×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Wakacyjnie

Data wpisu:

22.07.2012

| Dodaj komentarz

Jestem znów w Polsce akurat na Euro 2012, koncert Zakopower i urodziny chrześniaka. Warszawa się zmienia. Zapełnia nowymi budynkami wśród starych osiedli i skwerów. Jest ciepło, ale dziś złapał nas deszcz w drodze z Milongi. Odkryłam fantastyczną salę w Pałacu Kultury, jak przedwojenny dancing. Wszystko zgodnie z planem. Jeszcze do teatru chciałabym się wybrać, kupić książki w empiku… Zapomnieć. Tak na dobre, na zawsze a nie na miesiąc, rok, do kolejnej fali uczucia wybuchającej jak Etna po przebudzeniu. I co to ma być w ogóle? Jaki to typ uczucia? Zauroczenie? Przeznaczenie? Ciekawość? Czy gołąb na dachu? Wiem, że może się to zakończyć tylko jego ślubem. Jak dowiem się, że się żeni to wszystko będzie dla mnie jasne, a teraz nic jasne nie jest. Chodzi o to, że on jest inny i ja jestem inna. On żyje w Polsce, ale trochę poza normalnością. Tak jak ja. Jak jestem w Polsce to czuję się inna. Myślę inaczej, widzę rzeczywistość inaczej niż moi rodacy. Z perspektywy tych wszystkich lat spędzonych gdzie indziej. Uwielbiam polskie truskawki, czereśnie, mieszankę wedlowską, serek waniliowy, Pawełki śmietankowe, pierogi wszelkiego rodzaju, kiełbasy, gołąbki i zupy. Jeszcze młodzi ustępują miejsca w tramwajach starszym. Jeszcze starsi całują w rękę panie. Jeszcze sklepy są pozamykane w niedziele. I ludzie mówią sobie na ulicach dzień dobry. Panowie ciągle chodzą w białych  skarpetkach do czarnych pantofelków i sandałów. I ciągle mieszkańcy pomogą odnaleźć poszukiwane ulice. Jak jest w głowach, nie wiem. Z przyjaciółmi pozostawionymi w Warszawie myślimy podobnie. Z mijaną masą na ulicach nie wiem. Czy mogłabym teraz gotować obiad co niedzielę po Kościele, dogadać się z Polakami, znaleźć sobie miejsce w Polsce? Wydaje mi się to jakieś nierealne. Jak zamknięty na cztery spusty rozdział. Tylko, że On to jest Polska na 120% i może jedynie wakacje w tropikach. Więc może lepiej do tego już nigdy nie wracać?  Dziś mecz Polska-Rosja. Lubię sport w każdej postaci. Będę kibicować Polakom, ale uważam, że pracowali za słabo na sukces. U nas w sporcie ciągle nie ma dyscypliny ciężkiej pracy, a sport wyczynowy na poziomie medalowym to 100% talentu i 200% potu wyciskanego codziennie na treningu. Dziś zobaczymy co uda się Rosji z nas wycisnąć. Pozwalam sobie na totalne lenistwo. Z powodu przeziębienia odwołałam wyprawę do Torunia. Na historyczne spacery też jakoś sama nie mam ochoty. Może kiedyś będę pokazywać komuś stolicę i będzie fajniej dzielić z kimś wrażenia. Brakuje mi pewności bycia z właściwym człowiekiem, a to jak choroba.

Już po meczu. Polska dzięki remisowi nadal w grze. Ja mam dziś dzień zmarnowania. Do 15 nie wychyliłam nosa z domu, zmarnowane mam samopoczucie rozerwaniem uczuciowo – egzystencjalnym. Ale wieczorny spacer trochę poprawił mi nastrój. Warszawska starówka w świetle latarni. Jest taka jedna ulica Piwna, na której czuję energię minionych dekad. Ta cała historia Polski nadal bardzo mnie fascynuje. Przetrwanie Polskości, odbudowa Polski, wielka impreza sportowa w kraju to wspaniały rezultat walki i patriotyzmu tak wielu pokoleń. Zasypiam szczęśliwa, że mówię po polsku, że posługuję się na świecie polskim paszportem, że nic i nikt nie jest w stanie zmienić mojej tożsamości. I jeszcze jeden komplement dla kraju. W Stolicy nie zobaczyłam nic bardziej szokującego niż gdzie indziej na świecie, a wiele rzeczy nie szokuje tak jak gdzie indziej.

Poznań. Kolejny przystanek na moich wakacjach. Uwielbiam poznańskie knajpki i nic poza tym.

I już jestem w Paryżu. Tym razem nie mam ochoty na spacery pod wieża Eiffla. Kupiłam plakat do łazienki w jednym z ulicznych sklepików z pocztówkami. Czarno-białe zdjęcie całującej się pary, powieszę nad wanną. Pierwszy raz tę samą parę na pocztówce kupiłam w Warszawie na studiach. Urzekł mnie jej powojenny klimat, ruch i namiętność tych dwojga. Łazienka też będzie czarno-biała. I niebawem już naprawdę będzie. Zburzona i postawiona na nowo. Jak moje miłości, kariery, poglądy. Mam takie uczucie, że nie pozwalając zburzyć babci domu, coś uratowałam dla pokoleń. Nie powinno się niszczyć tego z czym związane jest lub było czyjeś życie. Zareagowałam ze spokojem nawet gdy ojciec oznajmił, że zamierzał wyciąć starą papierówkę, żeby zrobić miejsce młodym sosenkom,  choć w środku rzuciłabym się z siekierą na niego zamiast na to stare, wielkie, słabe, ciągle obsypane jabłkami drzewo, które jest w moim życiu od zawsze. Nie słuchał mnie, żeby wszystko co się tam da, ratować, zamiast niszczyć, lub zmienić. Na szczęście w sprawie papierówki posłuchał znajomych, a do reszty projektu dał mi się przekonać. Teraz biega z uśmiechem za oryginalną dachówką na wymianę pobitej kamiennymi kafelkami na podłogę i drewnianymi okiennicami na wzór tych sprzed wojny. Zgadzam się, że taniej, prościej i szybciej byłoby zrównać z ziemią wszystkie ściany i postawić piękny, nowoczesny budynek mieszkalny, którego nigdy jednak nie miałabym ani ochoty ani natchnienia przemienić w dom. Nie potrafię zrozumieć po co miałabym wracać do czegoś, co nie ma już ani duszy ani żadnych wspomnień. A może chodzi o wyremontowanie nie domu, a dzieciństwa w tym domu? Po rozbiórce nie byłoby czego remontować. W ruinach nie byłoby czego ocalić. A tak przeniesie się schody do piwnicy, okrągły stół wstawi do innego pokoju, sypialnię zmieni w jadalnię i zupełnie zamalujemy to, co kiedyś nie wyszło i ciągle gdzieś tam boli. Swoją drogą białe, prostokątne kafelki, które szukałam do łazienki i kuchni, znalazłam w podziemiach paryskiego metra. Roześmiałam się wspominając awanturę z mamą, że nie kładzie się białych kafelków, bo się będą brudzić. I ja i Paryżanie widocznie uważamy inaczej. Jak da radę utrzymać je czyste w paryskim metrze, to i w naszej kuchni powinny przetrwać. Kuchnia też nijaka tym razem. Bez ostryg i ślimaków, ale za to z tatarem i bagietkami. Francuzi! Teraz o nich. Panowie, ale się wyrobiliście. To zawsze Francuzki były uważane za szykowne i modne. Dla mnie to wy błyszczeliście na tegorocznych targach. Może dlatego, że już się opatrzyłam pięknych kobiet, a widok tylu zadbanych, dopracowanych wizualnie facetów nadal powala mnie na kolana i trzeba go uznać za nową paryską rzeczywistość. Niewiarygodne, że nie chce mi się ruszyć już nigdzie z hotelu, tak dobrze poznałam Paryż i nawet zanotowałam kilka milowych wspomnień, do których, dzięki Bogu, już nie mam potrzeby wracać. Czy chciałabym wrócić do Europy? Po wakacjach w Polsce, targach w Paryżu, przede mną jeszcze 3 dni w Londynie i kilka w Madrycie. Na razie wystarczy. Dobrze mi w Dubaju, bo łatwo go ogarnąć. Nie to, co tłum w metrze, w kolejce po wymarzoną posadę, czy po kawałeczek szczęścia w pięciu prywatnych metrach kwadratowych miejskiej przestrzeni. Zabawnie to zabrzmi, ale tam przy wszystkich ograniczeniach Islamu, czuję się wolna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *