×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Z królową seksu i łez… czarną Inez

Data wpisu:

05.03.2011

| Dodaj komentarz

Jest coś w dzisiejszym dniu warte opisania, uchwycenia, ocalenia. Powrót nadziei może, nowy promień słońca, powiew wiatru, który rozgania chmury… To zlepek kilku sytuacji, paru właściwych słów, interesujących obrazów. Niebywała potrzeba pisania… Z jednej strony fascynujące jest, że to, co się dzieje w naszym życiu w pełni zależy od nas, z drugiej przerażające jak łatwo możemy je sami sobie spaprać. Sami! Nikt inny. Od kiedy uwierzyłam w teorię przyciągania, jestem coraz bardziej świadoma siły swojej świadomości i coraz mniej dla siebie łaskawa, gdy pozwalam sobie na czarne myśli, które wpędzają mnie w kłopoty. Fakt, czasem niemożliwe jest uśmiać się z błędu, rozczarowania, porażki, lub uniknąć ich zupełnie, ale to chyba ważne, żeby nad tym wszystkim mieć kontrolę. I nad śmiechem i nad żalem. Obecnie jestem na etapie uświadamiania sobie, że ja takiej kontroli nie mam i amplituda moich nastrojów, jest jak skala skrajnych trzęsień ziemi, co przyznam sama, po 28 latach bywa już męczące. Dlatego pisałam już o medytacji, której ciągle jeszcze nie praktykuję i przydałoby się napisać o fatalnych skutkach szybowania i spadania na fali przeróżnych emocji, ale pewnie większość ludzi potrafi panować nad nastrojem, bo świat by zwariował, a ci, co nie panują, sami powinni wykalkulować, co się lepiej opłaca. W moim przypadku jednego dnia przeżywam dramat końca świata, kończąc i tak beznadziejną w sumie znajomość, żeby drugiego umówić się na fantastyczną randkę w bardzo europejskim stylu w końcu i przeszczęśliwa wracać już sobie do domu. Zwariować można! Może ma to związek ze sportem, w którym najpierw jest ból i łzy, a potem zaraz euforia z dodatkowej produkcji endorfin, wygranej, czy samego ukończenia biegu, z dobrego, ciężkiego treningu, poprawionej techniki, ect. Na jednym treningu przez 10 lat czułam strach, potem odwagę, strach i radość, ból, zmęczenie i satysfakcję, albo wściekłość, rezygnację i radość od nowa, w zależności czy skakałam, biegałam, czy rzucałam, a że zawsze trenowałam 7-bój, wszystkiego robiłam po trochę. Dziś moim najtrudniejszym treningiem jest nauka panowania nad skrajnościami i budowania ochronnego, elastycznego skafandra chroniącego moje wnętrze przed przyjmowaniem wszystkiego tak bardzo do siebie, bo w sporcie trzeba przejmować się, co trener mówi. Bez tego głębokiego przejęcia nie jest się w stanie wyjść na stadion w środku zimy i zmotywować wystarczająco, żeby po oblodzonej nawierzchni biegać 3 x 400m z przerwami 5 minut na wycieńczenie… Po trzech latach przerwy sama nie wiem, czy te treningi sprawiały mi więcej przyjemności, czy jednak więcej bólu. Jednego jestem pewna, że bez nich nie byłabym teraz tu gdzie jestem i tym, kim jestem. O sposobach, w jakich sport wpłynął na moje życie mogłabym napisać drugą pracę magisterską, albo książkę, którą może kiedyś napiszę. Najważniejsze jest to poczucie, że wszystko co robię musi być doskonale zorganizowane, czemuś służyć, musi być po coś i prowadzić do jakiegoś celu. Pamiętam, że po zejściu z bieżni zajęło mi 12 miesięcy uczenie się truchtania, bez stopera w ręku i podkręcania tempa. Nie potrafiłam po prostu wyjść do parku i sobie pobiegać. Taka psychiczna niepełnosprawność z wyczynowstwa. I pomyśleć, że ja nigdy nie byłam żadnym Olimpijczykiem, tylko raczej dłubaczem. Dłubałam każde ćwiczenie, element techniczny, dłubałam i dłubałam, a potem i tak na mistrzostwach nie było odwagi żeby iść na całość ze swoimi słabościami. Ja należałam do tych sportowców, co bili rekordy na treningach, w swoich comfort zones. A może gdybym zaczęła współpracować z Gregiem Richardem o wiele wcześniej? Teraz postanowiłam trenować wszystko na co mam ochotę. Uwielbiam grać w siatkówkę i od dziś tańczę tango argentyńskie : ) Z całego repertuaru ten rytm najlepiej wyraża całą paletę moich nastrojów. Do tego niech będzie terapią na wyłączenie myślenia, bo podobno za dużo o wszystkim myślę i ciągle analizuję. A w tańcu zupełnie nie liczy się głowa, tylko energia, rytmika, spontaniczność, zaufanie i podporządkowanie partnerowi, totalne poddanie się sytuacji. Szalenie mnie to cieszy, że w końcu ktoś mnie prowadzi, szkoli i wyzwala we mnie tego uśpionego zwierza. Wybrałam tango, bo najlepiej wyraża namiętność, erotyzm, miłość, których we mnie czasem za wiele. Przede wszystkim jednak to absolutna jedność z partnerem, której mi wciąż brakuje. Fajnie, że choć namiastkę takiej wymarzonej bliskości z kimś dziś tym tańcem w sobie zaspokoiłam. Odpowiada mi też fakt, że po tangu, tym prawdziwym, tańczonym przez obce sobie często pary na ulicach Argentyny, ludzie mówią sobie bye i rozchodzą się każdy w swoją stronę, z uśmiechem i kompletnym zaspokojeniem. Bo tu chodzi o taniec przede wszystkim. A dobrze oddane tango może być mocniejsze niż niejedno miłosne „Ugi- Bugi”. W grafiku, oprócz siatkówki oczywiście, zostało jeszcze miejsce na windsurfing. Bo zamiast leżeć, płakać i rozpaczać, że nic w moim życiu się nie dzieje, wystarczy tylko podjąć decyzję, co ma zacząć się dziać? A potem zacząć organizować sobie życie takim, jakie być powinno! Nigdy nie powiem, że już jest za późno, bo póki żyję to nigdy nie będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *