×
MENU

emigrantka.com.pl

Wyjechałam z Polski w 2003 roku. Emiraty Arabskie od wielu lat są moim drugim domem, ale nadal angażuję się w Polskę, bo tam zawsze będzie mój dom. Byłam wyczynowym sportowcem. Pracuję jako projektantka wnętrz, jestem katoliczką, żoną prawosławnego Australijczyka z Libanu. Żyję paleo. Na emigracji zaczęłam pisać dla przyjaciół o wszystkich aspektach życia, nie tylko tych arabskich.

Powrót do poprzedniej strony

Złota Rybka

Data wpisu:

19.07.2010

| Dodaj komentarz

Jaboo jest najprawdopodobniej najlepszą wokalistką w Dubaju. Czarna jak heban i – jak na Afrykankę przystało – bardzo rozsądnych rozmiarów, z hipnotyzującymi, orzechowymi oczami i głosem z pięcioma oktawami. Potrafi zaśpiewać „Conga” Glorii Estefan nie gorzej niż Gloria i „Fernando” Lady Gagi lepiej niż brzmi wersja Lady. Cudownie było bawić się całą noc i wybierać utwory z doskonałych aranżacji Jaboo i jej pięcioosobowego bandu… i przy Haiderze…

Urodziny nr 3 były bardzo taneczne i sympatyczne. W niewielkim gronie znajomych i jednego przyjaciela Kaisa, ale przecież nie ilość, a jakość się liczy. Nie zależało mi na wielkim party, jak rok temu, gdzie z 25 gości, 16 rozpłynęło się w Dubaju w przeciągu 4 tygodni. Czułam, że tak będzie, ale ktoś się uparł, że wyprawi mi bal… Tym razem nikt się nie upierał, płaciłam sama i zrobiłam sama jak chciałam. I naprawdę mogę uznać tegoroczne urodziny za bardzo udane, umieszczając je w pierwszej piątce tych najlepszych. Jeśli chodzi o prezenty, to najlepszym tegorocznym darem od losu okazał się Haider. Choć wciąż pozostaje dla mnie zagadką, jak to się stało, że początkowa, tak długa moja blokada na niego przemieniła się w coś zupełnie innego?

Nigdy nic takiego nie wydarzyło mi się w moim życiu. Haider okazał się takim trochę odgrzanym kotletem, który zaskakująco dobrze smakuje, a przecież nie powinien, bo przecież nasze oczy nie miały na ten kotlet ochoty jak podali do stołu za pierwszym razem…

A teraz kotlet na śniadanie, obiad, kolację… i czemu nie… z wielką przyjemnością nawet, bo moje, minione 28 lat życia możnaby porównać do polskiego wesela, z dużą ilością jedzenia, muzyki, gości. Do niepewnej, trochę miotającej się pomiędzy wolnością, a nowym rozdziałem, muszącej wyglądać zachwycająco panny młodej. Ta noc tańców w amoku, zabawy, ale i pewnego typu zachowania pod gości, pod rodziców, pod obyczaj trwała 28 lat i wiem już, że właśnie się kończy. Dziś obudziłam się i poczułam, że teraz zaczyna się czas poprawin. Gdzie nie ma już tylu nieuczesanych emocji, za to jest relaks, zostali tylko ci goście, którzy naprawdę chcieli, orkiestra gra spokojniej, Panna Młoda widzi, że świat jest nadal taki sam mimo, że dała się życiu usidlić i, zgłodniała po tak wyczerpującym weselu, czeka na potrawy, których nie zdążyła skosztować poprzedniej nocy. Niektóre z nich, tak jak nasz kotlet, przegryzły się i odgrzane smakują nawet lepiej… tak jak Haider po trzech miesiącach mojej totalnej ignorancji.

Myślę sobie teraz, że może sam Bóg maczał w tym palce… i zaślepił mi oczy na tak długo, żeby nie było kolejnej porażki, tak jak zawsze, kiedy w 30 sekund wyczuwałam chemię, w 30 kolejnych zakochiwałam się bez pamięci, a dzień po sama kroiłam się bez znieczulenia na drobne kawałeczki, przyprawiałam do jak najlepszego smaku wyszukanymi przyprawami i kładłam na talerzu, przygotowana oto w taki sposób do może i przyjemniej, ale szybkiej niestety konsumpcji. Czasem sama się jeszcze nie oblizałam jak było już po posiłku, chemii, uczuciach, randkach i związku…

Tym razem totalna awaria wszystkich sensorów. Znieczulenie chemiczne spowodowane zaburzeniami wzroku. Kobiecy instynkt, podobno bezbłędnie wyczuwający materiały na tatusiów, w środku gorącego, dubajskiego lata uśpiony snem zimowym. No i główny organ mojego organizmu… nie, niestety nie mózg…, a serce… na widok nowego absztyfikanta, tym razem bijące z prędkością roweru, a nie, jak zawsze… Formuły 1 spowodowały, że Mr. Haider dostawał uprzejme, lecz oschłe i bardzo stanowcze komendy ”spadaj”, za każdym razem, gdy używając całych zapasów swego uroku zarzucał na mnie wędkę. Zmieniał przynęty, zachęty, miejsca i techniki łowieckie, a ja z Bożą pomocą umykałam, w pełnej nieświadomości Bożej protekcji, jak zwinna, złota rybka, im bardziej nieosiągalna, tym bardziej chciana…

No i jak Bóg uznał, że dość już tych polowań, to ponownie przyprowadził Haidera pod sklep dotknął moje serce jakimś dziwnym uczuciem bliskości z tym człowiekiem, a potem poczuciem humoru jakim obdarzył Haidera, jego bezpośredniością i urokiem, którego nie dałam nawet sobie szans wcześniej zobaczyć, zrobiły resztę…

A o najpyszniejszy przepis na złotą rybkę zapytajcie Braci Grimm czy Ch. Andersena. Dziś było bardzo kulinarnie.

Smacznego : )

P.S z godziny 23.50

N: I’m home

H: Ok, Love, I will call u when coming. I’m in a bar for one drink now. Really i miss u xxxxx

N: why didn’t you tell me you are going for a drink? i would not go home so early

H: i don’t know he’s coming with one of our friends and they want one drink I’m so sorry baby. Xxxx

N: No problem : ) it was a long day… i need a drink as well. Lets meet tomorrow than

H: good night xxx

Nell on blog only

: (((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

no reason to worry, no reason to worry, no reason to worry….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *