Tak ogólnie

Urodziny

15 lipca 2010

To były najfajniejsze urodziny w moim życiu. 🙂

Ani siostra, ani brat nie złożyli mi życzeń, a Rodzice wysłali smsa, bo z pewnością zapłaciliby fortunę za 2 minuty osobistych życzeń na komórkę z Dubajem… Jestem tu już jeden rok i 7 miesięcy, a oni nie zadzwonili jeszcze ani razu. Kiedyś wytłumaczeniem był Skype, ale teraz Skype’a dla nich nie ma z różnych powodów… i nie mam żadnego już wytłumaczenia…

Napisałam do Szymona 3 smsy po pijaku i po angielsku, bo po polsku nie rozumiał ni w ząb, a w ostatnim, że kończę ten monolog na dobre… Podarłam jego zdjęcie z czasopisma i skasowałam bezużyteczny numer… pewnie każda inna wiedziałaby jak użyć taki bezcenny numer… ja już nie… wiedziałam…Potem skasowałam jeszcze 4 inne, które zapomniały albo nie wiedziały, że powinny zadzwonić tego dnia, aaaaa wiedzieć powinny 🙂 w końcu wszystkie 4 były dubajskie, a więc 50 flisów za minutę… i swojego czasu dzwoniły każdej nocy…

Powinnam skasować jeszcze smsa „good night” o 3 nad ranem od naszego dawnego znajomego olimpijczyka Makana, który serio nie potrafi wypowiedzieć się szerzej od roku…, ale nie skasowałam… 🙂 Przed tym urodzinowym czyszczeniem telefonu zjadłam, w formie randki, przepyszną urodzinową kolację w moim ulubionym bufecie polinezyjskim Bamboo Lagoon i poprosiłam kolegę, żeby sobie poszedł sam jak tak mu się spieszy iść spać… Bo jak można poganiać kogoś w urodziny… zapłacił więc rachunek, choć o to nie prosiłam i sobie poszedł…, a ja przegadałam resztę nocy nad szklaneczką podwójnej whisky z brodatym Amerykaninem z South Carolina w tranzycie do Afganistanu. Najpierw zniszczyli, teraz budują i biznes się kręci. 😉 Od jakiegoś roku zafascynowały mnie męskie brody… ale to nie pod wpływem Szymona, bo jego broda jest taka raczej koziomizerna.

Mustafa, ten prezenter TV, z urodzin w zeszłym roku, najlepszy kumpel mojego zeszłorocznego ex, a obecnie mój najlepszy kumpel, znając moją niechęć do biegów krótkich, zwanych sprintami, zgarnął mnie do domu, śmiejąc się z naszego wspólnego kolegi, któremu tak się spieszyło. No i około 2.00 nad ranem, przeżywszy po raz 28 swoje urodziny, wylądowałam sama w swoim genialnie wygodnym łóżku z kawałkiem tortu w lodowce, konsumowanym w aucie na śniadanie, w drodze do pracy… 6 godzin później…

Ale to jeszcze nie koniec, bo idziemy potańczyć w piątek do Jambase. Tam, gdzie kiedyś przywitałam pierwszy Nowy Rok w Dubaju. Przetrwała prawie ta sama ekipa. W większości z facetami, którzy albo nie chcą, albo nie potrafią znaleźć swoich drugich połówek w tym dubajskim zoo, pełnym goryli, kolorowych papug, pawi, piranii i kameleonów. Ten ostatni kolega kameleon z urodzinowej randki jakoś w szczególności nie przypadł mi do gustu podając się za Leo…, a taki to był Leo jak ze mnie smukło-noga antylopa… Dlatego postanowiłam nie marnować czasu i odesłać go na drzewo, czy, gdzie tam kameleony żyją czy rosną, i zostać sama z premedytacją. 🙂 Taka bojówka jednak do końca nie byłam, bo 10 minut przed wytrzeszczem kameleońskich oczu, wstających od stolika, zobaczyłam kątem swoich … nie, zdecydowanie nie Szymona, bo już wiecie, że to jego numer wyczyściłam jako pierwszy (a prawdopodobieństwo zobaczenia go w polinezyjskim bufecie Bamboo Lagoon, w dniu moich urodzin, trzeci raz w Dubaju, bez towarzystwa sarny, równało się z szansą jakie ma mój Tato w grze w totka…1: 1.000.000 = nie ma szans po prostu)… kątem oka więc zobaczyłam… tego Amerykanina sadowiącego się wygodnie przy barowym wodopoju. Powiedziałam mu, że mam dziś urodziny, magistra socjologii, kontrakt w ministerstwie sportu, 187 cm wzrostu (bo mówiłam to w pozycji siedzącej) i właśnie kopnęłam kameleona w oczy, a pije szklaneczkę podwójnej whisky… Nie uwierzył i pewnie pomyślał, że to 28 szklaneczka tej whisky, a nie rok moich urodzin, albo tylko pewnie taki lokalny pretekst do zażądania dużego napiwku nad ranem. Na szczęście szybko pojawił się Mustafa i jeszcze szybciej wyprowadził Amerykanina z błędu, że naprawdę pracuję w ministerstwie, a nie w tym barze. Po tym kolega się ożywił, wręczył mi maila i zwiał ze wstydu z Bamboo Lagoon… zostawiając za sobą niedopity kufel piwa z wioski mojego ex-narzeczonego w Niemczech. I tak oto, po trzech latach od zerwanych zaręczyn, po urodzinowej konsultacji z barmanem, dowiedziałam się, że w Munchen produkują całkiem niezłe piwo…

Acha, moja urodzinowa samotność wcale mnie nie zaatakowała nad ranem, ani nie rozczuliła tym razem, ani nie obezwładniła… Po prostu dała mi się porządnie wyspać po tych, Bóg wie ilu, podwójnych szklaneczkach whisky, za co zaczęłam ją prawdziwie szanować. Nadal mam jeszcze jedne urodziny przed 30-tką ; ) a w tegorocznym prezencie świetny pomysł. Na bloga…

Happy Birthday and Happy 28 years !!!

2 komentarze

  • Odpowiedz superbunia@onet.pl 17 lipca 2010 at 10:27

    Happy Happy!!! http://inub.blog.onet.pl/

  • Odpowiedz Magda 12 maja 2016 at 08:33

    Happy birthday 🙂

  • Zostaw odpowiedź

    error: Content is protected !!