdy z nas otrzymał sms z życzeniami, a niekoniecznie wszyscy mieli przyjemność wyciągnąć ze skrzynki kartkę z barankiem, albo króliczkiem. Nawet skrzynek pocztowych, poza komputerem, niektórzy z nas już nie mają. Jak to dobrze, że jestem z tego pokolenia co jeszcze kartki okazjonalnie wysyłało. Moi rodzice do dziś kultywują tę piękną tradycję. Ja przerzuciłam się na telefon, bo i adresy ludziom zmieniają się teraz częściej niż numery telefonów,  a i poczta w Emiratach nie mam pojęcia jak funkcjonuje.

Dlaczego życzenia na Wielki Post? Bo to czy moja Wielkanoc będzie smaczna, pogodna i wesoła, moim zdaniem zależy właśnie od tych 40 poprzedzających ją dni. Do tej Wielkiej Nocy trzeba się przygotować jak chce się poczuć jej moc. Wysyłanie życzeń na samą Wielkanoc to taka trochę zawsze skucha i musztarda po obiedzie, bo z pustego to i Salomon nic nie naleje.

Wesołych, pogodnych, radosnych…. ale z czego tu się niby cieszyć? Niedziela jak każda inna, tylko znów narobić się trzeba było, nagotować, nasprzątać. Wydać znów więcej pieniędzy. Odwiedzić się musowo z rodziną. Hmmm… Co zrobić, żeby życzenia Wielkanocne w tym roku nie odbijały nam się po telefonach pustym echem, a w niedzielę nie najważniejsza była jedynie tegoroczna pogoda? Proponuję wysłać do każdego w tym roku życzenia Wielkopostne. Moje dla Ciebie brzmiałyby tak;

Ciekawych rekolekcji w Kościele, albo internecie, bo jak nie masz w Parafii nikogo, kto potrafi mówić, to można poszukać na youtube choćby Ojca Szustaka.

Oczyszczającej spowiedzi, która potrafi być najbardziej skuteczną i darmową terapią upiększającą i odmładzającą.

Owocnej jałmużny pod dowolną postacią. To może być przelew bankowy, dobre słowo, umycie okien sąsiadce, godzina rozmowy z kimś, dla kogo nikt nie ma już czasu, nakarmienie bezdomnego kota pod śmietnikiem.

Ograniczenia i postu w tym, w czym czujesz przesyt.

Czasu aby móc się zatrzymać. Spojrzeć w siebie, na około i w niebo.

Odwagi aby poszukać, usłyszeć, odkryć, poczuć Boga mocniej.

Otwartości i zgody na Jego działanie.

Ufności w Jego moc i Miłosierdzie.

Jak nam się spełnią takie życzenia, to jest szansa, że Wielkanoc będzie bardziej prawdziwa w tym roku i jest szansa na Zmartwychwstanie moje i Twoje w Jezusie Chrystusie, a żadne smsy przed święceniem jajek z absurdalnymi wierszykami nie będą potrzebne.

Ja traktuję Wielki Post jak inwestycję w siebie. 40 dni to w sam raz, żeby coś zmienić i zmianę utrzymać. Można dosłownie pościć i schudnąć. Oczyścić jelita, odciążyć wątrobę. Można się np. odłączyć. W sensie dosłownym od telewizora, albo chociaż wiadomości, internetu i naszych profili w wirtualnym świecie, od toksycznych znajomych. Co w zamian? Spacery na dworze, czytanie, odkładane od dawana na potem hobby czy kurs szydełkowania. Można się zaangażować wszędzie: na nowo, mocniej, na świeżo. W rodzinę, czas z dzieciakami, psa, samego siebie, zdrowie, naukę, marzenia, pracę. To może być uniwersalny naprawczy czas dla wszystkich. Może ktoś poczuje potrzebę odstawić się do warsztatu. Zrobić odkładane badania. Można zacząć terapię, jak coś tam nie działa. Zazwyczaj w głębi serca się wie co mamy popsute. Czasem będzie trzeba naprawić dzieciństwo, wymienić niektóre wartości, nauczyć się komunikacji od nowa. Czasem powalczyć o siebie i wolność, z jakimś wyjątkowo upierdliwym grzechem. To dobry czas, żeby teraz właśnie zacząć coś robić. Nie odkładajmy tego wiecznie na później, na jutro, na święta, na starość. Nierzadko dotyczy to spowiedzi, pojednania z Bogiem i Kościołem, ale też pojednania z ludźmi, a także zabrania się do nauki, napisania pracy, wypełnienia wszelkiego rodzaju zobowiązań, które, dopóki wiszą nad nami, wprowadzają w nasze życie zamęt, stres, chęć ucieczki, drażliwość, pretensje i obwinianie innych.

I wydawałoby się, że to wszystko wcale z Bogiem związane nie jest, a jednak. W każdym z powyższych przypadków powstanie w nas więcej przestrzeni, świadomości, skupienia i ciszy, a tu już o krok od spotkania lub doznania wiary. Jak spotkasz Boga? Nie wiem! Ale jestem pewna, że na pewno Go wtedy zauważysz. Założę się, że spotykasz Go codziennie, a nawet kilka razy dziennie jak masz aktywny tydzień na mieście, ubrudzony życiem lub wypielęgnowany, nieważne w jakiej kondycji. Nie widzisz Go po prostu. On zawsze idzie obok ciebie, jak najwierniejszy towarzysz, ale się nigdy nie narzuca i nigdy nie narzeka, że za szybko, za wolno, albo nie w tym kierunku co by chciał. Szanuje twoją wolność na tyle, że nigdy się pierwszy nie odezwie, jeśli ty nie zagadasz. Nigdy ciebie nie dotknie, jeśli ty pierwszy nie podasz Mu ręki. Jak nie chcesz to spoko, za twoją wolność umarł, za twoją wolność do grzechu też, a może przede wszystkim. Grzech to kompas, w którym wszystkie kierunki się ze sobą pomieszały. Nigdy nie dojdziesz do celu. Warsztat, który naprawia zepsute kompasy to konfesjonał.

„Mówią, że grzech jest podobny do choroby. Podobny jest i trochę niepodobny. Choroba zawsze, prędzej czy później, daje o sobie znać. Grzech raczej nie lubi, żeby go przypominać, i chce się z nami zżyć. Większy grzech czasem niepokoi, ale potem człowiek się uspokaja, asymiluje grzech i usprawiedliwia się. Każdy dobry lekarz ma ogonek pacjentów przez cały rok. Natomiast konfesjonał często jest pusty. W pierwszym wypadku czekamy na lekarza, w drugim — Bóg czeka na nas.” Cytat z pisma „W drodze”. W obu przypadkach efekt jest jednak ten sam. I choroba i grzech nie leczone powoli zabijają, ale co ciekawe, wiele chorób jest wynikiem związanych z grzechem stresu, słabości, uzależnienia, niemocy.

Po co w ogóle przygotowywać Święta, jeśli mamy rozregulowane kompasy? Jeśli przez życie idziemy sami, bez zauważania Boga, albo tam gdzie nam się tylko podoba? Jeśli nie zainwestowaliśmy nic w nasze osobiste zmartwychwstanie przez te 40 dni? To będzie kolejna nudnawa, wykwintna, leniwa niedziela z kolorowym jajeczkiem, wesołym króliczkiem i zakrapianym żurkiem.

Dla zaawansowanych wyższa szkoła jazdy.

Znalazłam u Dominikanów czytając o dobrym rachunku sumienia. Cytuję te fragmenty, które mnie szczególnie oświeciły.

„Rachunek sumienia chrześcijanina ma być rozmową z Panem Jezusem.

Czy nie zdradziłem Ciebie?

Czy nie opuściłem Ciebie w ciągu dnia?

Czy może myślałem o sobie, a nie o Tobie?

Nasz rachunek sumienia nie ma być spotkaniem z własnym sumieniem, ale spotkaniem z Jezusem. Mamy dostrzec przychodzącego Jezusa nawet w łasce, która pobudza nas do czynienia rachunku sumienia.”

Wow! Nie być w rachunku sumienia egoistą, bo nie chodzi o to co ja zrobiłem, lub nie, tylko o to co Ty o tym Jezu myślisz.

 „Jestem chrześcijaninem. Mam iść drogą Jezusa.

Czy potępiam?

Czy stale uskarżam się na ludzi, jacy to oni okropni, bo trzaskają drzwiami od windy, bo krzyczą ochrypłymi głosami? (a najgorsza ta tęga w kapeluszu!).

Czy nie narzekam na czasy, w których żyję, że takie nieludzkie, złowrogie, że kiedyś miałam długie włosy i gęstszą grzywkę i że za Piłsudskiego było lepiej?

Czy nie potępiam swego szefa, że albo za gorliwy, albo nic nie robi, jak trup z orderem, który już niczego nie wymyśli?

Czy nie za często powtarzam, że to, co się dobrze zaczyna, źle się kończy? Czasem przecież jest odwrotnie. Judasz dobrze zaczął, a źle skończył. Dobry łotr kiepsko zaczął, a umarł z wielkim, jasnym medalem.

Czy nie przesądzam sprawy?

Czy zbawiam?

Tylko Jezus sam zbawia, ale w wielkim cudzie zbawienia jest wiele ludzkich uroków. Jezus jest Bogiem, ale był i Człowiekiem.

Wtedy zbawiam, kiedy szukam czegoś dobrego w człowieku,

kiedy nie podejrzewam, wierzę w miłość, która się rozszerza i każe dostrzegać dobro,

kiedy modlę się za innych,

kiedy choruję przez solidarność z innymi i umieram z tymi, którzy umierają,

kiedy pragnę dobra dla drugich,

kiedy wierzę, nie tylko w dogmaty. Wierzyć — to trzymać za rękę Jezusa i ufać w to, że jeżeli nawet upadnę, wstanę, bo Jego się trzymam.”

Czy umacniam innych?

„Czy swoim życiem, sposobem bycia, słowem, życzliwością, towarzyszeniem umacniasz innych, dodajesz im odwagi, otuchy, nadziei, czy jest wręcz przeciwnie – może zatruwasz, osłabiasz, zniechęcasz?”

Czy nie wyznaję kultu fałszywej religii?

Może to być kult siebie samego, a dość łatwo to zdiagnozować po częstotliwości pojawiania się w myśleniu i w mowie różnych odmian „ja”: „moje”, „mi”, „dla mnie”, „moim zdaniem”.

Kult rozumu (to, co nie mieści mi się w głowie, nie potwierdzono nauką – nie istnieje),

kult akceptacji,

kult poprawności i „świętego spokoju”,

kult pracy,

kult internetu,

kult dobrego samopoczucia,

kult zdrowia,

kult pieniądza,

bycia „na czasie” i wiele podobnych.

http://dominikanie.pl/

Zostawiam was z tymi pytaniami. Dziś 1 marca. Przed nami jeszcze 25 dni przygotowań. Jeszcze nie jest za późno…

„Mów tak, żebym właśnie ja Ciebie słyszał…”

Data wpisu: 20.03.2016 | Dodaj komentarz

kkk

Za grube tematy zabieram się z mozołem. Wiem, że przynaglenie do napisania nie minie, ale staram się je odwlec jak najdalej się da. Ktoś rzucił „powinnaś napisać książkę”… Hmmm tylko że teraz się klika, nie pisze. Zaczęłam rozpytywać o czym by chcieli, żebym napisała. Napisz o nas, pokolenie 82! O naszych domach, o tym jak każdy gdzieś jakoś został skrzywdzony. Aneta z domu, w którym się piło… bo wszyscy pili. Michalina z domu, w którym ciągle chorowała z desperacji by zwrócić na siebie uwagę. Julka z domu gdzie nie była bita… Była tylko na okrągło wyzywana. I ja z domu, w którym się nie mówiło tylko krzyczało. Tylko nie pisz o nas. Bo wychodzimy na taką patologię, a przecież nasz dom, nie był wcale najgorszy z bloku. Dobrze, nie napiszę. Niech będzie Kowalski, nawet z jednym chodziłam do podstawówki, ale u niego wiem, że też tak było.

Rodzice uczą dzieci języka komunikacji. Dla mnie najważniejszego narzędzia społecznego. Mogę nie lubić się przytulać, ale mówić muszę. Muszę załatwiać codziennie setki spraw. Wyrażać płynnie swoje emocje. Artykułować je. Zgadzać się lub nie zgadzać. Korzystać z języka okazując sympatię lub brak zainteresowania. Funkcjonować w społeczeństwie. U nich w domu były krzyki, wyzwiska i przekleństwa. Tłumaczenie nie działało jakoś na spokojnie. Krzykiem wszystko można było załatwić, wymusić. Dzieciaki uczyły się „krzyczącego” od rodziców mówiących „krzyczącym”, których ktoś „krzyczącego” nauczył, więc oceniać tego nie można. Agresja słowna nie funkcjonowała wtedy jeszcze w podręczniku niewłaściwego przysposabiania do życia w społeczeństwie. Dopiero nieśmiało ktoś, gdzieś, za górami za lasami, wspominał o karach cielesnych… Bicie to jest jak dziecko wiozą do szpitala, a jak nie wiozą, to nie jest bicie. To też nasz rocznik 82 i pewnie wiele innych.

Nigdy nie rozumiałam dlaczego za ścianą może być tak cicho, a u Kowalskich zawsze awantury. Na trzeźwo. Pomiędzy dziećmi a rodzicami najczęściej. Za ścianą mówili „spokojnym” i jakoś dało się wychować dzieci na porządnych ludzi. Kowalscy powiedzieliby, że dzieci urodziły się tamtym zza ściany jakieś lepsze. A może już miały wgrany „spokojny” w stopniu komunikatywnym? Nie. To rodzice uczą dzieci języka. I ten język może być pełen agresji, negatywnych emocji, gniewu, ubliżania w stosunku do innych, ale też do samych siebie. Potem zaczyna się posyłanie pociech na angielski, francuski, fiński, ostatni krzyk mody, i dzieciak już mówi „krzyczącym” w wielu dialektach. Wychodzi z domu do świata, no i zdziwko, bo generalnie świat nie akceptuje ludzi krzyczących z agresją. Spróbuj tak załatwić konflikt z szefem, bilety na mecz siatkarzy, kolejkę u specjalisty. Raz, drugi, trzeci zostajesz bez niczego i nikogo i …milkniesz po prostu. Słabsi zaczynają płakać z bezsilności. Mocniejsi zaczynają grać kogoś kim nie są, mówiąc niezrozumiałym dla siebie językiem spokoju. Popełnią masę błędów podczas nauki. Proces będzie długi i bolesny. Najwytrwalsi dostaną certyfikat międzynarodowy, po którym uwierzą, że swoje dzieci będą potrafili już nauczyć innego języka. Powodzenia! Ci, którym się nie udało pozostaną społecznymi, rodzinnymi, związkowymi, karierowymi terrorystami. Tylko naprawdę nielicznym uda się w rodzinnym domu nie wracać już do „krzyczącego”. Pomimo, że mówię dwoma innymi językami, „krzyczący” jest nadal językiem mojej podświadomości. Jest tak głęboko wykuty w jej tablice, że nie potrafię przetłumaczyć go na nic innego w momentach frustracji, rozczarowania, gniewu. Układam w głowie odpowiedź po „spokojnemu”, pamiętając o nowo-nabytej kulturze wypowiedzi, otwieram usta i krzyczę, mówię chamsko, agresywnie, wyniośle, obraźliwie, a potem płaczę… Tak bardzo wtedy siebie nie lubię. Nikt mnie nie nauczył radzenia sobie ze złością, emocjami, konfliktem w inny sposób, w innym języku. Sama musiałam się przeprogramować. Po drodze płacąc cenę wielu życiowych porażek za nieprzystosowanie do normalności. Nie chcę wracać do takiej siebie, a jednak wciąż odzywa się we mnie ta nieprawidłowość.

Nie dość, że mąż nie mówi po polsku, to jeszcze nie mówi po „krzyczącemu”. Ma ogromne pokłady cierpliwości i wyrozumiałości do moich skrzywionych umiejętności komunikacyjnych. Słucham siebie i myślę: jak Ty chłopie, oazo opanowania, ze mną wytrzymujesz? I jakim cudem ja mam w ogóle jakichś przyjaciół? Najgorsze są jednak powroty do tych naszych domów rodzinnych. Tam często rodzice, rodzeństwo oczekują od nas zmiany. Nie chcę oceniać na ile sami przepracowali tematy ’82. Czasem odklejanie się od dawnych mechanizmów zajmuje całe życie. Chcemy żeby nasze domy były inne od tych, w jakich sami dorastaliśmy, a potem okazuje się, że brakuje nam właściwych umiejętności, że ciągle za mocno tkwimy w odziedziczonych nawykach. Posłuchajcie więc jak mówią Wasze dzieci. Duża szansa, że mówią po prostu waszym językiem…

dziecko-krzyk

Kim nie chcesz być?

Data wpisu: 17.04.2016 | Dodaj komentarz

B8fYTvVCMAMDIqV

Mogłabym włączyć TV, bo mam już zmęczoną głowę do pisania, ale od jutra znów kołowrotek spraw do załatwienia przez cały ostatni tydzień w Polsce, więc żeby nie zapomnieć emocji lepiej od razu je przelać do komputera.

Modliłam się o rozeznanie, co dalej robić. No i eureka, bo można dostać szansę też w drugą stronę i rozeznać co robić już nie trzeba. Trenowałam kiedyś lekką atletykę przez wiele lat. Nie osiągnęłam nic spektakularnego w swoim mniemaniu i mniemaniu jeszcze kilku innych osób, które dawały sobie prawo komentować. Został we mnie niedosyt i poczucie straty ponad dziesięciu lat życia, bo lekka odeszła. Od czasu do czasu tylko odzywała się w głowie wyrzutem. Tyle mi poświęciłaś i nic z tego nie pozostało. Chociaż mam jeszcze twarde mięśnie pod warstwą nowego tłuszczu, których podobno chirurgowi nie było łatwo przebić, gdy robił mi laparoskopię. Kiedy słyszałam głos wyrzutu, to zrywała mi się w głowie myśl, żeby wrócić, żeby zacząć działać. Takie myśli potrafią totalnie rozwalać wszelkie inne plany zawodowe. Dlatego czasem warto sprawdzić, czy tam mamy iść? I to jest ogromna łaska, gdy mamy taką szansę. Ja właśnie za nią dziękuję. Już wiem, już mogłam sprawdzić i w końcu domknąć wiecznie uchylone drzwi, przez które wiał mi w życiu przeciąg.

Wczoraj wróciłam z obozu sportowego, na którym przez cały tydzień byłam trenerką skoków i rzutów. Do tego postanowiłam poprowadzić jeszcze trening mentalny na wieczornych spotkaniach, którego mi zawsze w Polsce na zgrupowaniach kadrowych bardzo brakowało. Po prostu chciałam dać zawodnikom full pakiet. I takowy ode mnie dostali. Zasypiałam nieprzytomna prawie każdego dnia. Dwa razy po kilka godzin na świeżym powietrzu, bez względu na deszcz czy słońce, którego mieliśmy niewiele i do tego jeszcze moja odnowiona kontuzja kolana. Maksymalne skoncentrowanie na dużej grupie non-stop, bo w lekkiej ważny jest każdy detal. Może do tego człowiek mógłby jeszcze przywyknąć, ale ja pewno nie radziłabym sobie z nowym gatunkiem ludzi w wieku 16-18 lat. Totalny zlew, arogancja kipiąca z nosa. Na dłuższą metę zabiłabym samym wzrokiem dezaprobaty, wywaliła na pastwisko całą hołotę, ale w Polsce kluby, zamiast kilku najlepszych zawodników, żeby się utrzymać z dotacji państwowych, muszą trzymać całe stado różnych młodych osobników. Nie każdy miał puste ego, ale ja zupełnie nie zakumałam ignorancji, chamstwa i buractwa u niektórych. Po co im długie tipsy na rzucie oszczepem, szminki i wymalowane oczy, przekleństwa w piosenkach takie, że się skóra jeży, ściemnianie, że niby jest talent? Czasy się zmieniają. Najbardziej to widać po młodzieży. Obojętni, niezainteresowani, znudzeni, leniwi, nastawieni na branie, wszystko dla nich. Nakarmieni reklamami, youtubem, agresywnym hiphopem. Nieobecni tu, obecni na facebooku. Na szczęście nie wszyscy! Było z kim i dla kogo ciężko pracować. Suma summarum, nawet gdyby była tam tylko jedna, jedyna osoba, której ten obóz jakoś pomoże, to pojechałabym na niego ponownie i wiem, że było warto. Ale nie zdawałam sobie sprawy jakie to trenowanie jest monotonne. Ciągle trzeba powtarzać to samo. Biodra do przodu, wyżej kolana. Ćwiczenia tłuczemy do perfekcji, czasem setki, tysiące razy to samo. Trzeba być skoncentrowanym, żeby móc wyłapywać i pomagać poprawiać niuanse. Bez słowa dziękuję, bez gwarancji, że jutro delikwent nie zrezygnuje. Do bycia trenerem trzeba mieć powołanie tak samo jak do bycia prawdziwym sportowcem. Trzeba mieć przede wszystkim odpowiednią osobowość, ogromną tolerancję i pokłady wyrozumiałości, których ja niestety jeszcze nie mam. Fajnie, że na koniec był jednak ten gest wdzięczności, bo to oznacza, że ani ja ani oni nie zmarnowaliśmy tego tygodnia i wszyscy coś się może nauczyliśmy. Zdecydowanie jednak wolę projektować wnętrza. Dziś wręcz już uwielbiam to robić. Już tylko tego i niczego innego do zawodowego szczęścia mi nie potrzeba. Co chwilę robię nowy projekt. Każdy jest świeży, niepowtarzalny, wyjątkowy. Spotykam różnych ludzi, korzystam z najróżniejszych materiałów, produktów, sklepów. Ciągle mam nowe pomysły, chcę się rozwijać. Mam gęsią skórkę na myśl o przyszłości Comfort Zone. I chyba właśnie o to w życiu chodzi. Uczepiłam się kiedyś myśli, wbitej przez innych do głowy, że zaprzepaściłam swój sportowy talent, warunki fizyczne, przyszłość. Co za bzdura. Dziękuję Bogu, że dał mi tak wspaniały prezent, że mogłam pojechać na ten obóz, który spadł mi po prostu jak z nieba. Przekonałam się, ile zawdzięczam lekkiej atletyce. Nauczyła mnie swoich dyscyplin ze szczegółami, nauczyła ciężkiej pracy za friko, obdarzyła odwagą i pewnością siebie, pokazała jak pokonywać przeszkody i słabości. Otworzyła mi świat, bo się go nie obawiałam, podarowała wiele możliwości, a ponad wszystko ułatwiła mi start… nie ten na Olimpiadzie…. ten o wiele ważniejszy, w dorosłość uczciwą, pracowitą, ambitną, szlachetną. Ona nigdy się nie skończy, bo płynie mi na zawsze już w żyłach. Wypełnia podświadomość. To, co w niej najpiękniejsze towarzyszy mi na codzień. I wcale nie muszę być na obozie, czy pracować w klubie sportowym, tak jak wcześniej nie musiałam zdobyć choćby Mistrzostwa Polski, żeby do końca moich dni czuć się spełnionym sportowcem. Jeszcze bardziej podziwiam dziś wszystkich dobrych trenerów. Na prawdę tu też ogromnie wiele potrzeba, żeby być w tym wybitnym. Jestem taka dziś spokojna i szczęśliwa, bo idę właściwą drogą. A Bóg pozwolił mi rozeznać kim być nie chcę i czym nie muszę już sobie dalej zawracać głowy. Mam wnętrza i pisanie. Można by nawet dwoje tym obdarować. Nie ma takiej opcji, że nie ma się niczego. Zawsze coś mamy w sobie. Powołanie i przeznaczenie. Trzeba je tylko dobrze rozeznać.

A na deser polecam pół żartem, pół serio 🙂

„www.emigrantka.com.pl LIVE”

Data wpisu: 20.03.2016 | Dodaj komentarz

Przebrnęłam przez wszystkie, ponad 100 wpisów na moim blogu. To było jak podróż wehikułem czasu. Czytać czyjegoś bloga jest łatwiej niż własnego. Mój ma charakter pamiętnikarski i często piszę nie tylko o tym, co jest miło i łatwo wspominać. Poukładałam wszystkie wpisy w siedemnaście kategorii, ale żeby to zrobić musiałam się w nie ponownie zagłębić. Wyszła z tego niezła miłosna, zawodowa i rodzinna mapa moich ostatnich sześciu lat. Sześć jak szóstka w totka. Kilka razy czuję, że zgarniałam w życiu największe wygrane. Nie te pieniężne, ale o wiele ważniejsze. Nasunęło mi się spostrzeżenie, że nie piszę już o miłości. Wygląda na to, że o miłości więcej się pisze jak jej nie ma, a jak jest to po prostu się nią żyje. W kilku tematach nadal nic się nie zmienia.
Jestem wdzięczna za możliwość życia w Emiratach Arabskich.
Wyremontowałam dom swojego dzieciństwa. Ocaliłam go od ruiny i przywróciłam do życia.
Wyszłam w końcu za mąż nie za architekta, nie za rozwodnika, nie za czarnego olimpijczyka, nie za muzyka, tylko po prostu za najwspanialszego faceta na świecie.
Odważyłam się w wieku 30 lat zostawić karierę i zająć się zawodowo projektowaniem wnętrz, co sprawiło, że zarabiam swoją pasją, a do tego nadal piszę.
Zmieniłam totalnie podejście do zdrowia przechodząc na ekologię, dietę paleo i holistyczne patrzenie na wszystko.
Zaczęłam wierzyć w Boga świadomiej, dojrzalej, głębiej i piękniej.
Pogodziłam się z przeszłością, samą sobą i światem, zrozumiałam bardziej siebie i jestem szczęśliwa.
No i jest szóstka, o którą mi w życiu zawsze chodziło!
Przyszedł, więc znów czas na zmiany, a raczej na kolejny etap. Za chwilę moje 34 urodziny. Kolejna, już szósta rocznica pierwszego wpisu na blogu. Długo myślałam o tym, jaki prezent dać sobie w tym roku, bo co roku sama siebie w lipcu z miłością czymś obdarowuję. Ponad 100 wpisów to dla mnie już sporo. Kto je przeczytał? Kto jeszcze je odkryje? Co z nimi zrobić?
Chyba już dorosłam do decyzji, żeby się usamodzielnić. Pozbierałam wszystko, przeczytałam od deski do deski ten pamiętnik dziewczyny z Polski mieszkającej „na pustyni”. Pamiętnik Emigrantki.
W tym miejscu piszę już po raz ostatni, bo obudziła się we mnie nowa ja, która chce pisać jeszcze lepiej i jeszcze więcej. U siebie, w bardzo osobistym formacie, w swojej przestrzeni. Zapraszam Was serdecznie do swojego domu, osobistego adresu. www.emigrantka.com.pl Tu jestem i będę. Emigrantka, bo taki mam status. COM, bo jestem obywatelką świata. PL, bo nigdy nie zrezygnuję z Polski. Może kiedyś napiszę książkę, a może do końca życia będę pisała tylko tego bloga. Nie ważne, bo wszystko, co się stanie i wydarzy będzie tak jak być powinno. Wierzę, że od poczęcia jestem w dobrych rękach, że Pan Bóg mnie prowadzi zawsze ku lepszemu. Zawsze Mu ufałam bezgranicznie. Widzę to teraz wyraźnie i wiem, że to On mnie podniósł z każdego upadku i przyprowadził w to miejsce, w którym teraz stoję.
Ostatni wpis tu jest za razem „pierwszym” wpisem pod nowym adresem. Tym samym spełniło się moje kolejne marzenie, bo nowy blog ma formę internetowej książki, którą każdy może zacząć czytać od początku i towarzyszyć mi na emigracji nadal. Dziękuję każdemu, dla kogo moje pisanie jest cokolwiek warte. Pomysł na utrzymanie więzi z garstką przyjaciół i rodziny, ciekawych egzotycznego, arabskiego świata, pozostawionych przeze mnie tysiące mil w oddali, zamienił się w prawdziwą radość, pasję i wehikuł czasu z biletem w obie strony dla tysięcy czytelników, którzy podarowali mi cząstkę swojego czasu i zainteresowania.
W tym roku oprócz tej wspaniałej książki, którą napisało moje życie zostałam na urodziny obdarowana czymś jeszcze, ale o tym odważę się pisać dopiero za kilka miesięcy. Życie wjechało na nowe tory. Tu można przebukować bilet do nowszego, wygodniejszego, szybszego pociągu. Zapraszam serdecznie do swojego przedziału www.emigrantka.com.pl

Data wpisu: |

„Logicznie o Aborcji”

Data wpisu: 28.09.2016 | Dodaj komentarz

Od kilku dni nie cichnie burza rozpętana nad ustawą antyaborcyjną. Facebook eksploduje komentarzami, opiniami i wypowiedziami ludzi „broniących” prawa kobiet do decydowania O SOBIE! Część z nich włączając dużą rzeszę moich znajomych to katolicy, ale świadomie pozostawiam tym razem rozważania religijne z boku, bo sprawa nie dotyczy, jakby się mogło wydawać, tylko sumienia. Z własnym sumieniem ci ludzie będą musieli sobie poradzić sami.

Czytałam te wszystkie posty i artykuły O OCHRONIE KOBIET  i zadawałam ich autorom te same pytania, ale niestety nikt ze zwolenników aborcji nie był w stanie podjąć ze mną merytorycznej dyskusji, a ja naprawdę chciałabym dostać sensowne kontrargumenty, żeby móc lepiej zrozumieć ten problem.

Przechodzę więc od razu do sedna nie zagłębiając się w niczyją wiarę i techniczną stronę tych zabiegów, bo to sprawy względne. Mnie interesuje tym razem bardziej logika i to ona powinna być sednem tego tematu, a niestety nie wiele odnajduję logiki w tej medialnej dyskusji. Chciałabym nam wszystkim pozostawić do rozważenia poniższe kwestie, na podstawie których uważam, że aborcja jest przede wszystkim bardzo nielogiczna. Etyka, wiara, przekonania, to sprawy indywidualne…

  1. SKĄD TEN CZŁOWIEK?

Czy jesteś w stanie sam z siebie, tak po prostu stworzyć drugiego człowieka? Nie jesteś. Sama kobieta nie da na pewno rady. Nawet jak masz partnera, marzysz o potomstwie i aktywnie prokreujesz, to bywają nawet zupełnie zdrowe pary, bez żadnych medycznie stwierdzonych problemów, które dzieci nie mają. Masa zabiegów in vitro też kończy się klapą. Na odwrót też jakoś nie potrafimy być zawsze skuteczni. Nie chcesz mieć dziecka, robisz wszystko co możesz, żeby nie zaciążyć, albo jesteście bezpłodni, a tu nagle bach. I życie powstaje wbrew ludzkiej woli.

A więc to nie ty masz moc sprawczą powoływania do życia. Coś lub ktoś o tym decyduje poza tobą.

Skoro nie jesteśmy w stanie powoływać do życia, bo zawsze potrzebny jest jeszcze ten „niezbadany” pierwiastek poza plemnikiem i komórką, to dlaczego chcemy dać sobie prawo, żeby zabijać?

Wniosek 1 NIE POTRAFIMY DECYDOWAĆ O POCZĘCIU – NIE MOŻEMY DECYDOWAĆ O ŚMIERCI.

  1. KIEDY CZŁOWIEK?

Zostawmy na boku rozważania biologiczne, bo to co nas odróżnia od innych istot to nasza duchowość. Wewnętrzne ja. Coś absolutnie wyjątkowego na tym świecie. W związku z tym mam pytanie. W którym momencie ciału przydzielana jest dusza? Tydzień po zapłodnieniu? Miesiąc? W dniu urodzin? Po zdmuchnięciu dwóch świeczek na torcie? Pomimo najnowszych badań stwierdzających, że płód w łonie bardzo wcześnie zaczyna np. śnić, nikt nie jest w stanie podać potwierdzonej naukowo odpowiedzi więc nie będę się upierać przy swoim przekonaniu, że duszę posiada człowiek od pierwszej sekundy poczęcia. Ale nikt nie zaprzeczy, że ją mamy. Właśnie ten fakt odróżnia nas od komputerów. Jadąc automatycznym autem (a takie już jeżdżą po Dubaju) bez kierowcy w chwili wypadku, kiedy naprzeciw jedzie ciężarówka a chodnikiem idzie dziecko, komputer obliczy w ułamku sekundy manewr dający większą szansę przeżycia pasażerowi. W tej samej sytuacji kierowca w przeciwieństwie do komputera, krowy czy psa będzie zdawał sobie sprawę z konsekwencji zabicia dziecka.

A więc kiedy duchowość, ten ponad intelektualny wymiar naszego człowieczeństwa jest nam przyznawany czy uruchamiany? Zabijając ciało płodu, przerywamy również egzystencję jego duszy. Pierwiastka, który odróżnia nas od zwierząt. Skoro zygota dla niektórych nie jest jeszcze człowiekiem, to dusza każdego płodu jest pierwszym pierwiastkiem tego człowieczeństwa. Rodzą się dzieci bez rąk, żołądków, z innymi wadami, ale nigdy nie było przypadku, żeby stwierdzono urodzenie dziecka bez duszy….

Wniosek 2 CZŁOWIEK TO NIE TYLKO CIAŁO ALE I DUSZA. KAŻDY PŁÓD POSIADA DUSZĘ, KTÓRA MA PRAWO DO ISTNIENIA.

  1. DO KOGO NALEŻY TEN CZŁOWIEK?

Słyszę na około TO MOJE CIAŁO. Chwileczkę, o którym ciele tu mowa? Twoja jest macica, piersi, żołądek. Ale ciało płodu to przecież nie jest już Twoje ciało. Jest to odrębny byt, z częścią DNA ojca i DNA niezależnym należącym tylko i wyłącznie do tej odrębnej istoty.  Ten mikroskopijny skrawek tkanki i komórek nie jest też przecież twoją własnością. Jest odrębną istotą, którą coś powołało do życia na ziemi, poza twoją decyzyjnością. Nie ty, nie akt miłosny, bo to nie wystarczy jak pisałam powyżej.

Generalnie istota ludzka jeśli nie jest niewolnikiem to nie należy do nikogo, tylko do samej siebie od pierwszych chwil poczęcia. Po urodzeniu nie ma tak naprawdę znaczenia, kto się nią zaopiekuje. Może to zrobić ktokolwiek, żeby płód dalej żył.

A więc oczywiście możesz decydować o SWOIM CIELE. Swoim, i tylko swoim. Możesz zadecydować o diecie, powiększeniu sobie piersi, tatuażach i kolczykach, ale w momencie kiedy powstaje w tobie oddzielny byt i osobne ciało drugiego człowieka to niestety, nie jest ono twoje. Nie bez powodu zygota określana jest w pierwszych tygodniach jako ciało obce, które organizm będzie się starał samoistnie usunąć, co często kończy się bardzo wczesnymi, samoistnymi poronieniami.  Również po urodzeniu tego płodu, nie należy on do Ciebie, tylko jest oddzielnym bytem osobowym. Może być ci odebrany, lub dobrowolnie oddany komuś innemu jeśli go nie chcesz, lub wychowywać nie możesz. Po urodzeniu prawo zakazuje okaleczania dzieci w jakikolwiek sposób. Nawet jako rodzic nie możesz zrobić ze swoim dzieckiem wszystkiego co ci się rzewnie podoba, tak jak z samochodem na przykład, który jest twoją własnością. A przecież żywe dziecko może domagać się jedzenia i tlenu od ciebie, może zachorować  tak samo w brzuchu jak i w domu,  ale żadne prawo nie zezwala go zabić kiedy je, oddycha i choruje już w domu.

Wniosek 3. CIAŁO PŁODU JAK I JEGO DUSZA NIE NALEŻĄ DO MATKI. PŁÓD TO ODRĘBNY CZŁOWIEK.

  1. GWAŁT NA DZIEWCZYNCE

W naszym kraju nie ma kary śmierci dla nikogo. Żadnego człowieka nie można iść i zabić. Dlaczego nie można? Przyjmijmy, że po Polsce grasuje nieuchwytny seryjny gwałciciel małych dziewczynek, dokonał 50 gwałtów. Niektóre z nich zakończyły się poczęciem dziecka. Straszna trauma dla całej rodziny. Dlaczego rodzice tych dzieci po złapaniu gwałciciela nie mogą go zabić? Jak go zabiją to pójdą siedzieć. Dlaczego prawo chroni go przed taką mogłoby się wydawać w pełni zasłużoną śmiercią? Bo chroni życie każdego obywatela, każdego człowieka w tym samym zakresie. Nie można zabić w tym kraju ani gwałciciela, ani złodzieja, ani Prezydenta, ani babci, ani nikogo innego. Dlaczego więc ten gwałciciel jest prawnie chroniony przez państwo, w którym żyje, a dziecku poczętemu w wyniku gwałtu to samo Państwo to prawo i ochronę ma odebrać. Czy dziecko jest winne temu, że zostało poczęte tak a nie inaczej? Nie jest niczemu winne. Dlaczego więc ma zapłacić za czyn gwałciciela największą karę śmierci?  Dlaczego gwałciciel ma prawo do życia, a to dziecko nie? To jest najważniejszy aspekt tych kuriozalnych dywagacji na temat gwałtów. Mamy prawo zabijać kogo uważamy za stosowne, albo nie mamy prawa zabijać  nikogo. I te płody w brzuchach zgwałconych dziewczynek mają takie samo prawo żyć jak ten gwałciciel.

Jeśli chodzi o argumenty z rodzinną i osobistą dziecinną traumą na całe życie, to jeśli system opieki i pomocy działałby dobrze udawałoby się skuteczniej pomagać takim rodzinom i tym dziewczynkom, bo przecież zabieg aborcyjny nie dokonuje resetu pamięci ofiarom przemocy, dokłada jedynie do kolekcji kolejne mocne, jeśli nie chcemy używać słowa „traumatyczne”, przeżycie.

To trochę tak jakby w sytuacji wypadku samochodowego, w którym dziecko przyczyniło się do śmierci obojga rodziców, bo było nieznośnie, domagało się uwagi i odciągnęło uwagę kierowcy na sekundę od drogi, dobić je na miejscu w akcie pomocy, bo na pewno nie udźwignie poczucia winy i traumy do końca życia. Przecież w innych najtragiczniejszych życiowych sytuacjach nie postępujemy w ten sposób. Nie zabijamy nikogo, a przecież można by na przykład mieć pozwolenie na odstrzał najmłodszej trójki w 8 osobowej rodzinie, żeby reszcie żyło się łatwiej. Wkraczają instytucje, stowarzyszenia, fundacje, które pomagają. To żeby pomagały dobrze i skutecznie jest w naszych rękach.

Wniosek 4 JEŚLI PAŃSTWO CHRONI PRAWO DO ŻYCIA KAŻDEGO CZŁOWIEKA, NAWET SERYJNEGO GWAŁCICIELA DZIEWCZYNEK TO I ŻYCIE KAŻDEGO DZIECKA W ŁONIE TEŻ MUSI CHRONIĆ.

  1. MAM CHORE DZIECKO, NIE DAJĘ SOBIE RADY.

Nie mamy prawa decydować o śmierci nawet w sytuacjach kiedy nie rozumiemy po co są nam trudności, cierpienie, ból, choroba, po co to dziecko. Nawet wtedy kiedy nie umiemy akceptować tych gorszych prezentów od losu. To, że nie mamy na jakiś temat wystarczającej wiedzy i pojęcia nadal nie daje nam prawa, żeby niszczyć. Przecież na wiele innych pytań nie jesteśmy w stanie sobie odpowiedzieć. Wielu życiowych sytuacji nie jesteśmy w stanie pojąć i zrozumieć naszym ludzkim rozumem, wydaje nam się, że nie jesteśmy w stanie ich ogarnąć, a nikogo innego nie chcemy na razie zabijać. Ani sparaliżowanego męża, ani dziecka po ciężkim wypadku, ani tego co urodziło się z bardzo ciężką wadą, której nie wykryto wcześniej. Chodzi tylko o prawo zabijania tych w brzuchu. Dlaczego? Co za różnica jeśli dziecko sprawia mi trudność i zaczyna chorować już po porodzie? Dlaczego wtedy nie mam prawa jako matka podać mu trucizny lub poprosić o to specjalną pielęgniarkę na przykład?

Wszystko w życiu dzieje się po coś. Te bardzo chore płody są powołane do istnienia też po coś. A skoro zostały powołane, to mają prawo do życia, tak samo jak inne, a kiedy ich powołanie się wypełni odejdą w naturalny sposób. Każdy organizm ludzki ma duszę, chore płody też.

Ubolewam bardzo nad historiami matek, które zdecydowały się urodzić chore dzieci, a którym teraz nikt nie pomaga. Ale czy wada systemu społecznego, państwowego czy kościelnego wystarczy, żeby akceptować zabijanie jako rozwiązanie problemu? NIE! Trzeba zmienić system. Naprawiać go i ulepszać. Trzeba stać się społeczeństwem chętnym do pomagania i wspierania siebie nawzajem, bo nadal będą wokół nas bardzo chore dzieci i bardzo potrzebujące pomocy rodziny. Aborcja nie rozwiąże problemu niesprawnego systemu pomocy i opieki. Ten sam problem dotyczy, każdej innej bardzo ciężkiej sytuacji życiowej. Czy to niespodziewanego wypadku, czy poważnej choroby nie tylko u dzieci, ale i dorosłych członków naszych rodzin. Jeśli będę mieć prawo zabić dziecko, które medycyna zakwalifikowała jako chore, to dlaczego nie będę mogła zabić matki, która jest w terminalnym stadium raka, bardzo cierpi i jej egzystencja jest naprawdę nikomu już nie potrzebna? Zamiast dawać takie prawo, nie lepiej, żeby walczyć z państwem o właściwą pomoc i system wsparcia dla wszystkich potrzebujących?

Wniosek 5. ZAMIAST ZABIJAĆ TYCH CO POTRZEBUJĄ POMOCY LEPIEJ WALCZMY O ULEPSZANIE SYSTEMÓW POMOCY I WSPARCIA.

Pozostaje mi jeszcze jeden, chyba najmocniejszy logiczny argument. Ostatecznie zawsze, w każdej z powyższych sytuacji niechciane dziecko można oddać.

Czuję się wyczerpana. Z logicznego punktu widzenia nie znajduję argumentów na poparcie aborcji. Ten czyn w każdym powyższym podpunkcie wydaje mi się aktem czystego egoizmu i otwarciem drzwi dla podziałów ludzi na mniej lub bardziej zdolnych i potrzebnych nam do życia, zaczynając od dzieci nienarodzonych, a kończąc… nie wiem w jakim momencie. Jeśli człowiek ma mieć prawo do życia, to niech to prawo będzie obowiązywać od pierwszej chwili jego poczęcia, albo niech nie obowiązuje wcale.

Data wpisu: |