×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Zanzibar cz.2

Data wpisu:

19.12.2011

| Dodaj komentarz

Czy jechać na Zanzibar?

Zdecydowanie tak, jeśli chce się doświadczyć Afryki w mniej drastycznej formie, niż środek czarnego lądu. Tak jak po wyprawie na Sri Lankę, wiem już, że nie po drodze mi do Indii, tak po ostatnich wakacjach wiem, że podnieci mnie przygodowo zwiedzanie reszty kontynentu. Z pewnością będę chciała wybrać się do jednego z parków narodowych Afryki na klasyczne max pięciodniowe safari, ale na resztę krajów nie mam wystarczającej znieczulicy. Trudno mi jeść, pić, smarować się kremem na komary i strzelać fotki z drogiego Nikona, gdy naokoło biegają maluchy w podartych, brudnych koszuleczkach, a raczej ich strzępkach. Na pewno polecam zabranie dwóch walizek. Jednej z odzieżą i przyborami dla siebie na wyjazd, których nie będzie nam szkoda po urlopie zostawić w jakiejś wiosce, a drugą z długopisami, flamastrami, zeszytami, zabawkami i cukierkami, bo nawet 3 minuty radości są tam na wagę złota. Przed wyjazdem czytałam, że obdarowując wprowadza się konflikt społeczny i nierówność w wiosce, dlatego starałam się robić to dyskretnie, na osobności. Raz też odwiedziłam zamkniętą już po południu szkołę i zostawiłam zeszyty do dyspozycji uradowanej dyrektorce. Zdecydowanie lepiej coś tam jednak zostawić, niż tylko oglądać! Nawet gdyby to była tylko jedna rodzina, albo wybrane dziecko, to i tak warto, bo tak niewielu turystów, w rzeczywistości, o tym myśli, pakując plecak do Afryki, a przecież można wziąć trochę starsze już buty, nie noszoną od lat bluzkę, już nie ulubione, a ciągle zalęgające szafę dżinsy, dwa nieużywane ręczniki, które dla kogoś będą wspaniałym prezentem. Gwarantuję, że cudownie wraca się z Afryki, jedynie z bagażem podręcznym i zdjęciami roześmianych dzieci grających w football piłką z Dubaju. Nie trzeba naprawdę wyszukiwać argumentów na nie, bo zawsze takie się znajdą, jeśli nie chce nam się dźwigać dodatkowych zobowiązań. Może innym łatwo fotografować latawce zrobione ze starych reklamówek. Mi przyjemnie grało się w tę piłkę. Gdyby ktoś się wybierał to warto zarezerwować sobie minimum 7 dni. Są też warianty z tygodniowym safari w Kenii, a niektórzy dorzucają jeszcze wyprawę na Kilimanjaro. Ja zaplanowałam dziesięciodniową wycieczkę. Początkowo miałam odwiedzić 8 miejscowości, ale skończyło się na 5 różnych miejscach. Ze względu na to, że koleżanka, która się ze mną wybrała, w gorączce afrykańskiego szoku, po dwóch dniach wróciła do domu, mi gwałtownie obniżył się budżet noclegowy, bo nie było łatwo płacić połowę za jedynkę, i musiałam szukać tańszej bazy niż zakładałam na początku. Ze 110$ za dwie do podziału, zeszłam na 55$ i okazały się to dość wymagające warunki. W Stown Town zatrzymałyśmy się w rewelacyjnym Zanzibar Cofce House, 90$ za dwójkę ze śniadaniem na dachu hotelu. Piękna kolonialna architektura wnętrz, zabytkowe meble i elementy wystroju, porządek i rewelacyjna kawa w kawiarence przy recepcji mnie zachwyciły, a koleżankę przekonały o przebudowaniu biletu powrotnego. Po dwóch dniach zwiedzania stolicy, już samotnie, z głównego placu, trochę przypominającego polski parking PKS, wyruszyłam transportem dzielonym, czyli busikiem rozwożącym po wyspie turystów, za 10$ do Jambiani. Można jechać po pańsku, prywatnie, taksówką za 60$, ale dla mnie akurat nie był to żaden komfort wart takiej ceny. W Jambiani patriotycznie dołączyłam do poznanej w Stown Town grupy Polaków, urzędujących u Doroty Katende (czytaj „Dom na Zanzibarze”), spragniona polskich klimatów, które mnie nie zawiodły. Dorota ulitowała się trochę i skasowała jedynie 80$ za dwie nocki, w przyjemnym pokoiku, w jej pensjonacie „Nuru” z dużym ogrodem. Warte polecenia masaże, za 15.000 szylingów, 1$ = 1700 lokalnych papierów okazały się moją najlepszą inwestycją finansową. Stres po roznoszonej znajomej Ilonie, jak ręką odjął. Drugiego dnia wypad o 5.00 rano na delfiny do Kizimkazi, tak żeby być pierwszymi przed stadem innych turystów w 10 warczących łódkach. Delfiny były, emocje związane z ich pościgiem i wyskakiwaniem z łódki jak tylko nad taflą wody dojrzeliśmy ich grzbiety – były. Kontaktu z delfinami nie było, bo delfiny dzikie i sprytne, preferujące zabawy w berka, bardziej niż w pogłaskaj mnie po brzuszku. Nie mylić z podwodną przygodą w hotelu Atlantis, w Dubaju, gdzie wyszkolone pupile skaczą, nurkują i pływają wokół ciebie jak tresowane pieski. W drodze powrotnej na brzeg, warto poprosić o postój na rafie i zanurkować. Owoce na lądzie też powinny być miłym dodatkiem w cenie za całość z dojazdem 15$. W tym samym dniu wybraliśmy się na wycieczkę do Jozani Forest i podziwialiśmy jedyne na świecie czerwone małpki oraz las namorzynowy, w drodze powrotnej zahaczając o imponującą i uskrzydlającą mój obiektyw Nikona, farmę afrykańskich motyli, których hodowla dostarcza, bardziej sprytnym farmerom, dodatkowych, niemałych dochodów. Warto też poprosić jednego z lokalnych przewodników, rezydujących blisko domu Doroty, o bardzo edukacyjną wycieczkę po wiosce Jambiani. Dowiedzieliśmy się obrazowo jak wygląda zwykłe życie jej mieszkańców i ich codzienne zajęcia. Z czystym sumieniem polecam Halima, który był naszym Jambiańskim „tour operatorem” a po trzech dniach przetransportował mnie do Matemwe prywatnym transportem, za jedyne 35$ i chwała mu za to! Dla wszystkich zainteresowanych podaje jego namiary: halimchozi@hotmail.com, ale najłatwiej dzwonić pod numer 00255 773489681, Facebook Halim Haji.

W Matemwe zaczęły się drobne kłopoty. Smutno mi było zostawić swoją wesołą, polska grupę w Jambiani. Rozlało się paskudnie i mi całą drogę chciało się płakać. Z takim samopoczuciem trafiłam do Kies Bungalows, za bardzo dla mnie rastamańskich i spartańskich i natychmiast walnęłam głową w niską framugę drzwi do swojej chaty, nabijając sobie ogromnego guza. Pierwszego z pokaźnej kolekcji trzech zgromadzonych przez tą samą framugę. Pusto, trochę ponuro i szaro, a może to ja byłam w takim jedynie nastroju… Szybko poszłam spać, żeby zgromadzić siły na wyprawę snoorkową na Mnemba Island kolejnego dnia. Za nocleg w Kies Bungalows zapłaciłam 35$, ale zostałam dłużej niż 24h, nie musząc wcale płacić za dodatkowe godziny, których potrzebowałam, żeby odpocząć po wyczerpującym snoorkowaniu. Cena za tę przyjemność okazała się droższa z Matemwe niż z bardziej oddalonego na północ Nungwi. Mimo że z Matemwe jest o wiele bliżej do wyspy. Ale co tam! Szarpnęłam się na 45 dolców i to była najwyższa cena jaką zapłaciłam kiedykolwiek za poparzenie słoneczne pierwszego stopnia. Koniecznie trzeba założyć piankę, najlepiej długą i oliwka z 10 filtrem nie wystarczy na ochronę odkrytych partii ciała. Niech nikt nie ryzykuje, bo czuć i widać efekt głupoty dopiero następnego dnia rano. Walnęłam jeszcze raz głową o framugę, załamana stanem łydek i przedramion spakowałam plecak i udałam się w cenie 18$ prywatnym transportem na poszukiwanie przystani i odrobiny luksusu, na bardziej rozrywkowej, północnej części wyspy, w miejscowości Nungwi.

Flame Cottage House był jedynym hotelem wymienionym w dwóch przewodnikach, które miałam ze sobą, więc padło szczęśliwie na niego. Za 100$ za dobę, przy spokojnym basenie w pięknym ogrodzie tak się rozleniwiłam, że postanowiłam zaniechać dalszej wędrówki i wyleczyć poparzenia sokiem z agawy, przyniesionej przez przesympatycznego gospodarza.

Byłam spokojna, bo w Stown Town zaliczyłam już i Spice Tour (polecam biur Sun Travel) i House of Wonders z muzeum i pięknym tarasem widokowym oraz Katedrę na dawnym targu niewolników, więc mogłam trochę odpocząć bez wyrzutów sumienia, że nie poznam dostatecznie wyspy. Poznałam, dzięki temu, że szczęśliwie trafiłam na dobre wycieczki.

Ważne, żeby na Spice Tour odwiedzić Łaźnie Sułtana i jaskinię Coral Cave, bo w szczególności historia jaskini warta jest zapamiętania, a nie wszyscy lokalni przewodnicy są na tyle ambitni, żeby pokazać coś więcej niż pieprz i wanilię na drzewie. Ja, wybierając Sun Ravel, ostatnie biuro w wąskiej uliczce z lokalnymi biurami organizującymi wycieczki po wyspie, wybrałam dobrze. Czego każdemu turyście pragnącemu poznać ten kawałek czarnego lądu, z serca życzę.

W Nungwi robiłam zdjęcia, jadłam ananasy, chodziłam na długie spacery i myślałam o swoim związku. Można snoorkować na Keandwa Coral Garden, ale nie chciałam ryzykować ponownie ze słońcem. Można imprezować z lokalnymi rastamanami do rana, łazić po wiosce, zapolować na najładniejsze plażowe pareo. Jeść bez obaw o rewolucje żołądkowe w każdej trochę lepszej restauracji. Wylegiwać się jak żółw na plaży, albo można jechać dalej, w poszukiwaniu najpiękniejszej zanzibarskiej plaży, bo po każdej stronie wyspy, każda z plaż jest zaskakująco inna i fascynująco wyjątkowa… ach te plaże…

Co warto wiedzieć? :

1$= 1770 lokalnych shilingów w kantorze w Stown Town i 1600-1700 shilingów gdy płacisz w hotelach, sklepach, restauracjach dolarami.

Butelka wody mineralnej do wyboru:

Drop of coś tam – 100 sh

Kilimanjaro  – 1500 sh

Dla mnie obie bez różnicy, piłam tańszą, byle była fabrycznie zamknięta.

Cola, fanta, sprite: sklep na wiosce od 700 do 1000 sh, restauracja – 2000 sh

Ananas- ma być żółty od spodu i wyraźnie pachnący (wtedy jest dojrzały i bardzo słodki) – 3000 sh

Lody na patyku w Polowie czekoladowej dorwane w Jambiani supermarket – 1000 sh pycha!

Pringels – 6000 sh

Kolacja w restauracji:

Ryba złapana (catch of the day) – ok. 14000 sh

Pasta od 13.000 do 16.000 sh

Frytki 5000 sh

Cheeseburger z surówką 10.000 sh

Zupa 5000-6000 sh

Piwo (do wyboru do koloru) 3000-5000 sh

Pareo 12.000-15.000 sh

Ozdoby, lokalna biżuteria – zależy z czego i od kogo.

Test antymalaryczny w szpitalu okropnie drogi. Trzeba się targować. Chłopak znajomej zapłacił 70.000 dhs za 10 minutową wizytę, ale miał gorączkę i nie chciał ryzykować. Test wykonuje się z próbki krwi sterylnie pobranej z palca w przychodni, używając specjalnego paska z odczynem. Malarii nie wykazało, i dobrze, bo w szpitalu nie było akurat żadnych lekarstw.

Swoją drogą to na samym Zanzibarze Malaria nie występuje, bo wyspę pryskali środkami na komary tak skutecznie, że mnie żaden nie ukąsił, ale trzeba pamiętać o turystach z innych zakażonych części Afryki i lepiej łyknąć coś anty. Polecam zamiast mocno halucynogennego Malaronu (dość straszne koszmary senne) Mephaquin, który zapobiega, a nie leczy jak Malaron już w chorobie, ale podobno nie ma go w polskich aptekach, a szkoda, bo nic po nim mi nie dolega i zapłaciłam jedynie 40zł w swojej dubajskiej aptece.

Ważne jest to mleczko do opalania z wysokim filtrem i jakiś krem po opalaniu z aloesem. Zawsze pomoże też w ostateczności liść agawy z jakiegoś hotelowego ogrodu.

Nie polecam jeść „na mieście”. Dwa przypadki śmiałków zakończyły się rewolucją trzydniową. Mało przyjemne. W sprawdzonych miejscach polecam ryby i owoce morza.

Szukając informacji o Zanzibarze nigdzie nie znalazłam jakiegoś dobrego planu podróży, więc może mój komuś pomoże.

  1. Przylot, Stown Town – luźne zapoznanie się z miastem i klimatem, po drodze wymiana pieniędzy i zabookowanie Spice Tour w Sun Travel
  2. Stown Town – Spice Tour z Sultan Bath, jaskinią coral cave i lunchem 15$

Po powrocie, popołudniowe zwiedzanie miasta: House of Wonders, Slave Market/Catedral, Fish Market dla twardzieli tolerujących specyficzny odór ryb i wszystkiego innego (ja poprosiłam o pomoc młodego chłopca, który zaprowadził mnie krętymi uliczkami do każdej atrakcji wskazanej mu w przewodniku za 5.000 sh).

  1. Jambiani – transport busikiem z placu przy targu rybnym (zapytać biuro lub hotel o przewodnika, który odbierze z hotelu i wsadzi do właściwego busika), transport 10$

Po dotarciu zwiedzanie wioski z Halimem 00255 773489681 15.000 sh

  1. Z Jambiani do Kizimkazi– przygoda z delfinami wcześnie rano, Halim też załatwi 15$

Najlepiej w busiku, czy na spacerze po plaży zaczepić innych turystów i pojechać grupą, wtedy można negocjować cenę.

Po powrocie śniadanie, o 10.00– Jozani Forest, a po drodze Farma Motyli 20$

Wieczorem masaż relaksacyjny 13.000 sh + tip (dobrze mieć swoją oliwkę i ręcznik)

  1. Matemwe – prywatnym transportem do targowania min. 35$ Halim też pomoże

Zabookowanie nurkowania / snoorkowania na Memba Island w Azanzi hotel na następny dzień 45$

Wieczorny spacer po plaży, ognisko

  1. Memba Islan – nurkowanie / snoorkowanie 8.00- 15.30

Padniesz po powrocie.

  1. Nungwi – transport prywatny 18$, odpoczynek, zwiedzanie wioski na własną rękę, tzw. szwendanie się.
  2. z Nungwi łodzią na Keandwa Coral Garden 20$, powrót o zachodzie słońca.

Spacer po plaży.

  1. Kontynuacja wypoczynku w rozrywkowym Nungwi, albo na spokojniejszej plaży na Keandwa.
  2. Powrót do Stown Town busikiem 10$, zakup pamiątek, dojazd na lotnisko transportem prywatnym 10$, wylot.

Dobrej zabawy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *