×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Festival Filmowy

Data wpisu:

25.10.2011

| Dodaj komentarz

Coraz dłuższa droga do bloga : ) a szkoda, bo tyle się dzieje! W pracy niebawem będę świętować pierwszą rocznicę. Nie wiem, kiedy upłynął rok. Z 365 dni, może 10 było nudnych czy leniwych. Nie będę się powtarzać, że kocham to, co robię tak naprawdę i w każdym aspekcie pierwszy raz w życiu. Nie będę się powtarzać, że nadal chcę być Brand Managerem za tym samym biurkiem, bo pomimo kilku sukcesów wiele jeszcze chcę się nauczyć. Dziś, po 3 dniach konferencji poświęconej sprzedaży dostałam propozycję wystąpienia za rok z własną prezentacją na temat oczekiwań konsumentów. Fajnie, zawsze chciałam występować na scenie hahaha. To może być mój dalszy kierunek rozwoju. Dzielenie się z innymi wiedzą i doświadczeniem w tym, co robię najlepiej od 19-stego roku życia, nie licząc wystąpień na targu z jabłkami, jagodami, słonecznikiem, śliwkami i kukurydzą w sezonach wakacyjnych przed maturą. Dziś, gdy chowałam wizytówkę organizatora, po raz pierwszy tak prawdziwie poczułam zadowolenie, że pomimo 3 zwolnień dyscyplinarnych za niedostosowanie, nie zrezygnowałam z pracy w sklepie. Pracy, która kiedyś wydawała mi się jedynie zajęciem czasowym, dorobkiem na studia, łatwym kawałkiem marnego chleba. Pamiętam jak intensywnie szukałam innej drogi. Przez zarządzanie barem w „Stodole”, sekretariatem w telewizji, zakładem tokarskim przez moment, aż w końcu lądując w londyńskim Harrodsie. Z Harrodsa do Harvey Nichols. Z Harvey Nichols do Bloomingdales. Z Bloomingdales do biura, a z biura (miejmy nadzieję) na półki księgarni : ))) „Jak sprzedać siebie – sobie” Ile razy intuicja podpowiada nam w czym jesteśmy dobrzy? Ile razy los podsuwa właściwe okoliczności? Ile razy inni namawiają – spróbuj? Ile razy słyszymy wewnętrzny głos, doskonale znający nasze powołanie? A jak często i ciężko kombinujemy? Bo brak odwagi, pewności, bo tak będzie lepiej, bo spełnimy czyjeś oczekiwania, czyjeś marzenia. Ja nie zdobyłam upragnionych medali, bo łatwiej było sprzeciwić się sercu chcącemu skakać, niż trenerowi zmuszającemu do 7-boju. Ile jest matek, które nie chciały mieć dzieci? Ile lekarzy, którym rodzice lekarze nie dali wyboru? Ilu pracowników, którzy mogliby być pracodawcami? Ilu krawców, którzy powinni być kreatorami? Ilu kreatorów mody, którzy nie powinni być nawet krawcami? Ile książek, wierszy i piosenek na dnie szuflad? A czy kiedyś ktoś widział kota szczekającego jak pies, słonia skaczącego jak kangur, truskawki dojrzewające na czereśni? Przyroda nie kombinuje i nie przeciwstawia się powołaniu. Pewnie większość powie, że nie każdy ma tyle szczęścia, żeby odkryć swój talent i jeszcze dostać od losu szansę na jego realizację. I ci, co tak myślą pewnie nigdy tego nie doświadczą, bo wszystko ukryte jest w naszym przekonaniu. Nie jestem ekspertem od życia. Nie prowadziłam badań statystycznych, ale wiem, że kiedy dokonywałam wyborów zgodnych z własnym sercem ono nigdy mnie nie zawiodło, a kiedy walczyłam z samą sobą by pójść w odwrotnym kierunku, zawsze kończyło się to życiową kontuzją. Tam coś jest. Jakaś potężna energia, która odbija od nas lustrem nasze myśli, poglądy, przekonania, obawy, pragnienia. Najefektywniej płynąć w jej nurcie, szlakiem, jakim wyznacza, szukając odpowiedzi, kim jesteś i w czym jesteś najlepszy? Bycie tym kimś, prawdziwym ja, i sam proces przemiany w najdoskonalszą postać siebie, to oaza szczęścia i sukcesów. Każdy z nas ma wewnętrzną mapę, instrukcję obsługi i możliwość, by podążyć głosem własnej Legendy…

Zrobiło się trochę jak z „Alchemika”, ale to właśnie ta książka stała się początkiem mojej drogi z wiatrem w plecy, bo kiedyś wiał on mocno w moją twarz. Alchemik nauczył mnie wiary w pomyślność losu i przychylność opatrzności, która obdarowuje mnie pięknymi prezentami, kiedy jestem na nie przygotowana…

Zaproszenie do udziału w konferencji branżowej za rok to tylko jeden z nich. Kolejnym z pewnością było poznanie Topher’a Grace, Tildy Swinton i wielu innych gwiazd tegorocznego festiwalu filmowego w Abu Dhabi, w który uczestniczyliśmy jako sponsor z bezpośrednim dostępem do celebrytów, za którymi się trochę stęskniłam po wyjeźdźcie z Londynu… Pamiętam, że pierwszą gwiazdą, jaką obsługiwałam była Kayah, której sprzedałam w Warszawie narty. Tak, tak opatrzność bywa zaskakująca. Pamiętam, że kiedyś miałam również nieprzyjemność obsługiwać Kingę Rusin wybierającą bryczesy dla byłego męża i piszę o tym tylko dlatego, że z perspektywy czasu i większych gwiazd zapisanych w mojej customer book zadufanie polskich „gwiazd” np. w dziale jazdy konnej wydaje mi się śmieszne. Przy Gwyneth Partlow w bieliźnie, czy zupełnie nagiej Courtney Love w apartamencie Dorchester Hotel, nawet Edyta Górniak w Harvey Nichols odpowiadająca na mój polski po angielsku nie zrobiła na mnie wrażenia. A wracając do Festiwalu, fantastycznie było na wielkim ekranie ustawionym na plaży obejrzeć niedostępne w tej części świata, niepowycinane premiery europejskie. Duży szacunek dla kina szwedzkiego i filmu „Stockholm East” oraz dokumentu „Position among the stars” Stand’a Ven De Steeren’a, który odebrał nagrodę za najlepszy film Festiwalu. To była prawdziwa gratka dla miłośników dobrego, niekoniecznie komercyjnego kina, na które w Emiratach nie ma przestrzeni. Do tego ta ich hipokrycka cenzura i wycięty każdy pocałunek, każde słowo na literę f.., a nietknięte brutalne sceny przemocy. Pamiętam pierwszą wycieczkę do kina w Dubaju, kiedy głośno powiedziałam: „Co się dzieje z tym filmem?”, nie znając jeszcze mechanizmów cenzury. Po tym incydencie pozostało jedynie przywyknięcie do wycinanych w pół znaczenia fragmentów scen i własnej interpretacji niekompletnych filmów, z których średnio jeden w miesiącu kwalifikuje się do obejrzenia. Reszta to albo kreskówki dla dzieci albo roztańczone, rozśpiewane Bollywood nie w moim gatunku. Więcej atrakcji w tym miesiącu nie było. Za to pracy jest nadal bardzo dużo. Aha, były jeszcze urodziny E., na których była też siostra E. z małżonkiem. Pierwsze osoby z życia E., które po pół roku poznałam. Jak w maju stanęłam na starcie, to myślałam, że to będzie średni dystans, a okazało się, że jest to maraton z płotkami. Ostatnim był Facebook, na którym E. przed urodzinami zabronił wszystkim aktywności na jego ścianie.. więc nikt nie widział moich głupich życzeń „Happy Birthday my Love !” i ja nie widziałam, żadnych innych urodzinowych wiadomości…Nie mam nic przeciwko Facebookowi, na którym sama mam aktywną ścianę i nic do ukrycia na koncie, do którego wysłałam E. hasło, czym go absolutnie wybiłam z gruntu mocno naciąganych tłumaczeń o anonimowości. Dlaczego kłamał, że nie dostał żadnych wiadomości z życzeniami, skoro dostał od moich dwóch koleżanek i pewnie wielu innych? Dlaczego łatwo mu przyszło dzielić ze mną łóżko, biznes, kasę a nie pozwolił mi zobaczyć swojego Facebooka? Ja nie mam z tym problemu i stawiam klucze do swojego domu, serca i portfela wyżej niż klucz do swojego profilu. Nie mam nic do Facebooka… mam do ludzi w związkach, którzy w komputerach ukrywają swoje małe, brudne sekreciki. Dawno temu doświadczyłam, bolało, nauczyło nieufności i sprowokowało do kolejnej awantury… E. nie ma już w gronie moich znajomych, bo nie muszę używać facebooka, żeby komunikować się z własnym facetem, który pragnie pozostać na Facebooku absolutnie „anonimowy” i zupełnie niczym nie powiązany z profilem swojej dziewczyny. Wczoraj nie spałam, dziś to olałam i wystudziłam swoje uczucia. Niech je rozpali na nowo jak potrafi i jak mu na nich zależy. Nie będę walczyć z wiatrem, jeśli przestał nam sprzyjać…

… a 14-stego października padał w Warszawie pierwszy raz w 2009 roku śnieg…

Komentarz dnia:

chciałabym żeby Adam był wspaniałym filozofem i intelektualistą, żebym mogła uczyć się wspaniałych rzeczy, o których nigdy w życiu nie słyszałam, żeby zabierał mnie dwa razy w tyg. na sushi, i takie tam inne, ale później się pytam po co, jest wspaniałym człowiekiem, ma dobre serce, jego romantyzm?- hem no dupy mi nie urywa! ale co mi po tym jakby nie był dobrym ojcem, jakby nie potrafił ugotować, posprzątać, zając się Mikołajem itd. Kocham Go za to jaki jest i docinam to, co mam i chyba to jest najważniejsze w związku – żeby doceniać to, co się ma, a nie ciągle myśleć że chce się jeszcze więcej i więcej…. Jeśli kocha, nie zdradza, jeśli Ty jesteś najważniejsze a nie kumple, mama, czy nie wiem kto…, jeśli daje Ci na dzień dobry i na dobranoc buziaka, jeśli wysyła sms i dzwoni to chyba wszystko jest ok! 🙂

DZIĘKUJĘ! DZIĘKUJĘ! DZIĘKUJĘ!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *