×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Zaadoptuję cię, chłopczyku

Data wpisu:

31.07.2011

| Dodaj komentarz

Czasem wszystko wychodzi tak, jak powinno, ale są dni, że z trudem akceptujemy wynik swoich daremnych wysiłków artystycznych. Wtedy najlepiej skasować mało zadowalające produkty końcowe i zacząć od początku, innego dnia. Tak jest dziś z moją zabawą Photoshopem. Wczoraj zrobiłam 8 zdjęć w godzinę, dziś przez 3 rzeźbiłam 4, które po mozolnej przeróbce i tak skasowałam. Kiedyś rysowałam kredkami albo ołówkiem. Dziś bawię się, z lenistwa, kolorami w programie komputerowym, na własnych portretach z Paryża. Dzięki Ci Boże za poprzedni lepszy dzień, bo kilka ze wczorajszych dzieł mogę zaliczyć nieskromnie do arcydzieł moich rozwijających się zdolności : ) Po raz pierwszy w życiu wkleiłam sobie siebie na pulpit i nie mogę oderwać od siebie, tzn. od swojej czarno-białej fotki, oczu. Dziś nic już więcej nie namaluję..

Za to napiszę. To pewnie z resztą powód, dlaczego Photoshop mi dziś zupełnie nie idzie. Mam w głowie od kilku dni temat domagający się napisania. Kilka tematów, ale ten szczególnie głośno woła w mojej głowie.

Pamiętam doskonale drobną, kolorową kostkę posadzki na szerokim korytarzu, stare drzwi do sali, z przeszklonymi do połowy skrzydłami, wysokie okna i czarne, metalowe kraty. Zapytałam natychmiast po co są te kraty w oknach. Czy bez nich gołębie wlatywały do tej sali? Powiedziano mi, że wylatywały dzieci i to dla naszego bezpieczeństwa. Dla mojego i chłopaka leżącego obok, bo reszta metalowych, wysokich łóżek w tej sali była ciągle pusta. Nie pamiętam dokładnie ile miałam lat, ale pamiętam dokładnie noc, w której dołączył do mnie ten chłopak. Wwieźli go na tym łóżku wieczorem, po kolacji. Usnął pawie natychmiast, szybciej niż ja, a w nocy ze snu wyrwał mnie jego przerażający atak padaczki. Jak w 997 oglądanym po nocach z ukrycia, widziałam w smugach księżyca jego szarpane konwulsjami ciało. Pamiętam jeszcze, że krzyczałam i płakałam głośniej niż on, i że lekarz włożył mu kołek do buzi, złapało go za ręce i nogi pięciu ludzi, a potem zasłonili biały parawan wokoło jego metalowego łóżka. Rano zapytał mnie, czy bardzo się przestraszyłam, chyba nawet przeprosił i się zaprzyjaźniliśmy na tydzień jego pobytu. Był starszy ode mnie, wieczorami mnie pocieszał, bo wieczorami po dobranocce najbardziej tęskniłam do domu i opowiedział mi o padaczce. Następnym razem już się tak nie bałam i wiedziałam, że tylko z kołkiem w ustach się nie udusi. Pewnego dnia powiedział, że dziś idzie do domu i zostawił mi swoją plastikową figurkę Gonza z Ulicy Sezamkowej, żeby mnie ktoś pocieszał za niego, bo ciągle moje oczy i skóra były zbyt żółte żebym i ja poszła do domu. Potem mijaliśmy się często na wąskich ulicach naszego małego miasteczka, przez następne 10 czy może 12 lat. Zawsze odwracał głowę i nigdy nie powiedzieliśmy sobie nawet cześć. Po wyjeździe na studia przestałam go rozpoznawać. Rozpoznawałam natomiast w sobie coraz silniejszą potrzebę adopcji dziecka, a potrzeba ta zrodziła się w tym samym szpitalu, krótko po wypisie chłopaka z padaczką. Zostałam sama. Smutna i radosna, że inne dzieci nie zachorowały tak jak ja i są zdrowe, ale muszę za to leżeć sama na tej okropnej, wielkiej sali z księżycem. Pamiętam tylko jedną uśmiechniętą pielęgniarkę. Reszta była leniwa i krzyczała, a jedna pani opowiadała innej jak to wieźli jej syna do kostnicy. Do wąskiej, zimnej lodówki dla trupów, bo nie mogła go pochować zanim nie ustalą przyczyny zgonu, a on teraz tam leży i marznie. Wszystko to wyleciało mi kompletnie z głowy. Żółtaczka wczepiona na pogotowiu z rozciętą głową wymagającą zszycia, szpital, przeciery marchwiowo-jabłkowe, które polubiłam na całe życie i nic poza tym. Żadnych detali do zeszłego tygodnia. Detale zaczęły do mnie powracać jak obrazy z dawno oglądanego filmu. Musiały, bo były odpowiedzią na pytanie Eliasa, w rozmowie, w której zapytałam go czy zgodzi się kiedyś na adopcję dziecka. Postawiłam to pytanie każdemu facetowi, który był przy mnie dłużej niż 3 miesiące, bo 3 miesiące to wystarczająco, żeby mnie poznać i wiedzieć, że jak coś sobie ubzduram to muszę to osiągnąć, a adopcja jest moim największym życiowym marzeniem. Elias, niestety, okazał się trudnym przeciwnikiem, nieumiejącym na razie pojąć, czemu zdrowa kobieta z takimi interesującymi genami chce adoptować, a nie rodzić? Nie potrafiłam nikomu odpowiedzieć na to pytanie. Dlaczego właściwie odkąd tylko pamiętam wiedziałam, że zaadoptuję pewnego dnia dziecko i zwiążę się jedynie z takim mężczyzną, który będzie chciał tego dziecka tak samo jak ja? Odpowiedź nie ma znaczenia, bo czy ludzie pytają, dlaczego chcesz wygrać szóstkę w totka? Mam teorię, że marzeń się nie wybiera, że marzenia są częścią naszej osobowości. To marzenie jest też częścią mojego dzieciństwa i zapomnianych szpitalnych wspomnień, które wyciągnął ze mnie Elias. Naprawdę nie pamiętam ile miałam wtedy lat. Mogłabym się tego dowiedzieć. To pozwoliłoby określić, co było mi wolno i czego mi wolno nie było. Na pewno nie mogłam łazić nocami po korytarzach, nie mogłam widzieć Taty, bo za bardzo płakałam jak musiał już iść do domu, a i tak nie dałam się oszukać jak tylko słyszałam jego głos za drzwiami i widziałam cień ukrywający się za filarem. Nie mogłam narzekać i pouczać pań pielęgniarek. Nie mogłam być też widocznie obojętna, bo zaryzykowałam „włamanie” do izolatki, w której odkryłam źródło przejmującego, tkliwego, umęczonego płaczu, niepozwalającego mi zmrużyć oka całą noc. W łóżeczku stał na słabych nóżkach ponad roczny bobas w białych, mokrych śpioszkach, z gilami i łezkami na całej buzi i kaftaniku. Pewnie pani z uśmiechem nie miała dziś nocnego dyżuru, bo przyszłaby i uspokoiła dziecko, przed nocną powtórką odcinka „Dynastii”. Dziś jednak nikt inny w dyżurce nie słyszał, nie widział i nie czuł nic innego poza konfliktem Alexis z Cristal. Usiadłam na podłodze i przez szpary w szczebelkach łóżeczka zaczęłam głaskać niemowlaka, tulić kocykiem i po cichutku śpiewać kołysanki. Chłopczyk się uspokajał, kładł na poduszkę czerwoną od temperatury i płaczu, smutną twarzyczkę, wyciągał rączkę przez szczebelki i zasypiał niespokojnym snem, wtulony w zimną, pustą przestrzeń izolatki. Naprawdę nie pamiętam ile miałam lat i nie pamiętam ile nocy przychodziłam do niego. Wiem, że pielęgniarki w końcu mnie złapały, odprowadziły do sali i kategorycznie zakazały śpiewania kołysanek. Kolejnej nocy płakałam razem z tym samotnym chłopczykiem z naszej wspólnej bezsilności względem losu i okrucieństwa dorosłych ludzi, bo drzwi do jego izolatki panie pielęgniarki zaczęły zamykać nocami na klucz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *